Klucz do szczęścia – Sekret – prawo przyciągania

Tak, moja zmiana zaczęła zachodzić od obejrzenia Sekretu (film powstał na podstawie książki Rhondy Byrne o tym samym tytule). I choć nigdy nie wierzyłam w tego typu literaturę czy filmy, stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia i warto spróbować, bo gorzej chyba i tak już nie może być. W czasie w którym obejrzałam sekret, dużo się działo w moim życiu, i psychicznie nie miałam siły stawić tym zmianom czoła i wykorzystać ich jako szanse na pozytywna zmianę. Było wręcz przeciwnie, nic mi się nie chciało, a moje myśli kołowały 100km na godzinę zadając mi te same bezsensowne pytania. Te same pytania i przygnębiające myśli krążyły po mojej głowie…i im bardziej miałam ich dosyć z tym większą silą wracały. I choć wiedziałam jak bezsensowne jest takie myślenie…nie mogłam się ich pozbyć…jakby zadręczanie siebie samej było nieuniknione.

Miałam ich tak szczerze dosyć… więc gdy dwie osoby które się nie znają w jednym tygodniu kazały mi obejrzeć Sekret (to znak od siły wyższej!) postanowiłam sprawdzić czy mi pomoże!

sekret

Sekret, opowiada o prawie przyciągania (the law of attraction). Według tego prawa nasze myśli to fale które wibrują na różnych częstotliwościach i to co nam się przytrafia, czy osoby które spotykamy na naszej drodze są odpowiedzią na te wibracje. Wibracje wokół nas dostosowują się do naszych myśli, wiec jeśli myślimy negatywne myśli, takie tez rzeczy przyciągamy do siebie. Np., Jeśli jesteśmy niezadowoleni ze swojej pracy często w naszej głowie przeżywamy te negatywne chwile, wmawiamy sobie jak nienawidzimy swojej pracy – takim myśleniem wysyłamy te negatywne wibracje i w rezultacie przyciągamy jeszcze więcej negatywnych wydarzeń do naszego życia. Według Sekretu, w takim momencie musimy przestać myśleć czego nie chcemy i wyobrazić sobie to czego pragniemy i jaką prace byśmy chcieli mieć, a wtedy pewnego dnia to się stanie. W pierwszej chwili, po usłyszeniu tej teorii pomyślałam jakie to głupie… przecież to nie takie proste… ale postanowiłam oglądać dalej.

W skrócie ujmując sekretem Sekretu i prawa przyciągania jest to, że przez myślenie pozytywnie i wizualizowanie tego czego naprawdę chcemy otwieramy się na nowe możliwości i wiemy do czego dążymy nie tracąc czasu i energii na to co nas dołuje i zniechęca do działania. Ale żeby Sekret zadziałał, nie możemy tylko siedzieć i myśleć pozytywnie, musimy tez działać w zgodzie z tymi myślami a wtedy sami zdziwimy się ile jest możliwe! Jeśli mi nie wierzycie, spróbujcie tej teorii w praktyce, przez tydzień i zobaczcie czy coś się zmieniło.

Patrząc 8 miesięcy wstecz, widzę dziewczynę, której niedługo stuknie 30ka a musi zacząć nowe życie… sama, z dala od rodziny, która nie ma pracy już tyle lat po studiach, która straciła co wydawało się być jej miłością życia; która wydała fortunę, i to jeszcze nie swoją na następne studia które wygląda na to nic nie zmienią bo jak tu skończyć pisać pracę magisterską gdy nawet niema się siły wstać z łóżka…

Patrząc 3 miesiące wstecz, widzę dziewczynę która choć nie pewna co przyniesie jutro („tak, mamo za chwilę kończę praktyki.. nie, nie wiem co z pracą…”) patrzy w przyszłość z nadzieją i nie zamartwia się niepotrzebnie o ‘a co będzie jutro’; Dziewczynę, która choć nienawidzi pisać, przed snem wmawia sobie „Napiszę tą prace ze spokojem, na czas i na dobrą ocenę!”  i dziewczynę, która choć nieśmiało, zaczyna wierzyć, że najlepsze jeszcze przed nią.

Patrząc na nią teraz, widzę dziewczynę w najlepszym okresie jej życia, nadal młoda ale już wie czego chce, i zna swoją wartość. Dziewczynę, która nie potrzebuje pierwszego lepszego faceta, który się nią zainteresuje żeby się czuła pełnowartościowa. Dziewczynę, która jest szczęściarą bo ma dwa domy (niektórzy nie mają żadnego miejsca na ziemi!), ten jej nowy tutaj, i rodzinny w Polsce. Dziewczynę która skończyła studia (tak! Napisała tą prace na czas i na dobrą ocenę), ma stała i dobrze płatna pracę (i to bez wysłania nawet jednego CV i przejścia rozmowy kwalifikacyjnej), plany na wakacje (rozmóki włoskie już kupione… uno due tre…) i wiele pomysłów na przyszłość. Dziewczynę która z wiarą patrzy w przyszłość bo WIE że najlepsze jeszcze przed nią.

Obejrzenie sekretu było dla mnie tylko początkiem, impulsem by zacząć myśleć inaczej. I nie zrozumcie mnie źle, Sekret to nie magiczna pigułka którą połkniesz i marzenia zaczną się spełniać. By prawo przyciągania działało w praktyce potrzebna jest ciężka praca w każdej chwili w której twoja świadomość jest przytomna. Ja ciągle się uczę jak myśleć pozytywnie, i jak pozbyć się negatywnych myśli… i tutaj raz jeszcze, w odpowiednim momencie odkryłam coś co pomaga mi codziennie toczyć tą walkę moich myśli… ale o tym następnym razem ;)

magnatKA

 

 

Każdy dzień to walka cd – Wszystko powstaje w naszej głowie.

Ostatni rok nauczył mnie inaczej patrzeć na to co nam się przytrafia. Gdy na naszej drodze pojawiają się trudności, coś nam nie wyjdzie, pierwsze co nam pojawia się w głowie to złość i żal; „czemu to akurat mi się przytrafia? Dlaczego ja?” itp. Wszystko odbieramy bardzo osobiście, a często zachowanie innych, które nas tak rani, jest tylko przypadkowe i nie ma nic wspólnego z nami. Każdy przeżywa własne życie i widzi wszystko z innej perspektywy, i  często te raniące nas zachowania są zupełnie nieświadome … Ale o tym też nie dzisiaj.

Jeszcze parę miesięcy temu, wszystko musiałam mieć zaplanowane, przynajmniej na kilka kroków na przód, a każdy dzień bez takiej czystej wizji co stanie się następne napawało mnie niepokojem. Podstawówka, Gimnazjum, Liceum, później studia, jakieś praktyki i praca, trochę odłożyć, ślub, dzieci… W końcu o to chodzi w życiu, prawda? Żeby zakładać rodzinę i harować do wieczora żeby ją utrzymać. Ale gdy ten genialny plan utknął w miejscu, niewiedza co się stanie z moim życiem wpływała nie tylko na moja psychikę i poziom stresu ale i moje ciało. Mięśnie się spinały a brzuch protestował. To że nie możemy zmienić co nam się przytrafia nie miało znaczenia… tylko pogrążało moją bezsilność. Do tego zmartwione głosy rodziców „a co teraz zrobisz? Gdzie będziesz mieszkać? Jak się utrzymasz? Przynajmniej do tej pory ktoś ci pomagał, a teraz? Jesteś tam zupełnie sama!” wcale nie dodawały mi otuchy. Ale pewnego dnia, ktoś powiedział mi: ”może nie możesz kontrolować co ci się przytrafia, ale możesz zadecydować jak na to zareagujesz” i podesłał mi kilka linków do obejrzenia na YouTubie. I choć sceptycznie do nich podeszłam, stwierdziłam, ze warto je obejrzeć. Tym bardziej, że w ciągu tygodnia następna osoba poleciła mi obejrzeć ten sam film. I od tego momentu zaczęła się walka w mojej głowie.  Że też mogę zacząć inaczej spoglądać na rzeczywistość i zostawić za sobą żal, złość, smutek, niepokój i stres. Minęło już ponad pół roku, i wiem że nadal się uczę takiego spostrzegania świata ale już widzę efekty w samej sobie… a co więcej dostrzegam jak inni są pełni negatywnych myśli. Nauczyłam się, że paradoksalnie coś może boleć czy doprowadzać mnie do łez, ale jednocześnie czuję, że tak jest lepiej.  Nie wszystko jest czarne czy białe, pozytywne czy negatywne. Wszystko nas czegoś uczy, i to od nas zależy co z tego wyniesiemy.

Po zakończeniu wieloletniego związku, nie raz słyszałam od innych ze ‘zmarnowałam najlepsze lata’, ale ja wcale tak nie myślę. Przeżyliśmy wiele pięknych chwil razem i do póki nie dotknie mnie skleroza, nikt mi ich nie odbierze. Co więcej, teraz też wiem, czego chcę, i co sama muszę u siebie naprawić, nad czym popracować. Więc przynajmniej jak spotkam „Mr. Right” to będę wiedzieć jak tego nie spieprzyć;) Oczywiście, były dni że smutek i zazdrość brały górę i przesiedziałam cały weekend smarkając… Aż w pewnym momencie zrozumiałam, że nie ma o co płakać czy być zazdrosną. Bo po głębszym zastanowieniu, wiem, że to o co czułam teraz zazdrość wcale wtedy mnie nie uszczęśliwiało, wcale nie chciałam tam być, i tylko z przyzwyczajenia moje ciało kazało mi płakać nad ‘utraconym’.  To, że on teraz trzyma nie moją rękę, wcale nie znaczy że bym chciała żeby  trzymał właśnie moja.  I choć czasami mi tęskno, i  oczy mi się zaszklą to nie ze smutku lecz tylko tak po prostu, bo życie nie jest czarno-białe, smutne lub wesołe. Raz jeszcze paradoks się ujawnia we mnie, i sobie popłacze ale jednocześnie wiem, że jest ok, ale co ważniejsze, że lepsze jest jeszcze przede mną. Teraz  wierze, ze wszystko dzieje się po coś, by dać nam szansę żebyśmy przejrzeli na oczy i nauczyli się o co to chodzi.

Moja walka myśli nadal trwa, ale teraz umiem już wyłapać chwile słabości i reagować zawczasu. Gdy dopada mnie przysłowiowy dół, chwytam po książkę czy słucham wykładu na YouTube. Ale co się z nich nauczyłam, może zostawię już na następny raz…

Każdy dzień to walka…

Każdy dzień to walka a bój jest zaciekły i toczy się non stop. Jedyne chwile wytchnienia przynosi mi sen. A czasem nawet i we śnie prowadzę tę walkę… walkę moich myśli… Miniony rok był niewątpliwie rokiem zmian. Co by było gdyby te zmiany się nie dokonały? Jakby wyglądało moje życie gdybym nadal budziła się rano i widziała jego twarz a nie biel nowej ściany? Czasami łapie siebie samą trwoniącą czas na takim rozmyślaniu… bo co to da, takie zastanawianie się? Raczej nic dobrego. Nic to nie zmieni a tylko wprowadza mnie w ten dziwny melancholiczny nastrój…

Paradoks… paradoks to chyba najlepsze słowo na opisanie roku 2015 i rzeczywistości, przynajmniej mojej, tej obecnej i mojego świata. Bo jak to możliwe, że można kogoś kochać tak szczerze ale czuć jakąś wewnętrzną ulgę słysząc, że nie będziemy już razem…? Takich paradoksów ostatnio doświadczam non stop, ale dzisiaj nie o nich… Zostanie singielka po tak długim czasie, to nie była największa zmiana jaka się wydarzyła w zeszłym roku. Największa zmiana zaszła w mojej głowie… a raczej zachodzi… bo nadal nie jestem pewna czy pojęłam o co tu tak naprawdę chodzi… po co to wszystko, po co się staramy i toczymy walkę każdego dnia… i dlatego, że dla mnie to nadal walka, widzę że chyba nadal nie do końca dotarłam gdzie mam być… ciągle odkrywam, szukam ale czuję, że te zmiany które ostatnio zaszły w moim życiu, i w mojej głowie, naprowadzają mnie na odpowiedni szlak. Że

pewnego dnia obudzę się i nie będzie już gonitwy myśli… nie będzie walki w mojej głowie i po prostu będzie jak ma być, dobrze… szczęśliwie… będę spełniona, pełna pasji  i miłości…

Rok 2015, a przynajmniej jego druga połowa, była dla mnie ważną lekcją… ale lekcją która nadal trwa.  W końcu zrozumiałam, że żeby mieć chociaż najmniejsza szansę na szczęście trzeba być szczęśliwym z samym sobą… i póki nie uwierzę w siebie i nie nauczę się przysłowiowego „kochać, lubić i szanować” samej siebie, nie znajdę szczęścia i nikt inny mnie też nie uszczęśliwi… a co najważniejsze, nie mogę oczekiwać, że bycie z kimś odwali ze mnie brudna robotę i jak na romantycznym filmie będę najszczęśliwszą kobietą na planecie trzymając jego rękę i patrząc mu w oczy 24h na dobę…  Jasne, nie ma nic bardziej uszczęśliwiającego niż bycie zakochanym…( w wzajemnością oczywiście) ale zakochanie przemija, a ludzka złożona istota na dłuższą metę potrzebuje czegoś innego, czegoś więcej… Teraz już, a w sumie dopiero teraz, to wiem.  Więc mam plan… w roku 2016 muszę się zakochać ale w samej sobie… Ale jak to zrobić? Jak mam odkryć samą siebie i wygrać tą bitwę moich myśli stojąc samotnie im naprzeciw..? Może jakiś paradoks pomoże mi to odkryć…

CDN

rozrachunek z losem

Wciąż walczę z losem… z moim losem… czy aby na pewno to moje przeznaczenie? Czy ten scenariusz został napisany właśnie dla mnie? Czy ktoś się nie pomylił? Jaką rolę w tej sztuce zwanej życiem mam odegrać? Czy moje życie ma być monodramem, w którym jedyną postacią mającą coś do powiedzenia jest los, czy może zasłużyłam na spektakl, w którym do głosu dochodzi dialog człowieka z losem, Bogiem, przeznaczeniem. Spektakl, w którym postaci są sobie równe, w którym oba głosy wybrzmiewają równie mocno?

Jaki jest sens przeciwstawienia się temu, co niesie nam los? Po co tracić siły w walce, skoro z góry wiadomo, że jest się na straconej pozycji? Jakże prosta wydaje się odpowiedź – trzeba walczyć, bo to właśnie ta nieustanna walka stanowi sens naszego istnienia!

Po co całe życie się starać, po co być uczciwym i godnie przeżyć każdy kolejny dzień, po co się męczyć i znosić przeciwności losu, jeśli życie z każdym kolejnym dniem rzuca nam kłody pod nogi? Może po to by czuć cokolwiek, po to by czuć ból istnienia, bo jeśli odczuwa się cokolwiek, ma się jedną, niezachwianą pewność – jest się nadal żywym… Może chodzi po prostu o to, że ja i ty jesteśmy cholernymi farciarzami, bo dostaliśmy życie, choć może nie zawsze na nie zasłużyliśmy…

Stojąc w zimnej kaplicy, na cmentarzu jakich setki w Polsce, przy maleńkiej białej trumience zadałam sobie tylko jedno pytanie: „Dlaczego?” Jaki sens był w śmierci maleńkiego dziecka, które ktoś pozbawił prawa, by poznało ból istnienia. Ono nie miało szansy, by zdecydować czy poddaje się losowi czy też dzielnie staje z nim w szranki w ringu zwanym życiem…

Patrzyłam z podziwem na rodziców tego maleństwa, którzy w obliczu tak wielkiej tragedii nadal wierzyli w Coś, Kogoś… Chcieli, by ich dziecko miało katolicki pogrzeb, bo mają nadzieję, że tam, gdzieś jest lepszy inny świat…

W życiu nie można się poddać. Trzeba upaść, podnieść się i iść dalej… Wierzyć w lepszy czas… znów upaść i znów się podnieść z wiarą, że każdy kolejny upadek wzmacnia nas, dodaje nam sił do dalszej walki z przeciwnościami losu. Należy szczerze wierzyć, że mamy wpływ na swoje życie, że nasz los leży w naszych rękach, że jest jakiś sens w tym naszym szarym, często burym życiu.

Zaniechanie walki z losem oznacza tylko jedno – nasz szybki koniec. Prowadzi do destrukcji i samozagłady człowieka. Tak często cytuje się myśl, że to nadzieja umiera ostatnia, a człowiek pozbawiony nadziei to tylko organizm z krwi i kości, w którym umarła dusza. A to właśnie dusza i nasza wolna wola determinują nasze człowieczeństwo…

 

konwencja o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet

Od kilku dni salą sejmową wstrząsają coraz to nowe opinie o europejskiej Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet. Przeczytałam uważnie ten akt prawny i szczerze mówiąc nie rozumiem o co ta cała burza. Co złego jest w przepisach, które jeszcze lepiej pozwalają dbać o bezpieczeństwo kobiet i dzieci, czyli osób najbardziej, przynajmniej teoretycznie bezbronnych?

Włos na głowie mi się zjeżył, gdy usłyszałam, że konwencja ta jest zamachem na naszą polską rodzinę, że zabija polskie tradycje i zwyczaje przekazywane z pokolenia na pokolenie, że chce rozpropagować homoseksualizm i Gender. Dlaczego u nas zawsze tak jest, że jakakolwiek zmiana musi być powodem strachu i paranoicznego węszenia podstępu pt. co ta Unia znowu wymyśliła?

Jak dla mnie w całym tym akcie prawnym chodzi tylko i wyłącznie o to, by pokazać, że kobiety ze względu na swoją płeć stają się częściej ofiarami przemocy niż mężczyźni i według mnie chodzi tutaj zarówno o przemoc fizyczną jak i psychiczną. Nie jest żadną tajemnicą, że od zawsze religia jako część kultury i tradycji miała silny wpływ na wychowanie. I bardzo dobrze, bo dzięki Kościołowi nie raz i nie dwa nasza polskość mogła przetrwać w czasach, gdy nie było nas nawet na mapie Europy, to w końcu Kościół w zamierzchłych czasach niósł kaganek oświaty. Problem pojawia się jednak w momencie, gdy religia narzuca ludziom styl bycia i ingeruje w codzienne życie. W Polsce to jeszcze nie jest tak wielki problem, bo w sumie poszczenie w piątek wychodzi nam tylko na zdrowie a zakrycie ramion w momencie wejścia do kościoła nie jest znów aż tak uciążliwe, by musieć z tym otwarcie walczyć. Gorzej już sytuacja kobiet wygląda w krajach muzułmańskich.

Będąc na wakacjach w Turcji, również na tureckiej wsi widziałam prawdziwe życie przeciętnej tureckiej dziewczyny. Bez trudu dostrzegało się patriarchalny stosunek w rodzinie czy w miejscu pracy. Nawet w hotelach kobiety mogły co najwyżej sprzątać pokoje. Nigdzie nie widziałam Turczynki, która pracowałaby na barze czy w hotelowej restauracji. I mimo, że kobiety pracują tam znacznie ciężej niż mężczyźni są bardzo często traktowane na zasadzie: przynieś, wynieś, pozamiataj. Obawiam się, że ich domowe życie wygląda bardzo podobnie do tego w przestrzeni publicznej i nie raz pod swoim khimarem  i hidżabą ukrywały ślady zdenerwowania swoich mężów, bo zupa była za słona… Nawet idąc na plażę obok opalających się w skąpych strojach kąpielowych europejek można zauważyć przemykające ubrane od stóp po głowę Turczynki, które w tych koszmarnych strojach wmawiają sobie, że się opalają i kąpią w ciepłym i pięknym morzu, że odpoczywają i korzystają z życia. OK, nic mi do tego, jeśli to przywiązanie do tradycji i religii jest ich własnym wyborem i żyjąc tak są mimo wszystko szczęśliwe, gorzej kiedy taki styl życia został im narzucony przez męża a wcześniej ojca.

Podobnie sytuacja wygląda w polskich rodzinach, gdzie mąż często uważa, że żona jest jego własnością i może z nią robić co i kiedy tylko chce, nie zważając na jej protesty. Dziwne ale nawet w XXI wieku zdarzają się sytuacje, że żona zgwałcona przez męża zamiast wsparcia, zrozumienia i współczucia spotyka się z niezrozumieniem ze strony społeczeństwa. Polskie prawo do tej pory było tak dziwnie skonstruowane, że sprawcę gwałtu można było ścigać dopiero po zgłoszeniu przestępstwa przez pokrzywdzoną a nie z urzędu, a maltretowana kobieta stawała się bezdomną i tułała się z dziećmi po przytułkach tylko dlatego, że oprawca dalej pozostawał w ich wspólnym mieszkaniu.

Rozumiem, że mężczyźni też bardzo często padają ofiarami przemocy i prawda taka, że im również należy się odpowiednia ochrona prawna. Ale to tylko od osób rządzących naszym państwem zależy czy będą chcieli się pochylić nad tym problemem. Oby przyjęcie tej konwencji było dopiero początkiem drogi do tego, by każdy obywatel naszego kraju mógł się w nim czuć bezpieczny.

pierwszy powiew wiosny :)

Jakie to wczoraj było potrzebne, jak bardzo otworzyło mi oczy i już wiem czego chcę, co czuję! Potrzebowałam wyraźnego bodźca z zewnątrz, by się otrząsnąć i podnieść się, by pójść dalej. Już mnie nie rusza, że do mnie wypisujesz, że masz pretensje nie wiadomo o co, że oczekujesz mojej ingerencji w sprawy, które już mnie nie dotyczą i pragnę Ci przypomnieć, że to Ty o tym zdecydowałeś.

Zrozumiałam, że w końcu muszę pomyśleć o sobie, zacząć realizować to czego sama chcę, dążyć do tego co sprawia mi radość i przyjemność, że w końcu muszę pobyć trochę egoistką. W sumie wszystko działo się dwuetapowo, pierwszym skutecznym bodźcem była rozmowa z Dominiką. Tak, tak możesz się śmiać, ale coś mi się po niej poprzestawiało w głowie i bardzo dużo zrozumiałam. I wiem, że moje kumpele wiele razy mówiły mi wcześniej to samo, używały tych samych argumentów, dlatego nie umiem wytłumaczyć racjonalnie dlaczego, to właśnie rozmowa z Tobą otworzyła mi oczy. Fakty są jednak takie, że już nie płaczę i mam nadzieję, że płakać więcej nie będę. Czułam się nadal zagubiona, ale decyzja została podjęta: nie będę ani dnia dłużej użalać się nad minionym życiem, bo nie warto, bo wcale nie było takie bajkowe, choć bardzo chciałam by takie było.

Drugiego kopa motywującego mnie do stanięcia pewnie na własnych nogach dostałam od Jarka. Też się możesz z tego śmiać, ale udowodniłeś mi, że mogę się dobrze bawić bez niego, że nie muszę bać się ludzi, że bez niego nie jestem niewidzialna i przezroczysta tylko normalna! Przyznaje, że korzystałam z Twojej energii i Twojej pozycji, ale się odważyłam tam pójść i nie żałuję. To było bardzo ciekawe doświadczenie i bardzo miły wieczór. Od tego dnia uśmiecham się do ludzi i do świata, choć nadal jest źle, choć znów w moim życiu zadomowiły się poważne problemy, to czuję, że świat już mnie nie przytłacza, że mam siłę rano wstać z łóżka, że już o Nim nie myślę, nie zastanawiam się co w danej sytuacji On by zrobił czy powiedział i w końcu co ja będąc przy Nim bym zrobiła. Możesz mnie znielubić, ale uwielbiam czerpać z Twojej energii, każda rozmowa z Tobą powoduje, że jakoś optymistyczniej człowiek zaczyna patrzeć na pewne sprawy :)

No i OK Dominika przyznaję, że nie żałuję, że nie dałaś się namówić na ten koncert, kiedy mnie wyśmiałaś mówiąc że nie masz w co się ubrać :P

Kraków racjonalnie muszę odpuścić po dzisiejszej kalkulacji ubogich połączeń, trudno Kazimierz musi poczekać do lata, a koncert może do kwietnia…?

wieloskładowość życia?

Ludzie są dziwni, w sumie to każdy z nas na swój sposób jest dziwny, ja też i mam tego świadomość. Tylko co z tego wynika? Opcje są dwie, albo spróbuje się zaakceptować dziwactwa swoje i innych i z nimi żyć, albo możliwie do minimum ograniczyć kontakty z innymi. I tu pojawia się pierwszy i zarazem zasadniczy problem. Ile mamy bezludnych wysp? Kogo stać, by zamieszkać na jednej z nich? Ile mamy choćby w Polsce leśniczówek czy siedlisk? Gdyby nie wiem jak świat się starał to nie starczy bezludnych miejsc dla każdego, kto w danym momencie tego potrzebuje i nie ma co się dalej nad tym zastanawiać.  Poza tym nie od dziś wiadomo, że człowiek to istota stadna i najlepiej czuje się w grupie.

Nasze życie składa się z kilku części składniowych: sfery fizycznej, emocjonalnej, duchowej, seksualnej i społecznej. Już tak mamy, że wybierając znajomych dążymy do nawiązywania relacji z ludźmi, którzy albo są do nas podobni, mają te same zainteresowania, podobny temperament, zbliżony do naszego punkt widzenia itp., albo też są naszym przeciwieństwem. To właśnie dzięki tym różnym zależnościom lubimy ze sobą rozmawiać, spotykać się i spędzać wspólnie czas. Problem zaczyna się w momencie, gdy jedna z wyżej wymienionych sfer zaczyna dominować życie jednej z osób i co więcej próbuje ją narzucić drugiej stronie. W ciągu ostatnich kilku miesięcy miałam dwa takie przypadki i po ich przeanalizowaniu stwierdzam, że w takiej sytuacji nie da się kontynuować dalszej znajomości.

Czy hobby może być powodem przez który może popsuć się wieloletnia znajomość? Moja odpowiedź brzmi tak, tak i jeszcze raz tak! Moja kumpela od jakiegoś czasu zaczęła interesować się ścianką, wspinaczką i tym wszystkim co się z tym w mniejszym czy większym stopniu wiąże. Na bank Drogi Czytelniku myślisz sobie teraz w czym problem? Przecież to fajnie, że znalazła sobie jakieś zainteresowanie, że może się realizować. Tutaj się z Tobą zgodzę, tylko co mi odpowiesz jeśli Ci powiem, że przez hobby miała coraz mniej czasu, że kiedy przyjeżdżała na dwa, trzy tygodnie to nie znajdowała czasu na spotkanie, bo cały pobyt przeznaczała na wspinaczkę? Jeśli już jakimś cudem spotkałyśmy się, żeby wypić kawę Ona mówiła tylko o ściance? Na samym początku starałam się zainteresować tym sportem, czytałam, oglądałam filmy i wiesz co? Mimo moich usilnych starań za cholerę mnie to nie kręci. Starałam się, ale mi nie wyszło. Ciągle tylko słyszałam jadę tu i tu, chcesz jechać ze mną? Pojedź ze mną na ściankę? Kupiłam sobie dziś taki i taki sprzęt… Ok, ok… przytakiwałam grzecznie głową nie rozumiejąc do końca o czym do mnie mówi. Zaczęło mi bardzo brakować starych czasów, gdzie można było gadać o wszystkim i o niczym, gdzie tak szybko przeskakiwałyśmy z tematu na temat, że postronny obserwator zdziwiłby się, że nadal obie wiemy o czym w danym momencie rozmawiamy. To w sumie było początkiem końca niezłej znajomości. Później to już była tylko równia pochyła.

Drugi przykład to relacja z osobą, dla której seksualność stała się najważniejszym aspektem życia i która nagle, nieomal z dnia na dzień, spowodowała, że wszystko inne przestało się liczyć. Przez wiele lat było normalnie, spotykaliśmy się regularnie, gadaliśmy o wszystkim, oglądaliśmy filmy, chodziliśmy do kina, na kręgle, na imprezy, na piwo, wyjeżdżaliśmy na wakacje i wszystko było ok.  Nagle pewnego, pięknego dnia potwierdził coś, co od jakiegoś czasu podejrzewałam, a mianowicie fakt, że jest gejem. Przytaknęłam głową i uznałam, że jest po temacie, bo co tu jest do gadania. Jak ja się strasznie wtedy pomyliłam. Nie sądziłam, że moment, w którym podzielił się ze mną swoją tajemnicą będzie początkiem piekła, jakie zgotowali mi jego znajomi a później on sam.  Od tego momentu ciągle wałkowany był tylko jeden temat: początkowo jego rozpadającego się związku, a później relacji z kolejnymi facetami. Jeżeli już gdzieś wychodziliśmy to tylko do branżowych klubów, jeśli poznawałam nowych ludzi to tylko tych homoseksualnych, jeśli kolejny związek przestawał istnieć zanim na dobre się zaczął to zawsze ta druga strona obwiniała o to mnie. Zupełnie przestałam normalnie funkcjonować, pochłonął mnie świat, który nie był mój. Nie twierdze, że jest on gorszy czy lepszy od świata heretyków, nie mnie to oceniać, ale jedno wiem teraz na pewno, to nigdy nie był mój świat. W sumie znajomość nie przetrwała, nadal to odchorowuje bo nagle się okazało, że nie potrafię znaleźć dla siebie miejsca. Mój stary świat mnie nie chce, z jego zostałam nagle brutalnie wypluta i teraz nigdzie nie czuje się ani sobą, ani u siebie. Czuje się jak ryba wyrzucona na mieliznę, panicznie łapiąca powietrze do tego mocno poturbowana  i mam świadomość, że jeśli ktoś mi nie pomoże długo tak nie wytrzymam.

Bo ile można znosić poniżanie, ubliżanie i publiczny lincz? A moją jedyną winą było to, że chciałam się z nim przyjaźnić.  Ile ja się wtedy nasłuchałam, że powinni mnie zabić osikowym kołkiem, że jestem diabłem wcielonym, który tylko niszczy to, co dobre. Ile się naczytałam na facebooku, że nadaje się tylko do wywalania gnoju od smoka tylko dlatego, że śmiałam z nim pojechać na kilka dni urlopu do Krakowa. W końcu, że jestem koszmarnie wychowana, że przynoszę wstyd itp., itd. tylko dlatego, że nie chciałam spotykać się z jego kolejnymi facetami. W całej tej sytuacji, przez te wszystkie miesiące może raz stanął w mojej obronie, tylko raz  pomyślał jak ja muszę się czuć kiedy cały świat obwinia mnie za coś, czego nie zrobiłam. Szkoda tylko, że świadomość tego, że  w niczym nie zawiniłam miałam tylko ja i on… Dziś nie umiem jednoznacznie ocenić, czy wolałabym żyć spokojnie, tak jak wtedy przed tym jednym wieczorem, który zmienił cale moje życie, ale jednak w kłamstwie czy jednak ze świadomością tego, że ta wieloletnia przyjaźń nie było warta złamanego grosza.

Poradnik Jasia Wędrowca – prywatne antidotum!

      10805504_10202160672618721_479993215_n              Siedzisz na kanapie, fotelu, pufie… no nie ważne, na czym :) Siedzisz i snujesz mniejsze lub większe plany na przyszłość. Jest jedno co te Twoje rozmyślania łączy, choćby codziennie innego tematu dotyczyły. W każdym tym marzeniu jesteś aktywny, walczysz z całych sił, by je osiągnąć! Kiedy, jednak otwierasz oczy, dostrzegasz, że siedzisz tam, gdzie siedziałeś, z uczuciem zawodu, że piękny sen o Tobie “Królu życia” odpłynął na inny kontynent, a jedyne, na co masz siłę, to zmianę kanału w tv… Znajome? Prawda?

Śmiem twierdzić, że każdy, choć jeden raz doznał takiego stanu zawieszenia, między tym co, by chciał, a tym co autentycznie robi, by, to osiągnąć.

Uwierz mi, jednak na słowo, że ten mało rozwojowy czasy, tak naprawdę, to najważniejszy moment życia, to on zdefiniuje Cię jako wygranego lub przegranego.

Znam wielu, którzy próbie nie podołali. Ba! Sama parokrotnie byłam bliska zaprzestania walki i obciążenia losu, swoimi niepowodzeniami. Na szczęście ten stan poddania, czy jak, kto woli kolan, nigdy nie pochłonął mnie do końca, walczyłam czasami bardzo nieporadnie, ale wygrywałam, choć styl nie zachwycał.

Moimi kołami ratunkowymi, były różne rzeczy: literatura, poezja, pisanie, muzyka, fitness, fotografia, jednak, to przy, którym chciałabym się zatrzymać najdłużej, to Góry i wspinaczka.

       Góry pojawiły się w moim życiu w miarę szybko. To były lata’ 90 jakiś konkurs recytatorski dla przedszkolaków, w którym musiałam wziąć oczywiście udział, bo uwielbiałam być na przysłowiowym świeczniku jako brzdąc. Zresztą miałam takie pokłady energii, że ciężko w sumie, żeby się tam nie znaleźć, skoro za brak uwagi, gdy mówię, kolega obrywa klockiem, tak, że w pamiątce po koleżance ma zakładane szwy…

Każdy z uczestników miał przygotować, fragment utworu, który lubi najbardziej. Brzechwa cieszył się ogromną popularnością. Nie powiem sama lubiłam męczyć nowo poznanych ludzi “Kaczką dziwaczką”, to jednak tym razem zapanował bunt 6 latka i żaden z ulubionych wierszyków w grę nie wchodził. Bowiem od pewnego czasu fascynowała mnie, taka fajna, gruba, książka, w której były obrazki i strasznie małe literki. Wieczorami zawsze, babcia czytała mi jej fragmenty, a ja uczyłam się ich na pamięć. Ta pierwsza “magiczna” książka ze świata dorosłych, to była historia Wandy Rutkiewicz, nie przypomnę sobie tytułu, to jednak, choć już trochę przez mgłę pamiętam z jakim wypiekiem na twarzy czekałam, na ciąg dalszy.

I, to właśnie jakiś króciutki fragment, tej książki miał mi przynieść laur glorii w konkursie.

Nie wygrałam, ale to nie było istotne, powiedziałam co chciałam, czyli ja czułam się wygrana.

              Po raz kolejny Góry mocnym akcentem wracają, kiedy już jestem pełnoletnia.

Czasy studiów, to czas niezależności, ale i też wzmożonych potrzeb finansowych :)Stypendium naukowe nie powala kwotą. W młodym człowieku chcącym zasmakować każdego aspektu studiowania, pojawia się przedsiębiorczość i zaradność, której rodzice mogliby pozazdrościć. A przede wszystkim wiedza, że możliwości zarobku wakacyjnego nie można odpuścić! Zatem z bananem na ustach ruszam do Francji, na winobranie, nieświadoma tego co mnie tak naprawdę czeka…

To był intensywny miesiąc, który pokazał, ile znaczy prawdziwy przyjaciel!

Że czasami trzeba umieć dać sobie pomóc. Dał też niezłą lekcje miłości, która daje szczęście i potrafi wbić sztylet bólu.. I, choć, to były wielkie emocje, to te największe szykował dla mnie pewien poranek już pod koniec pobytu.

Chwila po 6, słońce powoli oślepia, mgła ustępuje, a w oddali widać majestatyczny Mont Blanc… Magia…, której słowa nie opiszą.

Widok zahipnotyzował nie tylko mnie, wszyscy na dłuższą lub krótszą chwilę przystanęli i dali porwać się sile, której wyrazić nie umiem, ale to był piękny moment!!

           Ostatni najmocniejszy akcent zespalający mnie z górskim światem, to minione wakacje letnie. Choć po przeżyciach z Francji, Góry na stałe zagościły w moim grafiku : Szwajcaria, Sudety, Norwegia. To, jednak ostateczny kształt tego co chcę robić w górskim świecie sprecyzował się paradoksalnie na Nizinach :)

Ścianka wspinaczkowa okazała się tym, czego szukałam długo. Tym co nazywam coraz śmielej “moje miejsce na Ziemi”.

Do dziś pamiętam strach, jaki wyzwolił się podczas pierwszego przejścia, pamiętam, to uczucie frajdy “po”, że stoję cała na ziemi. Nowy dla mnie ból mięśni rąk. I ten niedosyt, gdy wracałam do domu. Jedno wiązanie liną wystarczyło, by w mojej głowie wszystko zaczęło wskakiwać na odpowiednie tory. Kolejny raz na ścianie, to pełne oswojenie, z uprzężą, magnezją, porażką, bólem, euforią, ale przede wszystkim, to poznawanie tych, dzięki, którym mogę bezpiecznie się wspinać, czyli Asekurantów, choć ja wolę Partnerów od liny!!

Każdy z Nas jest inny, także i On są różni, mniej lub bardziej gadatliwi, sypiący żartami lub tylko obserwujący dyskretnie. Jednak łączy Nas jedno, miłość do liny i Gór. A jest to tak silne uczucie, że nie musisz znać się w ogóle, by wiedzieć, że to Twoi ludzie, Twoja ekipa! I piękne jest to, że każdy w tym sporcie ma równe szanse, że nie ma sztucznych barier, budowanych już na dzień dobry, słowną otoczką “Pan”, “Pani”.

A dziś nawet, kiedy dopadnie mnie codzienność, nawet, kiedy zegnie nieco moje kolana, to wiem, jaki włączyć guzik, żeby sobie poradzić ze wszystkim!

Więc wstań i Ty!! Poszukaj jeszcze raz w sobie, swojego patentu. Albo skorzystaj z mojego i dołącz do “Szaleńców na linach” :D

Maratończycy przyszłości

Maratończycy przyszłości

w odświętnych,

plastronach postępu.

Biegają od świtu

do późnego zmierzchu.

Jutro już znają

Choć właśnie wybija

Godzina pierwsza dnia dzisiejszego.

Współcześni sportowcy

Zepsuci,

choć zdrowi…

Szybcy,

a jednak, człapiący powoli.

Niezależne orły,

wstrzykujące do żył

suwerenność.

I tylko na metę wbiegłszy gorliwe

Ciszą ich wita,

pusta trybuna.

Bez tronu i berła

z życiówką na dłoni,

kończą przedwcześnie

swą -

Teraźniejszość!!!

Ballada o codzienności

kubek

Zwykły

blaszany

kubku

z kawałkiem sznureczka

przy uchu…

wiedz, że myślę o Tobie

częściej teraz,

niż wtedy

gdy byliśmy razem…

Pierwszy smak kawy,

gdy przemoczona drżałam

po burzy spędzonej w lesie,

zaliczyłam z Tobą!

Najlepszą herbatą świata,

po nocnych manewrach

z moją drużyną

poiłam się przy Tobie.

I tylko od procentów

trzymałam Cię z daleka,

bo byłeś harcerski

nieco bardziej niż Ja…

Kiedy w kolejną podróż ruszam,

gdy tak jak teraz

zapełniam termos,

to mimo, że piękny

markowy

i trendy

Uwierz!! -

tęskno mi

do mojego blaszanego KUBKA!