Każdy dzień to walka cd – Wszystko powstaje w naszej głowie.

Ostatni rok nauczył mnie inaczej patrzeć na to co nam się przytrafia. Gdy na naszej drodze pojawiają się trudności, coś nam nie wyjdzie, pierwsze co nam pojawia się w głowie to złość i żal; „czemu to akurat mi się przytrafia? Dlaczego ja?” itp. Wszystko odbieramy bardzo osobiście, a często zachowanie innych, które nas tak rani, jest tylko przypadkowe i nie ma nic wspólnego z nami. Każdy przeżywa własne życie i widzi wszystko z innej perspektywy, i  często te raniące nas zachowania są zupełnie nieświadome … Ale o tym też nie dzisiaj.

Jeszcze parę miesięcy temu, wszystko musiałam mieć zaplanowane, przynajmniej na kilka kroków na przód, a każdy dzień bez takiej czystej wizji co stanie się następne napawało mnie niepokojem. Podstawówka, Gimnazjum, Liceum, później studia, jakieś praktyki i praca, trochę odłożyć, ślub, dzieci… W końcu o to chodzi w życiu, prawda? Żeby zakładać rodzinę i harować do wieczora żeby ją utrzymać. Ale gdy ten genialny plan utknął w miejscu, niewiedza co się stanie z moim życiem wpływała nie tylko na moja psychikę i poziom stresu ale i moje ciało. Mięśnie się spinały a brzuch protestował. To że nie możemy zmienić co nam się przytrafia nie miało znaczenia… tylko pogrążało moją bezsilność. Do tego zmartwione głosy rodziców „a co teraz zrobisz? Gdzie będziesz mieszkać? Jak się utrzymasz? Przynajmniej do tej pory ktoś ci pomagał, a teraz? Jesteś tam zupełnie sama!” wcale nie dodawały mi otuchy. Ale pewnego dnia, ktoś powiedział mi: ”może nie możesz kontrolować co ci się przytrafia, ale możesz zadecydować jak na to zareagujesz” i podesłał mi kilka linków do obejrzenia na YouTubie. I choć sceptycznie do nich podeszłam, stwierdziłam, ze warto je obejrzeć. Tym bardziej, że w ciągu tygodnia następna osoba poleciła mi obejrzeć ten sam film. I od tego momentu zaczęła się walka w mojej głowie.  Że też mogę zacząć inaczej spoglądać na rzeczywistość i zostawić za sobą żal, złość, smutek, niepokój i stres. Minęło już ponad pół roku, i wiem że nadal się uczę takiego spostrzegania świata ale już widzę efekty w samej sobie… a co więcej dostrzegam jak inni są pełni negatywnych myśli. Nauczyłam się, że paradoksalnie coś może boleć czy doprowadzać mnie do łez, ale jednocześnie czuję, że tak jest lepiej.  Nie wszystko jest czarne czy białe, pozytywne czy negatywne. Wszystko nas czegoś uczy, i to od nas zależy co z tego wyniesiemy.

Po zakończeniu wieloletniego związku, nie raz słyszałam od innych ze ‘zmarnowałam najlepsze lata’, ale ja wcale tak nie myślę. Przeżyliśmy wiele pięknych chwil razem i do póki nie dotknie mnie skleroza, nikt mi ich nie odbierze. Co więcej, teraz też wiem, czego chcę, i co sama muszę u siebie naprawić, nad czym popracować. Więc przynajmniej jak spotkam „Mr. Right” to będę wiedzieć jak tego nie spieprzyć;) Oczywiście, były dni że smutek i zazdrość brały górę i przesiedziałam cały weekend smarkając… Aż w pewnym momencie zrozumiałam, że nie ma o co płakać czy być zazdrosną. Bo po głębszym zastanowieniu, wiem, że to o co czułam teraz zazdrość wcale wtedy mnie nie uszczęśliwiało, wcale nie chciałam tam być, i tylko z przyzwyczajenia moje ciało kazało mi płakać nad ‘utraconym’.  To, że on teraz trzyma nie moją rękę, wcale nie znaczy że bym chciała żeby  trzymał właśnie moja.  I choć czasami mi tęskno, i  oczy mi się zaszklą to nie ze smutku lecz tylko tak po prostu, bo życie nie jest czarno-białe, smutne lub wesołe. Raz jeszcze paradoks się ujawnia we mnie, i sobie popłacze ale jednocześnie wiem, że jest ok, ale co ważniejsze, że lepsze jest jeszcze przede mną. Teraz  wierze, ze wszystko dzieje się po coś, by dać nam szansę żebyśmy przejrzeli na oczy i nauczyli się o co to chodzi.

Moja walka myśli nadal trwa, ale teraz umiem już wyłapać chwile słabości i reagować zawczasu. Gdy dopada mnie przysłowiowy dół, chwytam po książkę czy słucham wykładu na YouTube. Ale co się z nich nauczyłam, może zostawię już na następny raz…

Każdy dzień to walka…

Każdy dzień to walka a bój jest zaciekły i toczy się non stop. Jedyne chwile wytchnienia przynosi mi sen. A czasem nawet i we śnie prowadzę tę walkę… walkę moich myśli… Miniony rok był niewątpliwie rokiem zmian. Co by było gdyby te zmiany się nie dokonały? Jakby wyglądało moje życie gdybym nadal budziła się rano i widziała jego twarz a nie biel nowej ściany? Czasami łapie siebie samą trwoniącą czas na takim rozmyślaniu… bo co to da, takie zastanawianie się? Raczej nic dobrego. Nic to nie zmieni a tylko wprowadza mnie w ten dziwny melancholiczny nastrój…

Paradoks… paradoks to chyba najlepsze słowo na opisanie roku 2015 i rzeczywistości, przynajmniej mojej, tej obecnej i mojego świata. Bo jak to możliwe, że można kogoś kochać tak szczerze ale czuć jakąś wewnętrzną ulgę słysząc, że nie będziemy już razem…? Takich paradoksów ostatnio doświadczam non stop, ale dzisiaj nie o nich… Zostanie singielka po tak długim czasie, to nie była największa zmiana jaka się wydarzyła w zeszłym roku. Największa zmiana zaszła w mojej głowie… a raczej zachodzi… bo nadal nie jestem pewna czy pojęłam o co tu tak naprawdę chodzi… po co to wszystko, po co się staramy i toczymy walkę każdego dnia… i dlatego, że dla mnie to nadal walka, widzę że chyba nadal nie do końca dotarłam gdzie mam być… ciągle odkrywam, szukam ale czuję, że te zmiany które ostatnio zaszły w moim życiu, i w mojej głowie, naprowadzają mnie na odpowiedni szlak. Że

pewnego dnia obudzę się i nie będzie już gonitwy myśli… nie będzie walki w mojej głowie i po prostu będzie jak ma być, dobrze… szczęśliwie… będę spełniona, pełna pasji  i miłości…

Rok 2015, a przynajmniej jego druga połowa, była dla mnie ważną lekcją… ale lekcją która nadal trwa.  W końcu zrozumiałam, że żeby mieć chociaż najmniejsza szansę na szczęście trzeba być szczęśliwym z samym sobą… i póki nie uwierzę w siebie i nie nauczę się przysłowiowego „kochać, lubić i szanować” samej siebie, nie znajdę szczęścia i nikt inny mnie też nie uszczęśliwi… a co najważniejsze, nie mogę oczekiwać, że bycie z kimś odwali ze mnie brudna robotę i jak na romantycznym filmie będę najszczęśliwszą kobietą na planecie trzymając jego rękę i patrząc mu w oczy 24h na dobę…  Jasne, nie ma nic bardziej uszczęśliwiającego niż bycie zakochanym…( w wzajemnością oczywiście) ale zakochanie przemija, a ludzka złożona istota na dłuższą metę potrzebuje czegoś innego, czegoś więcej… Teraz już, a w sumie dopiero teraz, to wiem.  Więc mam plan… w roku 2016 muszę się zakochać ale w samej sobie… Ale jak to zrobić? Jak mam odkryć samą siebie i wygrać tą bitwę moich myśli stojąc samotnie im naprzeciw..? Może jakiś paradoks pomoże mi to odkryć…

CDN

wybory – mój punkt widzenia

Dzień, który właśnie się kończy był dziwny, bo został spięty klamrą polityki. Polityki, dużej różnorodności poglądów, brakiem tolerancji na inny punkt widzenia różnych spraw i dużym ładunkiem nienawiści. Ale wszystko po kolei.

Jak co niedzielę wybrałam się rano do kościoła. Nie jestem religijną fanatyczką przyznaje, że czasami idę do kościoła z przyzwyczajenia czasami z potrzeby serca. Od kilku tygodni na wybranej przeze mnie mszy pojawia się ksiądz, który był/jest podejrzany o niefajne rzeczy w stosunku do dzieci. Już tak jest, że gdyby policja poszukiwała kogoś ściganego o przekręty finansowe, o dziwne powiązania ze światkiem przestępczym czy o pedofilię i przestępstwa mocno z nią związane to zanim wypuści za ów podejrzanym list gończy, powinna wpierw poszukać go na naszej plebanii. Ale to temat rzeka na inny wpis. W każdym razie siedzę sobie ciut znużona w kościele, niestety po raz kolejny ksiądz nie porwał mnie swym kazaniem, a tym samym nie zmusił moich szarych komórek do przeanalizowania tego, co właśnie powiedział. I nagle bum! Coś się zaczyna dziać.  Z chóru rozlegają się co chwila jakieś krzyki i dziwne odgłosy. Okazało się, że znalazł się tam jakiś pan, na moje oko pijany lub naćpany. W każdym razie skutecznie przeszkadzał w płynnym trwaniu mszy. Co dziwne nawet, gdy nachalnie przeszkadzał organiście w wypełnianiu jego obowiązków nikt nie zadzwonił na policję czy straż miejską. Odetchnęłam z ulgą, gdy dotrwaliśmy do momentu ogłoszeń parafialnych, bo jakby nie było to element mszy, który prowadzi  raz szybciej raz wolniej do jej zakończenia. Niestety ksiądz proboszcz, który w ubiegłym tygodniu jakimś cudem powstrzymał się od komentowania wyborów prezydenckich dziś musiał upublicznić swoje poglądy. Nie obyło się od grożenia palcem i wypominania nam niskiej frekwencji i krytycznej oceny tych głosów, które zostały oddane na osoby inne niż postać pana Dudy. Taka przemowa nie spodobała się również panu na chórze i nie omieszkał on wyrazić swojej dezaprobaty w stosunku do księdza proboszcza. No i rozgorzała regularna wymiana zdań – pan krzyczał z chóru, ksiądz mu odpowiadał z ambony, istny cyrk i to za darmoche, szkoda tylko, że w kościele. Pan dobitnie powiedział tak naprawdę to co uważa wiele osób wierzących, w tym ja sama, a mianowicie to, żeby ksiądz nie wpierdalał się do polityki (i to jest dokładny cytat z ów pana). Fakt, że może słownictwo było nie na miejscu ale prawda jest taka, że wyraźne oddzielenie państwa od kościoła obu instytucjom bardzo dobrze by zrobiło, bo o ile zwrócenie przez księży uwagi na fakt, że udział w wyborach jest naszym patriotycznym obowiązkiem i wielkim przywilejem świadomego człowiek o tyle wskazywanie wiernym na kogo mają głosować jest ciosem poniżej pasa. Współcześni wierni nie są już tak ciemni jak byli jeszcze 60, 70 lat temu i już tak bezkrytycznie jak kiedyś nie wierzą w to wszystko co mówią im kościół i księża. Jak na ta całą sytuację zareagował ksiądz proboszcz? Otóż drogi czytelniku kazał się nam modlić za tego pana, bo jak powiedział to człowiek chory czyt. w domyśle na umyśle i lekceważąco machną ręką w jego stronę.

Po co opisuję to dzisiejsze zajście? Bo po obejrzeniu dzisiejszej debaty utwierdziłam się w przekonaniu, że już wiem, że oddam w drugiej turze głos nieważny. W ubiegłym tygodniu głosowałam na kandydata, który nie znalazł się w drugiej turze i to jego nazwisko dopiszę na karcie do głosowania w najbliższą niedziele, mało tego postawię po jednym „iksie” przy nazwiskach obu kandydatów. Po co to zrobię? Zdarzyło mi się kilkakrotnie być członkiem komisji wyborczej i wiem, że dopisanie kandydata do listy nie oznacza jeszcze, że głos ten jest już nieważny, bo w momencie postawienia krzyżyka, przy którymkolwiek nazwisku karta taka i tak nabiera ważności. Wolę mieć 100% pewność, że nikt za mnie tego „iksa” nie postawi, gdy będę wrzucać moja kartę do urny mój głos zostanie policzony jako nieważny. Zastanawiacie się może czemu mi tak zależy na tym moim głosie, skoro i tak będzie on nieważny? Otóż wymyśliłam sobie taki sposób sprzeciwu wobec tego co się od dłuższego czasu dzieje na polskiej scenie politycznej. Mam dość tej nieustającej  polsko – polskiej wojny podjazdowej. Dopóki w naszej polityce nie pojawi się nowa partia, świeża krew, ktoś kto do tej pory nie zmieniał barw partii politycznych w zależności od ich miejsc w rankingach, ktoś kto nie jest zepsuty do szpiku kości naleciałościami z poprzedniego ustroju dopóty nic w tej strefie naszego życia nie ma prawa się zmienić. A najlepiej mój pogląd na ten temat opisuje fragment dzisiejszej debaty, w którym to obaj kandydaci zaczęli się wzajemnie atakować i oceniać, który z nich w większym stopniu do tej pory oszukiwał wyborców, obiecywał złote góry, nie dotrzymywał tych obietnic i co więcej, który z nich działał na większą szkodę obywateli. Tak się obaj panowie zagalopowali w tym szaleństwie wzajemnego antagonizmu, że żadnemu z nich nie zależało na tym, by spróbować udowodnić, że te zarzuty wobec nich są nieprawdziwe, że to oszczerstwo. Czy to oznacza, że nawet nie zauważyli jak przyznali się publicznie przed milionami Polaków, że jedyne na czym im zależy to ich osobiste dobro?

Zmęczona polityką idę poczytać książkę, dla mnie będzie z niej większy pożytek niż z pana Dudy i Komorowskiego razem wziętych…

Poradnik Jasia Wędrowca – prywatne antidotum!

      10805504_10202160672618721_479993215_n              Siedzisz na kanapie, fotelu, pufie… no nie ważne, na czym :) Siedzisz i snujesz mniejsze lub większe plany na przyszłość. Jest jedno co te Twoje rozmyślania łączy, choćby codziennie innego tematu dotyczyły. W każdym tym marzeniu jesteś aktywny, walczysz z całych sił, by je osiągnąć! Kiedy, jednak otwierasz oczy, dostrzegasz, że siedzisz tam, gdzie siedziałeś, z uczuciem zawodu, że piękny sen o Tobie “Królu życia” odpłynął na inny kontynent, a jedyne, na co masz siłę, to zmianę kanału w tv… Znajome? Prawda?

Śmiem twierdzić, że każdy, choć jeden raz doznał takiego stanu zawieszenia, między tym co, by chciał, a tym co autentycznie robi, by, to osiągnąć.

Uwierz mi, jednak na słowo, że ten mało rozwojowy czasy, tak naprawdę, to najważniejszy moment życia, to on zdefiniuje Cię jako wygranego lub przegranego.

Znam wielu, którzy próbie nie podołali. Ba! Sama parokrotnie byłam bliska zaprzestania walki i obciążenia losu, swoimi niepowodzeniami. Na szczęście ten stan poddania, czy jak, kto woli kolan, nigdy nie pochłonął mnie do końca, walczyłam czasami bardzo nieporadnie, ale wygrywałam, choć styl nie zachwycał.

Moimi kołami ratunkowymi, były różne rzeczy: literatura, poezja, pisanie, muzyka, fitness, fotografia, jednak, to przy, którym chciałabym się zatrzymać najdłużej, to Góry i wspinaczka.

       Góry pojawiły się w moim życiu w miarę szybko. To były lata’ 90 jakiś konkurs recytatorski dla przedszkolaków, w którym musiałam wziąć oczywiście udział, bo uwielbiałam być na przysłowiowym świeczniku jako brzdąc. Zresztą miałam takie pokłady energii, że ciężko w sumie, żeby się tam nie znaleźć, skoro za brak uwagi, gdy mówię, kolega obrywa klockiem, tak, że w pamiątce po koleżance ma zakładane szwy…

Każdy z uczestników miał przygotować, fragment utworu, który lubi najbardziej. Brzechwa cieszył się ogromną popularnością. Nie powiem sama lubiłam męczyć nowo poznanych ludzi “Kaczką dziwaczką”, to jednak tym razem zapanował bunt 6 latka i żaden z ulubionych wierszyków w grę nie wchodził. Bowiem od pewnego czasu fascynowała mnie, taka fajna, gruba, książka, w której były obrazki i strasznie małe literki. Wieczorami zawsze, babcia czytała mi jej fragmenty, a ja uczyłam się ich na pamięć. Ta pierwsza “magiczna” książka ze świata dorosłych, to była historia Wandy Rutkiewicz, nie przypomnę sobie tytułu, to jednak, choć już trochę przez mgłę pamiętam z jakim wypiekiem na twarzy czekałam, na ciąg dalszy.

I, to właśnie jakiś króciutki fragment, tej książki miał mi przynieść laur glorii w konkursie.

Nie wygrałam, ale to nie było istotne, powiedziałam co chciałam, czyli ja czułam się wygrana.

              Po raz kolejny Góry mocnym akcentem wracają, kiedy już jestem pełnoletnia.

Czasy studiów, to czas niezależności, ale i też wzmożonych potrzeb finansowych :)Stypendium naukowe nie powala kwotą. W młodym człowieku chcącym zasmakować każdego aspektu studiowania, pojawia się przedsiębiorczość i zaradność, której rodzice mogliby pozazdrościć. A przede wszystkim wiedza, że możliwości zarobku wakacyjnego nie można odpuścić! Zatem z bananem na ustach ruszam do Francji, na winobranie, nieświadoma tego co mnie tak naprawdę czeka…

To był intensywny miesiąc, który pokazał, ile znaczy prawdziwy przyjaciel!

Że czasami trzeba umieć dać sobie pomóc. Dał też niezłą lekcje miłości, która daje szczęście i potrafi wbić sztylet bólu.. I, choć, to były wielkie emocje, to te największe szykował dla mnie pewien poranek już pod koniec pobytu.

Chwila po 6, słońce powoli oślepia, mgła ustępuje, a w oddali widać majestatyczny Mont Blanc… Magia…, której słowa nie opiszą.

Widok zahipnotyzował nie tylko mnie, wszyscy na dłuższą lub krótszą chwilę przystanęli i dali porwać się sile, której wyrazić nie umiem, ale to był piękny moment!!

           Ostatni najmocniejszy akcent zespalający mnie z górskim światem, to minione wakacje letnie. Choć po przeżyciach z Francji, Góry na stałe zagościły w moim grafiku : Szwajcaria, Sudety, Norwegia. To, jednak ostateczny kształt tego co chcę robić w górskim świecie sprecyzował się paradoksalnie na Nizinach :)

Ścianka wspinaczkowa okazała się tym, czego szukałam długo. Tym co nazywam coraz śmielej “moje miejsce na Ziemi”.

Do dziś pamiętam strach, jaki wyzwolił się podczas pierwszego przejścia, pamiętam, to uczucie frajdy “po”, że stoję cała na ziemi. Nowy dla mnie ból mięśni rąk. I ten niedosyt, gdy wracałam do domu. Jedno wiązanie liną wystarczyło, by w mojej głowie wszystko zaczęło wskakiwać na odpowiednie tory. Kolejny raz na ścianie, to pełne oswojenie, z uprzężą, magnezją, porażką, bólem, euforią, ale przede wszystkim, to poznawanie tych, dzięki, którym mogę bezpiecznie się wspinać, czyli Asekurantów, choć ja wolę Partnerów od liny!!

Każdy z Nas jest inny, także i On są różni, mniej lub bardziej gadatliwi, sypiący żartami lub tylko obserwujący dyskretnie. Jednak łączy Nas jedno, miłość do liny i Gór. A jest to tak silne uczucie, że nie musisz znać się w ogóle, by wiedzieć, że to Twoi ludzie, Twoja ekipa! I piękne jest to, że każdy w tym sporcie ma równe szanse, że nie ma sztucznych barier, budowanych już na dzień dobry, słowną otoczką “Pan”, “Pani”.

A dziś nawet, kiedy dopadnie mnie codzienność, nawet, kiedy zegnie nieco moje kolana, to wiem, jaki włączyć guzik, żeby sobie poradzić ze wszystkim!

Więc wstań i Ty!! Poszukaj jeszcze raz w sobie, swojego patentu. Albo skorzystaj z mojego i dołącz do “Szaleńców na linach” :D

Maratończycy przyszłości

Maratończycy przyszłości

w odświętnych,

plastronach postępu.

Biegają od świtu

do późnego zmierzchu.

Jutro już znają

Choć właśnie wybija

Godzina pierwsza dnia dzisiejszego.

Współcześni sportowcy

Zepsuci,

choć zdrowi…

Szybcy,

a jednak, człapiący powoli.

Niezależne orły,

wstrzykujące do żył

suwerenność.

I tylko na metę wbiegłszy gorliwe

Ciszą ich wita,

pusta trybuna.

Bez tronu i berła

z życiówką na dłoni,

kończą przedwcześnie

swą -

Teraźniejszość!!!

Dzień niepodległości

Wszyscy każą nam dziś coś świętować, a to prezydent Komorowski w swoich wystąpieniach w radio i telewizji, a to pani premier Ewa Kopacz, a to ksiądz w kościele grzmi z ambony, żeby nikt nie zapomniał, że 11 listopada mamy swoje święto. No mamy w kalendarzu kartkę zaznaczoną na czerwono, osoby pracujące w marketach mają ustawowo dzień wolny od pracy, Ci którzy wzięli sobie wczoraj dzień urlopu, mają czterodniowy długi weekend.

Tylko co z tego wynika??? Co mamy tak radośnie świętować???

Wiem, że fakt iż żyjemy w państwie suwerennym należy cenić, zwłaszcza teraz gdy nasz wschodni sąsiad stoi na granicy wojny, ale czemu radośnie? OK dziś taki dzień, że Tym wszystkim którzy walczyli o naszą wolność i zginęli na polu bitwy należy się chwila zadumy i modlitwy, tego nie kwestionuję, ale mam dość obłudy polityków, zwłaszcza teraz na tydzień przed kolejnymi wyborami.

Mamy całymi rodzinami wyjść na ulice, z flagami ruszyć na marsze i pochody i pokazać jacy jesteśmy szczęśliwi. Tylko z czego się tu cieszyć??? Żyjemy w kraju , w którym ludzie młodzi nie mają pracy i dla których jedynym wyjściem by zarobić, jest wyjazd za granicę. O własnym mieszkaniu mogą tylko pomarzyć, albo wziąć kredyt na resztę życia i co chwilę bać się o to, czy frank znów nie poszybuje w górę, albo czy nie straci się pracy i nie będzie się miało z czego spłacać rat, a bank przejmie nasze mieszkanie.

Ciągle tylko słyszymy o kolejnych aferach w rządzie, o korupcji i niewłaściwym wydatkowaniu rządowych, czyli tak naprawdę naszych pieniędzy. To nikt inny jak Donald Tusk podczas ostatniej kampanii wyborczej namawiał ludzi, żeby głosowali na jego partię, bo sprawi, ze wszyscy Ci którzy byli zmuszeni wyjechać za chlebem za granicę będą mogli wrócić do domu i co? I Donald Tusk wyjechał do Brukselii…

Pewnie za chwilę telewizja zacznie pokazywać materiały ze zbyt bliskich spotkań uczestników różnych marszów w stolicy. Pewnie kolejny raz nasze świętowanie skończy się zniszczonymi sklepami, chodnikami i samochodami. Na szczęście kolejne święta państwowe dopiero w maju…

… i żyli długo i szczęśliwie.

Czy nie było by wspaniale, żeby życie układało się jak w bajkach? Że po spotkaniu tego jedynego/ jedynej po prostu się wie, że to prawdziwa miłość. Magiczna siła rozpiera cię od środka i po prostu wiesz, że to to, że warto o tą miłość walczyć. Jak byłam mała wierzyłam, że każdemu przysługuje idealna połówka, twoja zagubiona dusza, która szuka ciebie, aż cię znajdzie, by żyć długo i szczęśliwie. Ale im dłużej żyje, zaczęło mi się to wydawać wcale nie takie fajne. Przecież wypadki się zdarzają, i jeśli coś się stanie tej mojej drugiej połówce, czy to musi oznaczać, że do końca życia będę sama? Niezbyt to optymistyczna wizja.

Z biegiem lat, zaczęłam się zastanawiać skąd w ogóle mam wiedzieć, że to ten. Czy nie powinno to być zauroczenie od pierwszego wejrzenia? Przecież tak to jest, że spojrzysz na kogoś i po prostu wiesz, a nie, że znacie się ileś tam czasu, i w sumie jest miły, i nic mu nie brakuje, ale gdyby nie to że on zrobił ten pierwszy ruch, i drugi …i dziesiąty to by nic z tego nie było. Czy to może być prawdziwa miłość?

W ogóle czym jest miłość? Czy to, że od pierwszego momentu jak go zobaczyłam, nie mogłam oderwać od niego oczu, świadczyło by, że będziemy w stanie przejść przez życie razem? Będziemy stawiać czoła problemom i zawsze na siebie będziemy mogli liczyć? Z moich obserwacji, coś mi się wydaje, że nie bardzo…

Jestem teraz w tym wieku, że co się obejrzę to widzę zaręczynowe fotki na fb, albo weselne sesje zdjęciowe koleżanek ze studiów czy podstawówki. Nawet te, których nikt nie podejrzewał o znalezienie chłopaka, zajęte są teraz wybieraniem idealnej sukni ślubnej. A ja, mimo, że jestem w tym samym związku od kilku ładnych paru lat nadal czekam na ten moment. Ale czy faktycznie JA czekam? Czy to raczej presja otoczenia? Przecież na razie niespieszno nam do zakładania rodziny, nadal szukamy naszej pasji i kariery, ciągle się uczymy. Ani ja nie mam ochoty na bycie w centrum uwagi, ani on, nawet przez ten jeden dzień. A już nie wspomnę o oszczędnościach jakie byśmy musieli mieć na wyprawienie takiej imprezy. Wiec czemu, wiedząc, że ślub w sumie nic nie zmieni, bo teraz to i tak żadna gwarancja bycia razem, zaprzątał mi  on ostatnio głowę? Może, skoro nie prosi o rękę to mu już nie zależy? Do tego słowa mamy ‘wy to już nigdy się nie pobierzecie’ tylko pobudziły moja paranoje.

Miałam urodziny. Było super, spędziliśmy cały dzień razem, zwiedzając miasto a wieczorem poszliśmy do najlepszej restauracji jaką mogłam sobie wyobrazić. Idealny wieczór. Następnego dnia, dziękując rodzinie za życzenia, odpisałam też jego babci opisując nasz piękny dzień. W odpowiedzi dostałam smsa: ”Wieczór musiał być niezapomniany. Sceneria idealna na zaręczyny! Czy może jeszcze nie..?” Ten sms, mimo, że w sumie niewinny, przelał szalkę mojej paranoi. Wszystko zlało się na mnie w przeciągu paru dni – kryzys poszukiwania sensu w życiu zawodowym, brak pracy i wizja braku planów na najbliższa przyszłość mnie załamała. Może to teraz brzmi idiotycznie, ale brak pewnej ogólnej satysfakcji i wizji rozwoju spowodował, że zwątpiłam w tą jedną osobę, która zawsze przy mnie była. Nie mówię, że zawsze było idealnie. O nie. Ale jeśli coś się działo, na niego zawsze mogłam liczyć. Przez tyle lat. W dniu desperacji zwątpiłam czy MY mamy nadal sens? Czy warto o nas walczyć, skoro nawet nie wiem czy mu tak na dobrą sprawę zależy. Może faktycznie, prawdziwa miłość jest jak w bajce, na tyle silna, że jak cię spotka to wiesz to od razu. Po prostu to czujesz. A co ja czuję? Już sama nie wiem. Wylałam swoje żale, a on zapytał czy chcę z nim być. A ja zamarłam. Chcę? Nie chcę? Nie wiem! Skąd mam wiedzieć czym jest prawdziwa miłość? Niestety, nie wiem jest mało pocieszającą odpowiedzią. Co ja bym zrobił jakby na moje pytanie odpowiedział mi ‘nie wiem’? Więc nic nie odpowiedziałam. Okazało się, że cisza może być równie bolesna…

Ok, już sama nie wiedziałam co robię, ale skoro twierdzi, że jakbym go kochała to bym wiedziała co odpowiedzieć, to może faktycznie pora od siebie odetchnąć. Słowa padły, nie ma już odwrotu. Pora spakować torby i rozpocząć nowy rozdział, a raczej rozdziały… osobno.

Gdy ktoś jest na wakacjach razem, jest zmuszony spędzić czas razem. I to nas uratowało. Bo telefon nie odbierał, bo nic już się dzisiaj nie załatwi. Byliśmy na siebie skazani przez jeszcze jakiś czas. Czas wystarczający, by emocje opadły, by nie wybiec w złości, i by z dumy i skrzywdzonych uczuć się już do siebie nie odezwać. Mimo, że wiele czasu spędzaliśmy razem i rozmawialiśmy codziennie, tego wieczoru rozmawialiśmy pierwszy raz od długiego czasu… tak naprawdę od serca. O tym co nas boli, czego pragniemy, czego się boimy. Po tej rozmowie, zrozumiałam, że prawdziwa miłość nie przygalopuje do ciebie na białym koniu i nie oślepi cię blaskiem pierścionka zaręczynowego. Prawdziwa miłość będzie o ciebie walczyć, jeśli nawet ty zwątpisz. Nie podda się przy chwili zwątpienia, tylko będzie drążyć co jest nie tak i zrobi wszystko, żeby było lepiej. I mimo, że nie zawsze jest idealnie, wiem, że to ,że się na przykład nawzajem wkurzamy, nie jest dlatego, że mamy siebie dość, tylko wynika z tego, że nam nadal zależy, i że chcemy dla drugiej osoby jak najlepiej. Tej nocy to on o nas zawalczył, a to lepszy dowód miłości niż pierścionek zaręczynowy…

 

 

KJERAG

          Pewien mężczyzna od jakiegoś czasu odczuwał spadek formy. Dotychczasowe czynności, o których istnieniu nigdy nie myślał, teraz zaczęły sprawiać problem, wymagały wysiłku. W końcu nie zastanawiając się dłużej, udał się do lekarza.

Diagnoza była wyrokiem – tydzień życia. To czas jaki mu został, by swoje 35 letnie życie poukładać. By uporządkować, to, co dotychczas spychał w kąt.

Postanowił nie załamywać się, wytyczył sobie „7 dniowy plan życia”.

A każdy dzień miał być niczym przebyty rok.

W końcu zawsze to lepiej słyszy się 7 lat niż 7 dni…

Środa – rok 1 Rodzina

   Nigdy nie był przesadnie uczuciowy, potrafił bawić się ludźmi, wykorzystywać i porzucać, kiedy zaczynali ciążyć. Tak było z jego rodzicami starzy i niedołężni nie pasowali do jego nowoczesnego mieszkania, luksusowego samochodu i snobistycznego świata znajomych.

By nie musieć zmieniać siebie, zmienił ich świat…

Oddał do najbardziej luksusowego domu seniora w północnych Włoszech. Czuł się idealnym synem, zapewnił, bowiem bogata starość rodzicom, którzy wcale nie dali mu bogatego dzieciństwa.

Czuł się lepszy. Jak zwykle… górował.

Skoro miał żegnać się z życiem postanowił pożegnać się z nimi.

Jak zawsze nienagannie ubrany wkroczył do miejsca, w którym śmierć była codziennością, w której nawet ci zdrowi, jakoś dziwnie na nią czekali…, bo w końcu uwolniłaby ich od luksu i braku największego skarbu… miłości dziecka.

Gdy zobaczył Matkę i Ojca trzymających się za rękę wpatrzonych w niebo, opuściła go pewność siebie i siła, której nie można było mu odmówić. Dziwne ukucie poczuł w okolicy serca, kilka zbłąkanych myśli przebiegło przez głowę.

Zauważyli go!! Ich spowolnione ruchy teraz, nagle były pełne wigoru i młodzieńczego ducha. Radość w oczach matki i ojca dosięgała nawet jego oschłe serce.

Gdy przyszło się rozstać, rodzice szepnęli tylko jedno zdanie:

“ Bądź szczęśliwy synku, kochamy Cię”

Uśmiechnął się, przytulił ich po raz ostatni i odszedł…

Gdy odjeżdżał czuł jakieś niewytłumaczone rozdarcie… chciał zostać…chciał więcej tego rodzicielskiego ciepła. Po raz pierwszy od dawna żałował, że coś się kończy.

Ach, gdyby nie o życie chodziło…Zostałby!!

Czwartek — rok 2 Praca

        Bycie Dyrektorem wymaga olbrzymiego hartu ducha, psychicznej siły.

On je posiadał, zarządzanie ludźmi miał we krwi… teraz mógł to robić bezkarnie.

Był idealnym strategiem, dzięki temu firma w dobie kryzysu, zdobywała kolejne laury.

Pracownicy cenili sobie tą ugruntowaną pozycję rynkową. Niestety, gorzej radzili sobie z apodyktycznym charakterem, który narzucał własne “ja”

Urlop to było pojęcie, które wywoływało ciarki.

Upokorzenie jakiego trzeba było doświadczyć, odbierało cała radość faktu wolnego dnia.

Sofia pracowała z Nim od roku, nigdy nic nie chciała, szara myszka, która schodziła z drogi wszystkim. Tym razem jednak musiała zebrać siły i błagać o wolne, ponieważ jej ukochana babcia zachorowała i chciała się nią zająć.

Z tylko sobie znanym strachem otworzyła drzwi gabinetu. Bardzo chciała wygrać tą walkę, jednak brak wiary w siebie, zabijał myśli o sukcesie . Zdołała wydusić, że potrzebuje 2 dni wolne i skulona czekała na atak.

Jakież było jej zdziwienie, gdy bez zająknięcia dostała, to, o co prosiła.

Dalej nie do końca wierząc w to, co miało miejsce wróciła do swoich zajęć, by za wszelką cenę udowodnić sobie, że wszystko dzieje się naprawdę.

A on…czemu odpuścił?

Doszedł do wniosku, że szkoda czasu na kłótnie, wolał przemyśleć jak przeżyje kolejny rok …

Piątek — rok 3 Dzieci

        Nigdy nie pragnął założyć rodziny, obrączka na palcu, to coś , co go przerażało. To rodzaj ograniczenia, do którego nie chciał nigdy dopuścić. Lubił związki bez zobowiązań bez zbędnych wyznań i emocji. Lubił korzystać z życia. Hedonistyczny świat uwiódł go totalnie.

Dzień jakich wiele. 6.15 właśnie miał wejść do siłowni, gdy zobaczył małego chłopca.

Na oko malec miał z 5 lat. Walczył ze sobą, by nie podejść, by udać, że nic nie widzi. Zdziwiło go to bardzo, ale nie umiał być, aż takim dupkiem. Dziwnie zaczął martwić się o tego chłopca.

Podszedł, wyciągnął rękę w geście przywitania. Mały, mimo , iż był lekko speszony odwzajemnił uścisk. Na chwilę nawet podniósł swój wzrok na mężczyznę.

- Mogę się przysiąść…? nie czekając nawet na pozwolenie usiadł obok chłopca

-  Jest bardzo wcześnie, co robisz sam o tej porze…? Jak masz na imię, gdzie są Twoi rodzice…?

Jedyną odpowiedź stanowiła cisza… mały dalej niewzruszenie przerzucał kamyki ….

Ten rodzaj ignorancji jego osoby wywołał w, nim złość, chciał zachować się, jak zwykle, chciał dopiec…Szybko jednak oprzytomniał, że to jeszcze dziecko, że musi wyluzować.

Powstrzymał emocje, pierwszy raz od dawna nie krzyczał, gdy coś go irytuje.

Pierwszy raz od dawna, chce bezinteresownie pomóc… Gdy przyłapał się na tym myśleniu, sam nie wiedział co się z, nim dzieje, dlaczego nie umie odejść jak zwykle….

- “Chcę pomóc” pomyślał i mimowolnie uśmiechnął się do siebie …

- Jesteś głodny? czuć było, troskę w tym pytaniu. Chyba faktycznie było inne niż wszystkie, bo Malec zareagował… Kiwnął głową, że nie i zaczął płakać

Zgłupiał… nie wiedział co zrobić, jak uspokoić dziecko…

On bezradny, cholera co jest… klął w myślach

W końcu nie zastanawiając się dłużej przyciągnął malca do siebie.

Przytulił i poczuł jak małe ciałko tonie w jego uścisku.

W głowie miał chaos, jednak w sercu budziła się do życia miłość.

Nawet nie wiedział, kiedy, mały siedział na jego kolanach i zaczął mu opowiadać swoją historię…

Sobota – rok 4 Przyjaźń

         Igor, bo tak 5- latek miał na imię właśnie zaczynał z, nim kolejny dzień – rok.

Okazało się, że wypadek, o którym czytał wczoraj beznamiętnie w gazecie, dotyczył chłopca. Jego rodzice zmarli na miejscu, on jakimś cudem przeżył. Trafił na obserwację do szpitala. Jednak, kiedy usłyszał przypadkowo rozmowę lekarzy o jego rodzicach, przestraszył się i uciekł .

Wiedział, że mały jest wykończony, dlatego zabrał go do domu, dlatego postanowił mi ofiarować trochę swojego czasu.

Igor pochłonięty był oglądaniem bajki, on tylko udawał, że lektura książki go pasjonuje.

Naprawdę myślał o tym co się z, nim dzieje, skąd ten ckliwy sentymentalizm się w, nim pojawił. Przecież, to jego 7 lat miał korzystać, chciał jeszcze podróżować…

Tym czasem siedzi z obcym dzieckiem w domu i, choć bardzo nie chciał przyznać się przed samym sobą, było mu dobrze. Wiedział jednak , że musi powiadomić kogoś z rodziny Igora, że mimo, iż nawet zaczynało mu się podobać, musi być racjonalny.

Po krótkiej rozmowie z chłopcem, ustalił szpital, do którego zawieziono go na obserwację. Zadzwonił tam, powiadomił o wszystkim i umówił się z Ciotką Igora, że o 15.00 będzie u niego .

Nieco spokojniejszy, że panuje nad sytuacją i emocjami przyłączył się do malca… Chyba jednak potrzebował odprężenia, bajka wydała się być idealnym pomysłem.

W końcu nadszedł czas pożegnania. Z jednej strony czuł ulgę, że jego życie wraca na stare tory, z drugiej strony, ta obudzona miłość mieszała mu w głowie. Jakaś część jego przeżywała dramat rozstania.

Igor wychodząc już niemalże z jego mieszkania zrobił coś, co, wstrząsnęło, nim dogłębnie…

Zdjął swoją malutką koszulkę w dinozaury i ofiarował mu ją, tak, by go nie zapomniał.

Jak sam powiedział “W końcu przyjaciele tak robią…”

Nie myślał nad tym co robi, odruchowo zrobił to samo co chłopiec. Przybił po raz ostatni z, nim piątkę, odprowadził wzrokiem do samochodu. I wrócił do mieszkania.

Znów jednak czuł to dziwne uczucie smutku, znów żałował, że ma tak mało czasu…

Niedziela — rok 5 Czas

      Te kilka godzin spędzone z Igorem silnie na niego wpłynęło. Nigdy nie roztrząsał przeszłości, teraz jednak ze szklanką whisky siedział i oglądał rodzinny album. Uśmiechał się, gdy na kolejnych fotografiach odnajdował siebie, swoich rodziców, przyjaciół.

Te wspomnienia obudziły jego największą pasję, podróże…

Jako dziecko godzinami mógł biegać po górach. Na studiach nawet trochę fotografował. Lubił podpatrywać przyrodę. Lubił jej cząstkę uwiecznić. Jednak później jakoś zapomniał o tym, urzekło go miasto ze wszystkim rozrywkami.

Teraz jednak, gdy wszystko dobiegało końca, warto było jeszcze raz zmierzyć się z pięknem natury… może uda się odpocząć.. pomyślał

Poniedziałek, Wtorek – rok 6 i 7 Podróż

              Umrzeć w górach, w sumie czemu nie. Przynajmniej nie będzie nudo.

Wcześnie rano wyruszył na szlak, zdawał sobie, bowiem sprawę, że dawno się nie wspinał i nie ma już tej kondycji co kiedyś. Dochodzi jeszcze kwestia choroby, która również go osłabia, choć ostatnio ból jakby nie istniał…

Wspinaczka to jednak walka z samym sobą, kilka razy miał ochotę zawrócić, jednak On się nie poddaje. Ten jego upór tym razem okazał się przydatny, dotarł na szczyt i z góry mógł podziwiać piękno zachodzącego słońca.

Siedząc tak i fotografując wszystko, co tylko przykuło jego uwagę, zaczął myśleć o Rodzicach, zaczęło docierać do Niego, że wyrządził, im krzywdę, oddając do Domu Seniora, że tak jak on kochali przestrzeń. Że zabrał, im wolność, której nigdy mu nie żałowali. Od blisko 10 lat po raz pierwszy płakał….

         Ostatni dzień – rok minął jeszcze szybciej jak poprzedni, choć nie robił nic więcej po za bieganiem po górach, czas skurczył się niemiłosiernie. Gdy zobaczył, że dochodzi 20.. poczuł strach i smutek… Nie był już tak silny, jak wtedy , gdy wytyczał swój plan życia. Nie był już takim racjonalistą jak zawsze. Mimo to postanowił nie dramatyzować.

Wskrzesił w sobie dawny racjonalizm. W krótkim liście do Rodziców, napisał, że kocha, że przeprasza, podał też wszystkie potrzebne hasła i pełnomocnictwa, by firma i majątek nie przepadły…

Gdy załatwił wszystko, wyruszył w ostatnią podróż na szczyt.

Nigdy jednak nie próbował nocnej wędrówki, więc odczuwał i strach i radość, że nawet teraz jest w stanie zrobić coś nowego….

19. październik

Wszystko było nie tak…

Wrócił z gór o własnych siłach, co prawda ta nocna podróż kosztował go kilka siniaków i potłuczeń, jednak dalej żył.

Znaczy próbował żyć, bo każdego dnia siadał i czekał na nieuniknione

W końcu totalnie złamany i pogubiony ponownie poszedł do lekarza

- Pamięta mnie pan …zaczął z wyrzutem

- Pamiętam…beznamiętnie odparł lekarz, dalej wypełniając dokumentację

- Kiedy byłem u Pana, powiedział Pan, że jestem nieuleczalnie chory. Że mam tylko 7 dni życia…

- Mówiłem już, że pamiętam Pana, wiem, co, wtedy powiedziałem… szło wyczuć lekkie zdenerwowanie w głośnie lekarza

Te słowa strasznie go zdenerwowały, nie umiał się pohamować:

Super, że ma pan dobrą pamięć, bo, jeśli chodzi o diagnozy, to są fatalne, minęły prawie 2 tygodnie a ja dalej żyje… słyszy Pan Ż..Y..J..Ę.., mimo iż krzyczał ostatnie słowo wręcz literował…

- Lekarz spojrzał na niego z uśmiechem, po czym odpowiedział: Przecież widzę, że pan żyje, w czym problem?

Zatkało go, miał ochotę przywalić lekarzowi, by ten wreszcie znormalniał…

- Mój problem to pańska diagnoza przez nią od 2 tygodni jak idiota czekam końca, a przecież tyle rzeczy mógłbym zrobić….wyrzucił na jednym wdechu

- Lekarz wyprostował się i zaczął… Ma pan rację, mówiłem, że Pańska choroba jest nieuleczalna, bo faktycznie taką była. Tyle tylko , że dziś siedzi przed mną inny człowiek. Tamten, któremu przedstawiałem diagnozę… nie żyje..

- Słucham ???? nie wierzył w to, co słyszę… “czy pan jest normalny…?” wypalił.

- Tak, jestem normalny, i dla pana spokoju, Pan też jest normalny… uśmiechnął się i kontynuował:

Pierwszego października poznałem człowieka, którego toczył rak… zepsucia i ignorancji. Niestety, stadium było tak zaawansowane, że nie było lekarstwa. Medycyna w tym przypadku okazała się bezsilna, pozostała tylko śmierć…

Dziś spotykam Pana po raz pierwszy… fakt ciało już kiedyś widziałem, jednak dusza jest mi obca. Zagubiona jak każda na początku drogi, jednak widzę, że jest zdrowa, zatem nie mogę pomóc.

- Z uśmiechem dodał, przykro mi, ale zdrowych ludzi nie leczę

Przemijanie…

„Doceń”

Myślałeś nad tym co będzie jutro -

gdy z odchodzeniem przyjdzie się zmierzyć

Gdy los i Ciebie w podróży doścignie

i na tą chwilę stanie się katem.

Myślałeś nad tym co w życiu się zmieni

gdy  serce i rozum przepełni -

niepewność, rozterka i zamęt?

Dziś swej młodości oddajesz hołdy

Silny, i wolny, tak życie postrzegasz

Nie raz mijając starca na drodze

w duchu ułomność wyśmiewasz.

Przed życiem wcale nie czując lęku

na nowe poziomy -

zaślepiony wbiegasz

Ryzyko to siostra, wyzwanie jest bratem

za to rozsądek rodzicem przed którym

starannie uciekasz…

Świat jednak swoim prawem się rządzi

którego nie da się zwieść, oszukać,

przed którym nawet największy ryzykant

schyli swe czoło i ugnie kolano

Zatem nie czekaj chwili, gdy przyjdzie

wszystko od nowa mozolnie budować!

Nie zrób jak wielu i nie doceniaj

czasu dopiero, gdy śmierć zastuka…

 

Bądź sobą, dla innych będziesz Kimś…

Pierwszy wiosenny powiał wiatr,

cieplejsze słońce wstaje…

Poszedłeś gdzieś w bezkresny świat -

by szczęście swe odnaleźć.

W cudownym parku, w krainie barw,

kolorem się zachwycasz.

Poddajesz się, ulegasz i…

Złotem się  przyodziewasz!

Spotkałeś ją, skusiła Cię -

tym jednym pocałunkiem zdobyła…

Oddałeś się bez reszty, bo co może stać się złego…?

Jej eteryczna woń, pomieszała zmysł,

sprawiła, że przestałeś normalnie ten świat postrzegać…


Słodycz i blask opętał cię, do granic Cię przenika.

Nic z tego chłopca co kochał świat już w Tobie nie dostrzegam…

Przejadłeś się nie widząc, że ku porażce Cię popycha,

Stój… !!

czekaj … !!

Bracie opamiętaj się ….

Nie widzisz, że to gra …?

Dlaczego ten pusty kolor szat tak bardzo Cię urzeka…

Ej bracie no przestać dalej brnąć…

spójrz w moje oczy, poczekaj …

Stań…

Kochany mój na razie ….


O widzę! jesteś… zdobyłeś szczyt -

koroną się zachwycasz

Kochany mój …pozwól, że ja zostanę nieco niżej

nie dla mnie blask, stukanie szkieł i wasz codzienny blichtr.


Po wiośnie, lato, po lecie jesień, odwieczny zegar tyka.

Pamiętam Cię i myślę wciąż co tam u Ciebie słychać.

Jak zwykle do parku idę, by na ławce światem pooddychać.

Tęsknota do tych wspólnych chwil, tak bardzo mi doskwiera -

że przydrożny żebrak co właśnie resztką sił próbuje z ziemi wstać,

do Ciebie tak podobny jest, że serce ból przeszywa…

Boże nie wierzę! To jesteś Ty, ten oczu blask …którego się nie zapomina!

Bracie poczekaj pomogę wstać, nie musisz nic udawać.

Wiem przecież pokochałeś ją, dla ciebie była kimś…

Ty dla niej tylko kolejny błazen, na drodze do zniszczenia.

Ej nie płacz już, nic przecież to nie zmieni.

Wstań zobacz przecież, to jest nasz park -

gdzie zieleń i szarość jest prawdziwa….

Mówisz że nie wiesz jak dalej żyć ….

Że chyba już nie umiesz.

Głuptasie no przecież to tylko mat

w jednej z życiowych roszad.

Pozbieraj pionki.

Siadaj, graj by zacząć znów wygrywać!!


A Ty wędrowcze co słuchasz tego, jak sądzisz czego dotyczyła gra?

usiądź wygodnie i pomyśl co w życiu jest Ci bliskie i o to walcz i tego strzeż

i nigdy się nie zmieniaj.

Nie próbuj nigdy jak oni ,takim samym być, bo jak mój Brat, się poobijasz.

Doceń ten piękny życia dar, że jesteś tym JEDYNYM!!!

Z dedykacją dla wyjątkowo naturalnej kobiety :)