Ballada o codzienności

kubek

Zwykły

blaszany

kubku

z kawałkiem sznureczka

przy uchu…

wiedz, że myślę o Tobie

częściej teraz,

niż wtedy

gdy byliśmy razem…

Pierwszy smak kawy,

gdy przemoczona drżałam

po burzy spędzonej w lesie,

zaliczyłam z Tobą!

Najlepszą herbatą świata,

po nocnych manewrach

z moją drużyną

poiłam się przy Tobie.

I tylko od procentów

trzymałam Cię z daleka,

bo byłeś harcerski

nieco bardziej niż Ja…

Kiedy w kolejną podróż ruszam,

gdy tak jak teraz

zapełniam termos,

to mimo, że piękny

markowy

i trendy

Uwierz!! -

tęskno mi

do mojego blaszanego KUBKA!

Jak rozmawiać?

 Pierwsze bunty i nastoletnie czasy mam za sobą. Śmiem twierdzić, że nieco dorosłam i nawet panuję (czasami) nad swoim buńczucznym i wymagającym charakterem.

To, jednak dalej rozmowy z tymi najbliższymi bywają niekiedy Everestem, na którym człowiek wystawiony na extremalne doświadczenia, dopuszcza do głosu częściej swoje wady, aniżeli zalety.

Ostatni tydzień, to okres chorobowo – leniwcowy. Czyli średni czas dla mnie.

Bo w końcu co innego, łazikować w pidżamie cały dzień z kaprysu, a co innego nie opuszczać tego stroju przez konieczność trzecią, jakiś patagoński wirus jelitówki, z temperaturą dochodzącą do 39.5 stopnia, gdzie wszyscy dookoła mają darmowe pasmo komediowe, bo majaczę jak trzylatek.

I tak jestem w szoku, że ostatnio ograniczyłam się tylko do kilku wizji pająków i sennych ucieczek przed nimi. Jednak nawet i te epizody czujne oko mężowej kamerki wyłapało!

I, gdyby jeszcze tą chorobę szło okrasić lekturą, to nawet, by mi się podobało takie leżakowanie, przynajmniej kilka pozycji książkowych, o które zawsze byłam, jestem i będę w plecy, (bo dużo czekoladek dla umysłu mam na swoje liście) bym pochłonęła, to w stanie permanentnego zmęczenia i otępionych funkcji myślowych, czytanie było, a wykonalne.

Szkoda niestety, że rozmawianie jakoś tak automatycznie, też na ten czas nie chciało zaniknąć.

     I tym sposobem, to właśnie w tym mało sprzyjającym czasie, dzieją się rzeczy dziwne.

Anonimowe wiadomości na fb, od pseudo bohaterów, którzy nie mają odwagi unieść słów, które wypowiadają.

Mąż zadający, co godzina pytanie, “Lepiej?” Albo marudzący, “leż”, “przykryj się”, “ no zjedz coś” itd. … Ej chwila, przecież, to, tylko choroba, nie ubyło mi w metryce co najmniej 20 lat, wiem, co mam robić!

I na dokładkę Mama, mająca jakiś nie cierpiący zwłoki problem, który próbuje rozwiązać ze mną przez tel. i na nic zdają się tłumaczenia, że pogadamy jak przylecę do PL, ma być tu i teraz. Po czym słyszę, że coś nerwowa jestem i, że ze mną, to tak zawsze.

No i pewnie coś w tym jest, ale czy to kogoś dziwi, w końcu od ładnych paru dni nie mogę robić tego co lubię, nie ma ścianki, nie ma ćwiczeń, nie ma nawet książek o wspinaniu…

Nic tylko rozjechana wiewiórka w łóżku… no, to nie może mnie cieszyć…

I tylko nie rozumiem, dlaczego moi znajomi wiedzą, że uzależniłam się od wspinaczki i nie zadają zbędnych pytań, jakoś intuicyjnie czują, że jestem na “głodzie” i jak w reklamie snickersa nie jestem sobą.

A bliscy z uporem drążą temat, co jest nie tak.

Ciekawa jestem, czy faktycznie, im bliżej tym widzi się mniej…?

Czy może ja gubię zdolność komunikacji, mimo iż filologia jest mi bliska…?

Profesor

Jakoż, że mamy czas wakacji, a co za tym idzie mniej lub więcej podróżujemy,
wywołam do tablicy pewną historię, w której przyszło mi odegrać główną rolę, aczkolwiek całkowicie niezamierzenie.
Historia wydarzyła się w drodze powrotnej ze stolicy, żeby było dowcipniej, to w pociągu.

Otóż jak każda kobieta nie potrafię na 4 dniowy wyjazd zabrać jedynie plecaka…
Zatem nieodzownie zawsze towarzyszy mi walizka, mniejsza, większa, to już tylko kwestia zależna od aury za oknem. Jednak tym razem padło na większą, gdyż po pierwsze, to był początek Maja i pogoda odrobinę szalała, a po drugie mówimy o Stolicy, co za tym idzie zakupach, którym czasami ulegam. Do tego jeszcze ze 2 książki, torebka, coś do jedzenia, jednym słowem niczym obładowany wielbłąd wyczekiwałam rzeczonego pociągu.

Stolica od moich rodzinnych stron oddalona jest o jakieś 250 km zatem, nie spodziewałam się spotkać nikogo znajomego. Okazało się jednak , że całkiem niedaleko mnie znajdował się mój wykładowca, w sumie to były wykładowca, bo studenckie czasu, to trochę zamierzchła historia. Jednakoż, iż ów Profesor był strasznie lubianą Jednostką rozpoznanie nie stanowiło większego problemu. Jednak jak On miał, to w zwyczaju nie potrafił usiedzieć spokojnie na miejscu, tak było na wykładach i seminariach, tak też było na peronie. Kręcił się to tu to tam, więc nie było nawet szansy na zwykłe “Dzień dobry”, a co dopiero małą dyskusję o uczelnianych sprawach.
do tego zawsze szarmancki, mimo 50 na karku podobał się większości żeńskiej, która na filologii polskiej stanowiła grupę znaczną.

I, gdy już miałam otworzyć buzię, by wydobyć coś w stylu : “Dzień dobry Profesorze”, rozegrała się sytuacja, która wywróciła nieco mój światopogląd.
Otóż pewnie każdy, choć raz podróżując pociągiem zastanawiał się, jak upchnąć walizkę, gdy przestrzeń bagażowa jest zajęta? W tamtej ów chwili również i ja stanęłam przed owym wyzwaniem. Moje skromne 160 cm utrudnia bardzo wrzucanie walizek, na te półki najwyższe, a co dopiero na walizki tam się znajdujące. Nom, ale cóż podjęłam się tej  z góry skazanej na niepowodzenie czynności. I, wtedy usłyszałam, jak przechodzący mężczyzna, rzucił w kierunku Profesora, zdanie : “Gościu masz 2 m a ciężko pomóc Ci tej Pani?! I w rzeczy samej Profesor do najniższych nie należał. I wiecie co? Spodziewałabym się wszystkiego, tylko nie takiej odpowiedzi ze strony człowieka wykształconego, z tytułem prof. zwyczajnego.
Stwierdził, bowiem, iż on jest zbyt wykształcony, by do niego mówić “Gościu” i, jeśli go mężczyzna zaraz nie przeprosi złoży zażalenie ochronie kolei, że spotkał się z molestowaniem słownym. Gdy zakończył swój monolog, który przypominał teoretyczne podejście do literatury, a nie do człowieka, wszyscy wybuchnęli śmiechem, poza mną. Ja, bowiem trwałam w osłupieniu i konsternacji. Nawet nie zauważyłam, że walizka już dawno leży na górze, a wrzucił ją zręcznie ów młodzian załadowany bardziej ode mnie jak tylko uporał się ze swoim bagażem.

I tak w jednej chwili, w jednej zwykłej sytuacji poznałam prawdziwą twarz człowieka, który na uczelnianych korytarzach jest przykładem klasy, obycia i empatii.

Miałam jeszcze ochotę, po całej sytuacji rzucić : “Dziękuję Profesorze za pomoc”, ale stwierdziłam, że nie ma sensu. W końcu cham pozostanie chamem. I może założyć milion przyzwoitych masek, może skutecznie budować swój wizerunek w oczach innych, to jednak przyjdzie moment, w którym przestanie się kontrolować i, kiedy pokaże kim jest naprawdę !

KJERAG

          Pewien mężczyzna od jakiegoś czasu odczuwał spadek formy. Dotychczasowe czynności, o których istnieniu nigdy nie myślał, teraz zaczęły sprawiać problem, wymagały wysiłku. W końcu nie zastanawiając się dłużej, udał się do lekarza.

Diagnoza była wyrokiem – tydzień życia. To czas jaki mu został, by swoje 35 letnie życie poukładać. By uporządkować, to, co dotychczas spychał w kąt.

Postanowił nie załamywać się, wytyczył sobie „7 dniowy plan życia”.

A każdy dzień miał być niczym przebyty rok.

W końcu zawsze to lepiej słyszy się 7 lat niż 7 dni…

Środa – rok 1 Rodzina

   Nigdy nie był przesadnie uczuciowy, potrafił bawić się ludźmi, wykorzystywać i porzucać, kiedy zaczynali ciążyć. Tak było z jego rodzicami starzy i niedołężni nie pasowali do jego nowoczesnego mieszkania, luksusowego samochodu i snobistycznego świata znajomych.

By nie musieć zmieniać siebie, zmienił ich świat…

Oddał do najbardziej luksusowego domu seniora w północnych Włoszech. Czuł się idealnym synem, zapewnił, bowiem bogata starość rodzicom, którzy wcale nie dali mu bogatego dzieciństwa.

Czuł się lepszy. Jak zwykle… górował.

Skoro miał żegnać się z życiem postanowił pożegnać się z nimi.

Jak zawsze nienagannie ubrany wkroczył do miejsca, w którym śmierć była codziennością, w której nawet ci zdrowi, jakoś dziwnie na nią czekali…, bo w końcu uwolniłaby ich od luksu i braku największego skarbu… miłości dziecka.

Gdy zobaczył Matkę i Ojca trzymających się za rękę wpatrzonych w niebo, opuściła go pewność siebie i siła, której nie można było mu odmówić. Dziwne ukucie poczuł w okolicy serca, kilka zbłąkanych myśli przebiegło przez głowę.

Zauważyli go!! Ich spowolnione ruchy teraz, nagle były pełne wigoru i młodzieńczego ducha. Radość w oczach matki i ojca dosięgała nawet jego oschłe serce.

Gdy przyszło się rozstać, rodzice szepnęli tylko jedno zdanie:

“ Bądź szczęśliwy synku, kochamy Cię”

Uśmiechnął się, przytulił ich po raz ostatni i odszedł…

Gdy odjeżdżał czuł jakieś niewytłumaczone rozdarcie… chciał zostać…chciał więcej tego rodzicielskiego ciepła. Po raz pierwszy od dawna żałował, że coś się kończy.

Ach, gdyby nie o życie chodziło…Zostałby!!

Czwartek — rok 2 Praca

        Bycie Dyrektorem wymaga olbrzymiego hartu ducha, psychicznej siły.

On je posiadał, zarządzanie ludźmi miał we krwi… teraz mógł to robić bezkarnie.

Był idealnym strategiem, dzięki temu firma w dobie kryzysu, zdobywała kolejne laury.

Pracownicy cenili sobie tą ugruntowaną pozycję rynkową. Niestety, gorzej radzili sobie z apodyktycznym charakterem, który narzucał własne “ja”

Urlop to było pojęcie, które wywoływało ciarki.

Upokorzenie jakiego trzeba było doświadczyć, odbierało cała radość faktu wolnego dnia.

Sofia pracowała z Nim od roku, nigdy nic nie chciała, szara myszka, która schodziła z drogi wszystkim. Tym razem jednak musiała zebrać siły i błagać o wolne, ponieważ jej ukochana babcia zachorowała i chciała się nią zająć.

Z tylko sobie znanym strachem otworzyła drzwi gabinetu. Bardzo chciała wygrać tą walkę, jednak brak wiary w siebie, zabijał myśli o sukcesie . Zdołała wydusić, że potrzebuje 2 dni wolne i skulona czekała na atak.

Jakież było jej zdziwienie, gdy bez zająknięcia dostała, to, o co prosiła.

Dalej nie do końca wierząc w to, co miało miejsce wróciła do swoich zajęć, by za wszelką cenę udowodnić sobie, że wszystko dzieje się naprawdę.

A on…czemu odpuścił?

Doszedł do wniosku, że szkoda czasu na kłótnie, wolał przemyśleć jak przeżyje kolejny rok …

Piątek — rok 3 Dzieci

        Nigdy nie pragnął założyć rodziny, obrączka na palcu, to coś , co go przerażało. To rodzaj ograniczenia, do którego nie chciał nigdy dopuścić. Lubił związki bez zobowiązań bez zbędnych wyznań i emocji. Lubił korzystać z życia. Hedonistyczny świat uwiódł go totalnie.

Dzień jakich wiele. 6.15 właśnie miał wejść do siłowni, gdy zobaczył małego chłopca.

Na oko malec miał z 5 lat. Walczył ze sobą, by nie podejść, by udać, że nic nie widzi. Zdziwiło go to bardzo, ale nie umiał być, aż takim dupkiem. Dziwnie zaczął martwić się o tego chłopca.

Podszedł, wyciągnął rękę w geście przywitania. Mały, mimo , iż był lekko speszony odwzajemnił uścisk. Na chwilę nawet podniósł swój wzrok na mężczyznę.

- Mogę się przysiąść…? nie czekając nawet na pozwolenie usiadł obok chłopca

-  Jest bardzo wcześnie, co robisz sam o tej porze…? Jak masz na imię, gdzie są Twoi rodzice…?

Jedyną odpowiedź stanowiła cisza… mały dalej niewzruszenie przerzucał kamyki ….

Ten rodzaj ignorancji jego osoby wywołał w, nim złość, chciał zachować się, jak zwykle, chciał dopiec…Szybko jednak oprzytomniał, że to jeszcze dziecko, że musi wyluzować.

Powstrzymał emocje, pierwszy raz od dawna nie krzyczał, gdy coś go irytuje.

Pierwszy raz od dawna, chce bezinteresownie pomóc… Gdy przyłapał się na tym myśleniu, sam nie wiedział co się z, nim dzieje, dlaczego nie umie odejść jak zwykle….

- “Chcę pomóc” pomyślał i mimowolnie uśmiechnął się do siebie …

- Jesteś głodny? czuć było, troskę w tym pytaniu. Chyba faktycznie było inne niż wszystkie, bo Malec zareagował… Kiwnął głową, że nie i zaczął płakać

Zgłupiał… nie wiedział co zrobić, jak uspokoić dziecko…

On bezradny, cholera co jest… klął w myślach

W końcu nie zastanawiając się dłużej przyciągnął malca do siebie.

Przytulił i poczuł jak małe ciałko tonie w jego uścisku.

W głowie miał chaos, jednak w sercu budziła się do życia miłość.

Nawet nie wiedział, kiedy, mały siedział na jego kolanach i zaczął mu opowiadać swoją historię…

Sobota – rok 4 Przyjaźń

         Igor, bo tak 5- latek miał na imię właśnie zaczynał z, nim kolejny dzień – rok.

Okazało się, że wypadek, o którym czytał wczoraj beznamiętnie w gazecie, dotyczył chłopca. Jego rodzice zmarli na miejscu, on jakimś cudem przeżył. Trafił na obserwację do szpitala. Jednak, kiedy usłyszał przypadkowo rozmowę lekarzy o jego rodzicach, przestraszył się i uciekł .

Wiedział, że mały jest wykończony, dlatego zabrał go do domu, dlatego postanowił mi ofiarować trochę swojego czasu.

Igor pochłonięty był oglądaniem bajki, on tylko udawał, że lektura książki go pasjonuje.

Naprawdę myślał o tym co się z, nim dzieje, skąd ten ckliwy sentymentalizm się w, nim pojawił. Przecież, to jego 7 lat miał korzystać, chciał jeszcze podróżować…

Tym czasem siedzi z obcym dzieckiem w domu i, choć bardzo nie chciał przyznać się przed samym sobą, było mu dobrze. Wiedział jednak , że musi powiadomić kogoś z rodziny Igora, że mimo, iż nawet zaczynało mu się podobać, musi być racjonalny.

Po krótkiej rozmowie z chłopcem, ustalił szpital, do którego zawieziono go na obserwację. Zadzwonił tam, powiadomił o wszystkim i umówił się z Ciotką Igora, że o 15.00 będzie u niego .

Nieco spokojniejszy, że panuje nad sytuacją i emocjami przyłączył się do malca… Chyba jednak potrzebował odprężenia, bajka wydała się być idealnym pomysłem.

W końcu nadszedł czas pożegnania. Z jednej strony czuł ulgę, że jego życie wraca na stare tory, z drugiej strony, ta obudzona miłość mieszała mu w głowie. Jakaś część jego przeżywała dramat rozstania.

Igor wychodząc już niemalże z jego mieszkania zrobił coś, co, wstrząsnęło, nim dogłębnie…

Zdjął swoją malutką koszulkę w dinozaury i ofiarował mu ją, tak, by go nie zapomniał.

Jak sam powiedział “W końcu przyjaciele tak robią…”

Nie myślał nad tym co robi, odruchowo zrobił to samo co chłopiec. Przybił po raz ostatni z, nim piątkę, odprowadził wzrokiem do samochodu. I wrócił do mieszkania.

Znów jednak czuł to dziwne uczucie smutku, znów żałował, że ma tak mało czasu…

Niedziela — rok 5 Czas

      Te kilka godzin spędzone z Igorem silnie na niego wpłynęło. Nigdy nie roztrząsał przeszłości, teraz jednak ze szklanką whisky siedział i oglądał rodzinny album. Uśmiechał się, gdy na kolejnych fotografiach odnajdował siebie, swoich rodziców, przyjaciół.

Te wspomnienia obudziły jego największą pasję, podróże…

Jako dziecko godzinami mógł biegać po górach. Na studiach nawet trochę fotografował. Lubił podpatrywać przyrodę. Lubił jej cząstkę uwiecznić. Jednak później jakoś zapomniał o tym, urzekło go miasto ze wszystkim rozrywkami.

Teraz jednak, gdy wszystko dobiegało końca, warto było jeszcze raz zmierzyć się z pięknem natury… może uda się odpocząć.. pomyślał

Poniedziałek, Wtorek – rok 6 i 7 Podróż

              Umrzeć w górach, w sumie czemu nie. Przynajmniej nie będzie nudo.

Wcześnie rano wyruszył na szlak, zdawał sobie, bowiem sprawę, że dawno się nie wspinał i nie ma już tej kondycji co kiedyś. Dochodzi jeszcze kwestia choroby, która również go osłabia, choć ostatnio ból jakby nie istniał…

Wspinaczka to jednak walka z samym sobą, kilka razy miał ochotę zawrócić, jednak On się nie poddaje. Ten jego upór tym razem okazał się przydatny, dotarł na szczyt i z góry mógł podziwiać piękno zachodzącego słońca.

Siedząc tak i fotografując wszystko, co tylko przykuło jego uwagę, zaczął myśleć o Rodzicach, zaczęło docierać do Niego, że wyrządził, im krzywdę, oddając do Domu Seniora, że tak jak on kochali przestrzeń. Że zabrał, im wolność, której nigdy mu nie żałowali. Od blisko 10 lat po raz pierwszy płakał….

         Ostatni dzień – rok minął jeszcze szybciej jak poprzedni, choć nie robił nic więcej po za bieganiem po górach, czas skurczył się niemiłosiernie. Gdy zobaczył, że dochodzi 20.. poczuł strach i smutek… Nie był już tak silny, jak wtedy , gdy wytyczał swój plan życia. Nie był już takim racjonalistą jak zawsze. Mimo to postanowił nie dramatyzować.

Wskrzesił w sobie dawny racjonalizm. W krótkim liście do Rodziców, napisał, że kocha, że przeprasza, podał też wszystkie potrzebne hasła i pełnomocnictwa, by firma i majątek nie przepadły…

Gdy załatwił wszystko, wyruszył w ostatnią podróż na szczyt.

Nigdy jednak nie próbował nocnej wędrówki, więc odczuwał i strach i radość, że nawet teraz jest w stanie zrobić coś nowego….

19. październik

Wszystko było nie tak…

Wrócił z gór o własnych siłach, co prawda ta nocna podróż kosztował go kilka siniaków i potłuczeń, jednak dalej żył.

Znaczy próbował żyć, bo każdego dnia siadał i czekał na nieuniknione

W końcu totalnie złamany i pogubiony ponownie poszedł do lekarza

- Pamięta mnie pan …zaczął z wyrzutem

- Pamiętam…beznamiętnie odparł lekarz, dalej wypełniając dokumentację

- Kiedy byłem u Pana, powiedział Pan, że jestem nieuleczalnie chory. Że mam tylko 7 dni życia…

- Mówiłem już, że pamiętam Pana, wiem, co, wtedy powiedziałem… szło wyczuć lekkie zdenerwowanie w głośnie lekarza

Te słowa strasznie go zdenerwowały, nie umiał się pohamować:

Super, że ma pan dobrą pamięć, bo, jeśli chodzi o diagnozy, to są fatalne, minęły prawie 2 tygodnie a ja dalej żyje… słyszy Pan Ż..Y..J..Ę.., mimo iż krzyczał ostatnie słowo wręcz literował…

- Lekarz spojrzał na niego z uśmiechem, po czym odpowiedział: Przecież widzę, że pan żyje, w czym problem?

Zatkało go, miał ochotę przywalić lekarzowi, by ten wreszcie znormalniał…

- Mój problem to pańska diagnoza przez nią od 2 tygodni jak idiota czekam końca, a przecież tyle rzeczy mógłbym zrobić….wyrzucił na jednym wdechu

- Lekarz wyprostował się i zaczął… Ma pan rację, mówiłem, że Pańska choroba jest nieuleczalna, bo faktycznie taką była. Tyle tylko , że dziś siedzi przed mną inny człowiek. Tamten, któremu przedstawiałem diagnozę… nie żyje..

- Słucham ???? nie wierzył w to, co słyszę… “czy pan jest normalny…?” wypalił.

- Tak, jestem normalny, i dla pana spokoju, Pan też jest normalny… uśmiechnął się i kontynuował:

Pierwszego października poznałem człowieka, którego toczył rak… zepsucia i ignorancji. Niestety, stadium było tak zaawansowane, że nie było lekarstwa. Medycyna w tym przypadku okazała się bezsilna, pozostała tylko śmierć…

Dziś spotykam Pana po raz pierwszy… fakt ciało już kiedyś widziałem, jednak dusza jest mi obca. Zagubiona jak każda na początku drogi, jednak widzę, że jest zdrowa, zatem nie mogę pomóc.

- Z uśmiechem dodał, przykro mi, ale zdrowych ludzi nie leczę

Przemijanie…

„Doceń”

Myślałeś nad tym co będzie jutro -

gdy z odchodzeniem przyjdzie się zmierzyć

Gdy los i Ciebie w podróży doścignie

i na tą chwilę stanie się katem.

Myślałeś nad tym co w życiu się zmieni

gdy  serce i rozum przepełni -

niepewność, rozterka i zamęt?

Dziś swej młodości oddajesz hołdy

Silny, i wolny, tak życie postrzegasz

Nie raz mijając starca na drodze

w duchu ułomność wyśmiewasz.

Przed życiem wcale nie czując lęku

na nowe poziomy -

zaślepiony wbiegasz

Ryzyko to siostra, wyzwanie jest bratem

za to rozsądek rodzicem przed którym

starannie uciekasz…

Świat jednak swoim prawem się rządzi

którego nie da się zwieść, oszukać,

przed którym nawet największy ryzykant

schyli swe czoło i ugnie kolano

Zatem nie czekaj chwili, gdy przyjdzie

wszystko od nowa mozolnie budować!

Nie zrób jak wielu i nie doceniaj

czasu dopiero, gdy śmierć zastuka…

 

Bądź sobą, dla innych będziesz Kimś…

Pierwszy wiosenny powiał wiatr,

cieplejsze słońce wstaje…

Poszedłeś gdzieś w bezkresny świat -

by szczęście swe odnaleźć.

W cudownym parku, w krainie barw,

kolorem się zachwycasz.

Poddajesz się, ulegasz i…

Złotem się  przyodziewasz!

Spotkałeś ją, skusiła Cię -

tym jednym pocałunkiem zdobyła…

Oddałeś się bez reszty, bo co może stać się złego…?

Jej eteryczna woń, pomieszała zmysł,

sprawiła, że przestałeś normalnie ten świat postrzegać…


Słodycz i blask opętał cię, do granic Cię przenika.

Nic z tego chłopca co kochał świat już w Tobie nie dostrzegam…

Przejadłeś się nie widząc, że ku porażce Cię popycha,

Stój… !!

czekaj … !!

Bracie opamiętaj się ….

Nie widzisz, że to gra …?

Dlaczego ten pusty kolor szat tak bardzo Cię urzeka…

Ej bracie no przestać dalej brnąć…

spójrz w moje oczy, poczekaj …

Stań…

Kochany mój na razie ….


O widzę! jesteś… zdobyłeś szczyt -

koroną się zachwycasz

Kochany mój …pozwól, że ja zostanę nieco niżej

nie dla mnie blask, stukanie szkieł i wasz codzienny blichtr.


Po wiośnie, lato, po lecie jesień, odwieczny zegar tyka.

Pamiętam Cię i myślę wciąż co tam u Ciebie słychać.

Jak zwykle do parku idę, by na ławce światem pooddychać.

Tęsknota do tych wspólnych chwil, tak bardzo mi doskwiera -

że przydrożny żebrak co właśnie resztką sił próbuje z ziemi wstać,

do Ciebie tak podobny jest, że serce ból przeszywa…

Boże nie wierzę! To jesteś Ty, ten oczu blask …którego się nie zapomina!

Bracie poczekaj pomogę wstać, nie musisz nic udawać.

Wiem przecież pokochałeś ją, dla ciebie była kimś…

Ty dla niej tylko kolejny błazen, na drodze do zniszczenia.

Ej nie płacz już, nic przecież to nie zmieni.

Wstań zobacz przecież, to jest nasz park -

gdzie zieleń i szarość jest prawdziwa….

Mówisz że nie wiesz jak dalej żyć ….

Że chyba już nie umiesz.

Głuptasie no przecież to tylko mat

w jednej z życiowych roszad.

Pozbieraj pionki.

Siadaj, graj by zacząć znów wygrywać!!


A Ty wędrowcze co słuchasz tego, jak sądzisz czego dotyczyła gra?

usiądź wygodnie i pomyśl co w życiu jest Ci bliskie i o to walcz i tego strzeż

i nigdy się nie zmieniaj.

Nie próbuj nigdy jak oni ,takim samym być, bo jak mój Brat, się poobijasz.

Doceń ten piękny życia dar, że jesteś tym JEDYNYM!!!

Z dedykacją dla wyjątkowo naturalnej kobiety :)