Każdy dzień to walka cd – Wszystko powstaje w naszej głowie.

Ostatni rok nauczył mnie inaczej patrzeć na to co nam się przytrafia. Gdy na naszej drodze pojawiają się trudności, coś nam nie wyjdzie, pierwsze co nam pojawia się w głowie to złość i żal; „czemu to akurat mi się przytrafia? Dlaczego ja?” itp. Wszystko odbieramy bardzo osobiście, a często zachowanie innych, które nas tak rani, jest tylko przypadkowe i nie ma nic wspólnego z nami. Każdy przeżywa własne życie i widzi wszystko z innej perspektywy, i  często te raniące nas zachowania są zupełnie nieświadome … Ale o tym też nie dzisiaj.

Jeszcze parę miesięcy temu, wszystko musiałam mieć zaplanowane, przynajmniej na kilka kroków na przód, a każdy dzień bez takiej czystej wizji co stanie się następne napawało mnie niepokojem. Podstawówka, Gimnazjum, Liceum, później studia, jakieś praktyki i praca, trochę odłożyć, ślub, dzieci… W końcu o to chodzi w życiu, prawda? Żeby zakładać rodzinę i harować do wieczora żeby ją utrzymać. Ale gdy ten genialny plan utknął w miejscu, niewiedza co się stanie z moim życiem wpływała nie tylko na moja psychikę i poziom stresu ale i moje ciało. Mięśnie się spinały a brzuch protestował. To że nie możemy zmienić co nam się przytrafia nie miało znaczenia… tylko pogrążało moją bezsilność. Do tego zmartwione głosy rodziców „a co teraz zrobisz? Gdzie będziesz mieszkać? Jak się utrzymasz? Przynajmniej do tej pory ktoś ci pomagał, a teraz? Jesteś tam zupełnie sama!” wcale nie dodawały mi otuchy. Ale pewnego dnia, ktoś powiedział mi: ”może nie możesz kontrolować co ci się przytrafia, ale możesz zadecydować jak na to zareagujesz” i podesłał mi kilka linków do obejrzenia na YouTubie. I choć sceptycznie do nich podeszłam, stwierdziłam, ze warto je obejrzeć. Tym bardziej, że w ciągu tygodnia następna osoba poleciła mi obejrzeć ten sam film. I od tego momentu zaczęła się walka w mojej głowie.  Że też mogę zacząć inaczej spoglądać na rzeczywistość i zostawić za sobą żal, złość, smutek, niepokój i stres. Minęło już ponad pół roku, i wiem że nadal się uczę takiego spostrzegania świata ale już widzę efekty w samej sobie… a co więcej dostrzegam jak inni są pełni negatywnych myśli. Nauczyłam się, że paradoksalnie coś może boleć czy doprowadzać mnie do łez, ale jednocześnie czuję, że tak jest lepiej.  Nie wszystko jest czarne czy białe, pozytywne czy negatywne. Wszystko nas czegoś uczy, i to od nas zależy co z tego wyniesiemy.

Po zakończeniu wieloletniego związku, nie raz słyszałam od innych ze ‘zmarnowałam najlepsze lata’, ale ja wcale tak nie myślę. Przeżyliśmy wiele pięknych chwil razem i do póki nie dotknie mnie skleroza, nikt mi ich nie odbierze. Co więcej, teraz też wiem, czego chcę, i co sama muszę u siebie naprawić, nad czym popracować. Więc przynajmniej jak spotkam „Mr. Right” to będę wiedzieć jak tego nie spieprzyć;) Oczywiście, były dni że smutek i zazdrość brały górę i przesiedziałam cały weekend smarkając… Aż w pewnym momencie zrozumiałam, że nie ma o co płakać czy być zazdrosną. Bo po głębszym zastanowieniu, wiem, że to o co czułam teraz zazdrość wcale wtedy mnie nie uszczęśliwiało, wcale nie chciałam tam być, i tylko z przyzwyczajenia moje ciało kazało mi płakać nad ‘utraconym’.  To, że on teraz trzyma nie moją rękę, wcale nie znaczy że bym chciała żeby  trzymał właśnie moja.  I choć czasami mi tęskno, i  oczy mi się zaszklą to nie ze smutku lecz tylko tak po prostu, bo życie nie jest czarno-białe, smutne lub wesołe. Raz jeszcze paradoks się ujawnia we mnie, i sobie popłacze ale jednocześnie wiem, że jest ok, ale co ważniejsze, że lepsze jest jeszcze przede mną. Teraz  wierze, ze wszystko dzieje się po coś, by dać nam szansę żebyśmy przejrzeli na oczy i nauczyli się o co to chodzi.

Moja walka myśli nadal trwa, ale teraz umiem już wyłapać chwile słabości i reagować zawczasu. Gdy dopada mnie przysłowiowy dół, chwytam po książkę czy słucham wykładu na YouTube. Ale co się z nich nauczyłam, może zostawię już na następny raz…

rozrachunek z losem

Wciąż walczę z losem… z moim losem… czy aby na pewno to moje przeznaczenie? Czy ten scenariusz został napisany właśnie dla mnie? Czy ktoś się nie pomylił? Jaką rolę w tej sztuce zwanej życiem mam odegrać? Czy moje życie ma być monodramem, w którym jedyną postacią mającą coś do powiedzenia jest los, czy może zasłużyłam na spektakl, w którym do głosu dochodzi dialog człowieka z losem, Bogiem, przeznaczeniem. Spektakl, w którym postaci są sobie równe, w którym oba głosy wybrzmiewają równie mocno?

Jaki jest sens przeciwstawienia się temu, co niesie nam los? Po co tracić siły w walce, skoro z góry wiadomo, że jest się na straconej pozycji? Jakże prosta wydaje się odpowiedź – trzeba walczyć, bo to właśnie ta nieustanna walka stanowi sens naszego istnienia!

Po co całe życie się starać, po co być uczciwym i godnie przeżyć każdy kolejny dzień, po co się męczyć i znosić przeciwności losu, jeśli życie z każdym kolejnym dniem rzuca nam kłody pod nogi? Może po to by czuć cokolwiek, po to by czuć ból istnienia, bo jeśli odczuwa się cokolwiek, ma się jedną, niezachwianą pewność – jest się nadal żywym… Może chodzi po prostu o to, że ja i ty jesteśmy cholernymi farciarzami, bo dostaliśmy życie, choć może nie zawsze na nie zasłużyliśmy…

Stojąc w zimnej kaplicy, na cmentarzu jakich setki w Polsce, przy maleńkiej białej trumience zadałam sobie tylko jedno pytanie: „Dlaczego?” Jaki sens był w śmierci maleńkiego dziecka, które ktoś pozbawił prawa, by poznało ból istnienia. Ono nie miało szansy, by zdecydować czy poddaje się losowi czy też dzielnie staje z nim w szranki w ringu zwanym życiem…

Patrzyłam z podziwem na rodziców tego maleństwa, którzy w obliczu tak wielkiej tragedii nadal wierzyli w Coś, Kogoś… Chcieli, by ich dziecko miało katolicki pogrzeb, bo mają nadzieję, że tam, gdzieś jest lepszy inny świat…

W życiu nie można się poddać. Trzeba upaść, podnieść się i iść dalej… Wierzyć w lepszy czas… znów upaść i znów się podnieść z wiarą, że każdy kolejny upadek wzmacnia nas, dodaje nam sił do dalszej walki z przeciwnościami losu. Należy szczerze wierzyć, że mamy wpływ na swoje życie, że nasz los leży w naszych rękach, że jest jakiś sens w tym naszym szarym, często burym życiu.

Zaniechanie walki z losem oznacza tylko jedno – nasz szybki koniec. Prowadzi do destrukcji i samozagłady człowieka. Tak często cytuje się myśl, że to nadzieja umiera ostatnia, a człowiek pozbawiony nadziei to tylko organizm z krwi i kości, w którym umarła dusza. A to właśnie dusza i nasza wolna wola determinują nasze człowieczeństwo…

 

Poradnik Jasia Wędrowca – prywatne antidotum!

      10805504_10202160672618721_479993215_n              Siedzisz na kanapie, fotelu, pufie… no nie ważne, na czym :) Siedzisz i snujesz mniejsze lub większe plany na przyszłość. Jest jedno co te Twoje rozmyślania łączy, choćby codziennie innego tematu dotyczyły. W każdym tym marzeniu jesteś aktywny, walczysz z całych sił, by je osiągnąć! Kiedy, jednak otwierasz oczy, dostrzegasz, że siedzisz tam, gdzie siedziałeś, z uczuciem zawodu, że piękny sen o Tobie “Królu życia” odpłynął na inny kontynent, a jedyne, na co masz siłę, to zmianę kanału w tv… Znajome? Prawda?

Śmiem twierdzić, że każdy, choć jeden raz doznał takiego stanu zawieszenia, między tym co, by chciał, a tym co autentycznie robi, by, to osiągnąć.

Uwierz mi, jednak na słowo, że ten mało rozwojowy czasy, tak naprawdę, to najważniejszy moment życia, to on zdefiniuje Cię jako wygranego lub przegranego.

Znam wielu, którzy próbie nie podołali. Ba! Sama parokrotnie byłam bliska zaprzestania walki i obciążenia losu, swoimi niepowodzeniami. Na szczęście ten stan poddania, czy jak, kto woli kolan, nigdy nie pochłonął mnie do końca, walczyłam czasami bardzo nieporadnie, ale wygrywałam, choć styl nie zachwycał.

Moimi kołami ratunkowymi, były różne rzeczy: literatura, poezja, pisanie, muzyka, fitness, fotografia, jednak, to przy, którym chciałabym się zatrzymać najdłużej, to Góry i wspinaczka.

       Góry pojawiły się w moim życiu w miarę szybko. To były lata’ 90 jakiś konkurs recytatorski dla przedszkolaków, w którym musiałam wziąć oczywiście udział, bo uwielbiałam być na przysłowiowym świeczniku jako brzdąc. Zresztą miałam takie pokłady energii, że ciężko w sumie, żeby się tam nie znaleźć, skoro za brak uwagi, gdy mówię, kolega obrywa klockiem, tak, że w pamiątce po koleżance ma zakładane szwy…

Każdy z uczestników miał przygotować, fragment utworu, który lubi najbardziej. Brzechwa cieszył się ogromną popularnością. Nie powiem sama lubiłam męczyć nowo poznanych ludzi “Kaczką dziwaczką”, to jednak tym razem zapanował bunt 6 latka i żaden z ulubionych wierszyków w grę nie wchodził. Bowiem od pewnego czasu fascynowała mnie, taka fajna, gruba, książka, w której były obrazki i strasznie małe literki. Wieczorami zawsze, babcia czytała mi jej fragmenty, a ja uczyłam się ich na pamięć. Ta pierwsza “magiczna” książka ze świata dorosłych, to była historia Wandy Rutkiewicz, nie przypomnę sobie tytułu, to jednak, choć już trochę przez mgłę pamiętam z jakim wypiekiem na twarzy czekałam, na ciąg dalszy.

I, to właśnie jakiś króciutki fragment, tej książki miał mi przynieść laur glorii w konkursie.

Nie wygrałam, ale to nie było istotne, powiedziałam co chciałam, czyli ja czułam się wygrana.

              Po raz kolejny Góry mocnym akcentem wracają, kiedy już jestem pełnoletnia.

Czasy studiów, to czas niezależności, ale i też wzmożonych potrzeb finansowych :)Stypendium naukowe nie powala kwotą. W młodym człowieku chcącym zasmakować każdego aspektu studiowania, pojawia się przedsiębiorczość i zaradność, której rodzice mogliby pozazdrościć. A przede wszystkim wiedza, że możliwości zarobku wakacyjnego nie można odpuścić! Zatem z bananem na ustach ruszam do Francji, na winobranie, nieświadoma tego co mnie tak naprawdę czeka…

To był intensywny miesiąc, który pokazał, ile znaczy prawdziwy przyjaciel!

Że czasami trzeba umieć dać sobie pomóc. Dał też niezłą lekcje miłości, która daje szczęście i potrafi wbić sztylet bólu.. I, choć, to były wielkie emocje, to te największe szykował dla mnie pewien poranek już pod koniec pobytu.

Chwila po 6, słońce powoli oślepia, mgła ustępuje, a w oddali widać majestatyczny Mont Blanc… Magia…, której słowa nie opiszą.

Widok zahipnotyzował nie tylko mnie, wszyscy na dłuższą lub krótszą chwilę przystanęli i dali porwać się sile, której wyrazić nie umiem, ale to był piękny moment!!

           Ostatni najmocniejszy akcent zespalający mnie z górskim światem, to minione wakacje letnie. Choć po przeżyciach z Francji, Góry na stałe zagościły w moim grafiku : Szwajcaria, Sudety, Norwegia. To, jednak ostateczny kształt tego co chcę robić w górskim świecie sprecyzował się paradoksalnie na Nizinach :)

Ścianka wspinaczkowa okazała się tym, czego szukałam długo. Tym co nazywam coraz śmielej “moje miejsce na Ziemi”.

Do dziś pamiętam strach, jaki wyzwolił się podczas pierwszego przejścia, pamiętam, to uczucie frajdy “po”, że stoję cała na ziemi. Nowy dla mnie ból mięśni rąk. I ten niedosyt, gdy wracałam do domu. Jedno wiązanie liną wystarczyło, by w mojej głowie wszystko zaczęło wskakiwać na odpowiednie tory. Kolejny raz na ścianie, to pełne oswojenie, z uprzężą, magnezją, porażką, bólem, euforią, ale przede wszystkim, to poznawanie tych, dzięki, którym mogę bezpiecznie się wspinać, czyli Asekurantów, choć ja wolę Partnerów od liny!!

Każdy z Nas jest inny, także i On są różni, mniej lub bardziej gadatliwi, sypiący żartami lub tylko obserwujący dyskretnie. Jednak łączy Nas jedno, miłość do liny i Gór. A jest to tak silne uczucie, że nie musisz znać się w ogóle, by wiedzieć, że to Twoi ludzie, Twoja ekipa! I piękne jest to, że każdy w tym sporcie ma równe szanse, że nie ma sztucznych barier, budowanych już na dzień dobry, słowną otoczką “Pan”, “Pani”.

A dziś nawet, kiedy dopadnie mnie codzienność, nawet, kiedy zegnie nieco moje kolana, to wiem, jaki włączyć guzik, żeby sobie poradzić ze wszystkim!

Więc wstań i Ty!! Poszukaj jeszcze raz w sobie, swojego patentu. Albo skorzystaj z mojego i dołącz do “Szaleńców na linach” :D

Bieszczadzki freak

Urodzinowy prezent, czyli Bieszczadzki stan katharsis…

          Kolejny pobyt w Polsce, plany małe i duże, podporządkowane w większości wspinaczkowej zajawce, jednak w głębi tli się mały pomysł wcielenia spontanicznego wypadu w Bieszczady.

Dlaczego Bieszczady…? Chyba pora zmierzyć się z przeznaczeniem, albo, inaczej chyba już dłużej nie chcę uciekać od tego miejsca, nie chcę pamiętać Go tylko z alimentowego kwitka, doręczanego sumiennie przez Listowego. Ciekawość osiąga wreszcie ten niebezpieczny pułap, w którym trzeba się z nią zwyczajnie zmierzyć…

Przez głowę biegnie tylko jedna myśl… Jak to rozegrać?

Zadzwonić wcześniej i zaproponować Panu – Tacie spotkanie, czy możne z nieco tylko mnie znaną bezczelnością stanąć pod adresem, który doskonale pamiętam i po prostu poczekać na rozwój wypadków?

Doprawdy nie wiem, czego chcę! Pierwszy raz nie mam pojęcia czy lepiej ulec ciekawości czy dalej zadawać sobie te miliony pytań…??

Powoli, artykułuję moim znajomym, że o to pod koniec października ruszam w Bieszczady i, że wszystkie imprezy urodzinowe i Halloweenowe odpadają. Ci wtajemniczeni nieco bardziej w moje życie, cel znają (a przynajmniej tak , jak i mnie, im się tak wydaje) Ci mniej kumaci, zastanawiają się po raz kolejny, dlaczego nie umiem usiedzieć na miejscu dłużej niż dzień.

Znajomi to jednak nie wszystko, trzeba jeszcze powiedzieć, mężowi, rodzinie o tym od czego nie może już być odwrotu…

Mąż, potakuje, choć po ilości zadanych pytań, wiem, że zachwycony nie jest…

Rodzina jeszcze dramatyczniej reaguje, telewizyjna papka nie pomaga mi zostać samotną wędrowniczką, pytania w stylu “po co”, “ale, że sama” “a jak się coś stanie”,

irytują powoli jak swędzący bąbel po komarowym ugryzieniu…

Dzielnie jednak zaciskam zęby, by ilość warczenia, że będzie OK ograniczyć do minimum, tylko dlatego , że moja rodzina stoi jak nigdy niemalże obiema nogami nad przepaścią, ale , to temat dla wybranych…

Dni do wyjazdu galopują szybko, niczym arabskie rumaki, cieszy to mnie, jednak 80% populacji dokoła całkowicie entuzjazmu nie popiera, ale, czy to pierwszy raz…?

Nie, tym razem nie zrezygnuję, choćby nie wiem, co, nie, nie i jeszcze raz nie!!!

           Wtorkowe wspinanie to preludium do środowych wojaży, palce odmawiają nieco posłuszeństwa, ale trudno, jeszcze raz , dwa nie ważne, że boli i leci krew, muszę na totalnym rescie iść spać, muszę jutro naładowana ruszyć, bo, inaczej nie dotrwam….

10748682_10202088749660692_1434000412_n.jpg

            Środa, szybkie pakowanie, 2 kawy, dużo zielonej herbaty i ten stan wyczekiwania, miałam ruszyć późnym wieczorem, ale nie wytrwam tyle.

Ostatnie rozmowy, tel. i fb. powoli przestają istnieć, 14-sta, czuję, że trzeba wyjść z domu, nie ma sensu odwlekać…

14.37 Strzelno – Bydgoszcz, już wiem, że pojadę na około, ale wolę to niż nerwowe bujanie nogami, czy zabawę korkiem od butelki….

Przed 17… jestem w BDG, trochę czasu jest można iść na kawę, w końcu noc długa…

10805531_10202088762621016_1632136504_n.jpgNie do końca wiem, dlaczego pewne strategiczne punkty podróży, jak opijanie moczopędnym napojem analizuję po przysłowiowym “rozlanym mleku”, ale jak tu się wkurzyć, na samą siebie i wytrwać w tym stanie, tak np. z godzinę, no jak …:?

18.00 rysuje się idealnie na moim zegarku i z równą idealnością podjeżdża autobus: BDG – Warszawa Zachód. Kierowca jakiś taki dziwny, dlatego zajmuję siedzenie, niemalże na końcu autokaru, by do moich uszu jak najrzadziej dochodziły Jego wywody. Powoli wchodzi znużenie, lekko kimam słuchając Roguca i rozmyślając, nie, nie myślę co ja gadam…

Toruń, fuck, a jednak na około, no cóż , życie, autobus sunie dalej, choć powoli kierowca i jego sposób jazdy, a raczej brak, irytuje… na szczęście pojazd wygodny , można spać :)

Po 20-stej, zaczynają napływać pierwsze smsy w stylu “żyjesz”?

Otóż tak, mam się dobrze, od, kiedy co niektórzy tak się mną martwią?

Olewam mrugające zielone światełko w tel., sygnalizujące jakieś rozmowy, idę spać dalej.

W końcu przed 23 dobijam do Stolicy. Dworzec Zachodni to niestety nie Centralny :(

Mała poczekalnia, tona dziwnych osobników, robi się ciekawie, pojawiają się pierwsze myśli w stylu oby nie było jaj i ciary na plecach, choć na twarzy kamienna mina, że niby ja się boję ?

(teraz, trochę…)

Wytrzymałam z “Towarzystwem” 20 -30 minut, ale pasuję dłuższą grę w ciuciubabkę, zaciągam plecak, kaptur i idę poszukiwać magicznego przystanku, z którego posunę wprost do Sanoka :) Autobus podjeżdża o wiele szybciej, zatem mój ruch to strzał w 10 – Brawo Lena mówię w duchu i wsiadam… Kierowca coś koło 50, ten wiek w wydaniu mężczyzn ma do mnie słabość :D łapiemy nić porozumienia, która przydaję się nieocenienie w późniejszej podróży :)

Ruszamy 10 minut po 24, starzeje się w autobusie w towarzystwie plecaka, wody niegazowanej i maślanych ciastek, extra!! :)

Uśmiecham się sama do siebie, zamykam oczy i myślę o tych, których obecność teraz nie byłaby ciężarem…

Lituję się w końcu nad brzęczącym telefonem i łapię kontakt ze światem…

Pojawiają się pierwsze, życzenia, tym razem Braciszek melduje jako pierwszy: sto lat :) jemu mogę odpisać, gadamy chwilę, dla niego to szaleństwo, to metoda, rozumiemy się i to buduje :) jeszcze kilku osobom odpiszę, resztę ustawię w kolejce na jutro. Odpalam tryb samolotowy, by już do rana nic nie mrugało, a jedyne co zakłócało ciszę, to dźwięki gitary…. Metalica dochodzi do głosu, a ja się rozpływam, jestem Ich, uległa jak bywam rzadko, odpływam….

Czwartek

Budzę się coś koło 4, zostało jakieś pół h do przesiadki, a ja nieco w innym wymiarze, wolałabym się przekręcić na bok i spać dalej, ale działam wbrew swoim chęcią i leniwie przecieram oczy, rozciągam się, poklepuję po twarzy i żegnam z Morfeuszem. Metalica też na razie musi zamilknąć, albowiem mój telefon powoli wykazuje stan wyczerpania.

Przesiadka wychodzi wszystkim sprawnie, kierowca po raz ostatni bajeruje i daje swój nr tel na wypadek pytań… nie doszukując się drugiego dnia, biorę karteczkę z numerem, odpowiadam uśmiechem i ruszam, ku busom, z których ten jeden, zmierza tam, gdzie chcę ja, do USTRZYK DOLNYCH….

10711442_10202088271288733_964515370_n.jpg10808035_10202088764181055_1298843825_n.jpg

To co widzę o 7 z minutami, jest piękne, zachwyca…

To co czuję, jest zagadką…, bo jak określić stan, w którym będąc w obcym miejscu pierwszy raz w życiu, czuję się tak bardzo pewnie, tak dziwnie bezpiecznie, tak swojo.

Bez mapy, bez nawigacji, ruszam przed siebie, wypadałoby pomyśleć o noclegu, znajduję go po jakichś 15 minutach :D

Pan Zygmunt to przemiły człowiek, sprawy formalne załatwiamy expressowo, chwilę po 8 jestem już rozpakowana, a raczej przepakowana, tak, by móc spędzić jak najwięcej czasu w Górach :) Nie czuję kompletnie zmęczenia, nie chcę spać, jedyne, na co sobie pozwalam to szybki prysznic, bo i tak muszę poczekać, aż nieco podładuje się bateria w telefonie.

Z jeszcze większą po prysznicową energią dziele się moimi pierwszymi newsami z Bieszczad.

Są jednostki, które dalej ignoruję, jest jednak kilka osób, którym chcę “na gorąco” zdać relację, nie zważając na to , że są w pracy czy na zajęciach… Cała Ja, wybaczą, wiem to :)

Ale w sumie jak tu czekać, kiedy dzieje się magia…?

I, gdy widzisz, takie cuda!!

10799617_10202088270448712_46047485_n.jpg

10606073_10202035785576623_5762281321345085168_n.jpg

Pogoda to mój sojusznik! Słonecznie, pięknie, bajecznie…

Zazwyczaj zakochuję się powoli, stopniowo, tym razem jednak, to miłość od pierwszego spojrzenia, od pierwszego kroku jaki robię, tu, gdzie mógłby być mój dom…

Telefon bez zasięgu, ja w samotnym trekkingu na czerwonym szlaku, czuję się wolna

i szczęśliwa, przeszczęśliwa!!

Mój pierwszy szczyt Kamienna Laworta coś ponad 700 m.n. p. m. a ja niczym na Everescie rozpościeram ramiona i chłonę całą sobą, to czegą nie umiem powiedzieć słowami…

Po raz pierwszy dziś umiem wyhamować, nie gnam (choć chcę zobaczyć i poczuć jak najwięcej) kładę się na ławce, zamykam oczy i myślę po raz pierwszy dziś o Ojcu…

Jestem sama ze sobą i swoim gąszczem myśli, bliznami, odczuciami i tymi kilkoma łzami szczęścia pomieszanego z tęsknotą…

Jesteś też Ty, choć nie masz o tym pojęcia, szedłeś ze mną, a raczej wniosłam Cię w plecaku, na tej małej fotografii, która dawała poczucie, że istniejesz, której trzymałam się kurczowo w dzieciństwie, wierząc naiwnie, że była dla mnie…

Właśnie, może przez to, tak bardzo lubię zdjęcia…?

A wiesz, jaki bój o nią stoczyłam z Matką, gdy chciała ją zniszczyć…? Ile jej histerii i słów, których nie rozumiałam do końca, jako 10 – latka,a które mimo wszystko bolały, wytrwałam….

Nie wiesz, tego TATO…

Ale dobrze mi tu dziś z Tobą, choć o więcej jeszcze nie będę zabiegać, nie jestem jeszcze gotowa!

10811711_10202088274088803_1499346100_n.jpg

Popołudnie już mniej refleksyjne, przetrwałam to co chciałam, oczyściłam się, jakiś ciężar ze mnie zszedł. Niestety czerwonego szlaku nie dało się ukończyć, bo akurat była wycinka drzew, i trasa była zamknięta, ale i tak ładny kawałek nią przeszłam i pewnie dotarłabym nią do końca, gdyby nie drzewo, które tarasowało dalszą drogę i dziki na horyzoncie….

Jednym słowem, coś przestało mi pasować i nie napiszę, że się bałam, ale trasę, która zajeła mi 45 minut, zbiłam do 25, zatem chyba każdy się domyśla, co w mojej głowie się teraz kłębiło :D

10805233_10202088768861172_892830501_n.jpg

Łazikowanie skończyłam około 18 -19 -tej. W sumie, to moje wewnętrzne baterie powiedziały dość, łóżko teraz, to dar niebios, szkoda tylko, że kakao samo nie chciało się zrobić…

Mała drzemka, zamieniła się w dwugodzinny sen w ciuchach, a Sajgon w pokoju ogarniłam dopiero koło 22 -giej :D

Teraz też na spokojnie przeczytałam wszystkie urodzinowe życzenia, kilka osób za utracony kontakt ze mna chciało mnie zabić, ale ostatecznie wyroki zostały anulowane, a ja ocalałam :)

Parę słów, usłyszanych i przeczytanych wzruszyło i nawet przez chwilę zatęskniłam za niektórymi, to jednak dzisiejsza samotność mi nie ciążyła i w sumie nie zmieniłabym nic z tego dnia… No może jedynie szkoda ścianki i wspinania z zajebistym teamem Inowrocławskim…

Piątek

Wstaję niczym wystrzelona z procy, to mój drugi i ostatni dzień w tej Boskiej krainie.

Pogoda zmienia swoje obliczę, króluje mgła, zatem podziwianie utrudnione, ale relaks dalej kapitalny. Dziś na tapetę idą Ustrzyki Górne, zagłębie szlaków. Zanim jednak dotrę, do celu, zatrzymuję się przypadkowo w Lutowiskach, no dobra nie mogłam wytrzymać do 11- stej do bezpośredniego autobusu do Ustrzyku Gr. i dojechałam najbliżej jak się dało…

Ale ponownie, “Coś”, “Ktoś” czuwa nade mną i dzięki Pani z Informacji Turystycznej w 2 godzinnej przerwie między autobusem, udaję się na scieżkę przyrodniczo – dydaktyczną

Ekomuzeum “Trzy Kultury” Ruiny Synagogi, pozostałości po żydowskim cmentarzu są fajnym dopełnieniem całości tego sięgania do korzeni…i powrotu w miejsca symboliczne…

Jednak zachwycam się punktem nr.6, z którego rozpościera się panorama na Koronę Bieszczad, mgła co prawda nieco osłania widok, ale i tak jest pięknie!!

10751931_10202088271488738_2101427364_n.jpg

Miło wspominam dwóch Braci, którzy byli oczarowani moim samotnym wypadem.

Oscypek z żurawiną, rozgrzewająca herbata z miodem i cytryną, bez prądu, o co długo  walczyłam, przypieczętowały znajomość, za to na ognisku posypały się propozycje zamążpójścia :P I jakoś średnio im przeszkadzało, że Męża już mam.

Na Ustrzyki Górne zostało niewiele czasu, ale musiałam, musiałam je ujrzeć,.

I powiem tylko tyle, było warto!!! Te wszystkie piętrzące się przede mną szczyty, mgła zawisająca na Nich, słońce niespiesznie wychodzące zza chmur, to chwile jakie kocham,

o jakie zabiegam, jakie celebruję i przede wszystkim, to te chwile, dla którch Góry zawsze będą moją Mekką, Oazą wyciszenia…

10755026_10202088271568740_252115421_n.jpg

Ostatni autobus do Ustrzyk Dolnych jest o 17, zatem chcę czy nie, muszę wracać…

Niechętnie “odklejam się “ od Moich Gór, ale wiem, że niedługo tu wrócę!!!

Spakowana, oglądam foty z wczoraj i dziś i jeszcze kombinuję czy nie wydłużyć przygody o dzień nr. 3, ale na mojej liście przecież jeszcze Wrocław i spotkanie z Siostrą, a że to bliska mi osoba wiem, że zawieść nie mogę.

I mimo nienasycenia jakie czuję w trzewiach, według planu wsiadam w autobus, by przemierzyć 600 km i by jako pierwszej właśnie Jej opowiedzieć o moim bieszczadzkim śnie!

10799531_10202088271928749_200883339_n.jpg

Nawet w autobusie staram się wyłapać piękno tych okolic! Z nosem przyklejonym do szyby, nie jak “Magdalena”, ale jak mała “Madzia” chłonę wszystko dookoła. I może to głupie,  ale lubię te drobiazgi… te rozmowy z nieznajomymi, te przygody po drodze, kanapki robione w autobusie, kawę albo herbatę z termosu, plecak, który jest największym przyjacielem…

Lubię moje małe – Wielkie dni!

10807885_10202088771581240_7553172_n.jpg

I gdybym kiedyś przestała cieszyć się tymi drobiazgami, to walnij mnie w łeb Przyjacielu!

na granicy snu…

Marzysz o czymś…. Dążysz do czegoś…. Czekasz na coś cierpliwie… i nagle okazuje się, że już bliżej być nie możesz… że masz coś na wyciągnięcie ręki, dosłownie możesz to fizycznie dotknąć, ale…

… jeśli przekroczysz tę niewidzialną granicę wszystko możesz popsuć, już nigdy nie będzie tak, jak do tej pory… Walczysz sama ze sobą, ze swoimi pragnieniami i żądzami, ale na chwilę obecną wygrywa rozum…

Nikt nie wie jak to ciąży, jak przeszkadza, jak chwilami boli… W tej chwili masz odwagę przyznać się tylko przed samą sobą do tego, co czujesz, bo wiesz, że inni tego nie zrozumieją, że nie warto tego wypowiedzieć na głos, bo usłyszysz: sama sobie jesteś winna, daj spokój, zajmij się czymś innym, przejdzie Ci, zobaczysz zapomnisz!

Wiem, że nie przejdzie.. wiem, że nie zapomnę… Każdego dnia rano myślę o tym i zasypiam uciekając w marzenia… Sen przynosi ulgę, bo w snach jesteśmy szczęśliwi… bo w snach mogę powiedzieć: kocham Cię…

Świt przynosi rozczarowanie…  Nie rozumiem dlaczego Ktoś… Coś… jakaś Siła Wyższa…  może Bóg… z nas zakpił… Dał nam siebie, postawił mi Ciebie na mojej drodze i nie pozwolił zawalczyć, bo z góry zostałam postawiona na straconej pozycji… Pytam, po co to było? Jaki był w tym sens, zamysł, zamiar???

Oddałabym wszystko, by uzyskać odpowiedź, dlaczego???

 

„… nocą liczę twe oddechy

niewyraźny śledzę cień na ścianie

póki mrok osłania nasze grzechy

nic się nie stanie, nic nie stanie!

w tobie niebo i słońce

deszcze i pioruny

w tobie ogień i woda

galaktyczne monsuny

w lodowatym upale

z niewyżytą siłą, bez litości

przyciągasz mnie…”

Jarek Wist Dopóki

 

By nie stać się nicością….

Nie na widzę tych dni, gdy w mojej głowie panuje totalny chaos. Nie wiem czego chcę, do czego dążę i po co jest to wszystko. Natłok myśli i emocji, skrajnych emocji, do tego strach, może lęk i bezsilność to istna mieszanka wybuchowa. Czuję, że w mojej głowie wszystko krzyczy, wysyła impulsy i bodźce, których nie potrafię uporządkować i okiełznać.

Krótkie chwile wytchnienia przynosi sen, dlatego marzę by zasnąć już w chwili przebudzenia.

Kto? Kiedy? Po co? skomplikował nasze życie emocjami i uczuciami? Po co jest nam do szczęścia niezbędny drugi człowiek? Nie ważne czy jest to chłopak, dziewczyna, kolega czy koleżanka, ważne że bez nich życie nagle robi się puste.

To niesamowite jak często człowiek żyjący wśród tłumu ludzi czuje się tak strasznie samotny, że krzyczy, by ktoś go w końcu zauważył, docenił, może zwyczajnie polubił… Krzyczy a nikt go nie słyszy, bo jest od wszystkich oddzielony  ścianą zobojętnienia.

Tak często nie doceniamy tego, co mamy, że zauważamy wartość tego, dopiero gdy to stracimy. A gdy raz stracimy to wiemy, że drugi raz nie możemy pozwolić, by ktoś lub coś odeszło, by znikło, by przepadło w nicość i z całych sił będziemy robić wszystko co się da, by tego ponownie nie stracić. Już raz bowiem przekonaliśmy się jak bardzo taka strata boli…

Może byłoby nam ciut prościej, gdybyśmy sami zrozumieli, że dla innych możemy być wartością samą w sobie, że nasza chwila słabości, odpuszczenie sobie życia ( bo w końcu tak łatwiej, bo lepiej stać się nicością, gdy już  nic nie boli, gdy już niczego nie ma) dla innych oznacza kolejną stratę, z którą muszą żyć dalej.

Może nie warto być egoistą i może warto pozwolić sobie by ktoś lub coś pomogło nam uporać się z tym co pozornie wydaje się być czymś nie do pokonania? Może warto dostrzec, że nie jest się pozostawionym samemu sobie, że wciąż przybywa osób, które chcą pomóc  i tylko czekają na jakikolwiek znak by ruszyć do działania.

Święta Wielkiej Nocy to taki dziwny czas, gdy życie walczy ze śmiercią, gdy cierpienie i strata zostają zapomniane w chwili wielkiej radości ze zmartwychwstania. Najważniejsze to chyba zrozumieć, że wszystko dzieje się po coś, ze wszystko ma swój cel i swoją cenę. Warto to dostrzec, zwłaszcza wiosną, gdy wszystko budzi się do życia, gdy po zimie coś co pozornie wydawało się martwe, nagle zachwyca swym naturalnym pięknem…