Bieszczadzki freak

Urodzinowy prezent, czyli Bieszczadzki stan katharsis…

          Kolejny pobyt w Polsce, plany małe i duże, podporządkowane w większości wspinaczkowej zajawce, jednak w głębi tli się mały pomysł wcielenia spontanicznego wypadu w Bieszczady.

Dlaczego Bieszczady…? Chyba pora zmierzyć się z przeznaczeniem, albo, inaczej chyba już dłużej nie chcę uciekać od tego miejsca, nie chcę pamiętać Go tylko z alimentowego kwitka, doręczanego sumiennie przez Listowego. Ciekawość osiąga wreszcie ten niebezpieczny pułap, w którym trzeba się z nią zwyczajnie zmierzyć…

Przez głowę biegnie tylko jedna myśl… Jak to rozegrać?

Zadzwonić wcześniej i zaproponować Panu – Tacie spotkanie, czy możne z nieco tylko mnie znaną bezczelnością stanąć pod adresem, który doskonale pamiętam i po prostu poczekać na rozwój wypadków?

Doprawdy nie wiem, czego chcę! Pierwszy raz nie mam pojęcia czy lepiej ulec ciekawości czy dalej zadawać sobie te miliony pytań…??

Powoli, artykułuję moim znajomym, że o to pod koniec października ruszam w Bieszczady i, że wszystkie imprezy urodzinowe i Halloweenowe odpadają. Ci wtajemniczeni nieco bardziej w moje życie, cel znają (a przynajmniej tak , jak i mnie, im się tak wydaje) Ci mniej kumaci, zastanawiają się po raz kolejny, dlaczego nie umiem usiedzieć na miejscu dłużej niż dzień.

Znajomi to jednak nie wszystko, trzeba jeszcze powiedzieć, mężowi, rodzinie o tym od czego nie może już być odwrotu…

Mąż, potakuje, choć po ilości zadanych pytań, wiem, że zachwycony nie jest…

Rodzina jeszcze dramatyczniej reaguje, telewizyjna papka nie pomaga mi zostać samotną wędrowniczką, pytania w stylu “po co”, “ale, że sama” “a jak się coś stanie”,

irytują powoli jak swędzący bąbel po komarowym ugryzieniu…

Dzielnie jednak zaciskam zęby, by ilość warczenia, że będzie OK ograniczyć do minimum, tylko dlatego , że moja rodzina stoi jak nigdy niemalże obiema nogami nad przepaścią, ale , to temat dla wybranych…

Dni do wyjazdu galopują szybko, niczym arabskie rumaki, cieszy to mnie, jednak 80% populacji dokoła całkowicie entuzjazmu nie popiera, ale, czy to pierwszy raz…?

Nie, tym razem nie zrezygnuję, choćby nie wiem, co, nie, nie i jeszcze raz nie!!!

           Wtorkowe wspinanie to preludium do środowych wojaży, palce odmawiają nieco posłuszeństwa, ale trudno, jeszcze raz , dwa nie ważne, że boli i leci krew, muszę na totalnym rescie iść spać, muszę jutro naładowana ruszyć, bo, inaczej nie dotrwam….

10748682_10202088749660692_1434000412_n.jpg

            Środa, szybkie pakowanie, 2 kawy, dużo zielonej herbaty i ten stan wyczekiwania, miałam ruszyć późnym wieczorem, ale nie wytrwam tyle.

Ostatnie rozmowy, tel. i fb. powoli przestają istnieć, 14-sta, czuję, że trzeba wyjść z domu, nie ma sensu odwlekać…

14.37 Strzelno – Bydgoszcz, już wiem, że pojadę na około, ale wolę to niż nerwowe bujanie nogami, czy zabawę korkiem od butelki….

Przed 17… jestem w BDG, trochę czasu jest można iść na kawę, w końcu noc długa…

10805531_10202088762621016_1632136504_n.jpgNie do końca wiem, dlaczego pewne strategiczne punkty podróży, jak opijanie moczopędnym napojem analizuję po przysłowiowym “rozlanym mleku”, ale jak tu się wkurzyć, na samą siebie i wytrwać w tym stanie, tak np. z godzinę, no jak …:?

18.00 rysuje się idealnie na moim zegarku i z równą idealnością podjeżdża autobus: BDG – Warszawa Zachód. Kierowca jakiś taki dziwny, dlatego zajmuję siedzenie, niemalże na końcu autokaru, by do moich uszu jak najrzadziej dochodziły Jego wywody. Powoli wchodzi znużenie, lekko kimam słuchając Roguca i rozmyślając, nie, nie myślę co ja gadam…

Toruń, fuck, a jednak na około, no cóż , życie, autobus sunie dalej, choć powoli kierowca i jego sposób jazdy, a raczej brak, irytuje… na szczęście pojazd wygodny , można spać :)

Po 20-stej, zaczynają napływać pierwsze smsy w stylu “żyjesz”?

Otóż tak, mam się dobrze, od, kiedy co niektórzy tak się mną martwią?

Olewam mrugające zielone światełko w tel., sygnalizujące jakieś rozmowy, idę spać dalej.

W końcu przed 23 dobijam do Stolicy. Dworzec Zachodni to niestety nie Centralny :(

Mała poczekalnia, tona dziwnych osobników, robi się ciekawie, pojawiają się pierwsze myśli w stylu oby nie było jaj i ciary na plecach, choć na twarzy kamienna mina, że niby ja się boję ?

(teraz, trochę…)

Wytrzymałam z “Towarzystwem” 20 -30 minut, ale pasuję dłuższą grę w ciuciubabkę, zaciągam plecak, kaptur i idę poszukiwać magicznego przystanku, z którego posunę wprost do Sanoka :) Autobus podjeżdża o wiele szybciej, zatem mój ruch to strzał w 10 – Brawo Lena mówię w duchu i wsiadam… Kierowca coś koło 50, ten wiek w wydaniu mężczyzn ma do mnie słabość :D łapiemy nić porozumienia, która przydaję się nieocenienie w późniejszej podróży :)

Ruszamy 10 minut po 24, starzeje się w autobusie w towarzystwie plecaka, wody niegazowanej i maślanych ciastek, extra!! :)

Uśmiecham się sama do siebie, zamykam oczy i myślę o tych, których obecność teraz nie byłaby ciężarem…

Lituję się w końcu nad brzęczącym telefonem i łapię kontakt ze światem…

Pojawiają się pierwsze, życzenia, tym razem Braciszek melduje jako pierwszy: sto lat :) jemu mogę odpisać, gadamy chwilę, dla niego to szaleństwo, to metoda, rozumiemy się i to buduje :) jeszcze kilku osobom odpiszę, resztę ustawię w kolejce na jutro. Odpalam tryb samolotowy, by już do rana nic nie mrugało, a jedyne co zakłócało ciszę, to dźwięki gitary…. Metalica dochodzi do głosu, a ja się rozpływam, jestem Ich, uległa jak bywam rzadko, odpływam….

Czwartek

Budzę się coś koło 4, zostało jakieś pół h do przesiadki, a ja nieco w innym wymiarze, wolałabym się przekręcić na bok i spać dalej, ale działam wbrew swoim chęcią i leniwie przecieram oczy, rozciągam się, poklepuję po twarzy i żegnam z Morfeuszem. Metalica też na razie musi zamilknąć, albowiem mój telefon powoli wykazuje stan wyczerpania.

Przesiadka wychodzi wszystkim sprawnie, kierowca po raz ostatni bajeruje i daje swój nr tel na wypadek pytań… nie doszukując się drugiego dnia, biorę karteczkę z numerem, odpowiadam uśmiechem i ruszam, ku busom, z których ten jeden, zmierza tam, gdzie chcę ja, do USTRZYK DOLNYCH….

10711442_10202088271288733_964515370_n.jpg10808035_10202088764181055_1298843825_n.jpg

To co widzę o 7 z minutami, jest piękne, zachwyca…

To co czuję, jest zagadką…, bo jak określić stan, w którym będąc w obcym miejscu pierwszy raz w życiu, czuję się tak bardzo pewnie, tak dziwnie bezpiecznie, tak swojo.

Bez mapy, bez nawigacji, ruszam przed siebie, wypadałoby pomyśleć o noclegu, znajduję go po jakichś 15 minutach :D

Pan Zygmunt to przemiły człowiek, sprawy formalne załatwiamy expressowo, chwilę po 8 jestem już rozpakowana, a raczej przepakowana, tak, by móc spędzić jak najwięcej czasu w Górach :) Nie czuję kompletnie zmęczenia, nie chcę spać, jedyne, na co sobie pozwalam to szybki prysznic, bo i tak muszę poczekać, aż nieco podładuje się bateria w telefonie.

Z jeszcze większą po prysznicową energią dziele się moimi pierwszymi newsami z Bieszczad.

Są jednostki, które dalej ignoruję, jest jednak kilka osób, którym chcę “na gorąco” zdać relację, nie zważając na to , że są w pracy czy na zajęciach… Cała Ja, wybaczą, wiem to :)

Ale w sumie jak tu czekać, kiedy dzieje się magia…?

I, gdy widzisz, takie cuda!!

10799617_10202088270448712_46047485_n.jpg

10606073_10202035785576623_5762281321345085168_n.jpg

Pogoda to mój sojusznik! Słonecznie, pięknie, bajecznie…

Zazwyczaj zakochuję się powoli, stopniowo, tym razem jednak, to miłość od pierwszego spojrzenia, od pierwszego kroku jaki robię, tu, gdzie mógłby być mój dom…

Telefon bez zasięgu, ja w samotnym trekkingu na czerwonym szlaku, czuję się wolna

i szczęśliwa, przeszczęśliwa!!

Mój pierwszy szczyt Kamienna Laworta coś ponad 700 m.n. p. m. a ja niczym na Everescie rozpościeram ramiona i chłonę całą sobą, to czegą nie umiem powiedzieć słowami…

Po raz pierwszy dziś umiem wyhamować, nie gnam (choć chcę zobaczyć i poczuć jak najwięcej) kładę się na ławce, zamykam oczy i myślę po raz pierwszy dziś o Ojcu…

Jestem sama ze sobą i swoim gąszczem myśli, bliznami, odczuciami i tymi kilkoma łzami szczęścia pomieszanego z tęsknotą…

Jesteś też Ty, choć nie masz o tym pojęcia, szedłeś ze mną, a raczej wniosłam Cię w plecaku, na tej małej fotografii, która dawała poczucie, że istniejesz, której trzymałam się kurczowo w dzieciństwie, wierząc naiwnie, że była dla mnie…

Właśnie, może przez to, tak bardzo lubię zdjęcia…?

A wiesz, jaki bój o nią stoczyłam z Matką, gdy chciała ją zniszczyć…? Ile jej histerii i słów, których nie rozumiałam do końca, jako 10 – latka,a które mimo wszystko bolały, wytrwałam….

Nie wiesz, tego TATO…

Ale dobrze mi tu dziś z Tobą, choć o więcej jeszcze nie będę zabiegać, nie jestem jeszcze gotowa!

10811711_10202088274088803_1499346100_n.jpg

Popołudnie już mniej refleksyjne, przetrwałam to co chciałam, oczyściłam się, jakiś ciężar ze mnie zszedł. Niestety czerwonego szlaku nie dało się ukończyć, bo akurat była wycinka drzew, i trasa była zamknięta, ale i tak ładny kawałek nią przeszłam i pewnie dotarłabym nią do końca, gdyby nie drzewo, które tarasowało dalszą drogę i dziki na horyzoncie….

Jednym słowem, coś przestało mi pasować i nie napiszę, że się bałam, ale trasę, która zajeła mi 45 minut, zbiłam do 25, zatem chyba każdy się domyśla, co w mojej głowie się teraz kłębiło :D

10805233_10202088768861172_892830501_n.jpg

Łazikowanie skończyłam około 18 -19 -tej. W sumie, to moje wewnętrzne baterie powiedziały dość, łóżko teraz, to dar niebios, szkoda tylko, że kakao samo nie chciało się zrobić…

Mała drzemka, zamieniła się w dwugodzinny sen w ciuchach, a Sajgon w pokoju ogarniłam dopiero koło 22 -giej :D

Teraz też na spokojnie przeczytałam wszystkie urodzinowe życzenia, kilka osób za utracony kontakt ze mna chciało mnie zabić, ale ostatecznie wyroki zostały anulowane, a ja ocalałam :)

Parę słów, usłyszanych i przeczytanych wzruszyło i nawet przez chwilę zatęskniłam za niektórymi, to jednak dzisiejsza samotność mi nie ciążyła i w sumie nie zmieniłabym nic z tego dnia… No może jedynie szkoda ścianki i wspinania z zajebistym teamem Inowrocławskim…

Piątek

Wstaję niczym wystrzelona z procy, to mój drugi i ostatni dzień w tej Boskiej krainie.

Pogoda zmienia swoje obliczę, króluje mgła, zatem podziwianie utrudnione, ale relaks dalej kapitalny. Dziś na tapetę idą Ustrzyki Górne, zagłębie szlaków. Zanim jednak dotrę, do celu, zatrzymuję się przypadkowo w Lutowiskach, no dobra nie mogłam wytrzymać do 11- stej do bezpośredniego autobusu do Ustrzyku Gr. i dojechałam najbliżej jak się dało…

Ale ponownie, “Coś”, “Ktoś” czuwa nade mną i dzięki Pani z Informacji Turystycznej w 2 godzinnej przerwie między autobusem, udaję się na scieżkę przyrodniczo – dydaktyczną

Ekomuzeum “Trzy Kultury” Ruiny Synagogi, pozostałości po żydowskim cmentarzu są fajnym dopełnieniem całości tego sięgania do korzeni…i powrotu w miejsca symboliczne…

Jednak zachwycam się punktem nr.6, z którego rozpościera się panorama na Koronę Bieszczad, mgła co prawda nieco osłania widok, ale i tak jest pięknie!!

10751931_10202088271488738_2101427364_n.jpg

Miło wspominam dwóch Braci, którzy byli oczarowani moim samotnym wypadem.

Oscypek z żurawiną, rozgrzewająca herbata z miodem i cytryną, bez prądu, o co długo  walczyłam, przypieczętowały znajomość, za to na ognisku posypały się propozycje zamążpójścia :P I jakoś średnio im przeszkadzało, że Męża już mam.

Na Ustrzyki Górne zostało niewiele czasu, ale musiałam, musiałam je ujrzeć,.

I powiem tylko tyle, było warto!!! Te wszystkie piętrzące się przede mną szczyty, mgła zawisająca na Nich, słońce niespiesznie wychodzące zza chmur, to chwile jakie kocham,

o jakie zabiegam, jakie celebruję i przede wszystkim, to te chwile, dla którch Góry zawsze będą moją Mekką, Oazą wyciszenia…

10755026_10202088271568740_252115421_n.jpg

Ostatni autobus do Ustrzyk Dolnych jest o 17, zatem chcę czy nie, muszę wracać…

Niechętnie “odklejam się “ od Moich Gór, ale wiem, że niedługo tu wrócę!!!

Spakowana, oglądam foty z wczoraj i dziś i jeszcze kombinuję czy nie wydłużyć przygody o dzień nr. 3, ale na mojej liście przecież jeszcze Wrocław i spotkanie z Siostrą, a że to bliska mi osoba wiem, że zawieść nie mogę.

I mimo nienasycenia jakie czuję w trzewiach, według planu wsiadam w autobus, by przemierzyć 600 km i by jako pierwszej właśnie Jej opowiedzieć o moim bieszczadzkim śnie!

10799531_10202088271928749_200883339_n.jpg

Nawet w autobusie staram się wyłapać piękno tych okolic! Z nosem przyklejonym do szyby, nie jak “Magdalena”, ale jak mała “Madzia” chłonę wszystko dookoła. I może to głupie,  ale lubię te drobiazgi… te rozmowy z nieznajomymi, te przygody po drodze, kanapki robione w autobusie, kawę albo herbatę z termosu, plecak, który jest największym przyjacielem…

Lubię moje małe – Wielkie dni!

10807885_10202088771581240_7553172_n.jpg

I gdybym kiedyś przestała cieszyć się tymi drobiazgami, to walnij mnie w łeb Przyjacielu!

Prezent – stres czy przyjemność?

Święta, urodziny, imieniny, rocznica ślubu i dziesiątki innych okazji, gdzie nie wypada pójść bez prezentu.  Pozornie wydaje się, że to fajna okazja, by się spotkać z rodziną i przyjaciółmi, by posiedzieć przy wspólnym stole i w końcu na spokojnie sobie pogadać. Tylko dlaczego na samą myśl boli Cię brzuch, nie śpisz po nocach i pół nocy siedzisz w Internecie przeglądając strony internetowe?

Powodów może być kilka:

- nie masz pomysłu co kupić

- boisz się, że prezent będzie nietrafiony

- obawiasz się, że ludzie Cię obgadają

- może zwyczajnie zależy Ci, by prezent sprawił przyjemność osobie obdarowanej i dlatego chcesz by było to coś wyjątkowego?

Nie ukrywajmy, najłatwiej kupić coś w sklepie, bo cały wysiłek to wyjście z domu lub włączenie komputera i zrobienie przelewu czy zapłata kartą płatniczą. Przy odrobinie szczęścia miła pani w sklepie zaoferuje się, że dodatkowo sama z siebie zapakuje nam nasz prezent. Proste prawda? Sama nie raz tak postąpiłam, ale…

Od razu  powiedzmy, że dla mnie prezenty zwłaszcza te materialne mają mniejsze znaczenie, dużo bardziej od nich wolę, kiedy ktoś poświęci mi swój czas. Ale nie wybrzydzajmy, prawda?

Masz urodziny, zaprosiłaś najbliższych i…

… i chciałabyś, by ktoś Cie zaskoczył, by zrobił coś ekstra. Może spacer taki wiecie, zwyczajny po parku z kawą i ciachem, może własnoręcznie przygotowana kolacja z kieliszkiem wina i dobrym filmem, a może piknik? Bo nie chodzi o rozmach, o wielką kasę i ekskluzywne zachcianki, tylko o poczucie, że ktoś poświęcił swój czas, że włożył mnóstwo pracy w przygotowanie takiej niespodzianki i co najważniejsze, zrobił to myśląc o osobie obdarowanej, a to oznacza, że mu na niej zależy, że ją personalizuje i indywidualizuje. A to w tym naszym szalonym świecie, ceni się podwójnie. Każdy człowiek chce być choć przez chwilę jednostką a nie zbiorowością.

Dostałam ostatnio coś zrobionego ręcznie, może i nie jest idealne, ale jest wyjątkowe bo zrobione tylko dla mnie :)