Każdy dzień to walka cd – Wszystko powstaje w naszej głowie.

Ostatni rok nauczył mnie inaczej patrzeć na to co nam się przytrafia. Gdy na naszej drodze pojawiają się trudności, coś nam nie wyjdzie, pierwsze co nam pojawia się w głowie to złość i żal; „czemu to akurat mi się przytrafia? Dlaczego ja?” itp. Wszystko odbieramy bardzo osobiście, a często zachowanie innych, które nas tak rani, jest tylko przypadkowe i nie ma nic wspólnego z nami. Każdy przeżywa własne życie i widzi wszystko z innej perspektywy, i  często te raniące nas zachowania są zupełnie nieświadome … Ale o tym też nie dzisiaj.

Jeszcze parę miesięcy temu, wszystko musiałam mieć zaplanowane, przynajmniej na kilka kroków na przód, a każdy dzień bez takiej czystej wizji co stanie się następne napawało mnie niepokojem. Podstawówka, Gimnazjum, Liceum, później studia, jakieś praktyki i praca, trochę odłożyć, ślub, dzieci… W końcu o to chodzi w życiu, prawda? Żeby zakładać rodzinę i harować do wieczora żeby ją utrzymać. Ale gdy ten genialny plan utknął w miejscu, niewiedza co się stanie z moim życiem wpływała nie tylko na moja psychikę i poziom stresu ale i moje ciało. Mięśnie się spinały a brzuch protestował. To że nie możemy zmienić co nam się przytrafia nie miało znaczenia… tylko pogrążało moją bezsilność. Do tego zmartwione głosy rodziców „a co teraz zrobisz? Gdzie będziesz mieszkać? Jak się utrzymasz? Przynajmniej do tej pory ktoś ci pomagał, a teraz? Jesteś tam zupełnie sama!” wcale nie dodawały mi otuchy. Ale pewnego dnia, ktoś powiedział mi: ”może nie możesz kontrolować co ci się przytrafia, ale możesz zadecydować jak na to zareagujesz” i podesłał mi kilka linków do obejrzenia na YouTubie. I choć sceptycznie do nich podeszłam, stwierdziłam, ze warto je obejrzeć. Tym bardziej, że w ciągu tygodnia następna osoba poleciła mi obejrzeć ten sam film. I od tego momentu zaczęła się walka w mojej głowie.  Że też mogę zacząć inaczej spoglądać na rzeczywistość i zostawić za sobą żal, złość, smutek, niepokój i stres. Minęło już ponad pół roku, i wiem że nadal się uczę takiego spostrzegania świata ale już widzę efekty w samej sobie… a co więcej dostrzegam jak inni są pełni negatywnych myśli. Nauczyłam się, że paradoksalnie coś może boleć czy doprowadzać mnie do łez, ale jednocześnie czuję, że tak jest lepiej.  Nie wszystko jest czarne czy białe, pozytywne czy negatywne. Wszystko nas czegoś uczy, i to od nas zależy co z tego wyniesiemy.

Po zakończeniu wieloletniego związku, nie raz słyszałam od innych ze ‘zmarnowałam najlepsze lata’, ale ja wcale tak nie myślę. Przeżyliśmy wiele pięknych chwil razem i do póki nie dotknie mnie skleroza, nikt mi ich nie odbierze. Co więcej, teraz też wiem, czego chcę, i co sama muszę u siebie naprawić, nad czym popracować. Więc przynajmniej jak spotkam „Mr. Right” to będę wiedzieć jak tego nie spieprzyć;) Oczywiście, były dni że smutek i zazdrość brały górę i przesiedziałam cały weekend smarkając… Aż w pewnym momencie zrozumiałam, że nie ma o co płakać czy być zazdrosną. Bo po głębszym zastanowieniu, wiem, że to o co czułam teraz zazdrość wcale wtedy mnie nie uszczęśliwiało, wcale nie chciałam tam być, i tylko z przyzwyczajenia moje ciało kazało mi płakać nad ‘utraconym’.  To, że on teraz trzyma nie moją rękę, wcale nie znaczy że bym chciała żeby  trzymał właśnie moja.  I choć czasami mi tęskno, i  oczy mi się zaszklą to nie ze smutku lecz tylko tak po prostu, bo życie nie jest czarno-białe, smutne lub wesołe. Raz jeszcze paradoks się ujawnia we mnie, i sobie popłacze ale jednocześnie wiem, że jest ok, ale co ważniejsze, że lepsze jest jeszcze przede mną. Teraz  wierze, ze wszystko dzieje się po coś, by dać nam szansę żebyśmy przejrzeli na oczy i nauczyli się o co to chodzi.

Moja walka myśli nadal trwa, ale teraz umiem już wyłapać chwile słabości i reagować zawczasu. Gdy dopada mnie przysłowiowy dół, chwytam po książkę czy słucham wykładu na YouTube. Ale co się z nich nauczyłam, może zostawię już na następny raz…

moje małe Boże Narodzenie

Cisza… tylko za oknem słychać odgłosy ulicy, zdenerwowani ludzie trąbią na siebie w autach stojących w długich korkach, słychać posapywanie ciężarowych samochodów i szum deszczu przelewający się po drodze. Siedzę sama w pustym pokoju, przede mną walają się sterty papierów, którymi jeszcze dzisiaj musze się zająć. Próbuję ogarnąć kilka rzeczy naraz tylko po to, by wyjść z pracy punktualnie o 15. Nagle z dołu docierają do mnie odgłosy dziecięcego śmiechu. W sumie to nic dziwnego w miejscu, gdzie na metr kwadratowy przypada kilkoro dzieci.

W jednej chwili w mojej głowie rodzi się myśl – narodziny każdego z nich, dla ich rodziców były małym Bożym Narodzeniem. Dociera do mnie, że pośpiech dnia codziennego, gonitwa za niewiadomo czym, szybkie tempo życia i konsumpcyjne podejście do niego, nie prowadzą do niczego dobrego. Gonisz całe życie za tym co wszyscy, bo w końcu trzeba wziąć udział w wyścigu szczurów i kiedy najmniej się tego spodziewasz w Twoim życiu zdarza się coś, co powoduje, że nagle zatrzymujesz się w półkroku. Czujesz się wdeptana/wdeptany w chodnik i nie wiesz co zrobić dalej. Może nie warto zastanawiać się nad sprawami, nad którymi i tak nie mamy kontroli, może trzeba zmienić taktykę wobec życia z mieć na być?

Po co nam kolejny drogi prezent, po co piąte ciasto czy naste danie wigilijne? Jak znam życie i tak duża cześć tego, co teraz tak pieczołowicie przygotowujemy do jedzenia po świętach, wyląduje w koszu, a my po kilku dniach siedzenia w kuchni, podczas kolacji wigilijnej będziemy tak zmęczeni, że będziemy myśleć tylko o tym, by móc się w końcu położyć spać.  W czasie Bożego Narodzenia spróbujmy zbliżyć się do drugiego człowieka, spróbujmy  wybaczyć krzywdy, zapomnieć to, co złe? Może warto kolejny raz zaryzykować? Nie bać się swojej naiwności i iść za głosem serca a nie rozumu. Niech w tym świątecznym okresie rządzą emocje, te dobre: miłość, przyjaźń, radość a zimne kalkulacje zostawmy na resztę roku.

Życzę wszystkim nie tyle pięknego wigilijnego stołu, co bliskich wokół niego, nie drogich prezentów, lecz czasu poświęconego najbliższym i przez najbliższych, chwili zadumy nad wydarzeniami z Betlejem sprzed ponad 2000 lat i miejsca w naszych domach dla nowonarodzonego Dzieciątka.

Wesołych Świąt !

… i żyli długo i szczęśliwie.

Czy nie było by wspaniale, żeby życie układało się jak w bajkach? Że po spotkaniu tego jedynego/ jedynej po prostu się wie, że to prawdziwa miłość. Magiczna siła rozpiera cię od środka i po prostu wiesz, że to to, że warto o tą miłość walczyć. Jak byłam mała wierzyłam, że każdemu przysługuje idealna połówka, twoja zagubiona dusza, która szuka ciebie, aż cię znajdzie, by żyć długo i szczęśliwie. Ale im dłużej żyje, zaczęło mi się to wydawać wcale nie takie fajne. Przecież wypadki się zdarzają, i jeśli coś się stanie tej mojej drugiej połówce, czy to musi oznaczać, że do końca życia będę sama? Niezbyt to optymistyczna wizja.

Z biegiem lat, zaczęłam się zastanawiać skąd w ogóle mam wiedzieć, że to ten. Czy nie powinno to być zauroczenie od pierwszego wejrzenia? Przecież tak to jest, że spojrzysz na kogoś i po prostu wiesz, a nie, że znacie się ileś tam czasu, i w sumie jest miły, i nic mu nie brakuje, ale gdyby nie to że on zrobił ten pierwszy ruch, i drugi …i dziesiąty to by nic z tego nie było. Czy to może być prawdziwa miłość?

W ogóle czym jest miłość? Czy to, że od pierwszego momentu jak go zobaczyłam, nie mogłam oderwać od niego oczu, świadczyło by, że będziemy w stanie przejść przez życie razem? Będziemy stawiać czoła problemom i zawsze na siebie będziemy mogli liczyć? Z moich obserwacji, coś mi się wydaje, że nie bardzo…

Jestem teraz w tym wieku, że co się obejrzę to widzę zaręczynowe fotki na fb, albo weselne sesje zdjęciowe koleżanek ze studiów czy podstawówki. Nawet te, których nikt nie podejrzewał o znalezienie chłopaka, zajęte są teraz wybieraniem idealnej sukni ślubnej. A ja, mimo, że jestem w tym samym związku od kilku ładnych paru lat nadal czekam na ten moment. Ale czy faktycznie JA czekam? Czy to raczej presja otoczenia? Przecież na razie niespieszno nam do zakładania rodziny, nadal szukamy naszej pasji i kariery, ciągle się uczymy. Ani ja nie mam ochoty na bycie w centrum uwagi, ani on, nawet przez ten jeden dzień. A już nie wspomnę o oszczędnościach jakie byśmy musieli mieć na wyprawienie takiej imprezy. Wiec czemu, wiedząc, że ślub w sumie nic nie zmieni, bo teraz to i tak żadna gwarancja bycia razem, zaprzątał mi  on ostatnio głowę? Może, skoro nie prosi o rękę to mu już nie zależy? Do tego słowa mamy ‘wy to już nigdy się nie pobierzecie’ tylko pobudziły moja paranoje.

Miałam urodziny. Było super, spędziliśmy cały dzień razem, zwiedzając miasto a wieczorem poszliśmy do najlepszej restauracji jaką mogłam sobie wyobrazić. Idealny wieczór. Następnego dnia, dziękując rodzinie za życzenia, odpisałam też jego babci opisując nasz piękny dzień. W odpowiedzi dostałam smsa: ”Wieczór musiał być niezapomniany. Sceneria idealna na zaręczyny! Czy może jeszcze nie..?” Ten sms, mimo, że w sumie niewinny, przelał szalkę mojej paranoi. Wszystko zlało się na mnie w przeciągu paru dni – kryzys poszukiwania sensu w życiu zawodowym, brak pracy i wizja braku planów na najbliższa przyszłość mnie załamała. Może to teraz brzmi idiotycznie, ale brak pewnej ogólnej satysfakcji i wizji rozwoju spowodował, że zwątpiłam w tą jedną osobę, która zawsze przy mnie była. Nie mówię, że zawsze było idealnie. O nie. Ale jeśli coś się działo, na niego zawsze mogłam liczyć. Przez tyle lat. W dniu desperacji zwątpiłam czy MY mamy nadal sens? Czy warto o nas walczyć, skoro nawet nie wiem czy mu tak na dobrą sprawę zależy. Może faktycznie, prawdziwa miłość jest jak w bajce, na tyle silna, że jak cię spotka to wiesz to od razu. Po prostu to czujesz. A co ja czuję? Już sama nie wiem. Wylałam swoje żale, a on zapytał czy chcę z nim być. A ja zamarłam. Chcę? Nie chcę? Nie wiem! Skąd mam wiedzieć czym jest prawdziwa miłość? Niestety, nie wiem jest mało pocieszającą odpowiedzią. Co ja bym zrobił jakby na moje pytanie odpowiedział mi ‘nie wiem’? Więc nic nie odpowiedziałam. Okazało się, że cisza może być równie bolesna…

Ok, już sama nie wiedziałam co robię, ale skoro twierdzi, że jakbym go kochała to bym wiedziała co odpowiedzieć, to może faktycznie pora od siebie odetchnąć. Słowa padły, nie ma już odwrotu. Pora spakować torby i rozpocząć nowy rozdział, a raczej rozdziały… osobno.

Gdy ktoś jest na wakacjach razem, jest zmuszony spędzić czas razem. I to nas uratowało. Bo telefon nie odbierał, bo nic już się dzisiaj nie załatwi. Byliśmy na siebie skazani przez jeszcze jakiś czas. Czas wystarczający, by emocje opadły, by nie wybiec w złości, i by z dumy i skrzywdzonych uczuć się już do siebie nie odezwać. Mimo, że wiele czasu spędzaliśmy razem i rozmawialiśmy codziennie, tego wieczoru rozmawialiśmy pierwszy raz od długiego czasu… tak naprawdę od serca. O tym co nas boli, czego pragniemy, czego się boimy. Po tej rozmowie, zrozumiałam, że prawdziwa miłość nie przygalopuje do ciebie na białym koniu i nie oślepi cię blaskiem pierścionka zaręczynowego. Prawdziwa miłość będzie o ciebie walczyć, jeśli nawet ty zwątpisz. Nie podda się przy chwili zwątpienia, tylko będzie drążyć co jest nie tak i zrobi wszystko, żeby było lepiej. I mimo, że nie zawsze jest idealnie, wiem, że to ,że się na przykład nawzajem wkurzamy, nie jest dlatego, że mamy siebie dość, tylko wynika z tego, że nam nadal zależy, i że chcemy dla drugiej osoby jak najlepiej. Tej nocy to on o nas zawalczył, a to lepszy dowód miłości niż pierścionek zaręczynowy…

 

 

Ach gdybym umiał …

ach gdybym umiał zrozumieć do końca

czym tak naprawdę powinna być  miłość…

czy tylko chwilą, po której przyjdzie

serce z podłogi pozbierać…

czy może szeptem, po którym

uznam, że w życiu nie mógł się wydarzyć.

a może statkiem, który dobija

do brzegu po mimo najcięższej burzy?

może motylem co barwą zachwyca,

zachwycę Ciebie, siebie i Jego by Mi  nie kazał

na nowo szukać,

bym już nie musiał z tłumu wybierać.
A może jak pierwszy mroźny poranek.

skujesz me serce i w głaz przemienisz,

by nigdy więcej nie czuć -

że inny na rożen chce je zanieść….

ile bym oddał byś była wiatrem,

który w nastrojach może przebierać!

byś była mgiełką, za która tęsknie.

byś była powiewem, która orzeźwia!

byś miała siłę, która mnie zmieni!

byś była potęgą przed którą klęknę…

byś była tym bez czego więcej nie będę umiał

z ziemi się pozbierać!!!

W inności tkwi siła

Jaka siła jest w inności….

Ja wulkan wybuchający czasami bez powodu… On oaza spokoju

Ja poukładana … On nie zawsze gotowy na spotkanie z rzeczywistością

Ja wieczna optymistka z prześwitami realizmu… On realista z odcieniami optymizmu

Ja szalona, pędząca za marzeniami….On spokojny skupiony na tym co tu i teraz

Ja potrzebuję tysiąca kartek, notesów, kalendarzy, żeby uporządkować swój czas

On nie potrzebuje tej sterty makulatury, w końcu zapominanie też jest fajne

Ja pedantyczna, choć pracuję nad tym :)

On bałaganiarz, choć robi postępy

Ja kocham poezję, literaturę … On nie cierpi poezji i literatury

Ja nie cierpię durnych programów typu “Jak, to jest zrobione”… On uwielbia te wszystkie dziwne programy”

Ja mówię za, nim pomyślę… On pomyśli, pomilczy i może powie

Ja nie umiem zrobić pompki, choć ćwiczę regularnie

On robi ją bez problemu, choć nie ćwiczy prawie wcale

Pewnie jeszcze więcej tych różnic mogłabym przytoczyć…

A może właśnie już nie, może reszty już nie dostrzegam.

A może, ta reszta już nie istnieje ?

Nie ma idealnych małżeństw, dwóch kopi, idealnych połówek.

My wcale nie jesteśmy idealni, nawet nie wiesz jak potrafi iskrzyć…

Ale, czy to mi przeszkadza…? Nie!!! Bo wiem, że kocham mojego bałaganiarza, choć w danym momencie, gdy widzę kolejną lądującą parę skarpetek na podłodze, które w żaden sposób magicznie do kosza z brudną bielizną się nie teleportują to mnie nosi!

tak nosi mnie i wydzieram się, że ma w końcu się nauczyć je tam umieszczać.

Ale ja lubię to moje wydzieranie, bo to wszystko, co wymieniłam to pierdoły.

Drobiazgi, które imitują tylko problemy…

Ale, jeśli chodzi o fundamenty to nagle tworzy się całość.

Zaufanie, wierność to kwestie na jakie nie mamy innych poglądów. To nasze priorytety, których się trzymamy. To nasz kapitał. I nie muszę przeszukiwać jego telefonu , wiadomości, maila …., bo wiem, że nic tam nie ma. I wiem, że mogę mu ufać tak jak dziecko ufa rodzicom, że przy nich jest bezpieczne. Bo i on może mi tak ufać.

Nie muszę codziennie krzyczeć, że kocham ani bezgranicznie topić się w jego spojrzeniu. Czasami przez cały dzień się nie widzimy, a w końcu jak mamy czas dla siebie to siedzimy przyklejeni do komputerów i dalej zajmujemy się swoimi sprawami.
Pewnie uznasz, że głupie… ok… Może, ale wiem, że to nasze, nie robione na siłę. Czasami miniecie z, nim w łazience po wcześniejszej walce o wejście do niej pierwszą wystarczy, by czuć się kochaną!!

Więc nie silę się na coś, co wypada, co trzeba, co jest modne.

Robię co czuję, na co mam ochotę, co płynie ze mnie

I wiesz co kocham i czuję, że jestem kochana !!!

zatem chyba brak recepty, jest paradoksalnie tą najlepszą :)

Pewnego dnia narodziła się Miłość, była czysta i naiwna jak dopiero co spowite niemowlę, nie znała rozczarowań ani zawodów, wierzyła w swoją nieograniczoną moc. Dorastała w przekonaniu, że uleczy każdą duszę, zagoi każdą ranę i uszczęśliwi każdego człowieka. Z tym optymistycznym nastawieniem rozpoczęła swą wędrówkę po świecie. Bez względu jaki kraj przemierzała i z jaką nacją miała „do czynienia” wszystko zawsze wyglądało tak samo. Kiedy tylko tchnęła swojego duch,  ducha miłości w dwie połówki ludzkiej duszy, zagubione gdzieś w chaosie codzienności, promieniały nowym światłem, nastawała harmonia, codzienność ustępowała magii chwili. Widząc, iż niemal zawsze wszystko toczy się tym samym torem, zaczęła utwierdzać się w przekonaniu, że ma moc, której nic nie może zniszczyć. Im bardziej nabierała pewności siebie, tym z każdą chwilą traciła część swej siły. Pasmo sukcesów jakie niewątpliwie osiągnęła uśpiło jej czujność. Konsekwencje jakie musiała ponieść za swą próżność okazały się bolesne….

Harmonia i spójność zaczęły być niszczone przez rutynę i przyzwyczajenie. Czułość ustąpiła miejsca oschłości, a przywiązanie przestało mieć już jakąkolwiek wartość. Dusza, choć złączona czuła, że ów wypracowana jedność zaczyna uwierać i przeszkadzać. Do głosu doszła kobieta i mężczyzna. Wszystko co wspólne stało się gorzkie i szare, na nowo fascynowała wolność i niezależność. Miłość nie umiała pojąć obecnego stanu rzeczy, zamiast dawać spełnienie, okazała się katuszą i kajdanem… Zraniona i zagubiona chciała uciec, zniknąć i uwolnić ludzkość, od stanu euforii, który prowadzi do wyniszczenia…. Złamana i bezsilna spotkała swego przyjaciela zwanego PRZEZNACZENIE.

Choć nie chętna do zwierzeń usiadła i podjęła rozmowę. Przeznaczenie długo milczało, po czym w końcu uśmiechnęło się złapało Miłość za rękę i rzekło:

Widzisz, kiedy Ty się pojawiasz pojawiam się i ja tylko nikt z ludzi nie może mnie ujrzeć, dlatego do głosu dochodzą popędy takie jak euforia, zauroczenie czy podniecenie, ja tylko krzyżuję ludzkie ścieżki. Swą obecność zaznaczam dopiero wtedy , gdy Ty oblekasz się w swą próżność, gdy zapominasz o tych połączonych duszach, gdy skupiasz się na swojej wspaniałości nie widząc swoich wad. „ale ja przecież mam dar, siłę…dlaczego nagle ją tracę” ?? Bo wierzysz, że satysfakcję zawsze przynosi to samo. Otóż tylko ja wiem, które z tych połączonych dusz osiągną tą wieczną harmonię. Gdy ustępują popędy, gdy ludzie mają dostrzec i mnie, wtedy właśnie pojawia się największa próba, sprawdzian bólu, zwątpienia i rozczarowań.

„Czyli  ty nie pomagasz ludziom?” – wtrąciła niepewnie

 Pomagam, tylko specyficznie, dokonuję, bowiem selekcji. I tylko Ci, którzy gotowi są na rozczarowanie i ból mogą na nowo cię odnaleźć.

„Jak to, już nic nie rozumiem…” rzekła zdezorientowana Miłość. 

Siostrzyczko musisz zrozumieć, że szczęście nigdy nie jest trwałe. Ty zawsze będziesz euforią, która wyniszcza, jednak dusze sobie przeznaczone staną się bardziej świadome twej potęgi, dopiero gdy doświadczą tych dwóch skrajnych światów.

„A zatem co się stanie z tą resztą?”

To proste Oni nadal będą musieli szukać …