moje ŚDM…

 Swoją decyzję o wzięciu udziału w Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie podjęłam trzy lata temu, kiedy to Papież Franciszek ogłosił w Brazylii decyzję o przyznaniu nam organizacji kolejnych ŚDM. W tamtej chwili nie zastanawiałam się co będę robić za trzy lata, w którym momencie życia będę, wiedziałam jedno – muszę tam być. Tak naprawdę wtedy nie chodziło o to, że będę mogła wziąć udział w spotkaniu z Papieżem, czy przeżyć coś w wielokulturowej wspólnocie – chciałam po prostu tam być. Tam, czyli w Krakowie. W miejscu gdzie dla mnie dzieją się magiczne rzeczy…

Czas płyną, moje życie także się zmieniało. Nie raz i nie dwa coś mi mówiło, że decyzja, którą podjęłam była pochopna, że przecież nie dostanę urlopu, że nikt z znajomych ze mną nie pojedzie, że jestem za stara na takie „atrakcje”. Realne obawy zaczęły mnie dopadać po licznych zamachach terrorystycznych w Europie. Niby myślę pozytywnie, ale takie skupisko ludzi to idealna okazja na pokazanie swojej siły przez terrorystów. Z drugiej strony strach to coś, z czym trzeba walczyć. Nie wolno pozwolić na to, by to on rządził naszym życiem i naszymi decyzjami. Poza tym jechałam do Krakowa jako osoba odpowiedzialna za grupę młodych osób i to właśnie ten fakt spowodował, że się nie wycofałam. Czy żałuję? Nie! Mimo, iż nie ukrywam, że było ciężko.

Piątkowy wieczór, godzina 19.30 ruszamy pociągiem z Mogilna do Krakowa. Elfy są bardzo estetyczne, wszystko pachnie nowością, ale niestety zupełnie nie funkcjonalne na tak długą podróż. Nie ma możliwości się zdrzemnąć. Nagle światełko w tunelu – dostrzegam kawałek wolnej podłogi :) Tak oto zaczęła się moja przygoda bycia przez trzy dni osobą bezdomną i to dosłownie. Kawałek karimaty i kurtka i śpi się jak w gwiazdkowym hotelu. Około 3.30 docieramy do celu – Kraków Bieżanów. Wysiadamy z pociągu w środku nocy na odludziu, bez wiedzy gdzie dokładnie mamy iść dalej. Krążąc docieramy do jednej z parafii, która umożliwiła nam odprawienie Mszy Św. Dziwna to była Msza, bo taka pomiędzy Pasterką a Rezurekcją. Chwilami zmęczenie brało górę… A przed nami była jeszcze 6-cio kilometrowa droga na Pola Miłosierdzia w Brzegach. Wraz ze świtem ruszyliśmy w trasę. Tuż przed godziną 7.00 rano dotarliśmy na miejsce. Właściwie prawie na miejsce i w tym wypadku to „prawie” robiło naprawdę kolosalną różnicę. Ochrona zatrzymała nas tuż przed bramą wejściową na Campus Misericordiae. Okazało się bowiem, że pola nie są jeszcze przygotowane na przyjęcie pielgrzymów… Po za tym poinformowano nas, że do chwili kiedy nie odbierzemy tzw. pakietów pielgrzyma nie zostaniemy wpuszczeni. Zmęczeni nieprzespaną nocą koczowaliśmy kilka godzin na skarpie w coraz większym upale. Tak naprawdę nie do końca wiedzieliśmy, co się dzieje. Nie docierały do nas żadne informacje. Wiele grup zostało odesłanych do drugiej śluzy znajdującej się po przeciwnej stronie 200 hektarowego pola. W końcu kierowników grup poproszono o udanie się w wyznaczone miejsce po pakiety. I co? Okazało się, że wolontariusze odpowiedzialni za wydawanie pakietów – czytaj wydawanie wejściówek na Pola – zaspali. Dotarli na miejsce z półtoragodzinnym opóźnieniem, a co za tym idzie nie byli w stanie obsłużyć w kilka osób kilkadziesiąt tysięcy pielgrzymów, którzy przez ten czas dotarli do bram Campusu. Najdziwniejsze było to, ze organizatorzy jakby tego nie chcieli zauważyć. Wszystkim puszczały nerwy. Zmęczenie, upał, dezorientacja chwilami brały górę. Po małej awanturze dotarli kolejni wolontariusze i bardzo wolno, z naciskiem na bardzo zaczęto wydawać pakiety. W Końcu po kilku godzinach koczowania udało się nam dostać do swojego sektora.

Sektor jak sektor, ani blisko, ani daleko od miejsca celebry. Najbardziej na początku przeszkadzała nam wysoko trawa, która spokojnie mogła być skoszona jeszcze raz przed ŚDM. Każdy sektor został zaopatrzony w namioty po dach wypełnione butelkowaną wodą mineralną i toalety. Tak naprawdę najbardziej w kość dał nam się żar lejący się z nieba. Nie było skrawka cienia, w którym można by przetrwać najgorętszą część dnia. Średnio pomagały parasole czy folie termiczne. Upał i zmęczenie powodowały dość niebezpieczne mieszanki dla zdrowia, jednak pod względem medycznym ŚDM były przygotowany perfekcyjnie. Wzdłuż sektorów parkowały dziesiątki karetek pogotowia, między sektorami poruszali się ratownicy za pomocą quadów z „saniami” na nosze, zaś w samych sektorach spacerowali ratownicy obserwując, czy ktoś nie poczuł się źle. Również pod względem bezpieczeństwa nie czuło się zagrożenia. Sam pociąg, którym jechaliśmy był bardzo szczegółowo sprawdzony przed podróżą przez Straż Ochrony Kolei i policjantów z psami. Jedyne co napawało pewnym niepokojem to odczuwalny wszędzie brak jakichkolwiek informacji. Czuło się, że organizatorów w pewnym momencie sytuacja lekko przerosła. A wystarczyło chociażby przy toaletach ustawić kilak przebieralni, choćby takich, jakie stoją na naszych plażach, co spowodowałoby, że ludzie nie musieliby rano w niedzielę stać po 2-3 godziny w kolejce do toalety, tylko po to, by po nocy spędzonej pod gołym niebem zmienić ubranie. Czy też zorganizować w każdym sektorze choć po jednym punkcie, gdzie można by kupić coś ciepłego do zjedzenia czy napić się gorącej kawy czy herbaty.

To wszystko było jednak nieważne, kiedy do Brzegów dotarł Papież Franciszek na wieczorne czuwanie modlitewne. To właśnie prostota przekazu Franciszka spowodowała, że Pola Miłosierdzia co chwilę wypełniały się gromkimi brawami. To także jego fenomen powodował, że w chwili adoracji Campus trwał w ciszy, skupieniu i modlitwie. W naszym sektorze zabawa trwała jeszcze długo w nocy po wyjeździe Papieża, a to wszystko za sprawą młodych z Włoch i Hiszpanii. Trzeba przyznać, że na lepszych współlokatorów trafić nie mogliśmy ;)

Ostatni dzień spotkania rozpoczął się wraz ze świtem, kiedy to wierni spokojnie zaczęli przygotowywania do udziału w Mszy Świętej z Papieżem. I mimo że spaliśmy na ziemi, bez dachu nad głową, dawno nie spałam tak dobrze, jak tamtej nocy, bo cóż może być piękniejszego jak zasypiać mając przed oczami rozgwieżdżone niebo…

Franciszek powiedział: Sądzimy, że abyśmy byli szczęśliwi, potrzebujemy dobrej kanapy. Kanapy, która pomoże nam żyć wygodnie, spokojnie, całkiem bezpiecznie. Kanapa na wszelkie typy bólu i strachu”. Papież, ostrzegał, że również taka postawa paraliżuje i odbiera nam wolność. “Kochani młodzi, nie przyszliśmy na świat, aby «wegetować», aby wygodnie spędzić życie, żeby uczynić z życia kanapę, która nas uśpi; przeciwnie, przyszliśmy z innego powodu, aby zostawić ślad”.Dlatego warto, było zamienić na te kilka dni kanapę na karimatę…

Droga powrotna na Dworzec Kolejowy to była prawdziwie ekstremalna wyprawa. Ponad dwumilionowy tłum ruszył do domów. Wszystkie drogi zostały zalane morzem ludzi, a pogoda nie ułatwiała zadania, ponieważ przechodzące burze nie tylko moczyły nas bardzo, ale także powodowały, że drogi zamieniały się w rwące potoki. Tym radośniej doszliśmy do celu i nikomu nie przeszkadzał fakt, że do odjazdu pociągu mieliśmy jeszcze ponad 3 godziny. Tak naprawdę cała ta wyprawa to było ciągłe czekanie na coś… Uczyliśmy się cierpliwości, a przy okazji docieraliśmy się jako grupa, próbując poznać siebie nawzajem.

Tym razem również dane nam było poczuć ogromną gościnność i dobroć serca Krakowian. Trzynaście lat temu podczas obozu Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia w Krakowie, spotykałam się z życzliwością mieszkańców miasta na każdym kroku i jedno jest pewne – w tym temacie nic się nie zmieniło. Ledwo zdążyliśmy rozłożyć karimaty przed blokiem nieopodal Dworca, a starsza Pani już krzyczała z okna z pytaniem, kto ma chęć na kawę albo herbatę. Za chwilę cała rodzina pojawiła się z talerzami pełnymi kanapek, dzbankami ciepłych napojów i kubkami gorącej zupy. Podczas ulewy przechowano nas na klatkach schodowych, otwierano przed nami mieszkania, by skorzystać z toalety i umyć się w ciepłej wodzie. Po co Ci ludzie to robili? Przecież nic z tego nie mieli oprócz zlanych schodów, od wody, która ściekała z naszych przemoczonych płaszczy, zadeptanych trawników i zapewne potwornego zmęczenia… Mam na to tylko jedną odpowiedź – postąpili tak, bo właśnie tego uczy Papież Franciszek. Miłosierdzie w stosunku do drugiego człowieka, to podstawa funkcjonowania dzisiejszego społeczeństwa, bo jeśli o nim zapomnimy sami doprowadzimy do własnej zagłady. Żądza pieniądza pozbawi nas człowieczeństwa, a mieszkańcy Krakowa, doskonale pamiętają, co działo się w pobliskim Oświęcimiu podczas wojny, gdy jeden naród postanowił decydować kto na to człowieczeństwo zasługuje, a kogo jego pozbawić. Tej Rodzinie dziękuję za to, że w Krakowie kolejny raz działy się magiczne rzeczy…

Czy dziś wypoczęta po trudach tych kilku ostatnich dni podjęłabym taką samą decyzję i pojechała na ŚDM? Tak, gdyby cofnięto czas, ponownie pozałatwiałabym wszystkie swoje sprawy, porozmawiałabym z przyjaciółmi, pożegnała z rodziną i pojechałabym z realną obawą, że jednak nie wszystko da się przewidzieć, że jednak może nas tam ktoś zaatakować, że mogę nie wrócić… Ale wiem, że moim życiem nie może kierować strach… trzeba ufać i iść przed siebie, a obawy zostawić na „kanapie”

proces jak u kafki

” Było nas trzech, każdy z nas inna krew… ”

Właśnie było? Jest? jakiego czasu mam użyć? Gdzie szukać odpowiedzi? Komu wierzyć? Ale wszystko od początku.

Jakiś czas temu było sobie troje ludzi: on i one dwie. Ludzie postrzegali ich jako paczkę znajomych, może przyjaciół. Wyglądali na takich, którzy dobrze czują się w swoim towarzystwie, lubili ze sobą rozmawiać i razem się bawić. Może sobie ufali, może mogli na siebie liczyć, może się wspierali.

Nagle zaczęło się coś dziać. On i ona zaczęli zmierzać do destrukcji własnej relacji, skomplikowali ją tak masakrycznie, że już nie potrafili tego odkręcić. Może ta trzecia powinna ich wtedy zostawić, może ten jeden raz wtedy nie powinna naciskać, żeby próbowali się dogadać, albo przynajmniej wszystko sobie wyjaśnić? Miała dobre intencje, ale nie zawsze same intencje mogą wystarczyć… Jej i jego błędem było odkrycie przed nią, że mają problem, że nic już nie jest takie jakim było do tej pory…

On poszedł w swoją stronę, a one dwie zostały chwilowo razem. Ona chyba wolała być wtedy sama, ale ona jej nie zostawiła. Twierdziła, że nie jest zła za taką sytuację i że świadomie wolała zostać z nią niż iść z nim. Tymczasem po pewnym czasie on i ona spotkali się ponownie. I ona się dowiedziała od niego, ze ta trzecia ją skrytykowała jawnie za jej zachowanie i bliżej jej do niego niż do niej.

Ona teraz czuje, że jest sama, nie ufa ani jej ani jemu, bo ktoś w coś gra, ktoś nie jest już jej przyjacielem, tylko kto? Kto i dlaczego próbuje zniszczyć ją do końca. Ona doszła do wniosku, że ma dwa wyjścia: albo zostanie tylko ona, a on i ona odtąd pójdą dalej razem przez życie, albo ktoś w końcu będzie miał odwagę i powie jej o co w tym wszystkim chodzi. Bo ona już nie ma ani sił ani ochoty by dalej się tym zadręczać, bo coraz częściej się zastanawia czy jeszcze warto? Ile w tym wszystkim jest nadal sympatii a ile sentymentu???

morze cudów…

Wspólne wakacje daleko od domu, w obcym kraju, bez możliwości spakowania walizki i powrotu w dowolnym momencie … pierwsze wspólne wakacje za granicą tylko we dwoje… Kiedy termin wyjazdu był odległy wmawiałam sobie, że będzie wspaniale, że w końcu sobie odpoczniemy, że czym mniej ludzi tym fajniej, bo nie musimy się nikomu podporządkowywać, ale… czas leciał i do wyjazdu zostało bardzo mało czasu, a ja zaczęłam lekko panikować.

Niby znam Go jak własną kieszeń, niby wyjeżdżaliśmy wcześniej razem na kilka dni już nieraz, ale to zawsze była Polska – miejsce gdzie czuję się bezpiecznie, gdzie wszędzie się dogadam i skąd w każdej chwili mogę wrócić.  Tym razem bałam się lotu, bałam się, że z naszym angielskim nie dogadamy się na lotnisku i w hotelu, że może zgubimy się gdzieś na pustkowiu, kiedy ruszymy na wojaże, jak na powsinogów przystało, że zwyczajnie sobie nie poradzimy.

Tak naprawdę jednak bałam się czegoś zupełnie innego i te wszystkie wcześniejsze obawy były tylko czymś pośrednim, czymś zastępczym, czymś czym próbowałam przykryć mój największy lęk.  Te wakacje to było spełnienie jednego z marzeń. Dziki kraj, inna kultura, piękna przyroda – istna bajka, a w tym wszystkim my – młodzi, pełni energii gotowi zdobyć świat, tylko że…

Jest ktoś, kto za wszelką cenę chciałby popsuć nam ten czas. Już nie raz i nie dwa spowodował, że czas, który chcieliśmy spędzić na zwiedzaniu i na odpoczywaniu okazywał się czasem dołowania się i przeżywania bólu i rozdrapywaniu starych ran daleko od domu. Tak bardzo się bałam że i tym razem wydarzy się coś złego, że choć będziemy tysiące kilometrów od tego co tutaj, On będzie obecny tylko ciałem a myślami, mentalnie będzie bardzo daleko ode mnie.

Mijał dzień za dniem, a nic złego się nie działo i co więcej nic nie zapowiadało, że coś takiego może się wydarzyć. Telefon milczał, Facebook również – to było tak nierealne, że aż nie pozwalało się w pełni zrelaksować, tak jakby mój organizm nie mógł zaakceptować tego, że może być dobrze, że w końcu mamy święty spokój, na który tak bardzo oboje zasłużyliśmy i ciągle podświadomie czekał na jakąś katastrofę.

On tymczasem miał dobry humor, korzystał z przepięknych plaż, cieplutkiego morza i używał życia.W końcu było normalnie, oboje zaczęliśmy się śmiać. Nie pamiętam kiedy było nam tak dobrze… Co więcej troszczyliśmy się o siebie na wzajem, pomagaliśmy i słuchaliśmy swoich potrzeb. Kiedy padło: ” Co chciałabyś dziś robić, na co masz ochotę? ” byłam w niebie. Takie banalne a ile znaczy, tym bardziej, że nie było to niczym wymuszone, czy czymś kalkulowane. Po prostu spontaniczna reakcja. Obojętne mi wtedy było, czy ten dzień przeleżymy na plaży, czy pojedziemy zwiedzać starożytny Efez, czy robić zakupy w Kusadassi… uwierzcie poczułam się wtedy szczęśliwa… :)

Było pięknie :) SAM_0854

Nie żałuję i nigdy nie będę…

Chciałbyś/chciałabyś być całe życie oszukiwany/oszukiwana i żyć w kłamstwie? Chciałbyś/chciałabyś poznać prawdę nawet jeśli ta prawda wywróciłaby Twoje życie do góry nogami? Odpowiedziałam sobie na tak zadane pytanie i odpowiedź była tylko jedna: TAK, TAK I JESZCZE RAZ TAK!

Zapytasz po co mi to było, po co drążyłam temat, po co byłam natrętna i nieufna? Bo podświadomie czułam, że coś tu do siebie nie pasuje, że ściemniasz, że biorę udział w jakimś dziwnym przedstawieniu, a ja nie umiem budować jakiejkolwiek relacji na kłamstwie. Pamiętaj mnie można okłamać tylko raz, później zawsze będzie mi się zapalała czerwona lampka, „a co jeśli nie mówi prawdy…?”

Ta rozmowa była trudna dla nas obu, chyba nawet nie zdajesz sobie do końca z tego sprawy. Tak jak dla Ciebie to było trudne, tak dla mnie ważne, żeby to usłyszeć, żeby przestać się domyślać i żeby w końcu mieć pewność. W tym jednym momencie wszystko wydawało się takie proste, ok nie mam nic przeciwko, spoko będzie jak dawniej…  Jednak to tak nie działa. Włącza się myślenie i zaczynasz gdybać, a co jeśli…? Myślisz, myślisz i nagle dostajesz olśnienia: człowieku o czym ty myślisz? przecież to ciągle ta sama osoba, ktoś ci bliski i ważny. Problem nie tkwi w Nim tylko w tobie. To ty musisz się nauczyć żyć w nowej sytuacji. Wiem, że warto, bo ktoś ci zaufał.

Ale oczywiście życie to jedna wielka karuzela i jazda bez trzymanki. Za każdym razem kiedy myślisz, że już wychodzicie na prostą coś znowu zaczyna się dziać, jednym słowem końca nie widać. Starasz się jak umiesz najlepiej, a i tak okazuje się, że jest się winnym złu całego świata. Kładziesz się spać i mówisz, że nie masz już sił, że za dużo tego wszystkiego, a rano wstajesz i walczysz dalej. Bo wiesz, że warto… Bo w końcu to doceniasz, bo w końcu czuje, że zrozumiałeś, że możesz na mnie liczyć.  Bo w końcu jest między nami normalna relacja, prawda?

Ta jedna kartka nic nie zmieni, w nosie mam co tam będzie napisane… Po prostu może nas czekać kolejna przeszkoda do pokonania i celowo piszę w liczbie mnogiej, bo Osiołku nie licz na to, że się zawinę i ulotnię gdzie pieprz rośnie. Dużo o mnie można powiedzieć ale nie to, że jestem tchórzem! A wiesz dobrze, że mało rzeczy mnie już w życiu zdziwi. Choć wierze całą sobą, że wszystko będzie dobrze, że skończy się na strachu i nieprzespanej nocy, że teraz będziesz już uważał.

Gdybym miała złotą rybkę, albo magiczną różdżkę i mogła cofnąć czas, nie zmieniłabym nic, z tego co się wydarzyło. Więc nie mów mi, że mogłam tego wszystkiego nie wiedzieć, że nie musiałabym się o Ciebie martwić i żyć w tajemnicy, że żyłoby mi się lepiej i spokojniej, bo żyłabym bez Ciebie… Żyjmy tu i teraz, tak naprawdę, w końcu bez kłamstw. Wspierajmy się i liczmy na siebie wzajemnie i zamiast mówić po co Ci to było, powiedz: dzięki, że jesteś :)

Spowiedź dorosłego dziecka

Czy można kochać nie znając w ogóle danej osoby?

Czy istnieje coś takiego jak cząstka rodzica w dziecku?

Czy, mimo iż nigdy nie widziałeś ojca/matki na oczy mimo wszystko są Ci niewytłumaczalnie bliscy??

Odkąd zaczęłam swoje dorosłe życie, cały czas próbuję odpowiedzieć sobie na te pytania.

To taka nie do końca zabliźniona rana z dzieciństwa, rana, która pod natłokiem miliona różnych spraw zasycha, żeby znów zacząć sączyć się niepostrzeżenie. To jakaś cząstka mnie, której nie znam. Brakującym elementem mojej układanki jest, no właśnie, kto …? Młodzieńcza miłość mojej mamy, która ulotniła się wraz z pierwszym obowiązkiem?
Jej pomyłka? A może tak zwyczajnie, Tata…? Może mimo tego, iż wcale go nie znam to i tak nie potrafię, inaczej o, nim myśleć…?

Tata, tylko, co to właściwie dla mnie znaczy?

Tchórz, który ucieka, gdy życie stawia przed, nim obowiązki?
Ofiara miłości mojej Matki, która być może chciała więcej niż mogła dostać…
Cząstka mnie, której nigdy nie poznałam, a, której strasznie brakuje …?

Pogmatwane to, prawda? Ale właśnie tak to wygląda w mojej głowie. Setki wirujących pytań, układających się w przedziwne konfiguracje, z których wyłania się:
ŻAL, że nie było mi dane złączyć nigdy naszych dróg.
ZŁOŚĆ, że ktoś śmiał zadecydować za mnie i urwać kontakt, który jeszcze się dobrze nie narodził.
BEZSILNOŚĆ, z którą co jakiś czas podejmuję walkę, jednak jak na razie pojedynek jest strasznie jednostronny, zawsze przegrywam.
STRACH przed odrzuceniem, bo w końcu coś do Ciebie czuję… Tato…

Pamiętam doskonale okres młodzieńczego buntu. Czternaście lat na karku pozwalało na tamtą chwilę czuć się panem (panią) życia. Wtedy też po raz pierwszy natknęłam się na dokumentację sądową, z której wynikało, że Tata, dobrowolnie potwierdził ojcostwo, a nawet wnioskował o pełne uznanie, tak, żebym mogła nosić to samo nazwisko co on.
Pomyślałam sobie wtedy: Jaka czułość, tylko tyle, palant”. I bez większego trudu zapomniałam o tym fakcie.

Po raz kolejny nasze drogi skrzyżowały się, gdy miałam dwadzieścia lat i musiałam ustalić co dalej z alimentami. 3 dni próbowałam zebrać się w sobie i do niego zadzwonić, milion razy wstukiwałam numer i w ostatniej chwili kasowałam połączenie, jednak pech chciał, że 3 dnia za późno chciałam wykonać manewr rozłączenia.
Niestety, pierwszy sygnał… drugi… i On , pierwszy raz w życiu go słyszę.
Co czuję?
Mega zdenerwowanie, zakłopotanie i złość, że nie mam jak moi koledzy, normalnej rodziny…
Tą złość dopuściłam do głosu, to była najbardziej chamska rozmowa w moim życiu. By jeszcze bardziej Mu dopiec zwracałam się do niego “per nikt”, zero jakichkolwiek form grzecznościowych. W końcu powiedzmy, że się dogadaliśmy, rozmowa dobiegła końca, a ja wcale nie świętowałam triumfu. Nie czułam satysfakcji z tego, że może sprawiłam przykrość. Mi samej było przykro, że nie wykorzystałam szansy, że On jej również nie wykorzystał…
Noc minęła na płaczu i kurczowym ściskaniu zdjęcia, Jego zdjęcia, które kiedyś przypadkiem znalazłam i, które postanowiłam zachować… po co? Chyba, żeby mieć coś, co sprawia, że mimo wszystko jest realny. To zdjęcie to w końcu mój Tata, musiałam je ocalić przed zniszczeniem.

A dziś, kiedy mam własną rodzinę, kochającego męża i kilka życiowych doświadczeń w plecaku, marzę, żeby go poznać, żeby wreszcie tą układankę zakończyć.
Żeby brakujący puzzel się odnalazł.
Łapię się na tym, że myśląc o własnym dziecku nie myślę jaką będę mamą, tylko jakim Tatą będzie mój mąż. Z obserwacji wynika, że powinno być dobrze, jednak ja dalej się boję.
Chcę i nie chcę podjąć się tej odpowiedzialności. Ta trauma z dzieciństwa niepełnej rodziny, dalej we mnie tkwi. Moja blizna, choć niewidoczna daje o sobie znać.
I, choć wiem, że powinnam, że chcę wreszcie sobie wyjaśnić przeszłość, to strach przed odrzuceniem paraliżuje jak toksyna, nie pozwalając wykonać nawet minimalnego ruchu ku Tobie …

Przypomina mi się piosenka Dżemu “List do M”

Mój list mógłby brzmieć :

Tato piszę do Ciebie list
Czy ostatni, nie wiem …
na pewno pierwszy.
Jest głęboka i ciemna noc,
Leżę w łóżku, gdzie obok śpi ON
i tak spokojnie oddycha.
Z serca dobiega muzyka,
a z oczu toczy się łza.
Bo jest mi smutno,
że tylko w snach na chwilę Cię spotykam…
Wiesz Tato myślałam, że skrzywdziłeś mnie
a teraz wiem, że skrzywdził nas świat
szkoda, że tak późno pojęłam fakt,
że warto było wykorzystać jedną, jedyną z szans…