o in vitro

Chwilami mam wrażenie że in vitro stało się symbolem różnorodności poglądów społecznych i przekonań religijnych ostatnich dwudziestu lat. Odkąd tylko pamiętam w Polsce trzy tematy związane z nowym życiem nie raz i nie dwa powodowały burzę w przysłowiowej szklance wody i  była to antykoncepcja, aborcja i właśnie in vitro. Zawsze gdy zbliżały się wybory jedna z partii poruszała jeden z ów tematów i w dużej mierze na zamieszaniu wokół niego budowała swoją kampanię wyborczą. Nawet Gender swego czasu tak popularne nie było w  stanie im dorównać. Prawda taka, że stosunek do każdego z tych zagadnień nie powinien być nikomu narzucony, co więcej to każdy w zgodzie z własnym sumieniem powinien sam wypracować sobie własne zdanie i własną postawę.

Jako młoda osoba ulegałam rożnym modom na stosunek do in vitro, nie rzadko tych propagowanych przez Kościół. Na szczęście w okresie studiów miałam okazję zagłębić się dokładniej w nauce jaką jest genetyka, poznać zasadę dziedziczenia i techniczne metody in vitro. Sama widziałam wielkie zbiorniki, w których po dodaniu różnych „części składowych” tworzyły się nowe organizmy roślinne. I tak mam świadomość tego, że storczyk to nie człowiek, ale kilku podobieństwom nie da się zaprzeczyć. W obu przypadkach stwierdzić z całą stanowczością można jedno: i storczyk i człowiek to żywe organizmy.

Bardzo się ucieszyłam, kiedy w Polsce zaczął działać rządowy program trzyletniej refundacji in vitro dla par, które w naturalny sposób nie mogą doczekać się potomstwa. Pomyślałam wtedy, no w końcu jesteśmy w Europie. Nareszcie dzieci mogły mieć pary które bardzo tego chciały i dla których brak dziecka był powodem bólu i poczucia niesprawiedliwej krzywdy, a nie tylko dla tych par, które dzięki dobrej sytuacji finansowej mogły sobie pozwolić na luksus posiadania dziecka przez zapłodnienie in vitro. Jest tylko jedno „ale”. O ile powstają wciąż nowe kompleksowe kliniki leczenia niepłodności i do października zeszłego roku już ponad 700 dzieci urodziło się dzięki rządowemu programowi, to nadal nie mamy aktu prawnego, który w jakikolwiek sposób regulowałby procedurę zapłodnienia in vitro. Nawet Unia Europejska zdążyła zauważyć ten fakt i grozi Polsce wysokimi karami za tak rażące braki w prawie. Obowiązująca ustawa tkankowa nie zawiera zapisów dotyczących komórek rozrodczych, tkanek zarodkowych i tkanek płodów.

To między innymi dlatego, prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie podejrzenia o popełnienie przestępstwa przez ośrodek, w którym najprawdopodobniej wszczepiono kobiecie jajeczko innej kobiety zapłodnione nasieniem jej męża. W wyniku tej pomyłki kobieta urodziła dziecko z licznymi wadami genetycznymi. I nie neguje tragedii tej konkretnej rodziny, która długie lata żyła nadzieją posiadania własnego dziecka, ale w tym całym zamieszaniu media szukają winnych, krążą po szpitalach i pytają jak to możliwe, drążą temat w prokuraturze i w Ministerstwie Zdrowia, a ja zapytam, gdzie w tym wszystkim jet dziecko, które niedawno się urodziło?

Przecież jeśli w ogóle przeżyje, to będzie potrzebowało ogromnej ilości miłości i nadludzkich sił rodziców chociażby w procesie rehabilitacji i nieustannej opieki. Pół biedy jeśli rodzice pokochali to maleństwo mimo wszystko, ale co się z nim stanie jeśli nie byli przygotowani na posiadanie niepełnosprawnego dziecka, co jeśli jego matka, bo zgodnie z polskim prawem, matką dziecka jest ta kobieta, która je urodzi, nie będzie potrafiła je zaakceptować i się nim zająć, bo w jej mniemaniu może nie czuć się za nie odpowiedzialna, bo biologicznie nie jest jego matką? Okazuje się, że przy okazji tego dramatu to nie pierwszy taki przypadek w naszym kraju. To trochę tak jakbyśmy sami sobie strzelili w stopę. Trudno w tym konkretnym przypadku jednoznacznie ocenić czy brak procedur spowodował pomyłkę czy też zwyczajnie w świecie to człowiek się pomylił i nawet bardzo szczegółowe wytyczne nic by tu nie pomogły, ale coś tu ewidentnie nie zadziałało tak jak powinno. W końcu klinika zapłodnienia in vitro to nie sklep ze sprzętem AGD, w którym zakupiony wadliwy sprzęt można oddać w procesie reklamacji.

Tym bardziej z uwagą śledziłam wczorajsze doniesienia mediów dotyczące wyniku głosowania Brytyjskiej Izby Gmin, w wyniku którego jej członkowie opowiedzieli się za wprowadzeniem możliwości stosowania kontrowersyjnych technik sztucznego zapłodnienia przy wykorzystaniu DNA trzech różnych osób. Ich zdaniem metoda ta ma umożliwić posiadanie zdrowego potomstwa matkom chorym na poważne schorzenia genetyczne.  Co prawda dziecko od osoby trzeciej – „drugiej matki” dostałoby tylko część DNA mitochondrialnego, które w żaden sposób nie może wpłynąć na fenotyp nowego organizmu to jednak, technicznie rzecz biorąc będzie dzieckiem trojga osób i materiał genetyczny, który sztucznie  powstał będzie dalej dziedziczony w kolejnych pokoleniach tego dziecka.

Uważam, że to już przesada i w moim odczuciu takie procedery byłyby czymś nieetycznym. Od zawsze rodziły się chore, niepełnosprawne dzieci, z wadami genetycznymi. Z resztą cała przyroda tak funkcjonuje, że zdarzają się „wypadki przy pracy”. Zwyczajnie jesteśmy żywym ekosystemem i czy tego chcemy czy nie, podlegamy ciągłym przemianom, w wyniku których od czasu do czasu rodzi się istota nieidealna.  Nie możemy genetyki i metody in vitro traktować jak supermarketu, w którym raz możemy iść na promocję, by dostać coś w gratisie, a raz zwrócić towar bo zwyczajnie w świecie przestał się nam podobać.

Profesor

Jakoż, że mamy czas wakacji, a co za tym idzie mniej lub więcej podróżujemy,
wywołam do tablicy pewną historię, w której przyszło mi odegrać główną rolę, aczkolwiek całkowicie niezamierzenie.
Historia wydarzyła się w drodze powrotnej ze stolicy, żeby było dowcipniej, to w pociągu.

Otóż jak każda kobieta nie potrafię na 4 dniowy wyjazd zabrać jedynie plecaka…
Zatem nieodzownie zawsze towarzyszy mi walizka, mniejsza, większa, to już tylko kwestia zależna od aury za oknem. Jednak tym razem padło na większą, gdyż po pierwsze, to był początek Maja i pogoda odrobinę szalała, a po drugie mówimy o Stolicy, co za tym idzie zakupach, którym czasami ulegam. Do tego jeszcze ze 2 książki, torebka, coś do jedzenia, jednym słowem niczym obładowany wielbłąd wyczekiwałam rzeczonego pociągu.

Stolica od moich rodzinnych stron oddalona jest o jakieś 250 km zatem, nie spodziewałam się spotkać nikogo znajomego. Okazało się jednak , że całkiem niedaleko mnie znajdował się mój wykładowca, w sumie to były wykładowca, bo studenckie czasu, to trochę zamierzchła historia. Jednakoż, iż ów Profesor był strasznie lubianą Jednostką rozpoznanie nie stanowiło większego problemu. Jednak jak On miał, to w zwyczaju nie potrafił usiedzieć spokojnie na miejscu, tak było na wykładach i seminariach, tak też było na peronie. Kręcił się to tu to tam, więc nie było nawet szansy na zwykłe “Dzień dobry”, a co dopiero małą dyskusję o uczelnianych sprawach.
do tego zawsze szarmancki, mimo 50 na karku podobał się większości żeńskiej, która na filologii polskiej stanowiła grupę znaczną.

I, gdy już miałam otworzyć buzię, by wydobyć coś w stylu : “Dzień dobry Profesorze”, rozegrała się sytuacja, która wywróciła nieco mój światopogląd.
Otóż pewnie każdy, choć raz podróżując pociągiem zastanawiał się, jak upchnąć walizkę, gdy przestrzeń bagażowa jest zajęta? W tamtej ów chwili również i ja stanęłam przed owym wyzwaniem. Moje skromne 160 cm utrudnia bardzo wrzucanie walizek, na te półki najwyższe, a co dopiero na walizki tam się znajdujące. Nom, ale cóż podjęłam się tej  z góry skazanej na niepowodzenie czynności. I, wtedy usłyszałam, jak przechodzący mężczyzna, rzucił w kierunku Profesora, zdanie : “Gościu masz 2 m a ciężko pomóc Ci tej Pani?! I w rzeczy samej Profesor do najniższych nie należał. I wiecie co? Spodziewałabym się wszystkiego, tylko nie takiej odpowiedzi ze strony człowieka wykształconego, z tytułem prof. zwyczajnego.
Stwierdził, bowiem, iż on jest zbyt wykształcony, by do niego mówić “Gościu” i, jeśli go mężczyzna zaraz nie przeprosi złoży zażalenie ochronie kolei, że spotkał się z molestowaniem słownym. Gdy zakończył swój monolog, który przypominał teoretyczne podejście do literatury, a nie do człowieka, wszyscy wybuchnęli śmiechem, poza mną. Ja, bowiem trwałam w osłupieniu i konsternacji. Nawet nie zauważyłam, że walizka już dawno leży na górze, a wrzucił ją zręcznie ów młodzian załadowany bardziej ode mnie jak tylko uporał się ze swoim bagażem.

I tak w jednej chwili, w jednej zwykłej sytuacji poznałam prawdziwą twarz człowieka, który na uczelnianych korytarzach jest przykładem klasy, obycia i empatii.

Miałam jeszcze ochotę, po całej sytuacji rzucić : “Dziękuję Profesorze za pomoc”, ale stwierdziłam, że nie ma sensu. W końcu cham pozostanie chamem. I może założyć milion przyzwoitych masek, może skutecznie budować swój wizerunek w oczach innych, to jednak przyjdzie moment, w którym przestanie się kontrolować i, kiedy pokaże kim jest naprawdę !