Roma – rzymska opowieść polskiej dziewczyny cz.1

Wrzesień ubiegłego roku, gdzieś w Polsce, na trasie między Krakowem a Międzyzdrojami rodzi się pomysł wyjazdu do Włoch. Taki wakacyjny spontan – skoro obecne wojaże po Polsce przyniosły nam tyle radości, zaszalejmy i jedźmy właśnie do Włoch!

Od czego zaczęłam planować swój wyjazd? Odpowiedź jest banalna – od odkładania środków pieniężnych ;) Sama siebie nie podejrzewałam o taki upór w tym temacie. Każda dodatkowo zarobiona złotówka trafiała do skarbonki. I choćby się waliło i paliło nigdy nie sięgnęłam po te pieniądze.

Okres Nowego Roku był przełomowym czasem – czasem kupna biletów lotniczych. Termin padł na połowę września. Wtedy jeszcze byłam przekonana, że dalej będę pracować, a tym samym miałam świadomość, że w okresie wakacyjnym nie mam szans na urlop. Stało się, moje marzenie zaczęło się powoli realizować. Długie zimowe wieczory spędzałam na planowaniu co, gdzie i kiedy chciałabym zobaczyć. W końcu plan nabrał ostatecznego kształtu: Rzym – Florencja – Werona – Peschiera del Garda – Bergamo. Chciałam nie zmarnować czasu, który został do wyjazdu i jak najlepiej poznać kraj, który tak bardzo chciałam zwiedzić.

Podróż zaczęła się nieciekawie – całe szczęście, że wybrałam się do Wrocławia, z którego miałąm lot, dzień wcześniej, ponieważ pociąg miał spore opóźnienie… No cóż skrót PKP w końcu do czegoś zobowiązuje – Pociąg Kiedyś Przyjedzie ;)

W końcu nastała „godzina zero”. Samolot startuje, a moje oczy robią się wilgotne – w końcu spełnia się moje marzenie. Nawet bardzo kiepskie lądowanie nie popsuło mi humoru. Gorzej sprawa wyglądała po dłuższej chwili oczekiwania na walizkę. Okazało się bowiem, że tylko część bagaży z naszego samolotu trafiła do swoich właścicieli. Moja torba odnalazła się wśród bagaży pasażerów z … Barcelony :) Na szczęście na lotnisku Roma Ciampino czekała już na mnie koleżanka, która przyleciała z Dublina chwilę wcześniej. Szybka akcja kupna biletów 72-godzinnych i po chwili siedzimy już w busie, który ma nas zawieźć do centrum miasta do Stazione Termini. I tu pora na pierwszą uwagę techniczną. Warto zaopatrzyć się albo w kartę miejską tzw. Roma Pass, która umożliwia bezpłatne wejście do kilku muzeów plus nieograniczony przejazd środkami komunikacji miejskiej na terenie całego miasta, lub jak to było w naszym przypadku w bilet 72 – godzinny. Nie ukrywam, że pierwszego dnia dużym problemem było opanowanie wszystkich środków transportu publicznego: metro, autobusy, tramwaje, pociągi miejskie i metrobusy. Zwłaszcza te ostatnie były niezłą zagadką. Na terenie całego Rzymu autobusy nie mają tradycyjnego rozkładu jazdy. Na przystankach znajdują się tabliczki z nazwami przystanków poszczególnych linii, ale nie ma podanej godziny odjazdu, ani informacji w jakich godzinach dany autobus jeździ. Również w  autobusach nie wyświetla się nazwa danego przystanku jak również próżno szukać tabliczki z trasą danej linii. Należy założyć że busy jeżdżą średnio co 40 min i uzbroić się w cierpliwość :) W ogóle słowo cierpliwość będzie hasłem dość popularnym.

DSCN9542

Po ponad dwugodzinnym poślizgu czasowym dotarłyśmy w końcu do naszej kwatery na Zatybrzu. Dlaczego właśnie tam? Bo chciałyśmy poczuć klimat prawdziwego Rzymu, z jego rodzimymi mieszkańcami, tradycjami i kulturą. I wiecie co? To był strzał w dziesiątkę. Drzwi otworzyła nam przemiła, uśmiechnięta Włoszka w średnim wieku. Czekał na nas zadbany stylowy pokój z balkonem i gustownie urządzona łazienka.

Mimo zmęczenia podróżą wzięłyśmy szybki prysznic i już godzinę później uzbrojone w plan miasta, który dostałyśmy od naszej włoskiej gospodyni, ruszyłyśmy na podbój Trastevere.

DSCN8379

Ta leżąca nad brzegiem rzeki dzielnica budzi się wraz ze słońcem i nigdy nie zwalnia. W Trastevere, brukowane alejki wiją się pomiędzy porośniętymi bluszczem trattoriami i starymi apartamentowcami, a ocienione markizami kawiarenki sąsiadują wzdłuż ulic z salonami tatuażu i mini-browarami. Tak właśnie wyobrażałam sobie Rzym: wąskie uliczki, małe, stare domy, romantyczne place (nocą skąpane w ciepłym, pomarańczowym blasku latarni), kawiarenki i restauracje, rzymski styl życia – i, rzecz jasna, nieco turystów. To sympatyczna mieszanka „prawdziwego” i „turystycznego” Rzymu, która mnie zachwyciła.

DSCN8357 DSCN8376DSCN8369

Mapa nie była nam już potrzebna, tam trzeba było się zgubić, trzeba było pozwolić ponieść się nogom w nieznane… Będąc na Trastevere musicie koniecznie wypić Aperola, zjeść dobry makaron, posiedzieć przy fontannie, posłuchać ulicznych muzyków i dać się porwać radości życia, z której tak chętnie korzystają Włosi :)

O tym, że moją pierwszą niedzielę we Włoszech spędzę w Watykanie zdecydowałam w trakcie nocnego czuwania z Papieżem Franciszkiem podczas tegorocznych Światowych Dni Młodzieży na Campusie Misericordiae w Brzegach. Papa Francesco ma w sobie to coś, co powoduje, że chce być się blisko niego, dlatego też uznałam, że czas na rewizytę :) By uczestniczyć w niedzielnym spotkaniu z papieżem, nie potrzebujemy żadnej wejściówki, natomiast by wziąć udział w środowej audiencji generalnej, należy w terminie 15-20 dni przed planowanym spotkaniem, zgłosić chęć uczestnictwa  odpowiednim służbom.

DSCN9536 DSCN8426

Watykan to najmniejsze państwo-miasto europejskie. Pierwszą rzeczą jaką widzi się po przekroczeniu spiżowej bramy i przejściu przez kontrolę bezpieczeństwa, która jest obowiązkowa w niedzielę i w środę jest Plac świętego Piotra. Plac ten jest swego rodzaju przedsionkiem Watykanu. Stąd wchodzi się w głąb państwa-miasta, którym włada papież. Do placu, z serca Rzymu, prowadzi Via della Conciliazione. Na jego środku stoi egipski obelisk Amenemhata II ku czci boga słońca – znaleziony w cyrku Nerona. Na szczycie obelisku umieszczono krzyż symbolizujący zwycięstwo chrześcijaństwa nad pogaństwem.

DSCN8470

Sam Plac Świętego Piotra ma formę elipsy otoczonej dwoma rzędami kolumn. Krańce kolumnady zbliżają się do siebie w kierunku Via della Conciliazione. Powoduje to skrócenie perspektywy i optyczne zbliżenie fasady bazyliki. Ponoć istnieje takie miejsce na placu, w którym można stracić z oczu drugi rząd kolumn i zobaczyć jedynie jeden. Cały Plac jak i schody prowadzące do Bazyliki zaprojektował Bernini. A wejścia do świątyni strzegą pomniki św. Pawła i św. Piotra. Na placu znajduje się jedna czerwona płytka chodnikowa – w ten sposób symbolicznie zaznaczono miejsce zamachu na Jana Pawła II.

DSCN8504

Plac z każdą minutą zapełniał się coraz bardziej, wierni z Argentyny tańczyli i śpiewali. Goście z Hiszpanii pozdrawiali Papieża Franciszka na długo przed rozpoczęciem modlitwy Anioł Pański, także naszych rodaków było coraz częściej słychać. Kiedy w oknie pojawił się Papież i pozdrowił wszystkich swoim charakterystycznym „Buongiorno” na placu powiewały dziesiątki flag, a wśród nich także ta z logo ŚDM. Poczułam, że moje życie zatoczyło koło, że pokonałam bardzo długą drogę, by stanąć pod tym właśnie OKNEM. A droga ta prowadziła przez mój ukochany Kraków :)

DSCN8478

Po skończonym spotkaniu z Papieżem Franciszkiem dałyśmy się porwać ludzkiej rzece i trafiłyśmy do Bazyli św. Piotra, która jest najważniejszym kościołem chrześcijańskiego świata i jedną z najbardziej monumentalnych budowli na świecie. Po przejściu przez ogromne drzwi, skierowałyśmy się w prawą stronę by obejrzeć Pietę Michała Anioła oraz grób Jana Pawła II. Tu przy miejscu wiecznego spoczynku naszego Papieża zaintrygowała nas jedna kobieta. Starsza pani modliła się w ciszy a z jej oczu nieustannie płynęły łzy… Czy było to nieme podziękowanie za łaski, może za uzdrowienie, za cud? Czy właśnie modlitwa błagalna, by ten cud mógł się dokonać? Nigdy się tego nie dowiemy, ale obraz tej kobiety zawsze będzie towarzyszył wspomnieniom tamtego dnia.

DSCN8530

Bazylice przytłacza swym pięknem i bogactwem tego miejsca. To obowiązkowy punkt na mapie Włoch dla ludzi wierzących. Artyści tak współtworzyli wnętrze świątyni, by modlący się tutaj mogli faktycznie poczuć majestat Boga. I wyszło im to kapitalnie. Modlitwa w jednej z tutejszych kaplic jest doświadczeniem wyjątkowym. Poza tym do bazyliki powinni zajrzeć wszyscy amatorzy dzieł sztuki. Wygląd bazyliki zawdzięczamy wspaniałym artystom takim jak: Bramant, Rafael, Peruzzi, konstruktor głównej kopuły Michał Anioł, a także Giacomo della Porta i Bernini.

DSCN8442DSCN8545

Centralnym miejscem Bazyliki jest Baldachim wykonany w całości z brązu pochodzącego z Panteonu, pod którym znajduje się papieski ołtarz, przy którym msze święte może sprawować tylko następca św. Piotra. Wbrew pozorom nie jest on głównym ołtarzem Bazyliki, bo ten znajduje się na końcu nawy głównej i nazywany jest Tronem św. Piotra. Warto również zejść do podziemi, by pomodlić się przy grobach zmarłych papieży czy tez wspiąć się na kopułę Bazyliki, by z niej podziwiać piękno Rzymu. Można także skorzystać z usług poczty watykańskiej i wysłać bliskim kartkę z oryginalną watykańską pieczęcią.

DSCN8546DSCN8548DSCN8618

My po doznaniach duchowych postanowiłyśmy ruszyć dalej Via della Conciliazione, by dotrzeć do Zamku św. Anioła, a stamtąd do Ogrodów Borghese. Zamek Anioła jest najbardziej charakterystyczną budowlą na nabrzeżach Tybru. My jednak ograniczyłyśmy się do obejrzenia go z zewnątrz. Dzisiejsza twierdza była w swej pierwotnej wersji monumentalnym mauzoleum – grobowcem cesarza Hadriana i jego następców.  

       DSCN9410DSCN9405    

W średniowieczu zamieniono go w fortecę, która przez setki lat pozostawała najpotężniejszym punktem obronnym Rzymu – ten kto posiadał klucze do zamku był faktycznym władcą miasta. W czasach renesansu, w dolnej części budowli mieściły się więzienia i pomieszczenia gospodarcze, a w górnej luksusowy apartament papieski oraz archiwum i skarbiec Państwa Kościelnego (do dziś można tam zobaczyć potężny kufer-sejf). Papież Juliusz II, który w zamku chętnie przebywał, zlecił urządzenie w górnej części budynku specjalnej loży błogosławieństw wychodzącej w kierunku rzeki i mostu.

Od IX wieku Zamek Anioła jest połączony z Watykanem murem obronnym, mającym chronić bazylikę i całą dzielnicę Borgo Vaticano. W 1277 roku powstał w nim ukryty korytarz (passetto), który zapewniał papieżom możliwość ucieczki do fortecy. Skorzystał z niego Klemens VII w czasie słynnego „Sacco di Roma” w 1527 roku, kiedy to luterańskie oddziały katolickiego cesarza Karola V zdobyły Rzym.

Idąc dalej brzegiem Tybru dojść można do pięknego parku jakim są Ogrody Borghese. Park ten został założony już na początku XVII wieku na terenach dawnych winnic. Jego fundatorem był włoski kardynał Scipione Borghese, bratanek papieża Pawła V.

DSCN8820DSCN8823

Park jest jednym z ulubionych spacerowych miejsc rzymskich mieszkańców oraz turystów szukających ochłodzenia wśród cieni tutejszych, licznych drzew. Villa Borghese to jednak nie tylko malownicze ścieżki, zbiorniki wodne, piękne fontanny i rzeźby.

DSCN8859DSCN8843

Na terenie parku znajdują się placówki muzealne i odbywają się w nim przeróżne wydarzenia kulturalne. Można tu także zdecydować się na rejs łódką po niewielkim jeziorze czy na wycieczkę rowerową. Stąd też rozciąga się przepiękna panorama na Bazylikę św. Piotra, która podczas zachodu słońca zapiera dech w piersiach :)

DSCN8879DSCN8911

moje ŚDM…

 Swoją decyzję o wzięciu udziału w Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie podjęłam trzy lata temu, kiedy to Papież Franciszek ogłosił w Brazylii decyzję o przyznaniu nam organizacji kolejnych ŚDM. W tamtej chwili nie zastanawiałam się co będę robić za trzy lata, w którym momencie życia będę, wiedziałam jedno – muszę tam być. Tak naprawdę wtedy nie chodziło o to, że będę mogła wziąć udział w spotkaniu z Papieżem, czy przeżyć coś w wielokulturowej wspólnocie – chciałam po prostu tam być. Tam, czyli w Krakowie. W miejscu gdzie dla mnie dzieją się magiczne rzeczy…

Czas płyną, moje życie także się zmieniało. Nie raz i nie dwa coś mi mówiło, że decyzja, którą podjęłam była pochopna, że przecież nie dostanę urlopu, że nikt z znajomych ze mną nie pojedzie, że jestem za stara na takie „atrakcje”. Realne obawy zaczęły mnie dopadać po licznych zamachach terrorystycznych w Europie. Niby myślę pozytywnie, ale takie skupisko ludzi to idealna okazja na pokazanie swojej siły przez terrorystów. Z drugiej strony strach to coś, z czym trzeba walczyć. Nie wolno pozwolić na to, by to on rządził naszym życiem i naszymi decyzjami. Poza tym jechałam do Krakowa jako osoba odpowiedzialna za grupę młodych osób i to właśnie ten fakt spowodował, że się nie wycofałam. Czy żałuję? Nie! Mimo, iż nie ukrywam, że było ciężko.

Piątkowy wieczór, godzina 19.30 ruszamy pociągiem z Mogilna do Krakowa. Elfy są bardzo estetyczne, wszystko pachnie nowością, ale niestety zupełnie nie funkcjonalne na tak długą podróż. Nie ma możliwości się zdrzemnąć. Nagle światełko w tunelu – dostrzegam kawałek wolnej podłogi :) Tak oto zaczęła się moja przygoda bycia przez trzy dni osobą bezdomną i to dosłownie. Kawałek karimaty i kurtka i śpi się jak w gwiazdkowym hotelu. Około 3.30 docieramy do celu – Kraków Bieżanów. Wysiadamy z pociągu w środku nocy na odludziu, bez wiedzy gdzie dokładnie mamy iść dalej. Krążąc docieramy do jednej z parafii, która umożliwiła nam odprawienie Mszy Św. Dziwna to była Msza, bo taka pomiędzy Pasterką a Rezurekcją. Chwilami zmęczenie brało górę… A przed nami była jeszcze 6-cio kilometrowa droga na Pola Miłosierdzia w Brzegach. Wraz ze świtem ruszyliśmy w trasę. Tuż przed godziną 7.00 rano dotarliśmy na miejsce. Właściwie prawie na miejsce i w tym wypadku to „prawie” robiło naprawdę kolosalną różnicę. Ochrona zatrzymała nas tuż przed bramą wejściową na Campus Misericordiae. Okazało się bowiem, że pola nie są jeszcze przygotowane na przyjęcie pielgrzymów… Po za tym poinformowano nas, że do chwili kiedy nie odbierzemy tzw. pakietów pielgrzyma nie zostaniemy wpuszczeni. Zmęczeni nieprzespaną nocą koczowaliśmy kilka godzin na skarpie w coraz większym upale. Tak naprawdę nie do końca wiedzieliśmy, co się dzieje. Nie docierały do nas żadne informacje. Wiele grup zostało odesłanych do drugiej śluzy znajdującej się po przeciwnej stronie 200 hektarowego pola. W końcu kierowników grup poproszono o udanie się w wyznaczone miejsce po pakiety. I co? Okazało się, że wolontariusze odpowiedzialni za wydawanie pakietów – czytaj wydawanie wejściówek na Pola – zaspali. Dotarli na miejsce z półtoragodzinnym opóźnieniem, a co za tym idzie nie byli w stanie obsłużyć w kilka osób kilkadziesiąt tysięcy pielgrzymów, którzy przez ten czas dotarli do bram Campusu. Najdziwniejsze było to, ze organizatorzy jakby tego nie chcieli zauważyć. Wszystkim puszczały nerwy. Zmęczenie, upał, dezorientacja chwilami brały górę. Po małej awanturze dotarli kolejni wolontariusze i bardzo wolno, z naciskiem na bardzo zaczęto wydawać pakiety. W Końcu po kilku godzinach koczowania udało się nam dostać do swojego sektora.

Sektor jak sektor, ani blisko, ani daleko od miejsca celebry. Najbardziej na początku przeszkadzała nam wysoko trawa, która spokojnie mogła być skoszona jeszcze raz przed ŚDM. Każdy sektor został zaopatrzony w namioty po dach wypełnione butelkowaną wodą mineralną i toalety. Tak naprawdę najbardziej w kość dał nam się żar lejący się z nieba. Nie było skrawka cienia, w którym można by przetrwać najgorętszą część dnia. Średnio pomagały parasole czy folie termiczne. Upał i zmęczenie powodowały dość niebezpieczne mieszanki dla zdrowia, jednak pod względem medycznym ŚDM były przygotowany perfekcyjnie. Wzdłuż sektorów parkowały dziesiątki karetek pogotowia, między sektorami poruszali się ratownicy za pomocą quadów z „saniami” na nosze, zaś w samych sektorach spacerowali ratownicy obserwując, czy ktoś nie poczuł się źle. Również pod względem bezpieczeństwa nie czuło się zagrożenia. Sam pociąg, którym jechaliśmy był bardzo szczegółowo sprawdzony przed podróżą przez Straż Ochrony Kolei i policjantów z psami. Jedyne co napawało pewnym niepokojem to odczuwalny wszędzie brak jakichkolwiek informacji. Czuło się, że organizatorów w pewnym momencie sytuacja lekko przerosła. A wystarczyło chociażby przy toaletach ustawić kilak przebieralni, choćby takich, jakie stoją na naszych plażach, co spowodowałoby, że ludzie nie musieliby rano w niedzielę stać po 2-3 godziny w kolejce do toalety, tylko po to, by po nocy spędzonej pod gołym niebem zmienić ubranie. Czy też zorganizować w każdym sektorze choć po jednym punkcie, gdzie można by kupić coś ciepłego do zjedzenia czy napić się gorącej kawy czy herbaty.

To wszystko było jednak nieważne, kiedy do Brzegów dotarł Papież Franciszek na wieczorne czuwanie modlitewne. To właśnie prostota przekazu Franciszka spowodowała, że Pola Miłosierdzia co chwilę wypełniały się gromkimi brawami. To także jego fenomen powodował, że w chwili adoracji Campus trwał w ciszy, skupieniu i modlitwie. W naszym sektorze zabawa trwała jeszcze długo w nocy po wyjeździe Papieża, a to wszystko za sprawą młodych z Włoch i Hiszpanii. Trzeba przyznać, że na lepszych współlokatorów trafić nie mogliśmy ;)

Ostatni dzień spotkania rozpoczął się wraz ze świtem, kiedy to wierni spokojnie zaczęli przygotowywania do udziału w Mszy Świętej z Papieżem. I mimo że spaliśmy na ziemi, bez dachu nad głową, dawno nie spałam tak dobrze, jak tamtej nocy, bo cóż może być piękniejszego jak zasypiać mając przed oczami rozgwieżdżone niebo…

Franciszek powiedział: Sądzimy, że abyśmy byli szczęśliwi, potrzebujemy dobrej kanapy. Kanapy, która pomoże nam żyć wygodnie, spokojnie, całkiem bezpiecznie. Kanapa na wszelkie typy bólu i strachu”. Papież, ostrzegał, że również taka postawa paraliżuje i odbiera nam wolność. “Kochani młodzi, nie przyszliśmy na świat, aby «wegetować», aby wygodnie spędzić życie, żeby uczynić z życia kanapę, która nas uśpi; przeciwnie, przyszliśmy z innego powodu, aby zostawić ślad”.Dlatego warto, było zamienić na te kilka dni kanapę na karimatę…

Droga powrotna na Dworzec Kolejowy to była prawdziwie ekstremalna wyprawa. Ponad dwumilionowy tłum ruszył do domów. Wszystkie drogi zostały zalane morzem ludzi, a pogoda nie ułatwiała zadania, ponieważ przechodzące burze nie tylko moczyły nas bardzo, ale także powodowały, że drogi zamieniały się w rwące potoki. Tym radośniej doszliśmy do celu i nikomu nie przeszkadzał fakt, że do odjazdu pociągu mieliśmy jeszcze ponad 3 godziny. Tak naprawdę cała ta wyprawa to było ciągłe czekanie na coś… Uczyliśmy się cierpliwości, a przy okazji docieraliśmy się jako grupa, próbując poznać siebie nawzajem.

Tym razem również dane nam było poczuć ogromną gościnność i dobroć serca Krakowian. Trzynaście lat temu podczas obozu Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia w Krakowie, spotykałam się z życzliwością mieszkańców miasta na każdym kroku i jedno jest pewne – w tym temacie nic się nie zmieniło. Ledwo zdążyliśmy rozłożyć karimaty przed blokiem nieopodal Dworca, a starsza Pani już krzyczała z okna z pytaniem, kto ma chęć na kawę albo herbatę. Za chwilę cała rodzina pojawiła się z talerzami pełnymi kanapek, dzbankami ciepłych napojów i kubkami gorącej zupy. Podczas ulewy przechowano nas na klatkach schodowych, otwierano przed nami mieszkania, by skorzystać z toalety i umyć się w ciepłej wodzie. Po co Ci ludzie to robili? Przecież nic z tego nie mieli oprócz zlanych schodów, od wody, która ściekała z naszych przemoczonych płaszczy, zadeptanych trawników i zapewne potwornego zmęczenia… Mam na to tylko jedną odpowiedź – postąpili tak, bo właśnie tego uczy Papież Franciszek. Miłosierdzie w stosunku do drugiego człowieka, to podstawa funkcjonowania dzisiejszego społeczeństwa, bo jeśli o nim zapomnimy sami doprowadzimy do własnej zagłady. Żądza pieniądza pozbawi nas człowieczeństwa, a mieszkańcy Krakowa, doskonale pamiętają, co działo się w pobliskim Oświęcimiu podczas wojny, gdy jeden naród postanowił decydować kto na to człowieczeństwo zasługuje, a kogo jego pozbawić. Tej Rodzinie dziękuję za to, że w Krakowie kolejny raz działy się magiczne rzeczy…

Czy dziś wypoczęta po trudach tych kilku ostatnich dni podjęłabym taką samą decyzję i pojechała na ŚDM? Tak, gdyby cofnięto czas, ponownie pozałatwiałabym wszystkie swoje sprawy, porozmawiałabym z przyjaciółmi, pożegnała z rodziną i pojechałabym z realną obawą, że jednak nie wszystko da się przewidzieć, że jednak może nas tam ktoś zaatakować, że mogę nie wrócić… Ale wiem, że moim życiem nie może kierować strach… trzeba ufać i iść przed siebie, a obawy zostawić na „kanapie”

100 dni samotności

Jakie to miłe uczucie, móc poczuć dumę z bycia Polakiem :) Wszystko za sprawą Pana Aleksandra Doby, który został właśnie podróżnikiem roku zdaniem National Geographic. To właśnie on w wieku 67 lat przepłynął samotnie kajakiem Atlantyk. Dlaczego się na to zdecydował, jakie miał po drodze przygody i co poczuł, gdy na horyzoncie dojrzał Brazylię?

Kajakarstwo i kontakt z wodą były jego pasją od zawsze. Po zmianie miejsca zamieszkania i osiedleniu się z rodziną w Policach zamienił szybowce na kajak i to była jego najszczęśliwsza decyzja. Na szczęście równolegle znalazł sprzyjających jego pasji ludzi, którzy pozwalali mu na dłuższe nieobecności w pracy. Dzięki temu mógł np. w 55 dni opłynąć Danię.

Jedna rzecz przerażała go bardziej niż niebezpieczne fale, zwłaszcza te podczas burz licznie występujących na Atlantyku, niestraszne mu były wysokie fale, samotność, czy morskie stworzenia. Najbardziej obawiał się reakcji swojej żony w momencie, gdy jej oznajmił, że chce spełnić swoje największe marzenie. Odważył się na ten krok dopiero, gdy wszystko było już zapięte na ostatni guzik. Ani prośby, ani groźby żony nic nie dały, nawet groźba separacji i rozwodu nie odwiodły Pana Aleksandra od podjętej decyzji.

Myśl by przepłynąć Atlantyk narodziła się jeszcze przed 2008 roku, kiedy to Pan Alkeksander zdecydował się na taki wyczyn wspólnie z Pawłem Napierałą. Jak się jednak okazało „w praniu”, taka eskadapa w duecie, nie miała szans na powodzenie, głównie z różnic temperamentów obu panów i ich różnego zapatrywania się na kwestie logistyczne związane z tym przedsięwzięciem. Cała przygoda skończyła się po zaledwie kilkudziesięciu godzinach wspólnego wiosłowania. To niepowodzenie oznaczał tylko jedno – mocne postanowienie Pana Aleksandra, że najszybciej jak to tylko będzie możliwe znów usiądzie w kajaku, by samotnie przepłynąć 12 400 km.

Dziennie pokonywał od 48 do 50 km wykorzystując tylko siłę własnych rąk. Jadł wyłącznie liofilizowane jedzenie, pił wodę, którą filtrował w celu jej odsolenia i spał maksymalnie 3 godziny. W ciągu tych wszystkich miesięcy schudł aż 14 kg i prawie zapomniał jak się chodzi. Sam naprawiał sobie sprzęt i sam sobie był sterem i żeglarzem. Co dziwne jak sam mówi nie tęsknił za kontaktem z innymi ludźmi, choć nigdy nie uważał siebie za samotnika.

Sukces naszego rodaka cieszy tym bardziej, że oddano na niego rekordową ilość głosów w ilości przekraczającej pól miliona, pokonując tym samym takie sławy jak:

Tommy Caldwell, (wspinacz z Kolorado, który w lutym 2014 roku dokonał pierwszego przejścia przez słynny masyw Fitz Roy w argentyńskiej Patagonii);

Liz Clark (surferka-badaczka z południowej Kalifornii, która przez ostatnie dziewięć lat mieszkała na małej żaglówce, pokonując trasę 25 tys. mil morskich na Pacyfiku w poszukiwaniu nieznanych miejsc do uprawiania surfingu);

Kit DesLauriers (narciarka wysokogórska z Wyoming, która poprowadziła zespół narciarzy i naukowców w Góry Brooksa na Alasce w celu zbadania zmian zachodzących w lodowcach i ustalenia danych wyjściowych dla tego regionu);

Will Gadd i Gavin McClurg (na paralotniach przelecieli nad pasmem Canadian Rockies i tym samym ustanowili rekord na najdłuższy taki lot w historii paralotniarstwa);

Ben Knight, Travis Rummel i Matt Stoecker (zespół filmowców, których dokument „DamNation” nagłośnił problem likwidacji tam i ich wpływu na środowisko);

Lewis Pugh (pływak długodystansowy, który w 2014 roku przepłynął siedem mórz: Śródziemne, Adriatyk, Egejskie, Czarne, Czerwone, Arabskie i Północne);

Wasfia Nazreen (działaczka na rzecz pomocy humanitarnej, której misją jest zostanie pierwszą kobietą z Bangladeszu z Koroną Ziemi);

Ueli Steck (wytyczył nową trasę wspinaczki, solo i w rekordowym czasie, na południową ścianę Annapurny w Himalajach);

Erik Weihenmayer i Lonnie Bedwell (niewidomi kajakarze, którzy przepłynęli rzekę Kolorado, pokonując odległość ok. 365 km, przez Wielki Kanion)

Bieszczadzki freak

Urodzinowy prezent, czyli Bieszczadzki stan katharsis…

          Kolejny pobyt w Polsce, plany małe i duże, podporządkowane w większości wspinaczkowej zajawce, jednak w głębi tli się mały pomysł wcielenia spontanicznego wypadu w Bieszczady.

Dlaczego Bieszczady…? Chyba pora zmierzyć się z przeznaczeniem, albo, inaczej chyba już dłużej nie chcę uciekać od tego miejsca, nie chcę pamiętać Go tylko z alimentowego kwitka, doręczanego sumiennie przez Listowego. Ciekawość osiąga wreszcie ten niebezpieczny pułap, w którym trzeba się z nią zwyczajnie zmierzyć…

Przez głowę biegnie tylko jedna myśl… Jak to rozegrać?

Zadzwonić wcześniej i zaproponować Panu – Tacie spotkanie, czy możne z nieco tylko mnie znaną bezczelnością stanąć pod adresem, który doskonale pamiętam i po prostu poczekać na rozwój wypadków?

Doprawdy nie wiem, czego chcę! Pierwszy raz nie mam pojęcia czy lepiej ulec ciekawości czy dalej zadawać sobie te miliony pytań…??

Powoli, artykułuję moim znajomym, że o to pod koniec października ruszam w Bieszczady i, że wszystkie imprezy urodzinowe i Halloweenowe odpadają. Ci wtajemniczeni nieco bardziej w moje życie, cel znają (a przynajmniej tak , jak i mnie, im się tak wydaje) Ci mniej kumaci, zastanawiają się po raz kolejny, dlaczego nie umiem usiedzieć na miejscu dłużej niż dzień.

Znajomi to jednak nie wszystko, trzeba jeszcze powiedzieć, mężowi, rodzinie o tym od czego nie może już być odwrotu…

Mąż, potakuje, choć po ilości zadanych pytań, wiem, że zachwycony nie jest…

Rodzina jeszcze dramatyczniej reaguje, telewizyjna papka nie pomaga mi zostać samotną wędrowniczką, pytania w stylu “po co”, “ale, że sama” “a jak się coś stanie”,

irytują powoli jak swędzący bąbel po komarowym ugryzieniu…

Dzielnie jednak zaciskam zęby, by ilość warczenia, że będzie OK ograniczyć do minimum, tylko dlatego , że moja rodzina stoi jak nigdy niemalże obiema nogami nad przepaścią, ale , to temat dla wybranych…

Dni do wyjazdu galopują szybko, niczym arabskie rumaki, cieszy to mnie, jednak 80% populacji dokoła całkowicie entuzjazmu nie popiera, ale, czy to pierwszy raz…?

Nie, tym razem nie zrezygnuję, choćby nie wiem, co, nie, nie i jeszcze raz nie!!!

           Wtorkowe wspinanie to preludium do środowych wojaży, palce odmawiają nieco posłuszeństwa, ale trudno, jeszcze raz , dwa nie ważne, że boli i leci krew, muszę na totalnym rescie iść spać, muszę jutro naładowana ruszyć, bo, inaczej nie dotrwam….

10748682_10202088749660692_1434000412_n.jpg

            Środa, szybkie pakowanie, 2 kawy, dużo zielonej herbaty i ten stan wyczekiwania, miałam ruszyć późnym wieczorem, ale nie wytrwam tyle.

Ostatnie rozmowy, tel. i fb. powoli przestają istnieć, 14-sta, czuję, że trzeba wyjść z domu, nie ma sensu odwlekać…

14.37 Strzelno – Bydgoszcz, już wiem, że pojadę na około, ale wolę to niż nerwowe bujanie nogami, czy zabawę korkiem od butelki….

Przed 17… jestem w BDG, trochę czasu jest można iść na kawę, w końcu noc długa…

10805531_10202088762621016_1632136504_n.jpgNie do końca wiem, dlaczego pewne strategiczne punkty podróży, jak opijanie moczopędnym napojem analizuję po przysłowiowym “rozlanym mleku”, ale jak tu się wkurzyć, na samą siebie i wytrwać w tym stanie, tak np. z godzinę, no jak …:?

18.00 rysuje się idealnie na moim zegarku i z równą idealnością podjeżdża autobus: BDG – Warszawa Zachód. Kierowca jakiś taki dziwny, dlatego zajmuję siedzenie, niemalże na końcu autokaru, by do moich uszu jak najrzadziej dochodziły Jego wywody. Powoli wchodzi znużenie, lekko kimam słuchając Roguca i rozmyślając, nie, nie myślę co ja gadam…

Toruń, fuck, a jednak na około, no cóż , życie, autobus sunie dalej, choć powoli kierowca i jego sposób jazdy, a raczej brak, irytuje… na szczęście pojazd wygodny , można spać :)

Po 20-stej, zaczynają napływać pierwsze smsy w stylu “żyjesz”?

Otóż tak, mam się dobrze, od, kiedy co niektórzy tak się mną martwią?

Olewam mrugające zielone światełko w tel., sygnalizujące jakieś rozmowy, idę spać dalej.

W końcu przed 23 dobijam do Stolicy. Dworzec Zachodni to niestety nie Centralny :(

Mała poczekalnia, tona dziwnych osobników, robi się ciekawie, pojawiają się pierwsze myśli w stylu oby nie było jaj i ciary na plecach, choć na twarzy kamienna mina, że niby ja się boję ?

(teraz, trochę…)

Wytrzymałam z “Towarzystwem” 20 -30 minut, ale pasuję dłuższą grę w ciuciubabkę, zaciągam plecak, kaptur i idę poszukiwać magicznego przystanku, z którego posunę wprost do Sanoka :) Autobus podjeżdża o wiele szybciej, zatem mój ruch to strzał w 10 – Brawo Lena mówię w duchu i wsiadam… Kierowca coś koło 50, ten wiek w wydaniu mężczyzn ma do mnie słabość :D łapiemy nić porozumienia, która przydaję się nieocenienie w późniejszej podróży :)

Ruszamy 10 minut po 24, starzeje się w autobusie w towarzystwie plecaka, wody niegazowanej i maślanych ciastek, extra!! :)

Uśmiecham się sama do siebie, zamykam oczy i myślę o tych, których obecność teraz nie byłaby ciężarem…

Lituję się w końcu nad brzęczącym telefonem i łapię kontakt ze światem…

Pojawiają się pierwsze, życzenia, tym razem Braciszek melduje jako pierwszy: sto lat :) jemu mogę odpisać, gadamy chwilę, dla niego to szaleństwo, to metoda, rozumiemy się i to buduje :) jeszcze kilku osobom odpiszę, resztę ustawię w kolejce na jutro. Odpalam tryb samolotowy, by już do rana nic nie mrugało, a jedyne co zakłócało ciszę, to dźwięki gitary…. Metalica dochodzi do głosu, a ja się rozpływam, jestem Ich, uległa jak bywam rzadko, odpływam….

Czwartek

Budzę się coś koło 4, zostało jakieś pół h do przesiadki, a ja nieco w innym wymiarze, wolałabym się przekręcić na bok i spać dalej, ale działam wbrew swoim chęcią i leniwie przecieram oczy, rozciągam się, poklepuję po twarzy i żegnam z Morfeuszem. Metalica też na razie musi zamilknąć, albowiem mój telefon powoli wykazuje stan wyczerpania.

Przesiadka wychodzi wszystkim sprawnie, kierowca po raz ostatni bajeruje i daje swój nr tel na wypadek pytań… nie doszukując się drugiego dnia, biorę karteczkę z numerem, odpowiadam uśmiechem i ruszam, ku busom, z których ten jeden, zmierza tam, gdzie chcę ja, do USTRZYK DOLNYCH….

10711442_10202088271288733_964515370_n.jpg10808035_10202088764181055_1298843825_n.jpg

To co widzę o 7 z minutami, jest piękne, zachwyca…

To co czuję, jest zagadką…, bo jak określić stan, w którym będąc w obcym miejscu pierwszy raz w życiu, czuję się tak bardzo pewnie, tak dziwnie bezpiecznie, tak swojo.

Bez mapy, bez nawigacji, ruszam przed siebie, wypadałoby pomyśleć o noclegu, znajduję go po jakichś 15 minutach :D

Pan Zygmunt to przemiły człowiek, sprawy formalne załatwiamy expressowo, chwilę po 8 jestem już rozpakowana, a raczej przepakowana, tak, by móc spędzić jak najwięcej czasu w Górach :) Nie czuję kompletnie zmęczenia, nie chcę spać, jedyne, na co sobie pozwalam to szybki prysznic, bo i tak muszę poczekać, aż nieco podładuje się bateria w telefonie.

Z jeszcze większą po prysznicową energią dziele się moimi pierwszymi newsami z Bieszczad.

Są jednostki, które dalej ignoruję, jest jednak kilka osób, którym chcę “na gorąco” zdać relację, nie zważając na to , że są w pracy czy na zajęciach… Cała Ja, wybaczą, wiem to :)

Ale w sumie jak tu czekać, kiedy dzieje się magia…?

I, gdy widzisz, takie cuda!!

10799617_10202088270448712_46047485_n.jpg

10606073_10202035785576623_5762281321345085168_n.jpg

Pogoda to mój sojusznik! Słonecznie, pięknie, bajecznie…

Zazwyczaj zakochuję się powoli, stopniowo, tym razem jednak, to miłość od pierwszego spojrzenia, od pierwszego kroku jaki robię, tu, gdzie mógłby być mój dom…

Telefon bez zasięgu, ja w samotnym trekkingu na czerwonym szlaku, czuję się wolna

i szczęśliwa, przeszczęśliwa!!

Mój pierwszy szczyt Kamienna Laworta coś ponad 700 m.n. p. m. a ja niczym na Everescie rozpościeram ramiona i chłonę całą sobą, to czegą nie umiem powiedzieć słowami…

Po raz pierwszy dziś umiem wyhamować, nie gnam (choć chcę zobaczyć i poczuć jak najwięcej) kładę się na ławce, zamykam oczy i myślę po raz pierwszy dziś o Ojcu…

Jestem sama ze sobą i swoim gąszczem myśli, bliznami, odczuciami i tymi kilkoma łzami szczęścia pomieszanego z tęsknotą…

Jesteś też Ty, choć nie masz o tym pojęcia, szedłeś ze mną, a raczej wniosłam Cię w plecaku, na tej małej fotografii, która dawała poczucie, że istniejesz, której trzymałam się kurczowo w dzieciństwie, wierząc naiwnie, że była dla mnie…

Właśnie, może przez to, tak bardzo lubię zdjęcia…?

A wiesz, jaki bój o nią stoczyłam z Matką, gdy chciała ją zniszczyć…? Ile jej histerii i słów, których nie rozumiałam do końca, jako 10 – latka,a które mimo wszystko bolały, wytrwałam….

Nie wiesz, tego TATO…

Ale dobrze mi tu dziś z Tobą, choć o więcej jeszcze nie będę zabiegać, nie jestem jeszcze gotowa!

10811711_10202088274088803_1499346100_n.jpg

Popołudnie już mniej refleksyjne, przetrwałam to co chciałam, oczyściłam się, jakiś ciężar ze mnie zszedł. Niestety czerwonego szlaku nie dało się ukończyć, bo akurat była wycinka drzew, i trasa była zamknięta, ale i tak ładny kawałek nią przeszłam i pewnie dotarłabym nią do końca, gdyby nie drzewo, które tarasowało dalszą drogę i dziki na horyzoncie….

Jednym słowem, coś przestało mi pasować i nie napiszę, że się bałam, ale trasę, która zajeła mi 45 minut, zbiłam do 25, zatem chyba każdy się domyśla, co w mojej głowie się teraz kłębiło :D

10805233_10202088768861172_892830501_n.jpg

Łazikowanie skończyłam około 18 -19 -tej. W sumie, to moje wewnętrzne baterie powiedziały dość, łóżko teraz, to dar niebios, szkoda tylko, że kakao samo nie chciało się zrobić…

Mała drzemka, zamieniła się w dwugodzinny sen w ciuchach, a Sajgon w pokoju ogarniłam dopiero koło 22 -giej :D

Teraz też na spokojnie przeczytałam wszystkie urodzinowe życzenia, kilka osób za utracony kontakt ze mna chciało mnie zabić, ale ostatecznie wyroki zostały anulowane, a ja ocalałam :)

Parę słów, usłyszanych i przeczytanych wzruszyło i nawet przez chwilę zatęskniłam za niektórymi, to jednak dzisiejsza samotność mi nie ciążyła i w sumie nie zmieniłabym nic z tego dnia… No może jedynie szkoda ścianki i wspinania z zajebistym teamem Inowrocławskim…

Piątek

Wstaję niczym wystrzelona z procy, to mój drugi i ostatni dzień w tej Boskiej krainie.

Pogoda zmienia swoje obliczę, króluje mgła, zatem podziwianie utrudnione, ale relaks dalej kapitalny. Dziś na tapetę idą Ustrzyki Górne, zagłębie szlaków. Zanim jednak dotrę, do celu, zatrzymuję się przypadkowo w Lutowiskach, no dobra nie mogłam wytrzymać do 11- stej do bezpośredniego autobusu do Ustrzyku Gr. i dojechałam najbliżej jak się dało…

Ale ponownie, “Coś”, “Ktoś” czuwa nade mną i dzięki Pani z Informacji Turystycznej w 2 godzinnej przerwie między autobusem, udaję się na scieżkę przyrodniczo – dydaktyczną

Ekomuzeum “Trzy Kultury” Ruiny Synagogi, pozostałości po żydowskim cmentarzu są fajnym dopełnieniem całości tego sięgania do korzeni…i powrotu w miejsca symboliczne…

Jednak zachwycam się punktem nr.6, z którego rozpościera się panorama na Koronę Bieszczad, mgła co prawda nieco osłania widok, ale i tak jest pięknie!!

10751931_10202088271488738_2101427364_n.jpg

Miło wspominam dwóch Braci, którzy byli oczarowani moim samotnym wypadem.

Oscypek z żurawiną, rozgrzewająca herbata z miodem i cytryną, bez prądu, o co długo  walczyłam, przypieczętowały znajomość, za to na ognisku posypały się propozycje zamążpójścia :P I jakoś średnio im przeszkadzało, że Męża już mam.

Na Ustrzyki Górne zostało niewiele czasu, ale musiałam, musiałam je ujrzeć,.

I powiem tylko tyle, było warto!!! Te wszystkie piętrzące się przede mną szczyty, mgła zawisająca na Nich, słońce niespiesznie wychodzące zza chmur, to chwile jakie kocham,

o jakie zabiegam, jakie celebruję i przede wszystkim, to te chwile, dla którch Góry zawsze będą moją Mekką, Oazą wyciszenia…

10755026_10202088271568740_252115421_n.jpg

Ostatni autobus do Ustrzyk Dolnych jest o 17, zatem chcę czy nie, muszę wracać…

Niechętnie “odklejam się “ od Moich Gór, ale wiem, że niedługo tu wrócę!!!

Spakowana, oglądam foty z wczoraj i dziś i jeszcze kombinuję czy nie wydłużyć przygody o dzień nr. 3, ale na mojej liście przecież jeszcze Wrocław i spotkanie z Siostrą, a że to bliska mi osoba wiem, że zawieść nie mogę.

I mimo nienasycenia jakie czuję w trzewiach, według planu wsiadam w autobus, by przemierzyć 600 km i by jako pierwszej właśnie Jej opowiedzieć o moim bieszczadzkim śnie!

10799531_10202088271928749_200883339_n.jpg

Nawet w autobusie staram się wyłapać piękno tych okolic! Z nosem przyklejonym do szyby, nie jak “Magdalena”, ale jak mała “Madzia” chłonę wszystko dookoła. I może to głupie,  ale lubię te drobiazgi… te rozmowy z nieznajomymi, te przygody po drodze, kanapki robione w autobusie, kawę albo herbatę z termosu, plecak, który jest największym przyjacielem…

Lubię moje małe – Wielkie dni!

10807885_10202088771581240_7553172_n.jpg

I gdybym kiedyś przestała cieszyć się tymi drobiazgami, to walnij mnie w łeb Przyjacielu!

Profesor

Jakoż, że mamy czas wakacji, a co za tym idzie mniej lub więcej podróżujemy,
wywołam do tablicy pewną historię, w której przyszło mi odegrać główną rolę, aczkolwiek całkowicie niezamierzenie.
Historia wydarzyła się w drodze powrotnej ze stolicy, żeby było dowcipniej, to w pociągu.

Otóż jak każda kobieta nie potrafię na 4 dniowy wyjazd zabrać jedynie plecaka…
Zatem nieodzownie zawsze towarzyszy mi walizka, mniejsza, większa, to już tylko kwestia zależna od aury za oknem. Jednak tym razem padło na większą, gdyż po pierwsze, to był początek Maja i pogoda odrobinę szalała, a po drugie mówimy o Stolicy, co za tym idzie zakupach, którym czasami ulegam. Do tego jeszcze ze 2 książki, torebka, coś do jedzenia, jednym słowem niczym obładowany wielbłąd wyczekiwałam rzeczonego pociągu.

Stolica od moich rodzinnych stron oddalona jest o jakieś 250 km zatem, nie spodziewałam się spotkać nikogo znajomego. Okazało się jednak , że całkiem niedaleko mnie znajdował się mój wykładowca, w sumie to były wykładowca, bo studenckie czasu, to trochę zamierzchła historia. Jednakoż, iż ów Profesor był strasznie lubianą Jednostką rozpoznanie nie stanowiło większego problemu. Jednak jak On miał, to w zwyczaju nie potrafił usiedzieć spokojnie na miejscu, tak było na wykładach i seminariach, tak też było na peronie. Kręcił się to tu to tam, więc nie było nawet szansy na zwykłe “Dzień dobry”, a co dopiero małą dyskusję o uczelnianych sprawach.
do tego zawsze szarmancki, mimo 50 na karku podobał się większości żeńskiej, która na filologii polskiej stanowiła grupę znaczną.

I, gdy już miałam otworzyć buzię, by wydobyć coś w stylu : “Dzień dobry Profesorze”, rozegrała się sytuacja, która wywróciła nieco mój światopogląd.
Otóż pewnie każdy, choć raz podróżując pociągiem zastanawiał się, jak upchnąć walizkę, gdy przestrzeń bagażowa jest zajęta? W tamtej ów chwili również i ja stanęłam przed owym wyzwaniem. Moje skromne 160 cm utrudnia bardzo wrzucanie walizek, na te półki najwyższe, a co dopiero na walizki tam się znajdujące. Nom, ale cóż podjęłam się tej  z góry skazanej na niepowodzenie czynności. I, wtedy usłyszałam, jak przechodzący mężczyzna, rzucił w kierunku Profesora, zdanie : “Gościu masz 2 m a ciężko pomóc Ci tej Pani?! I w rzeczy samej Profesor do najniższych nie należał. I wiecie co? Spodziewałabym się wszystkiego, tylko nie takiej odpowiedzi ze strony człowieka wykształconego, z tytułem prof. zwyczajnego.
Stwierdził, bowiem, iż on jest zbyt wykształcony, by do niego mówić “Gościu” i, jeśli go mężczyzna zaraz nie przeprosi złoży zażalenie ochronie kolei, że spotkał się z molestowaniem słownym. Gdy zakończył swój monolog, który przypominał teoretyczne podejście do literatury, a nie do człowieka, wszyscy wybuchnęli śmiechem, poza mną. Ja, bowiem trwałam w osłupieniu i konsternacji. Nawet nie zauważyłam, że walizka już dawno leży na górze, a wrzucił ją zręcznie ów młodzian załadowany bardziej ode mnie jak tylko uporał się ze swoim bagażem.

I tak w jednej chwili, w jednej zwykłej sytuacji poznałam prawdziwą twarz człowieka, który na uczelnianych korytarzach jest przykładem klasy, obycia i empatii.

Miałam jeszcze ochotę, po całej sytuacji rzucić : “Dziękuję Profesorze za pomoc”, ale stwierdziłam, że nie ma sensu. W końcu cham pozostanie chamem. I może założyć milion przyzwoitych masek, może skutecznie budować swój wizerunek w oczach innych, to jednak przyjdzie moment, w którym przestanie się kontrolować i, kiedy pokaże kim jest naprawdę !