Dziś krótko, zwięźle i na temat: jak nie lubię jak ludzie nie odpisują mi na czas! Dziwne to czasy, że pomimo dostępu do sieci, telefonów komórkowych i całej reszty nowej technologii tak ciężko jest się z niektórymi osobnikami skontaktować. A jeszcze bardziej irytujące jest to, że i bez szklanej kuli wiem, że później będziemy wszyscy żałować , że wiadomość nie została odczytana na czas.

Ok wylałam swoją frustrację i mogę iść spać :)

Gdy plany biorą w łeb albo bratają się z siłami nieczystymi, czyli słów kilka o pechu

Gdy plany biorą w łeb albo bratają się z siłami nieczystymi, czyli słów kilka o pechu

    Powroty z wakacji zawsze bywają ciężkie i stanowią niezły szok termiczny dla organizmu.

U mnie ten szok nie jest jednak spowodowany rozleniwieniem, a brakiem wysiłku wspinaczkowego. W Polsce podporządkowana jestem wtorkowo – czwartkowym wypadom na ściankę.

Te 2 dni to taki “must have” tygodnia, ale oczywiście są też rzeczy dodatkowe, tak ku polepszeniu umiejętności i ku rozładowaniu własnego wewnętrznego ADHD, którego we mnie zawsze dużo.

Ścianka i walka z własnymi ograniczeniami spodobała się na tyle mocno, iż śmiało mogę rzec, że inowrocławski grafik jest tym czego chcąc pozostać w zgodzie z moim wewnętrznym imperatywem przestrzegać “muszę”, koniec kropka!

W Norwegii takoż grafiku (półki co) nie mam, zatem pilnowanie się jest jeszcze bardziej rygorystyczne. Niestety, też plan treningowy inny jest w PL i inny w Norge.

Tym samym po każdym przylocie siadam z moim zeszycikiem i kreślę nową tabelkę na najbliższe tygodnie, tak, by wiedzieć czego przestrzegać.

           I tak też było minionej niedzieli. Szaro – buro można zapomnieć o macaniu skały, a, skoro nie mogę iść tam, gdzie lubię, to nie idę nigdzie, zostaję pod kocem z laptopem, herbatą, ptasim, które wodzi na pokuszenie i Muńkiem Staszczykiem, do którego mam słabość od ładnych paru lat… Taki plan B, gdy Góry lub pagórki odpadają.

Ta niedzielna statyka przydaje się idealnie, by od poniedziałku ruszyć z planem bardziej dynamicznym, a konkretnie aerobowo – siłowym.

I już na samą myśl, człowiek cały trzęsie się z radości, co uzewnętrznia szerokim uśmiechem i krótkim, aczkolwiek treściwym “Nom”.

       Ów przywołana niedziela to dzień restu, czyli kilka odstępstw, na które sobie pozwalam, zwłaszcza po przylocie… Lenistwo nawet największemu Wierciochowi jakim jestem służy. Jedyne co zakłóca spokój to dziwny ból palcy u obu rąk przy zginaniu i niemożliwość całkowitego ich dociśnięcia. Odczuwam coś na wzór przykurczu, ale gorliwie tłumaczę sobie ten stan zmęczeniem podróżą, zmianą ciśnienia, pogodą norweską, a nawet złym snem…

Dyskomfort jednak nie daje o sobie zapomnieć w sytuacjach prozaicznych, jak, choćby łapanie kubka, ewidentnie coś jest nie tak…

Staram się nie dramatyzować, jedyne co robię to macham co chwila palcami, zaciskam piłeczkę, bawię się korkiem od butelki, generalnie robię wszystko, żeby moje palce rozluźnić i przywrócić do formy. Niestety, kompletnie mi to nie wychodzi, jak precyzji nie ma tak nie ma.

Mam jednak jedną wado – zaletę jestem cholernie uparta i łatwo, nie odpuszczam. Sięgam po cięższy kaliber, próbuję wykonać kilka ćwiczeń na drążku, niestety tutaj dostaję porządnego pstryczka w nos, kompletnie, bowiem nie jestem w stanie wykonać porządnego chwytu, po raz pierwszy też nie tylko dyskomfort czuję, pojawia się ból… Masochistką jeszcze nie jestem, dlatego niechętnie odpuszczam, powoli dopuszczając do głosu racjonalne myślenie, że ów przypadłość łączy się zapewne ze wspinaczką…

Przypominam sobie rozdział u Horsta (podręcznik dla wspinaczy) o kontuzjach i ich zapobieganiu, wracam do moich notatek. Po lekturze już wiem, że nie da się dalej wmawiać, że minie, chcę nie chcę muszę iść do ortopedy…

Nerwowo przeszukuję Internet, by dowiedzieć się czegoś więcej, przede wszystkim chcę wiedzieć jak długo może to trwać. Na szczęście trening nie jest zagrożony w końcu cardio bez pełnosprawnych palcy rąk, wykonam.

         Całodzienne leżakowanie na kanapie jakoś tak rzadko jest dla mnie, prędzej czy później brzydnie i muszę, choć na 10 minut rozprostować kości.

Po całodziennym wietrze i deszczu zostały już tylko ogromniaste kałuże, więc można iść na mały spacer, w końcu z domu do pięknego widoku Fiordu mam jakieś 4 minuty i to z górki :)

Zakładam moje siwo- czarne dresy, luźną stylizację dopełniam ocieploną bluzą z kapturem, który wciągam na głowę (bo lubię) jeszcze tylko arafatka, buty za kostkę, jakiś perfum i można wyjść z domu.

Wiem, wiem totalnie nie kobieco, 2 minuty a ja już gotowa, trudno bywam wielowymiarowa :)

No i niestety nie wiele potrzebuję, by wpaść w tarapaty… 100 m od domu a ja odhaczam nowatorskiego orła na norweskim chodniku!!

Kiedy już dotykam ciałem betonu, słyszę chrupnięcie w moim kolanie, dźwięk bez żadnego dubla zrobiłby furorę w kinie akcji, mnie jednak przyprawia o momentalny pot na całym ciele i kilka wulgaryzmów…

Mimo bólu powstaję z kolan, w miarę szybko łapię pion, choć prawej nogi staram się nie przemęczać. Na szczęście nie widzę nikogo na horyzoncie, zatem dobre, chociaż to , że nie było się dla nikogo darmową komedią.

Człapię do domu, wkurzona i obolała. Czując, że zmiany zachodzące w moim prawym kolanie do dobrych nie należą…

Mąż oczywiście nie wytrzymuje, by się nie śmiać, ale widząc mój piorunujący wzrok, rzuca jeszcze tylko jakiś głupi żart i bastuje….

Szybki okład z lodu, przynosi chwilową ulgę, jednak jakiś wewnętrzny głos przeczuwa większe kłopoty…

    Intuicja…!! Moja niestety istnieje… kolano, zamieniło się w dynię, a to wróży izbę przyjęć…

Jeszcze tylko kilka telefonów, żeby dowiedzieć się co i jak, bo w Norwegii po raz pierwszy kalectwo dochodzi do głosu i jedziemy…

Historia kończy się strzykawką, krwią i stabilizatorem kolana…

A co do delikatnych paluszków, to zapalenie pochewki ścięgna zginacza, jeśli dobrze pamiętam.

        I budujący jest fakt, że jeszcze tylko 4 dni i będzie można wrócić do punktu wyjścia , bogatszym o lekcje KONTUZJA :D