Każdy dzień to walka cd – Wszystko powstaje w naszej głowie.

Ostatni rok nauczył mnie inaczej patrzeć na to co nam się przytrafia. Gdy na naszej drodze pojawiają się trudności, coś nam nie wyjdzie, pierwsze co nam pojawia się w głowie to złość i żal; „czemu to akurat mi się przytrafia? Dlaczego ja?” itp. Wszystko odbieramy bardzo osobiście, a często zachowanie innych, które nas tak rani, jest tylko przypadkowe i nie ma nic wspólnego z nami. Każdy przeżywa własne życie i widzi wszystko z innej perspektywy, i  często te raniące nas zachowania są zupełnie nieświadome … Ale o tym też nie dzisiaj.

Jeszcze parę miesięcy temu, wszystko musiałam mieć zaplanowane, przynajmniej na kilka kroków na przód, a każdy dzień bez takiej czystej wizji co stanie się następne napawało mnie niepokojem. Podstawówka, Gimnazjum, Liceum, później studia, jakieś praktyki i praca, trochę odłożyć, ślub, dzieci… W końcu o to chodzi w życiu, prawda? Żeby zakładać rodzinę i harować do wieczora żeby ją utrzymać. Ale gdy ten genialny plan utknął w miejscu, niewiedza co się stanie z moim życiem wpływała nie tylko na moja psychikę i poziom stresu ale i moje ciało. Mięśnie się spinały a brzuch protestował. To że nie możemy zmienić co nam się przytrafia nie miało znaczenia… tylko pogrążało moją bezsilność. Do tego zmartwione głosy rodziców „a co teraz zrobisz? Gdzie będziesz mieszkać? Jak się utrzymasz? Przynajmniej do tej pory ktoś ci pomagał, a teraz? Jesteś tam zupełnie sama!” wcale nie dodawały mi otuchy. Ale pewnego dnia, ktoś powiedział mi: ”może nie możesz kontrolować co ci się przytrafia, ale możesz zadecydować jak na to zareagujesz” i podesłał mi kilka linków do obejrzenia na YouTubie. I choć sceptycznie do nich podeszłam, stwierdziłam, ze warto je obejrzeć. Tym bardziej, że w ciągu tygodnia następna osoba poleciła mi obejrzeć ten sam film. I od tego momentu zaczęła się walka w mojej głowie.  Że też mogę zacząć inaczej spoglądać na rzeczywistość i zostawić za sobą żal, złość, smutek, niepokój i stres. Minęło już ponad pół roku, i wiem że nadal się uczę takiego spostrzegania świata ale już widzę efekty w samej sobie… a co więcej dostrzegam jak inni są pełni negatywnych myśli. Nauczyłam się, że paradoksalnie coś może boleć czy doprowadzać mnie do łez, ale jednocześnie czuję, że tak jest lepiej.  Nie wszystko jest czarne czy białe, pozytywne czy negatywne. Wszystko nas czegoś uczy, i to od nas zależy co z tego wyniesiemy.

Po zakończeniu wieloletniego związku, nie raz słyszałam od innych ze ‘zmarnowałam najlepsze lata’, ale ja wcale tak nie myślę. Przeżyliśmy wiele pięknych chwil razem i do póki nie dotknie mnie skleroza, nikt mi ich nie odbierze. Co więcej, teraz też wiem, czego chcę, i co sama muszę u siebie naprawić, nad czym popracować. Więc przynajmniej jak spotkam „Mr. Right” to będę wiedzieć jak tego nie spieprzyć;) Oczywiście, były dni że smutek i zazdrość brały górę i przesiedziałam cały weekend smarkając… Aż w pewnym momencie zrozumiałam, że nie ma o co płakać czy być zazdrosną. Bo po głębszym zastanowieniu, wiem, że to o co czułam teraz zazdrość wcale wtedy mnie nie uszczęśliwiało, wcale nie chciałam tam być, i tylko z przyzwyczajenia moje ciało kazało mi płakać nad ‘utraconym’.  To, że on teraz trzyma nie moją rękę, wcale nie znaczy że bym chciała żeby  trzymał właśnie moja.  I choć czasami mi tęskno, i  oczy mi się zaszklą to nie ze smutku lecz tylko tak po prostu, bo życie nie jest czarno-białe, smutne lub wesołe. Raz jeszcze paradoks się ujawnia we mnie, i sobie popłacze ale jednocześnie wiem, że jest ok, ale co ważniejsze, że lepsze jest jeszcze przede mną. Teraz  wierze, ze wszystko dzieje się po coś, by dać nam szansę żebyśmy przejrzeli na oczy i nauczyli się o co to chodzi.

Moja walka myśli nadal trwa, ale teraz umiem już wyłapać chwile słabości i reagować zawczasu. Gdy dopada mnie przysłowiowy dół, chwytam po książkę czy słucham wykładu na YouTube. Ale co się z nich nauczyłam, może zostawię już na następny raz…

Każdy dzień to walka…

Każdy dzień to walka a bój jest zaciekły i toczy się non stop. Jedyne chwile wytchnienia przynosi mi sen. A czasem nawet i we śnie prowadzę tę walkę… walkę moich myśli… Miniony rok był niewątpliwie rokiem zmian. Co by było gdyby te zmiany się nie dokonały? Jakby wyglądało moje życie gdybym nadal budziła się rano i widziała jego twarz a nie biel nowej ściany? Czasami łapie siebie samą trwoniącą czas na takim rozmyślaniu… bo co to da, takie zastanawianie się? Raczej nic dobrego. Nic to nie zmieni a tylko wprowadza mnie w ten dziwny melancholiczny nastrój…

Paradoks… paradoks to chyba najlepsze słowo na opisanie roku 2015 i rzeczywistości, przynajmniej mojej, tej obecnej i mojego świata. Bo jak to możliwe, że można kogoś kochać tak szczerze ale czuć jakąś wewnętrzną ulgę słysząc, że nie będziemy już razem…? Takich paradoksów ostatnio doświadczam non stop, ale dzisiaj nie o nich… Zostanie singielka po tak długim czasie, to nie była największa zmiana jaka się wydarzyła w zeszłym roku. Największa zmiana zaszła w mojej głowie… a raczej zachodzi… bo nadal nie jestem pewna czy pojęłam o co tu tak naprawdę chodzi… po co to wszystko, po co się staramy i toczymy walkę każdego dnia… i dlatego, że dla mnie to nadal walka, widzę że chyba nadal nie do końca dotarłam gdzie mam być… ciągle odkrywam, szukam ale czuję, że te zmiany które ostatnio zaszły w moim życiu, i w mojej głowie, naprowadzają mnie na odpowiedni szlak. Że

pewnego dnia obudzę się i nie będzie już gonitwy myśli… nie będzie walki w mojej głowie i po prostu będzie jak ma być, dobrze… szczęśliwie… będę spełniona, pełna pasji  i miłości…

Rok 2015, a przynajmniej jego druga połowa, była dla mnie ważną lekcją… ale lekcją która nadal trwa.  W końcu zrozumiałam, że żeby mieć chociaż najmniejsza szansę na szczęście trzeba być szczęśliwym z samym sobą… i póki nie uwierzę w siebie i nie nauczę się przysłowiowego „kochać, lubić i szanować” samej siebie, nie znajdę szczęścia i nikt inny mnie też nie uszczęśliwi… a co najważniejsze, nie mogę oczekiwać, że bycie z kimś odwali ze mnie brudna robotę i jak na romantycznym filmie będę najszczęśliwszą kobietą na planecie trzymając jego rękę i patrząc mu w oczy 24h na dobę…  Jasne, nie ma nic bardziej uszczęśliwiającego niż bycie zakochanym…( w wzajemnością oczywiście) ale zakochanie przemija, a ludzka złożona istota na dłuższą metę potrzebuje czegoś innego, czegoś więcej… Teraz już, a w sumie dopiero teraz, to wiem.  Więc mam plan… w roku 2016 muszę się zakochać ale w samej sobie… Ale jak to zrobić? Jak mam odkryć samą siebie i wygrać tą bitwę moich myśli stojąc samotnie im naprzeciw..? Może jakiś paradoks pomoże mi to odkryć…

CDN

Przepis na szczęście?

Uwielbiam piec  i gotować, w ogóle kuchnia to miejsce, gdzie czuję się najlepiej. Mogę godzinami piec ciasta, ciasteczka, babeczki i co tam jeszcze akurat mi przyjdzie do głowy w takich ilościach, że później brakuje chętnych, którzy byliby w stanie to wszystko przejeść.

Lubię w kuchni eksperymentować, smakować nowe potrawy i poznawać nowe smaki. Kuchnia nie lubi ograniczeń i dlatego gotowania jako sztuki nie można zamknąć w sztywnych ramach suchych gramatur. Każda potrawa potrzebuje odrobiny szaleństwa, tej szczypty pikanterii, dzięki której każda, nawet z pozoru nudna potrawa nabiera wyrazistości.

Podobnie jest w życiu, pewnych relacji, zdarzeń czy sytuacji nie można zaprogramować z góry korzystając z gotowego przepisu. Chociaż czasami tak bardzo bym chciała, żeby ktoś podsunął mi gotowy przepis na życie. Taki sprawdzony, babciny przepis dzięki, któremu przeżyłabym życie spokojnie, bez burz i zawirowań, bez błędów i potknięć.

Gorzej, jeśli w wyniku naszych usilnych starań może się okazać, że upiekł się nam zakalec…

Wzięłam ostatnio szczyptę przyjaźni, odrobinę zauroczenia, garść miłości i krztynę lojalności. Wymieszałam wszystkie sypkie składniki w jednej misce. Do drugiej wlałam miarkę wygody, szklankę bezpieczeństwa, garnuszek pozorów i łyżkę sympatii. Wszystko wstrząsnęłam, nie zmieszałam. Połączyłam starannie sypkie i płynne produkty, wylałam do foremki i wstawiłam do piekarnika.

Miało wyjść pyszne ciacho a wyszedł gniot. Pytanie dlaczego? Może źle oceniłam sytuacje        i pomyliłam proporcje, może składniki nie były najlepszej jakości, a może zawinił piekarnik…

By nie stać się nicością….

Nie na widzę tych dni, gdy w mojej głowie panuje totalny chaos. Nie wiem czego chcę, do czego dążę i po co jest to wszystko. Natłok myśli i emocji, skrajnych emocji, do tego strach, może lęk i bezsilność to istna mieszanka wybuchowa. Czuję, że w mojej głowie wszystko krzyczy, wysyła impulsy i bodźce, których nie potrafię uporządkować i okiełznać.

Krótkie chwile wytchnienia przynosi sen, dlatego marzę by zasnąć już w chwili przebudzenia.

Kto? Kiedy? Po co? skomplikował nasze życie emocjami i uczuciami? Po co jest nam do szczęścia niezbędny drugi człowiek? Nie ważne czy jest to chłopak, dziewczyna, kolega czy koleżanka, ważne że bez nich życie nagle robi się puste.

To niesamowite jak często człowiek żyjący wśród tłumu ludzi czuje się tak strasznie samotny, że krzyczy, by ktoś go w końcu zauważył, docenił, może zwyczajnie polubił… Krzyczy a nikt go nie słyszy, bo jest od wszystkich oddzielony  ścianą zobojętnienia.

Tak często nie doceniamy tego, co mamy, że zauważamy wartość tego, dopiero gdy to stracimy. A gdy raz stracimy to wiemy, że drugi raz nie możemy pozwolić, by ktoś lub coś odeszło, by znikło, by przepadło w nicość i z całych sił będziemy robić wszystko co się da, by tego ponownie nie stracić. Już raz bowiem przekonaliśmy się jak bardzo taka strata boli…

Może byłoby nam ciut prościej, gdybyśmy sami zrozumieli, że dla innych możemy być wartością samą w sobie, że nasza chwila słabości, odpuszczenie sobie życia ( bo w końcu tak łatwiej, bo lepiej stać się nicością, gdy już  nic nie boli, gdy już niczego nie ma) dla innych oznacza kolejną stratę, z którą muszą żyć dalej.

Może nie warto być egoistą i może warto pozwolić sobie by ktoś lub coś pomogło nam uporać się z tym co pozornie wydaje się być czymś nie do pokonania? Może warto dostrzec, że nie jest się pozostawionym samemu sobie, że wciąż przybywa osób, które chcą pomóc  i tylko czekają na jakikolwiek znak by ruszyć do działania.

Święta Wielkiej Nocy to taki dziwny czas, gdy życie walczy ze śmiercią, gdy cierpienie i strata zostają zapomniane w chwili wielkiej radości ze zmartwychwstania. Najważniejsze to chyba zrozumieć, że wszystko dzieje się po coś, ze wszystko ma swój cel i swoją cenę. Warto to dostrzec, zwłaszcza wiosną, gdy wszystko budzi się do życia, gdy po zimie coś co pozornie wydawało się martwe, nagle zachwyca swym naturalnym pięknem…

Ach gdybym umiał …

ach gdybym umiał zrozumieć do końca

czym tak naprawdę powinna być  miłość…

czy tylko chwilą, po której przyjdzie

serce z podłogi pozbierać…

czy może szeptem, po którym

uznam, że w życiu nie mógł się wydarzyć.

a może statkiem, który dobija

do brzegu po mimo najcięższej burzy?

może motylem co barwą zachwyca,

zachwycę Ciebie, siebie i Jego by Mi  nie kazał

na nowo szukać,

bym już nie musiał z tłumu wybierać.
A może jak pierwszy mroźny poranek.

skujesz me serce i w głaz przemienisz,

by nigdy więcej nie czuć -

że inny na rożen chce je zanieść….

ile bym oddał byś była wiatrem,

który w nastrojach może przebierać!

byś była mgiełką, za która tęsknie.

byś była powiewem, która orzeźwia!

byś miała siłę, która mnie zmieni!

byś była potęgą przed którą klęknę…

byś była tym bez czego więcej nie będę umiał

z ziemi się pozbierać!!!

W inności tkwi siła

Jaka siła jest w inności….

Ja wulkan wybuchający czasami bez powodu… On oaza spokoju

Ja poukładana … On nie zawsze gotowy na spotkanie z rzeczywistością

Ja wieczna optymistka z prześwitami realizmu… On realista z odcieniami optymizmu

Ja szalona, pędząca za marzeniami….On spokojny skupiony na tym co tu i teraz

Ja potrzebuję tysiąca kartek, notesów, kalendarzy, żeby uporządkować swój czas

On nie potrzebuje tej sterty makulatury, w końcu zapominanie też jest fajne

Ja pedantyczna, choć pracuję nad tym :)

On bałaganiarz, choć robi postępy

Ja kocham poezję, literaturę … On nie cierpi poezji i literatury

Ja nie cierpię durnych programów typu “Jak, to jest zrobione”… On uwielbia te wszystkie dziwne programy”

Ja mówię za, nim pomyślę… On pomyśli, pomilczy i może powie

Ja nie umiem zrobić pompki, choć ćwiczę regularnie

On robi ją bez problemu, choć nie ćwiczy prawie wcale

Pewnie jeszcze więcej tych różnic mogłabym przytoczyć…

A może właśnie już nie, może reszty już nie dostrzegam.

A może, ta reszta już nie istnieje ?

Nie ma idealnych małżeństw, dwóch kopi, idealnych połówek.

My wcale nie jesteśmy idealni, nawet nie wiesz jak potrafi iskrzyć…

Ale, czy to mi przeszkadza…? Nie!!! Bo wiem, że kocham mojego bałaganiarza, choć w danym momencie, gdy widzę kolejną lądującą parę skarpetek na podłodze, które w żaden sposób magicznie do kosza z brudną bielizną się nie teleportują to mnie nosi!

tak nosi mnie i wydzieram się, że ma w końcu się nauczyć je tam umieszczać.

Ale ja lubię to moje wydzieranie, bo to wszystko, co wymieniłam to pierdoły.

Drobiazgi, które imitują tylko problemy…

Ale, jeśli chodzi o fundamenty to nagle tworzy się całość.

Zaufanie, wierność to kwestie na jakie nie mamy innych poglądów. To nasze priorytety, których się trzymamy. To nasz kapitał. I nie muszę przeszukiwać jego telefonu , wiadomości, maila …., bo wiem, że nic tam nie ma. I wiem, że mogę mu ufać tak jak dziecko ufa rodzicom, że przy nich jest bezpieczne. Bo i on może mi tak ufać.

Nie muszę codziennie krzyczeć, że kocham ani bezgranicznie topić się w jego spojrzeniu. Czasami przez cały dzień się nie widzimy, a w końcu jak mamy czas dla siebie to siedzimy przyklejeni do komputerów i dalej zajmujemy się swoimi sprawami.
Pewnie uznasz, że głupie… ok… Może, ale wiem, że to nasze, nie robione na siłę. Czasami miniecie z, nim w łazience po wcześniejszej walce o wejście do niej pierwszą wystarczy, by czuć się kochaną!!

Więc nie silę się na coś, co wypada, co trzeba, co jest modne.

Robię co czuję, na co mam ochotę, co płynie ze mnie

I wiesz co kocham i czuję, że jestem kochana !!!

zatem chyba brak recepty, jest paradoksalnie tą najlepszą :)

Pewnego dnia narodziła się Miłość, była czysta i naiwna jak dopiero co spowite niemowlę, nie znała rozczarowań ani zawodów, wierzyła w swoją nieograniczoną moc. Dorastała w przekonaniu, że uleczy każdą duszę, zagoi każdą ranę i uszczęśliwi każdego człowieka. Z tym optymistycznym nastawieniem rozpoczęła swą wędrówkę po świecie. Bez względu jaki kraj przemierzała i z jaką nacją miała „do czynienia” wszystko zawsze wyglądało tak samo. Kiedy tylko tchnęła swojego duch,  ducha miłości w dwie połówki ludzkiej duszy, zagubione gdzieś w chaosie codzienności, promieniały nowym światłem, nastawała harmonia, codzienność ustępowała magii chwili. Widząc, iż niemal zawsze wszystko toczy się tym samym torem, zaczęła utwierdzać się w przekonaniu, że ma moc, której nic nie może zniszczyć. Im bardziej nabierała pewności siebie, tym z każdą chwilą traciła część swej siły. Pasmo sukcesów jakie niewątpliwie osiągnęła uśpiło jej czujność. Konsekwencje jakie musiała ponieść za swą próżność okazały się bolesne….

Harmonia i spójność zaczęły być niszczone przez rutynę i przyzwyczajenie. Czułość ustąpiła miejsca oschłości, a przywiązanie przestało mieć już jakąkolwiek wartość. Dusza, choć złączona czuła, że ów wypracowana jedność zaczyna uwierać i przeszkadzać. Do głosu doszła kobieta i mężczyzna. Wszystko co wspólne stało się gorzkie i szare, na nowo fascynowała wolność i niezależność. Miłość nie umiała pojąć obecnego stanu rzeczy, zamiast dawać spełnienie, okazała się katuszą i kajdanem… Zraniona i zagubiona chciała uciec, zniknąć i uwolnić ludzkość, od stanu euforii, który prowadzi do wyniszczenia…. Złamana i bezsilna spotkała swego przyjaciela zwanego PRZEZNACZENIE.

Choć nie chętna do zwierzeń usiadła i podjęła rozmowę. Przeznaczenie długo milczało, po czym w końcu uśmiechnęło się złapało Miłość za rękę i rzekło:

Widzisz, kiedy Ty się pojawiasz pojawiam się i ja tylko nikt z ludzi nie może mnie ujrzeć, dlatego do głosu dochodzą popędy takie jak euforia, zauroczenie czy podniecenie, ja tylko krzyżuję ludzkie ścieżki. Swą obecność zaznaczam dopiero wtedy , gdy Ty oblekasz się w swą próżność, gdy zapominasz o tych połączonych duszach, gdy skupiasz się na swojej wspaniałości nie widząc swoich wad. „ale ja przecież mam dar, siłę…dlaczego nagle ją tracę” ?? Bo wierzysz, że satysfakcję zawsze przynosi to samo. Otóż tylko ja wiem, które z tych połączonych dusz osiągną tą wieczną harmonię. Gdy ustępują popędy, gdy ludzie mają dostrzec i mnie, wtedy właśnie pojawia się największa próba, sprawdzian bólu, zwątpienia i rozczarowań.

„Czyli  ty nie pomagasz ludziom?” – wtrąciła niepewnie

 Pomagam, tylko specyficznie, dokonuję, bowiem selekcji. I tylko Ci, którzy gotowi są na rozczarowanie i ból mogą na nowo cię odnaleźć.

„Jak to, już nic nie rozumiem…” rzekła zdezorientowana Miłość. 

Siostrzyczko musisz zrozumieć, że szczęście nigdy nie jest trwałe. Ty zawsze będziesz euforią, która wyniszcza, jednak dusze sobie przeznaczone staną się bardziej świadome twej potęgi, dopiero gdy doświadczą tych dwóch skrajnych światów.

„A zatem co się stanie z tą resztą?”

To proste Oni nadal będą musieli szukać …

Spowiedź dorosłego dziecka

Czy można kochać nie znając w ogóle danej osoby?

Czy istnieje coś takiego jak cząstka rodzica w dziecku?

Czy, mimo iż nigdy nie widziałeś ojca/matki na oczy mimo wszystko są Ci niewytłumaczalnie bliscy??

Odkąd zaczęłam swoje dorosłe życie, cały czas próbuję odpowiedzieć sobie na te pytania.

To taka nie do końca zabliźniona rana z dzieciństwa, rana, która pod natłokiem miliona różnych spraw zasycha, żeby znów zacząć sączyć się niepostrzeżenie. To jakaś cząstka mnie, której nie znam. Brakującym elementem mojej układanki jest, no właśnie, kto …? Młodzieńcza miłość mojej mamy, która ulotniła się wraz z pierwszym obowiązkiem?
Jej pomyłka? A może tak zwyczajnie, Tata…? Może mimo tego, iż wcale go nie znam to i tak nie potrafię, inaczej o, nim myśleć…?

Tata, tylko, co to właściwie dla mnie znaczy?

Tchórz, który ucieka, gdy życie stawia przed, nim obowiązki?
Ofiara miłości mojej Matki, która być może chciała więcej niż mogła dostać…
Cząstka mnie, której nigdy nie poznałam, a, której strasznie brakuje …?

Pogmatwane to, prawda? Ale właśnie tak to wygląda w mojej głowie. Setki wirujących pytań, układających się w przedziwne konfiguracje, z których wyłania się:
ŻAL, że nie było mi dane złączyć nigdy naszych dróg.
ZŁOŚĆ, że ktoś śmiał zadecydować za mnie i urwać kontakt, który jeszcze się dobrze nie narodził.
BEZSILNOŚĆ, z którą co jakiś czas podejmuję walkę, jednak jak na razie pojedynek jest strasznie jednostronny, zawsze przegrywam.
STRACH przed odrzuceniem, bo w końcu coś do Ciebie czuję… Tato…

Pamiętam doskonale okres młodzieńczego buntu. Czternaście lat na karku pozwalało na tamtą chwilę czuć się panem (panią) życia. Wtedy też po raz pierwszy natknęłam się na dokumentację sądową, z której wynikało, że Tata, dobrowolnie potwierdził ojcostwo, a nawet wnioskował o pełne uznanie, tak, żebym mogła nosić to samo nazwisko co on.
Pomyślałam sobie wtedy: Jaka czułość, tylko tyle, palant”. I bez większego trudu zapomniałam o tym fakcie.

Po raz kolejny nasze drogi skrzyżowały się, gdy miałam dwadzieścia lat i musiałam ustalić co dalej z alimentami. 3 dni próbowałam zebrać się w sobie i do niego zadzwonić, milion razy wstukiwałam numer i w ostatniej chwili kasowałam połączenie, jednak pech chciał, że 3 dnia za późno chciałam wykonać manewr rozłączenia.
Niestety, pierwszy sygnał… drugi… i On , pierwszy raz w życiu go słyszę.
Co czuję?
Mega zdenerwowanie, zakłopotanie i złość, że nie mam jak moi koledzy, normalnej rodziny…
Tą złość dopuściłam do głosu, to była najbardziej chamska rozmowa w moim życiu. By jeszcze bardziej Mu dopiec zwracałam się do niego “per nikt”, zero jakichkolwiek form grzecznościowych. W końcu powiedzmy, że się dogadaliśmy, rozmowa dobiegła końca, a ja wcale nie świętowałam triumfu. Nie czułam satysfakcji z tego, że może sprawiłam przykrość. Mi samej było przykro, że nie wykorzystałam szansy, że On jej również nie wykorzystał…
Noc minęła na płaczu i kurczowym ściskaniu zdjęcia, Jego zdjęcia, które kiedyś przypadkiem znalazłam i, które postanowiłam zachować… po co? Chyba, żeby mieć coś, co sprawia, że mimo wszystko jest realny. To zdjęcie to w końcu mój Tata, musiałam je ocalić przed zniszczeniem.

A dziś, kiedy mam własną rodzinę, kochającego męża i kilka życiowych doświadczeń w plecaku, marzę, żeby go poznać, żeby wreszcie tą układankę zakończyć.
Żeby brakujący puzzel się odnalazł.
Łapię się na tym, że myśląc o własnym dziecku nie myślę jaką będę mamą, tylko jakim Tatą będzie mój mąż. Z obserwacji wynika, że powinno być dobrze, jednak ja dalej się boję.
Chcę i nie chcę podjąć się tej odpowiedzialności. Ta trauma z dzieciństwa niepełnej rodziny, dalej we mnie tkwi. Moja blizna, choć niewidoczna daje o sobie znać.
I, choć wiem, że powinnam, że chcę wreszcie sobie wyjaśnić przeszłość, to strach przed odrzuceniem paraliżuje jak toksyna, nie pozwalając wykonać nawet minimalnego ruchu ku Tobie …

Przypomina mi się piosenka Dżemu “List do M”

Mój list mógłby brzmieć :

Tato piszę do Ciebie list
Czy ostatni, nie wiem …
na pewno pierwszy.
Jest głęboka i ciemna noc,
Leżę w łóżku, gdzie obok śpi ON
i tak spokojnie oddycha.
Z serca dobiega muzyka,
a z oczu toczy się łza.
Bo jest mi smutno,
że tylko w snach na chwilę Cię spotykam…
Wiesz Tato myślałam, że skrzywdziłeś mnie
a teraz wiem, że skrzywdził nas świat
szkoda, że tak późno pojęłam fakt,
że warto było wykorzystać jedną, jedyną z szans…

Czy można wszystko nazwać…?

Niby jesteś z kimś, niby jesteś szczęśliwy,  jednak są dni, że czegoś Ci brak, że uciekłbyś ze spakowanym plecakiem gdzieś w świat.

Masz takie dni…?

Ech… Bo ja je mam…

I zawsze wtedy zastanawiam się po co jest to wszystko, po co jest miłość, przyjaźń i wszystkie te wielkie słowa o uczuciach, których i tak nie można nazwać, bo ile ludzi tyle de facto definicji miłości. A już w ogóle dziś w świecie, gdzie rzadko doświadczamy czegoś wzniosłego, gdzie zazwyczaj trafiamy w centrum jakiegoś układu, sieci powiązań. Choć często nawet  nie świadomie odgrywamy rolę. Choć uciekamy to i tak dalej i dalej taplamy się w bagnie.  A miłość czy przyjaźń to przykrywka interesu, transakcji, albo jeszcze czegoś, co zdefiniować jest ciężko…

No właśnie, tylko w sumie po co nazywać miłość…? Po co ją definiować? Czy kochać trzeba zawsze, tak bezgranicznie poprawnie, tkwiąc w stereotypie idealnego małżeństwa z obraczką na palcu, brzydzącego się kłótnią, wpatrzonego idealnie w jeden punkt, gdzie ilustracją mógłby być ckliwy screen sceny z Titanica…?

Czy naprawdę tak właśnie wygląda miłość …?

Naoglądałam się takich poprawnych par na studiach, w pracy i Wiesz co, nie kupuję tego.

Żadna z tych par nie była szczera, pod tą otoczką idealności krył się prawdziwy, brudny świat.

Nawet będąc sama nie chciałam takiej miłości.

Choć nie powiem parę razy wypowiedziałam coś w stylu: “ zazdroszczę Ci twojego mężczyzny, bo jest taki zaradny, albo taki czuły.”

Wiesz, jednak nigdy w odpowiedzi nie usłyszałam: “ Ja też go sobie zazdroszczę”. Nigdy!! Przeważnie był delikatny uśmiech, będący wymownym przecinkiem, za którym można by napisać już tą prawdziwą historię.

Nomen omen ile razy poznawałam Ów delikwenta bliżej czar pryskał. Jego pozytywy nagle uwypuklały negatywy i nic już nie było tak idealne.

Niczego już nie zazdrościłam …

Zatem co to jest miłość…?

A może miłość, to też nasze słabości, albo przede wszystkim one. W końcu nie jesteśmy idealni, mamy swoje zalety i wady, więc może i miłość okazujemy zarówno poprzez nasze mocne, ale też  i słabe strony…?

Nigdy pytana o miłość nie wiem co odpowiedzieć, bo ona jest dla mnie wszystkim tym o czym zazwyczaj ludzie nie mówią głośno…

Dla mnie to zmieniająca się wartość, zmienia się wraz ze mną, dojrzewa, żeby za chwilę odmłodzić się o 10 lat. Ewoluuje tak jak i Ja, moja kobiecość i moja świadomość .

Nie definiuję więc jej, a czuję w upojnym sexie, porannej bitwie o toaletę, nieuzasadnionej kłótni o źle odłożoną gazetę, wyręczeniu z wyjaścia na spacer z pupilem, ciszy we dwoje, wspólnych nerwach o bliskich, wycieczce, zakupach i wielu, wielu przyziemnych rzeczach, które w żaden sposób nie są wyjątkowe, jednak z właściwą osobą stają sie niezapomniane .

Zatem nie precyzuję tego pojecia, nie wciskam na siłę obrączki na palec, bo po ślubie niby tak trzeba… Nie znam, też recepty na szczęście, nie zakładam, że tak będzie zawsze, bo życie nauczyło mnie, że jest nieprzewidywalne…

Za to całą sobą staram się zbudować fundamenty mojej miłości.

Zaufanie i szacunek, to emocje, które celebruję, oswajam i definiuję

I choć gnam za marzeniami i tęsknie za przygodą, to wiem, gdzie się wszystko zaczyna, co mnie motywuje do działania i gdzie mogę powrócić …

Słów kilka o miłości… Miłości dwojga dorosłych ludzi… Ludzi mających nadzieję spędzić ze sobą całe życie. O naszej miłości…

Słów kilka o miłości… Miłości dwojga dorosłych ludzi… Ludzi mających nadzieję spędzić ze sobą całe życie.  O naszej miłości…

Na początku była dzika chemia,  namiętność i świat widziany w różowych okularach. Nie było dla nas rzeczy niemożliwych, byliśmy w stanie góry przenosić, a dla akceptacji swojej miłości gotowi wałczyć z całym światem, bo miłość cierpliwa jest, łaskawa jest, miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, jak pisze w swoim liście święty Paweł.

Szybko się jednak okazuje, że taka sielanka nie trwa wiecznie, a związek okazuje się czymś o co trzeba dbać, co trzeba pielęgnować każdego dnia i ciągle na nowo uczyć się kochać i być kochanym. Świat byłby piękny i przyjazny, gdyby nie paradoks, że od miłości do nienawiści dzieli nas tylko jeden krok. Przychodzi taki dzień kiedy przestaliśmy nadawać na tych samych falach. Do kontaktowania się między sobą nagle niezbędne staja się słowa, często słowa które ranią, bo kiedy patrzymy w swoje oczy, nie potrafimy już  z nich nic wyczytać a jeszcze tak niedawno komunikowaliśmy się niewerbalnie, potrafiliśmy czytać  w swoich myślach.

Zaczynają się spięcia i kłótnie. Oddalamy się od siebie każdego dnia coraz bardziej… Ranimy się, a to tak bardzo boli…

Pozwól  mi odejść kiedy chcę jeszcze pamiętać dobre chwile, kiedy na wspomnienie naszych wspólnych dni na mojej buzi pojawia się nadal nieśmiały uśmiech. Pozwól mi odejść zanim przedstawisz mi kogoś, kto ma zająć moje miejsce w twoim sercu, w twoim domu…

Mówisz tak bardzo cię kocham, zawsze będę cię kochał… Już ci nie wierzę, już  ci nie ufam… Jeśli ktoś kocha to nie rani, jeśli ktoś kocha to nie poniża, jeśli ktoś kocha pozwoli odejść, by dać szczęście… Mimo iż to tak bardzo boli…

 

magNATka