moje ŚDM…

 Swoją decyzję o wzięciu udziału w Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie podjęłam trzy lata temu, kiedy to Papież Franciszek ogłosił w Brazylii decyzję o przyznaniu nam organizacji kolejnych ŚDM. W tamtej chwili nie zastanawiałam się co będę robić za trzy lata, w którym momencie życia będę, wiedziałam jedno – muszę tam być. Tak naprawdę wtedy nie chodziło o to, że będę mogła wziąć udział w spotkaniu z Papieżem, czy przeżyć coś w wielokulturowej wspólnocie – chciałam po prostu tam być. Tam, czyli w Krakowie. W miejscu gdzie dla mnie dzieją się magiczne rzeczy…

Czas płyną, moje życie także się zmieniało. Nie raz i nie dwa coś mi mówiło, że decyzja, którą podjęłam była pochopna, że przecież nie dostanę urlopu, że nikt z znajomych ze mną nie pojedzie, że jestem za stara na takie „atrakcje”. Realne obawy zaczęły mnie dopadać po licznych zamachach terrorystycznych w Europie. Niby myślę pozytywnie, ale takie skupisko ludzi to idealna okazja na pokazanie swojej siły przez terrorystów. Z drugiej strony strach to coś, z czym trzeba walczyć. Nie wolno pozwolić na to, by to on rządził naszym życiem i naszymi decyzjami. Poza tym jechałam do Krakowa jako osoba odpowiedzialna za grupę młodych osób i to właśnie ten fakt spowodował, że się nie wycofałam. Czy żałuję? Nie! Mimo, iż nie ukrywam, że było ciężko.

Piątkowy wieczór, godzina 19.30 ruszamy pociągiem z Mogilna do Krakowa. Elfy są bardzo estetyczne, wszystko pachnie nowością, ale niestety zupełnie nie funkcjonalne na tak długą podróż. Nie ma możliwości się zdrzemnąć. Nagle światełko w tunelu – dostrzegam kawałek wolnej podłogi :) Tak oto zaczęła się moja przygoda bycia przez trzy dni osobą bezdomną i to dosłownie. Kawałek karimaty i kurtka i śpi się jak w gwiazdkowym hotelu. Około 3.30 docieramy do celu – Kraków Bieżanów. Wysiadamy z pociągu w środku nocy na odludziu, bez wiedzy gdzie dokładnie mamy iść dalej. Krążąc docieramy do jednej z parafii, która umożliwiła nam odprawienie Mszy Św. Dziwna to była Msza, bo taka pomiędzy Pasterką a Rezurekcją. Chwilami zmęczenie brało górę… A przed nami była jeszcze 6-cio kilometrowa droga na Pola Miłosierdzia w Brzegach. Wraz ze świtem ruszyliśmy w trasę. Tuż przed godziną 7.00 rano dotarliśmy na miejsce. Właściwie prawie na miejsce i w tym wypadku to „prawie” robiło naprawdę kolosalną różnicę. Ochrona zatrzymała nas tuż przed bramą wejściową na Campus Misericordiae. Okazało się bowiem, że pola nie są jeszcze przygotowane na przyjęcie pielgrzymów… Po za tym poinformowano nas, że do chwili kiedy nie odbierzemy tzw. pakietów pielgrzyma nie zostaniemy wpuszczeni. Zmęczeni nieprzespaną nocą koczowaliśmy kilka godzin na skarpie w coraz większym upale. Tak naprawdę nie do końca wiedzieliśmy, co się dzieje. Nie docierały do nas żadne informacje. Wiele grup zostało odesłanych do drugiej śluzy znajdującej się po przeciwnej stronie 200 hektarowego pola. W końcu kierowników grup poproszono o udanie się w wyznaczone miejsce po pakiety. I co? Okazało się, że wolontariusze odpowiedzialni za wydawanie pakietów – czytaj wydawanie wejściówek na Pola – zaspali. Dotarli na miejsce z półtoragodzinnym opóźnieniem, a co za tym idzie nie byli w stanie obsłużyć w kilka osób kilkadziesiąt tysięcy pielgrzymów, którzy przez ten czas dotarli do bram Campusu. Najdziwniejsze było to, ze organizatorzy jakby tego nie chcieli zauważyć. Wszystkim puszczały nerwy. Zmęczenie, upał, dezorientacja chwilami brały górę. Po małej awanturze dotarli kolejni wolontariusze i bardzo wolno, z naciskiem na bardzo zaczęto wydawać pakiety. W Końcu po kilku godzinach koczowania udało się nam dostać do swojego sektora.

Sektor jak sektor, ani blisko, ani daleko od miejsca celebry. Najbardziej na początku przeszkadzała nam wysoko trawa, która spokojnie mogła być skoszona jeszcze raz przed ŚDM. Każdy sektor został zaopatrzony w namioty po dach wypełnione butelkowaną wodą mineralną i toalety. Tak naprawdę najbardziej w kość dał nam się żar lejący się z nieba. Nie było skrawka cienia, w którym można by przetrwać najgorętszą część dnia. Średnio pomagały parasole czy folie termiczne. Upał i zmęczenie powodowały dość niebezpieczne mieszanki dla zdrowia, jednak pod względem medycznym ŚDM były przygotowany perfekcyjnie. Wzdłuż sektorów parkowały dziesiątki karetek pogotowia, między sektorami poruszali się ratownicy za pomocą quadów z „saniami” na nosze, zaś w samych sektorach spacerowali ratownicy obserwując, czy ktoś nie poczuł się źle. Również pod względem bezpieczeństwa nie czuło się zagrożenia. Sam pociąg, którym jechaliśmy był bardzo szczegółowo sprawdzony przed podróżą przez Straż Ochrony Kolei i policjantów z psami. Jedyne co napawało pewnym niepokojem to odczuwalny wszędzie brak jakichkolwiek informacji. Czuło się, że organizatorów w pewnym momencie sytuacja lekko przerosła. A wystarczyło chociażby przy toaletach ustawić kilak przebieralni, choćby takich, jakie stoją na naszych plażach, co spowodowałoby, że ludzie nie musieliby rano w niedzielę stać po 2-3 godziny w kolejce do toalety, tylko po to, by po nocy spędzonej pod gołym niebem zmienić ubranie. Czy też zorganizować w każdym sektorze choć po jednym punkcie, gdzie można by kupić coś ciepłego do zjedzenia czy napić się gorącej kawy czy herbaty.

To wszystko było jednak nieważne, kiedy do Brzegów dotarł Papież Franciszek na wieczorne czuwanie modlitewne. To właśnie prostota przekazu Franciszka spowodowała, że Pola Miłosierdzia co chwilę wypełniały się gromkimi brawami. To także jego fenomen powodował, że w chwili adoracji Campus trwał w ciszy, skupieniu i modlitwie. W naszym sektorze zabawa trwała jeszcze długo w nocy po wyjeździe Papieża, a to wszystko za sprawą młodych z Włoch i Hiszpanii. Trzeba przyznać, że na lepszych współlokatorów trafić nie mogliśmy ;)

Ostatni dzień spotkania rozpoczął się wraz ze świtem, kiedy to wierni spokojnie zaczęli przygotowywania do udziału w Mszy Świętej z Papieżem. I mimo że spaliśmy na ziemi, bez dachu nad głową, dawno nie spałam tak dobrze, jak tamtej nocy, bo cóż może być piękniejszego jak zasypiać mając przed oczami rozgwieżdżone niebo…

Franciszek powiedział: Sądzimy, że abyśmy byli szczęśliwi, potrzebujemy dobrej kanapy. Kanapy, która pomoże nam żyć wygodnie, spokojnie, całkiem bezpiecznie. Kanapa na wszelkie typy bólu i strachu”. Papież, ostrzegał, że również taka postawa paraliżuje i odbiera nam wolność. “Kochani młodzi, nie przyszliśmy na świat, aby «wegetować», aby wygodnie spędzić życie, żeby uczynić z życia kanapę, która nas uśpi; przeciwnie, przyszliśmy z innego powodu, aby zostawić ślad”.Dlatego warto, było zamienić na te kilka dni kanapę na karimatę…

Droga powrotna na Dworzec Kolejowy to była prawdziwie ekstremalna wyprawa. Ponad dwumilionowy tłum ruszył do domów. Wszystkie drogi zostały zalane morzem ludzi, a pogoda nie ułatwiała zadania, ponieważ przechodzące burze nie tylko moczyły nas bardzo, ale także powodowały, że drogi zamieniały się w rwące potoki. Tym radośniej doszliśmy do celu i nikomu nie przeszkadzał fakt, że do odjazdu pociągu mieliśmy jeszcze ponad 3 godziny. Tak naprawdę cała ta wyprawa to było ciągłe czekanie na coś… Uczyliśmy się cierpliwości, a przy okazji docieraliśmy się jako grupa, próbując poznać siebie nawzajem.

Tym razem również dane nam było poczuć ogromną gościnność i dobroć serca Krakowian. Trzynaście lat temu podczas obozu Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia w Krakowie, spotykałam się z życzliwością mieszkańców miasta na każdym kroku i jedno jest pewne – w tym temacie nic się nie zmieniło. Ledwo zdążyliśmy rozłożyć karimaty przed blokiem nieopodal Dworca, a starsza Pani już krzyczała z okna z pytaniem, kto ma chęć na kawę albo herbatę. Za chwilę cała rodzina pojawiła się z talerzami pełnymi kanapek, dzbankami ciepłych napojów i kubkami gorącej zupy. Podczas ulewy przechowano nas na klatkach schodowych, otwierano przed nami mieszkania, by skorzystać z toalety i umyć się w ciepłej wodzie. Po co Ci ludzie to robili? Przecież nic z tego nie mieli oprócz zlanych schodów, od wody, która ściekała z naszych przemoczonych płaszczy, zadeptanych trawników i zapewne potwornego zmęczenia… Mam na to tylko jedną odpowiedź – postąpili tak, bo właśnie tego uczy Papież Franciszek. Miłosierdzie w stosunku do drugiego człowieka, to podstawa funkcjonowania dzisiejszego społeczeństwa, bo jeśli o nim zapomnimy sami doprowadzimy do własnej zagłady. Żądza pieniądza pozbawi nas człowieczeństwa, a mieszkańcy Krakowa, doskonale pamiętają, co działo się w pobliskim Oświęcimiu podczas wojny, gdy jeden naród postanowił decydować kto na to człowieczeństwo zasługuje, a kogo jego pozbawić. Tej Rodzinie dziękuję za to, że w Krakowie kolejny raz działy się magiczne rzeczy…

Czy dziś wypoczęta po trudach tych kilku ostatnich dni podjęłabym taką samą decyzję i pojechała na ŚDM? Tak, gdyby cofnięto czas, ponownie pozałatwiałabym wszystkie swoje sprawy, porozmawiałabym z przyjaciółmi, pożegnała z rodziną i pojechałabym z realną obawą, że jednak nie wszystko da się przewidzieć, że jednak może nas tam ktoś zaatakować, że mogę nie wrócić… Ale wiem, że moim życiem nie może kierować strach… trzeba ufać i iść przed siebie, a obawy zostawić na „kanapie”

Kraków <3 – moje miejsce na ziemi – cz. II wakacji

22 z minutami – moja noga stanęła na krakowskiej ziemi po trzech godzinach podróży z Warszawy. Nie rozumiem fenomenu budowania dworca w samym centrum galerii handlowej czy może galerii handlowej na dworcu, tak czy siak to jakaś nasza polska paranoja, która znacznie utrudnia życie pasażerom. Kraków to kolejne miasto, które niestety poddało się tej modzie. Tak czy siak z niewielkimi problemami udało się nam wydostać na powierzchnię i ruszyć w stronę hostelu. 15 min spacerkiem wzdłuż Plant i jesteśmy na miejscu. Mimo późnej pory pani szybko nas melduje i możemy zaaklimatyzować się na nowej miejscówce, tym bardziej, że na ten odcinek podróży dołączyła do nas Dominika.

Szybka burza mózgów związana z planem na jutrzejszy dzień i decyzja: nasz plan dnia na jutro to… brak planu, idziemy na żywioł :) Osobiście byłam tak zmęczona atrakcjami jakie zapewniła nam stolica, ze padłam w ciągu trzech minut. Chyba podświadomie wmówiłam sobie, że muszę jak najszybciej się zregenerować, by nie stracić ani minuty z pobytu w Krakowie.

Rano głodne tak, że zjadłybyśmy wilka z kopytami ruszyłyśmy na poszukiwania czegoś, co da się nazwać śniadaniem. Wystarczyło przejść się 50 m, by dotrzeć do baru mlecznego „U Jędrusia”, gdzie za 6 zł można było zjeść smaczne i pożywne śniadanie: jajeczniczkę z 2 jajek, masełko, bułkę i dżemik a do tego herbatę z cytryną. Najedzone i zadowolone pierwsze kroki skierowałyśmy na Stary Rynek.

DSCN5951

Byłyśmy w ciężkim szoku, kiedy się okazało, że droga z hostelu na Rynek zajmuje nam mniej czasu niż czas potrzebny na zjedzenie loda – osobiście sprawdziłam ;)   Krakowski Rynek Główny jest jednym z największych tego typu placów w Europie o wymiarach 200 X 200 m. Został wytyczony w 1257 r. podczas lokacji Krakowa na prawie magdeburskim. Początkowo rynek pełnił funkcje przede wszystkim handlowe, z biegiem czasu doszły do tego również funkcje administracyjne, a także sądownicze, gdy zaczęto tu wymierzać kary oraz wykonywać wyroki śmierci. Cała obszar podzielony był na poszczególne place handlowe, czyli targi: solny, węglowy, kurzy, ołowiowy oraz żydowski. Krótko po dokonaniu lokacji, na osi północ – południe usytuowane zostały Sukiennice, czyli podwójny rząd kramów kupieckich, które z biegiem czasu utworzyły jeden budynek, nakryty zadaszeniem. Po pożarze z połowy XVI w. Sukiennice zostały odbudowane w stylu renesansowym.

DSCN6102

Nowy, dwukondygnacyjny gmach został zwieńczony wspaniałą attyką z grzebieniem upiększonym maszkaronami i ozdobiony loggiami od strony północnej i południowej. Współczesny wygląd Sukiennice otrzymały jednak w latach 70-tych XIX w. Głównym gmachem administracyjnym był na Rynku Ratusz. Budynek stanął tu zapewne już na przełomie XIII i XIV w., a przez kolejne stulecia był rozbudowywany. Z początkiem XIX w., wskutek fatalnego stanu technicznego gmach wraz ze spichlerzem został zburzony. Przed zniszczeniem uchroniono jednak wieżę ratuszową, która stanowiła doskonałą przeciwwagę dla wież Bazyliki Mariackiej, usytuowanej w północno – wschodnim narożniku rynku. Dziś na uwagę zasługuje przede wszystkim wejście do wieży, otoczone parą pięknych XIX-wiecznych lwów.

DSCN6111

We wschodnim narożniku płyty Rynku stoi kościół św. Wojciecha, wybudowany tu najprawdopodobniej jeszcze przed lokacją miasta. Według przekazu Jana Długosza świątynia stanęła w miejscu, gdzie kazania głosił sam św. Wojciech. Po tej samej stronie stoi również pomnik Adama Mickiewicza, odsłonięty w 1898 r. Zapewne już w średniowieczu Rynek został otoczony okazałymi pałacami i kamienicami. Dziś do najsłynniejszych należą Pałac pod Krzysztofory (siedziba Muzeum Historycznego Miasta Krakowa), Szara Kamienica, Pałac pod Baranami (siedziba słynnej Piwnicy pod Baranami) oraz Kamienica Hetmańska.

Dla mnie Rynek Główny to miejsce z którym są związane najwspanialsze wspomnienia z dzieciństwa. To tutaj nawiązywałam najlepsze przyjaźnie, poznałam wartościowych ludzi i uczyłam się dużego miasta. Godziny spędzone pod pomnikiem „Adasia” słuchanie koncertów Krzyśka pod sukiennicami czy okupowanie murków pod kościołem św. Wojciecha to chwile radości, które z sentymentem wspominam do dziś po 12 latach od pierwszego obozu Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia w Krakowie. Tutaj wszystko było naj! Najlepsze jedzenie, miejscówka noclegowa, kierownik, kadra wychowawców, ludzie i mega życzliwi mieszkańcy miasta :) Każdy kamień na Rynku, każda uliczka, pomnik czy nadwiślane bulwary powodują uśmiech na mojej buzi :) Tym bardziej jeśli macha do mnie pan hejnalista ;)

DSCN6105

Obok katedry na Wawelu Kościół Mariacki stanowi najważniejszą świątynię Krakowa. Przez wieki kościół otoczony był opieką bogatych rodzin mieszczańskich, dzięki czemu dziś budowla ta należy do grona najznakomitszych obiektów architektury sakralnej w Polsce. Kościół Mariacki znajduje się w północno – wschodnim narożniku Rynku Głównego, a jego ukośne ustawienie względem osi rynku świadczy o tym, że pierwsza świątynia romańska wzniesiona została w tym miejscu jeszcze przed lokacją miasta (1257) r. Obecna, trójnawowa bazylika utrzymana w stylu gotyckim powstała pod koniec XIV w. W XV w. do naw bocznych dobudowano jeszcze kaplice i od tego czasu główna bryła kościoła niewiele się zmieniła. Przeprowadzane w następnych wiekach prace renowacyjne dotyczyły głównie wystroju wnętrza. W XVIII w. pod kierownictwem Franciszka Placidiego świątynia uzyskała styl barokowy, jednak już wiek później doszło do regotyzacji wnętrza. W pracach tych brali udział znani artyści, tacy jak Jan Matejko, który wykonał w kościele wspaniałe polichromie oraz Stanisław Wyspiański i Józef Mehoffer, którzy zaprojektowali ozdobne witraże. Z zewnątrz najbardziej charakterystycznym elementem bazyliki Mariackiej są dwie, nierównej wielkości wieże. Według legendy budowa wież powierzona została dwóm braciom, a każdy z nich pragnął stworzyć obiekt wyższy i piękniejszy. Rywalizacja ta doprowadziła do tego, że starszy brat zabił młodszego, a następnie z powodu dręczących go wyrzutów sumienia sam popełnił samobójstwo. Narzędzie zbrodni – nóż – do dziś wisi pod jedną z arkad Sukiennic. Co godzinę z wyższej wieży wygrywany jest na cztery strony świata hejnał mariacki. Sygnał za każdym razem urywa się, a zjawisko to tłumaczy doskonale kolejna krakowska legenda.

DSCN5955

Otóż w średniowieczu, w czasie jednego z najazdów tatarskich, czuwający na wieży strażnik zagrał hejnał, który miał ostrzec mieszkańców przed zbliżającym się wrogiem. Jeden z Tatarów dostrzegł jednak strażnika i zabił go strzałą wypuszczoną z łuku. Choć legenda ta została wymyślona dopiero w latach 30-tych XX w. przez amerykańską Polonię, to i tak została ona entuzjastycznie przyjęta przez Krakowian i jest przez nich chętnie opowiadana. Sprzedam Wam, drodzy czytelnicy patent na dwukrotne odmachanie hejnaliście. Najpierw trzeba stanąć przed wejściem głównym do Kościoła Mariackiego i po pierwszej części hejnału szybko przetransportować się w okolicę Wikarówki Kościoła Mariackiego, gdzie hejnalista kończy swój występ i długo macha w kierunku ludzi stłoczonych na dole :) Prawdziwym skarbem kościoła Mariackiego jest ołtarz autorstwa Wita Stwosza – największy tego typu gotycki obiekt w Europie. Ołtarz składa się z nieruchomej szafy środkowej, która ukazuje zaśnięcie Matki Bożej w otoczeniu apostołów oraz Wniebowzięcie, dwóch ruchomych skrzydeł prezentujących sceny z życia Chrystusa i Marii oraz zwieńczenia, przedstawiającego Koronację Marii przez Trójcę Świętą. Całość wykonana została z drewna dębowego liczącego obecnie ponad 1000 lat, a wszystkie postacie zostały przedstawione w sposób nadzwyczaj realistyczny. Nacieszywszy oczy widokami,  za którymi tęskniłam cały rok postanowiłyśmy zjeść coś nam obcego, z czym do tej pory nie miałyśmy do czynienia. Nasz wybór padł na restaurację gruzińską Chaczapuri.

DSCN5983

To jedyne w Polsce miejsca o tak nietypowym asortymencie, które wysoką jakość podawanych dań łączą się z niską ceną. W Krakowie, tuż przy Rynku Głównym mieszczą się trzy takie lokale. Zjadłyśmy tam pyszne zupy, kawałki sera, pierożki chinkali, chaczapuri z serem i roladki z bakłażana z masą orzechową. Do tego pyszne różowe gruzińskie winko. Byłam w kulinarnym raju!

DSCN6032

 

Rozleniwione ruszyłyśmy żółwim tempem w stronę Wawelu. Spacerując Plantami stwierdziłyśmy, że życie w Krakowie płynie innym tempem niż to w Warszawie. Tutaj nikt się nie spieszy, za niczym nie goni… Zamek Królewski na Wawelu przez całe wieki stanowił centrum państwowości polskiej. Dziś wizyta w dawnej rezydencji królewskiej to fascynująca podróż w głąb historii Polski, w czasy zarówno jej świetności jak i upadku. Zamek Królewski położony jest na Wzgórzu Wawelskim – wapiennej skale jurajskiej majestatycznie wznoszącej się na lewym brzegu Wisły, w samym sercu Krakowa. Od ok. VII w. n.e. w jego okolicy zaczęli się osiedlać Słowianie, a za panowania pierwszych historycznych władców Polski z dynastii Piastów Wawel stanowił już jedną z głównych rezydencji monarszych. Prawdziwa królewska siedziba powstała tu jednak dopiero z początkiem XIV w., wraz z koronacją i osiedleniem się na Wawelu Władysława Łokietka. Na wzgórzu zbudowana wtedy została gotycka katedra, w miejscu drewniano – ziemnych fortyfikacji wzniesiono solidne mury, a sam zamek został znacznie rozbudowany. Lata świetności zamku przypadły na czasy panowania Jagiellonów, zwłaszcza ostatnich z rodu Zygmunta III Starego i Zygmunta Augusta. Zafascynowani rozwojem renesansu w Europie Zachodniej królowie pragnęli nadać swojej rezydencji prawdziwie nowoczesny charakter. Sprowadzeni z Włoch do Krakowa mistrzowie Franciszek zwany Florentczykiem i Bartłomiej Berrecci przekształcili gotycką budowlę w piękny renesansowy pałac, z przestronnym, arkadowym dziedzińcem, o wybitnie reprezentacyjnym charakterze.

Od początku XVII w., czyli po przeniesieniu stolicy z Krakowa do Warszawy, znaczenie Zamku na Wawelu zmalało. Pałac trawiły liczne pożary, a rezydujący w Warszawie królowie nie troszczyli się zbytnio o jego odbudowę. Po trzecim rozbiorze Polski do Krakowa wkroczyli Austriacy, którzy przez niemal cały XIX w. wykorzystywali wzgórze do celów wojskowych. Polacy przejęli zarząd nad zamkiem dopiero na krótko przed wybuchem I wojny światowej. Przez następne kilka dziesięcioleci, z przerwą w okresie II wojny światowej, na Wzgórzu Wawelskim trwały zakrojone na szeroką skalę prace konserwatorskie. W 1978 r. Wawel, wraz ze Starym Miastem, Kazimierzem i Stradomiem, znalazł się na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Na zwiedzanie Zamku Królewskiego trzeba sobie zostawić przynajmniej jeden dzień. Na parterze i II piętrze znajdują się Reprezentacyjne Komnaty Królewskie, ozdobione oryginalnymi arrasami, sprowadzonymi przez Zygmunta Augusta z Brukseli. Na uwagę zasługuje przede wszystkim największa na zamku Sala Senatorska oraz Sala Poselska, ze stropem kasetonowym ozdobionym XVI-wiecznymi rzeźbami męskich i kobiecych głów. Na I piętrze mieszczą się Prywatne Apartamenty Królewskie. Pozostałe ekspozycje znajdujące się na zamku to Skarbiec Koronny i Zbrojownia (zawierająca m.in. trofea z odsieczy wiedeńskiej 1683 r.) oraz Sztuka Wschodu. Natomiast z ekspozycji znajdujących się poza zamkiem na szczególne wyróżnienie zasługuje Wawel Zaginiony. Można tu zobaczyć najstarsze obiekty, jakie powstały na Wzgórzu Wawelskim, w tym m.in. Rotundę Najświętszej Marii Panny, fundamenty zamku gotyckiego i pozostałości renesansowych kuchni królewskich. Warto także zajrzeć do Smoczej Jamy, jaskini usytuowanej w zachodniej części wzgórza, w której, według najbardziej znanej krakowskiej legendy żył niegdyś okrutny smok. Niestety zbyt późno dowiedziałyśmy się o możliwości zejścia do Smoczej Jamy, w związku z tym to jeden z punktów kolejnych odwiedzin Krakowa :)

DSCN6227

Po bardzo intensywnym dniu przyjemnie było siąść wieczorem w jednym z licznych ogródków na Rynku Głównym i nacieszyć oczy widokiem radosnych ludzi :) tym bardziej, że nazajutrz miałyśmy na kilka godzin stać się istotami podziemnymi ;) Gdzie? oczywiście w Kopalni Soli w Wieliczce.

DSCN6173

Wykute w soli piękne komory, niesamowite podziemne jeziora, majestatyczne konstrukcje ciesielskie i unikalne solne rzeźby. Blisko 3 kilometry krętych korytarzy, 800 schodów do pokonania i zejście na głębokość 135 metrów pod ziemię. Nic dziwnego, że do tej pory uroki trasy turystycznej, głównego szlaku Kopalni Soli „Wieliczka”, podziwiało już 38 milionów spragnionych przygody turystów z całego świata. A jej początek zaczyna się w szybie Daniłowicza. To tutaj zwiedzający poznają swojego przewodnika, który podczas wędrówki opowie im o historii i tajemnicach Kopalni. O rządzących nią siłach przyrody i etosie ciężkiej pracy wielu pokoleń górników. Schodząc coraz niżej turysta odwiedzi niezwykłe miejsca, solna skała poddała się mocy ludzkich rąk. Zobaczy wspaniałe maszyny i narzędzia górnicze. Pozna także inną stronę Kopalni. Legendę księżnej Kingi, która przyniosła bogactwo soli na polską ziemię. W połowie szlaku ujrzy dedykowaną jej cudowną kaplicę i zdobiące ją jedyne w swoim rodzaju solne dzieła sztuki. Wpadnie w zadumę słysząc kompozycję Fryderyka Chopina towarzyszącą świetlnemu spektaklowi nad brzegiem jednego z solankowych jezior. A gdy posmakuje na koniec specjałów podziemnej karczmy, na powierzchnię wyniesie go górnicza winda. Jak mówi się w Kopalni - na świat. Niestety tego dnia sala restauracyjna w Kopalni byłą zarezerwowana dlatego na obiad poszłyśmy na Krakowski Kazimierz i jak zwykle tam, nie zawiodłyśmy się kolejny raz :) Czulent do danie pochodzące z kuchni żydowskiej. Przygotowywało się je na szabat czyli sobotę uznawaną za dzień odpoczynku. Ortodoksyjni Żydzi nie mogą tego dnia wykonywać żadnych czynności uznawanych za pracę czyli nawet samodzielnie rozpalać ognia pod kuchnią.  Pascha wielkanocna, to tradycyjna potrawa rosyjska lub ukraińska, przygotowywana z twarogu, mleka, śmietany, masła, z dodatkiem jajek, wanilii i bakalii. Te ostatnie mają symbolizować bogactwo i dobrobyt. Ta na Kazimierzu byłą przepyszna :) do tego wszystkiego wyśmienite koszerne winko i nic więcej nie było mi do szczęścia potrzebne :) Żal tylko, że to właściwie nasz ostatni dzień w tym mieście, bo nazajutrz ruszamy na podbój Wrocławia. Może uda się nam odkryć Złoty Pociąg? :P