Każdy dzień to walka…

Każdy dzień to walka a bój jest zaciekły i toczy się non stop. Jedyne chwile wytchnienia przynosi mi sen. A czasem nawet i we śnie prowadzę tę walkę… walkę moich myśli… Miniony rok był niewątpliwie rokiem zmian. Co by było gdyby te zmiany się nie dokonały? Jakby wyglądało moje życie gdybym nadal budziła się rano i widziała jego twarz a nie biel nowej ściany? Czasami łapie siebie samą trwoniącą czas na takim rozmyślaniu… bo co to da, takie zastanawianie się? Raczej nic dobrego. Nic to nie zmieni a tylko wprowadza mnie w ten dziwny melancholiczny nastrój…

Paradoks… paradoks to chyba najlepsze słowo na opisanie roku 2015 i rzeczywistości, przynajmniej mojej, tej obecnej i mojego świata. Bo jak to możliwe, że można kogoś kochać tak szczerze ale czuć jakąś wewnętrzną ulgę słysząc, że nie będziemy już razem…? Takich paradoksów ostatnio doświadczam non stop, ale dzisiaj nie o nich… Zostanie singielka po tak długim czasie, to nie była największa zmiana jaka się wydarzyła w zeszłym roku. Największa zmiana zaszła w mojej głowie… a raczej zachodzi… bo nadal nie jestem pewna czy pojęłam o co tu tak naprawdę chodzi… po co to wszystko, po co się staramy i toczymy walkę każdego dnia… i dlatego, że dla mnie to nadal walka, widzę że chyba nadal nie do końca dotarłam gdzie mam być… ciągle odkrywam, szukam ale czuję, że te zmiany które ostatnio zaszły w moim życiu, i w mojej głowie, naprowadzają mnie na odpowiedni szlak. Że

pewnego dnia obudzę się i nie będzie już gonitwy myśli… nie będzie walki w mojej głowie i po prostu będzie jak ma być, dobrze… szczęśliwie… będę spełniona, pełna pasji  i miłości…

Rok 2015, a przynajmniej jego druga połowa, była dla mnie ważną lekcją… ale lekcją która nadal trwa.  W końcu zrozumiałam, że żeby mieć chociaż najmniejsza szansę na szczęście trzeba być szczęśliwym z samym sobą… i póki nie uwierzę w siebie i nie nauczę się przysłowiowego „kochać, lubić i szanować” samej siebie, nie znajdę szczęścia i nikt inny mnie też nie uszczęśliwi… a co najważniejsze, nie mogę oczekiwać, że bycie z kimś odwali ze mnie brudna robotę i jak na romantycznym filmie będę najszczęśliwszą kobietą na planecie trzymając jego rękę i patrząc mu w oczy 24h na dobę…  Jasne, nie ma nic bardziej uszczęśliwiającego niż bycie zakochanym…( w wzajemnością oczywiście) ale zakochanie przemija, a ludzka złożona istota na dłuższą metę potrzebuje czegoś innego, czegoś więcej… Teraz już, a w sumie dopiero teraz, to wiem.  Więc mam plan… w roku 2016 muszę się zakochać ale w samej sobie… Ale jak to zrobić? Jak mam odkryć samą siebie i wygrać tą bitwę moich myśli stojąc samotnie im naprzeciw..? Może jakiś paradoks pomoże mi to odkryć…

CDN

Nic albo wszysto o mnie…

***

czarny płaszcz wspomnień

niesiony ciężarem konieczności

spada na wątłe barki

spragnione czułości

***

zamknięta w sklepieniu

sześciokątnej bryły

uczę się mocno na siłę:

chłodu betonu

ludzkiego śmiechu

fałszywej troski

zepsutej miłości

wybiórczej szczerości

i z ulgą oddycham

gdy można stąd uciec

i w za ciasnych butach-

spełnianych marzeń

czuć i smakować życie!

Maratończycy przyszłości

Maratończycy przyszłości

w odświętnych,

plastronach postępu.

Biegają od świtu

do późnego zmierzchu.

Jutro już znają

Choć właśnie wybija

Godzina pierwsza dnia dzisiejszego.

Współcześni sportowcy

Zepsuci,

choć zdrowi…

Szybcy,

a jednak, człapiący powoli.

Niezależne orły,

wstrzykujące do żył

suwerenność.

I tylko na metę wbiegłszy gorliwe

Ciszą ich wita,

pusta trybuna.

Bez tronu i berła

z życiówką na dłoni,

kończą przedwcześnie

swą -

Teraźniejszość!!!

Profesor

Jakoż, że mamy czas wakacji, a co za tym idzie mniej lub więcej podróżujemy,
wywołam do tablicy pewną historię, w której przyszło mi odegrać główną rolę, aczkolwiek całkowicie niezamierzenie.
Historia wydarzyła się w drodze powrotnej ze stolicy, żeby było dowcipniej, to w pociągu.

Otóż jak każda kobieta nie potrafię na 4 dniowy wyjazd zabrać jedynie plecaka…
Zatem nieodzownie zawsze towarzyszy mi walizka, mniejsza, większa, to już tylko kwestia zależna od aury za oknem. Jednak tym razem padło na większą, gdyż po pierwsze, to był początek Maja i pogoda odrobinę szalała, a po drugie mówimy o Stolicy, co za tym idzie zakupach, którym czasami ulegam. Do tego jeszcze ze 2 książki, torebka, coś do jedzenia, jednym słowem niczym obładowany wielbłąd wyczekiwałam rzeczonego pociągu.

Stolica od moich rodzinnych stron oddalona jest o jakieś 250 km zatem, nie spodziewałam się spotkać nikogo znajomego. Okazało się jednak , że całkiem niedaleko mnie znajdował się mój wykładowca, w sumie to były wykładowca, bo studenckie czasu, to trochę zamierzchła historia. Jednakoż, iż ów Profesor był strasznie lubianą Jednostką rozpoznanie nie stanowiło większego problemu. Jednak jak On miał, to w zwyczaju nie potrafił usiedzieć spokojnie na miejscu, tak było na wykładach i seminariach, tak też było na peronie. Kręcił się to tu to tam, więc nie było nawet szansy na zwykłe “Dzień dobry”, a co dopiero małą dyskusję o uczelnianych sprawach.
do tego zawsze szarmancki, mimo 50 na karku podobał się większości żeńskiej, która na filologii polskiej stanowiła grupę znaczną.

I, gdy już miałam otworzyć buzię, by wydobyć coś w stylu : “Dzień dobry Profesorze”, rozegrała się sytuacja, która wywróciła nieco mój światopogląd.
Otóż pewnie każdy, choć raz podróżując pociągiem zastanawiał się, jak upchnąć walizkę, gdy przestrzeń bagażowa jest zajęta? W tamtej ów chwili również i ja stanęłam przed owym wyzwaniem. Moje skromne 160 cm utrudnia bardzo wrzucanie walizek, na te półki najwyższe, a co dopiero na walizki tam się znajdujące. Nom, ale cóż podjęłam się tej  z góry skazanej na niepowodzenie czynności. I, wtedy usłyszałam, jak przechodzący mężczyzna, rzucił w kierunku Profesora, zdanie : “Gościu masz 2 m a ciężko pomóc Ci tej Pani?! I w rzeczy samej Profesor do najniższych nie należał. I wiecie co? Spodziewałabym się wszystkiego, tylko nie takiej odpowiedzi ze strony człowieka wykształconego, z tytułem prof. zwyczajnego.
Stwierdził, bowiem, iż on jest zbyt wykształcony, by do niego mówić “Gościu” i, jeśli go mężczyzna zaraz nie przeprosi złoży zażalenie ochronie kolei, że spotkał się z molestowaniem słownym. Gdy zakończył swój monolog, który przypominał teoretyczne podejście do literatury, a nie do człowieka, wszyscy wybuchnęli śmiechem, poza mną. Ja, bowiem trwałam w osłupieniu i konsternacji. Nawet nie zauważyłam, że walizka już dawno leży na górze, a wrzucił ją zręcznie ów młodzian załadowany bardziej ode mnie jak tylko uporał się ze swoim bagażem.

I tak w jednej chwili, w jednej zwykłej sytuacji poznałam prawdziwą twarz człowieka, który na uczelnianych korytarzach jest przykładem klasy, obycia i empatii.

Miałam jeszcze ochotę, po całej sytuacji rzucić : “Dziękuję Profesorze za pomoc”, ale stwierdziłam, że nie ma sensu. W końcu cham pozostanie chamem. I może założyć milion przyzwoitych masek, może skutecznie budować swój wizerunek w oczach innych, to jednak przyjdzie moment, w którym przestanie się kontrolować i, kiedy pokaże kim jest naprawdę !

KJERAG

          Pewien mężczyzna od jakiegoś czasu odczuwał spadek formy. Dotychczasowe czynności, o których istnieniu nigdy nie myślał, teraz zaczęły sprawiać problem, wymagały wysiłku. W końcu nie zastanawiając się dłużej, udał się do lekarza.

Diagnoza była wyrokiem – tydzień życia. To czas jaki mu został, by swoje 35 letnie życie poukładać. By uporządkować, to, co dotychczas spychał w kąt.

Postanowił nie załamywać się, wytyczył sobie „7 dniowy plan życia”.

A każdy dzień miał być niczym przebyty rok.

W końcu zawsze to lepiej słyszy się 7 lat niż 7 dni…

Środa – rok 1 Rodzina

   Nigdy nie był przesadnie uczuciowy, potrafił bawić się ludźmi, wykorzystywać i porzucać, kiedy zaczynali ciążyć. Tak było z jego rodzicami starzy i niedołężni nie pasowali do jego nowoczesnego mieszkania, luksusowego samochodu i snobistycznego świata znajomych.

By nie musieć zmieniać siebie, zmienił ich świat…

Oddał do najbardziej luksusowego domu seniora w północnych Włoszech. Czuł się idealnym synem, zapewnił, bowiem bogata starość rodzicom, którzy wcale nie dali mu bogatego dzieciństwa.

Czuł się lepszy. Jak zwykle… górował.

Skoro miał żegnać się z życiem postanowił pożegnać się z nimi.

Jak zawsze nienagannie ubrany wkroczył do miejsca, w którym śmierć była codziennością, w której nawet ci zdrowi, jakoś dziwnie na nią czekali…, bo w końcu uwolniłaby ich od luksu i braku największego skarbu… miłości dziecka.

Gdy zobaczył Matkę i Ojca trzymających się za rękę wpatrzonych w niebo, opuściła go pewność siebie i siła, której nie można było mu odmówić. Dziwne ukucie poczuł w okolicy serca, kilka zbłąkanych myśli przebiegło przez głowę.

Zauważyli go!! Ich spowolnione ruchy teraz, nagle były pełne wigoru i młodzieńczego ducha. Radość w oczach matki i ojca dosięgała nawet jego oschłe serce.

Gdy przyszło się rozstać, rodzice szepnęli tylko jedno zdanie:

“ Bądź szczęśliwy synku, kochamy Cię”

Uśmiechnął się, przytulił ich po raz ostatni i odszedł…

Gdy odjeżdżał czuł jakieś niewytłumaczone rozdarcie… chciał zostać…chciał więcej tego rodzicielskiego ciepła. Po raz pierwszy od dawna żałował, że coś się kończy.

Ach, gdyby nie o życie chodziło…Zostałby!!

Czwartek — rok 2 Praca

        Bycie Dyrektorem wymaga olbrzymiego hartu ducha, psychicznej siły.

On je posiadał, zarządzanie ludźmi miał we krwi… teraz mógł to robić bezkarnie.

Był idealnym strategiem, dzięki temu firma w dobie kryzysu, zdobywała kolejne laury.

Pracownicy cenili sobie tą ugruntowaną pozycję rynkową. Niestety, gorzej radzili sobie z apodyktycznym charakterem, który narzucał własne “ja”

Urlop to było pojęcie, które wywoływało ciarki.

Upokorzenie jakiego trzeba było doświadczyć, odbierało cała radość faktu wolnego dnia.

Sofia pracowała z Nim od roku, nigdy nic nie chciała, szara myszka, która schodziła z drogi wszystkim. Tym razem jednak musiała zebrać siły i błagać o wolne, ponieważ jej ukochana babcia zachorowała i chciała się nią zająć.

Z tylko sobie znanym strachem otworzyła drzwi gabinetu. Bardzo chciała wygrać tą walkę, jednak brak wiary w siebie, zabijał myśli o sukcesie . Zdołała wydusić, że potrzebuje 2 dni wolne i skulona czekała na atak.

Jakież było jej zdziwienie, gdy bez zająknięcia dostała, to, o co prosiła.

Dalej nie do końca wierząc w to, co miało miejsce wróciła do swoich zajęć, by za wszelką cenę udowodnić sobie, że wszystko dzieje się naprawdę.

A on…czemu odpuścił?

Doszedł do wniosku, że szkoda czasu na kłótnie, wolał przemyśleć jak przeżyje kolejny rok …

Piątek — rok 3 Dzieci

        Nigdy nie pragnął założyć rodziny, obrączka na palcu, to coś , co go przerażało. To rodzaj ograniczenia, do którego nie chciał nigdy dopuścić. Lubił związki bez zobowiązań bez zbędnych wyznań i emocji. Lubił korzystać z życia. Hedonistyczny świat uwiódł go totalnie.

Dzień jakich wiele. 6.15 właśnie miał wejść do siłowni, gdy zobaczył małego chłopca.

Na oko malec miał z 5 lat. Walczył ze sobą, by nie podejść, by udać, że nic nie widzi. Zdziwiło go to bardzo, ale nie umiał być, aż takim dupkiem. Dziwnie zaczął martwić się o tego chłopca.

Podszedł, wyciągnął rękę w geście przywitania. Mały, mimo , iż był lekko speszony odwzajemnił uścisk. Na chwilę nawet podniósł swój wzrok na mężczyznę.

- Mogę się przysiąść…? nie czekając nawet na pozwolenie usiadł obok chłopca

-  Jest bardzo wcześnie, co robisz sam o tej porze…? Jak masz na imię, gdzie są Twoi rodzice…?

Jedyną odpowiedź stanowiła cisza… mały dalej niewzruszenie przerzucał kamyki ….

Ten rodzaj ignorancji jego osoby wywołał w, nim złość, chciał zachować się, jak zwykle, chciał dopiec…Szybko jednak oprzytomniał, że to jeszcze dziecko, że musi wyluzować.

Powstrzymał emocje, pierwszy raz od dawna nie krzyczał, gdy coś go irytuje.

Pierwszy raz od dawna, chce bezinteresownie pomóc… Gdy przyłapał się na tym myśleniu, sam nie wiedział co się z, nim dzieje, dlaczego nie umie odejść jak zwykle….

- “Chcę pomóc” pomyślał i mimowolnie uśmiechnął się do siebie …

- Jesteś głodny? czuć było, troskę w tym pytaniu. Chyba faktycznie było inne niż wszystkie, bo Malec zareagował… Kiwnął głową, że nie i zaczął płakać

Zgłupiał… nie wiedział co zrobić, jak uspokoić dziecko…

On bezradny, cholera co jest… klął w myślach

W końcu nie zastanawiając się dłużej przyciągnął malca do siebie.

Przytulił i poczuł jak małe ciałko tonie w jego uścisku.

W głowie miał chaos, jednak w sercu budziła się do życia miłość.

Nawet nie wiedział, kiedy, mały siedział na jego kolanach i zaczął mu opowiadać swoją historię…

Sobota – rok 4 Przyjaźń

         Igor, bo tak 5- latek miał na imię właśnie zaczynał z, nim kolejny dzień – rok.

Okazało się, że wypadek, o którym czytał wczoraj beznamiętnie w gazecie, dotyczył chłopca. Jego rodzice zmarli na miejscu, on jakimś cudem przeżył. Trafił na obserwację do szpitala. Jednak, kiedy usłyszał przypadkowo rozmowę lekarzy o jego rodzicach, przestraszył się i uciekł .

Wiedział, że mały jest wykończony, dlatego zabrał go do domu, dlatego postanowił mi ofiarować trochę swojego czasu.

Igor pochłonięty był oglądaniem bajki, on tylko udawał, że lektura książki go pasjonuje.

Naprawdę myślał o tym co się z, nim dzieje, skąd ten ckliwy sentymentalizm się w, nim pojawił. Przecież, to jego 7 lat miał korzystać, chciał jeszcze podróżować…

Tym czasem siedzi z obcym dzieckiem w domu i, choć bardzo nie chciał przyznać się przed samym sobą, było mu dobrze. Wiedział jednak , że musi powiadomić kogoś z rodziny Igora, że mimo, iż nawet zaczynało mu się podobać, musi być racjonalny.

Po krótkiej rozmowie z chłopcem, ustalił szpital, do którego zawieziono go na obserwację. Zadzwonił tam, powiadomił o wszystkim i umówił się z Ciotką Igora, że o 15.00 będzie u niego .

Nieco spokojniejszy, że panuje nad sytuacją i emocjami przyłączył się do malca… Chyba jednak potrzebował odprężenia, bajka wydała się być idealnym pomysłem.

W końcu nadszedł czas pożegnania. Z jednej strony czuł ulgę, że jego życie wraca na stare tory, z drugiej strony, ta obudzona miłość mieszała mu w głowie. Jakaś część jego przeżywała dramat rozstania.

Igor wychodząc już niemalże z jego mieszkania zrobił coś, co, wstrząsnęło, nim dogłębnie…

Zdjął swoją malutką koszulkę w dinozaury i ofiarował mu ją, tak, by go nie zapomniał.

Jak sam powiedział “W końcu przyjaciele tak robią…”

Nie myślał nad tym co robi, odruchowo zrobił to samo co chłopiec. Przybił po raz ostatni z, nim piątkę, odprowadził wzrokiem do samochodu. I wrócił do mieszkania.

Znów jednak czuł to dziwne uczucie smutku, znów żałował, że ma tak mało czasu…

Niedziela — rok 5 Czas

      Te kilka godzin spędzone z Igorem silnie na niego wpłynęło. Nigdy nie roztrząsał przeszłości, teraz jednak ze szklanką whisky siedział i oglądał rodzinny album. Uśmiechał się, gdy na kolejnych fotografiach odnajdował siebie, swoich rodziców, przyjaciół.

Te wspomnienia obudziły jego największą pasję, podróże…

Jako dziecko godzinami mógł biegać po górach. Na studiach nawet trochę fotografował. Lubił podpatrywać przyrodę. Lubił jej cząstkę uwiecznić. Jednak później jakoś zapomniał o tym, urzekło go miasto ze wszystkim rozrywkami.

Teraz jednak, gdy wszystko dobiegało końca, warto było jeszcze raz zmierzyć się z pięknem natury… może uda się odpocząć.. pomyślał

Poniedziałek, Wtorek – rok 6 i 7 Podróż

              Umrzeć w górach, w sumie czemu nie. Przynajmniej nie będzie nudo.

Wcześnie rano wyruszył na szlak, zdawał sobie, bowiem sprawę, że dawno się nie wspinał i nie ma już tej kondycji co kiedyś. Dochodzi jeszcze kwestia choroby, która również go osłabia, choć ostatnio ból jakby nie istniał…

Wspinaczka to jednak walka z samym sobą, kilka razy miał ochotę zawrócić, jednak On się nie poddaje. Ten jego upór tym razem okazał się przydatny, dotarł na szczyt i z góry mógł podziwiać piękno zachodzącego słońca.

Siedząc tak i fotografując wszystko, co tylko przykuło jego uwagę, zaczął myśleć o Rodzicach, zaczęło docierać do Niego, że wyrządził, im krzywdę, oddając do Domu Seniora, że tak jak on kochali przestrzeń. Że zabrał, im wolność, której nigdy mu nie żałowali. Od blisko 10 lat po raz pierwszy płakał….

         Ostatni dzień – rok minął jeszcze szybciej jak poprzedni, choć nie robił nic więcej po za bieganiem po górach, czas skurczył się niemiłosiernie. Gdy zobaczył, że dochodzi 20.. poczuł strach i smutek… Nie był już tak silny, jak wtedy , gdy wytyczał swój plan życia. Nie był już takim racjonalistą jak zawsze. Mimo to postanowił nie dramatyzować.

Wskrzesił w sobie dawny racjonalizm. W krótkim liście do Rodziców, napisał, że kocha, że przeprasza, podał też wszystkie potrzebne hasła i pełnomocnictwa, by firma i majątek nie przepadły…

Gdy załatwił wszystko, wyruszył w ostatnią podróż na szczyt.

Nigdy jednak nie próbował nocnej wędrówki, więc odczuwał i strach i radość, że nawet teraz jest w stanie zrobić coś nowego….

19. październik

Wszystko było nie tak…

Wrócił z gór o własnych siłach, co prawda ta nocna podróż kosztował go kilka siniaków i potłuczeń, jednak dalej żył.

Znaczy próbował żyć, bo każdego dnia siadał i czekał na nieuniknione

W końcu totalnie złamany i pogubiony ponownie poszedł do lekarza

- Pamięta mnie pan …zaczął z wyrzutem

- Pamiętam…beznamiętnie odparł lekarz, dalej wypełniając dokumentację

- Kiedy byłem u Pana, powiedział Pan, że jestem nieuleczalnie chory. Że mam tylko 7 dni życia…

- Mówiłem już, że pamiętam Pana, wiem, co, wtedy powiedziałem… szło wyczuć lekkie zdenerwowanie w głośnie lekarza

Te słowa strasznie go zdenerwowały, nie umiał się pohamować:

Super, że ma pan dobrą pamięć, bo, jeśli chodzi o diagnozy, to są fatalne, minęły prawie 2 tygodnie a ja dalej żyje… słyszy Pan Ż..Y..J..Ę.., mimo iż krzyczał ostatnie słowo wręcz literował…

- Lekarz spojrzał na niego z uśmiechem, po czym odpowiedział: Przecież widzę, że pan żyje, w czym problem?

Zatkało go, miał ochotę przywalić lekarzowi, by ten wreszcie znormalniał…

- Mój problem to pańska diagnoza przez nią od 2 tygodni jak idiota czekam końca, a przecież tyle rzeczy mógłbym zrobić….wyrzucił na jednym wdechu

- Lekarz wyprostował się i zaczął… Ma pan rację, mówiłem, że Pańska choroba jest nieuleczalna, bo faktycznie taką była. Tyle tylko , że dziś siedzi przed mną inny człowiek. Tamten, któremu przedstawiałem diagnozę… nie żyje..

- Słucham ???? nie wierzył w to, co słyszę… “czy pan jest normalny…?” wypalił.

- Tak, jestem normalny, i dla pana spokoju, Pan też jest normalny… uśmiechnął się i kontynuował:

Pierwszego października poznałem człowieka, którego toczył rak… zepsucia i ignorancji. Niestety, stadium było tak zaawansowane, że nie było lekarstwa. Medycyna w tym przypadku okazała się bezsilna, pozostała tylko śmierć…

Dziś spotykam Pana po raz pierwszy… fakt ciało już kiedyś widziałem, jednak dusza jest mi obca. Zagubiona jak każda na początku drogi, jednak widzę, że jest zdrowa, zatem nie mogę pomóc.

- Z uśmiechem dodał, przykro mi, ale zdrowych ludzi nie leczę

Przemijanie…

„Doceń”

Myślałeś nad tym co będzie jutro -

gdy z odchodzeniem przyjdzie się zmierzyć

Gdy los i Ciebie w podróży doścignie

i na tą chwilę stanie się katem.

Myślałeś nad tym co w życiu się zmieni

gdy  serce i rozum przepełni -

niepewność, rozterka i zamęt?

Dziś swej młodości oddajesz hołdy

Silny, i wolny, tak życie postrzegasz

Nie raz mijając starca na drodze

w duchu ułomność wyśmiewasz.

Przed życiem wcale nie czując lęku

na nowe poziomy -

zaślepiony wbiegasz

Ryzyko to siostra, wyzwanie jest bratem

za to rozsądek rodzicem przed którym

starannie uciekasz…

Świat jednak swoim prawem się rządzi

którego nie da się zwieść, oszukać,

przed którym nawet największy ryzykant

schyli swe czoło i ugnie kolano

Zatem nie czekaj chwili, gdy przyjdzie

wszystko od nowa mozolnie budować!

Nie zrób jak wielu i nie doceniaj

czasu dopiero, gdy śmierć zastuka…

 

Taka noc, gdy słowa kapią z długopisu…

„Przestań”
Przestań, dlaczego o przyszłość Go pytasz,

czy, aż tak bardzo czas ze mną uwiera?

czy potrzebujesz naprawdę wiedzieć,

co gdzieś za rogiem na Naszą dwójkę czeka?
A jeśli przyjdzie się jutro rozstać

bo nagle miłość, którą dziś czujemy

zacznie nam ciążyć i sprawi w końcu

że łatwej osobno, niż wspólnie ginąć.
Co jeśli jutro dla Ciebie lub dla mnie

po raz ostatni słońce się zapali

i w wieczną podróż przyjdzie się wybrać

która nie będzie dla żadnego lekka

bo w jednym tęsknotę

a w drugim strach rozpali
Może też będzie jakiś miły moment

powiesz np. jak bardzo mnie kochasz

a ja odpłynę w Twych oczu głębi

dumny, że dalej jesteś tylko moja!
Może spotkamy jakichś nowych ludzi,

którzy nam życie rozweselą

którzy nauczą jakichś innych rzeczy…
Wiesz może jutro tak mimochodem

oznajmisz, że będę szczęśliwym Tatą,

że oto właśnie z miłości naszej

do życia gotowi się człowiek?
Więc przestań, gdybać, dywagować, myśleć

Przestań go błagać, przeklinać, krzyczeć

Cieszę się tą chwilą, bo ona ucieka

i na nic będzie znajomość przyszłości

jeśli do reszty teraźniejszość zgubisz!

Pewnego dnia narodziła się Miłość, była czysta i naiwna jak dopiero co spowite niemowlę, nie znała rozczarowań ani zawodów, wierzyła w swoją nieograniczoną moc. Dorastała w przekonaniu, że uleczy każdą duszę, zagoi każdą ranę i uszczęśliwi każdego człowieka. Z tym optymistycznym nastawieniem rozpoczęła swą wędrówkę po świecie. Bez względu jaki kraj przemierzała i z jaką nacją miała „do czynienia” wszystko zawsze wyglądało tak samo. Kiedy tylko tchnęła swojego duch,  ducha miłości w dwie połówki ludzkiej duszy, zagubione gdzieś w chaosie codzienności, promieniały nowym światłem, nastawała harmonia, codzienność ustępowała magii chwili. Widząc, iż niemal zawsze wszystko toczy się tym samym torem, zaczęła utwierdzać się w przekonaniu, że ma moc, której nic nie może zniszczyć. Im bardziej nabierała pewności siebie, tym z każdą chwilą traciła część swej siły. Pasmo sukcesów jakie niewątpliwie osiągnęła uśpiło jej czujność. Konsekwencje jakie musiała ponieść za swą próżność okazały się bolesne….

Harmonia i spójność zaczęły być niszczone przez rutynę i przyzwyczajenie. Czułość ustąpiła miejsca oschłości, a przywiązanie przestało mieć już jakąkolwiek wartość. Dusza, choć złączona czuła, że ów wypracowana jedność zaczyna uwierać i przeszkadzać. Do głosu doszła kobieta i mężczyzna. Wszystko co wspólne stało się gorzkie i szare, na nowo fascynowała wolność i niezależność. Miłość nie umiała pojąć obecnego stanu rzeczy, zamiast dawać spełnienie, okazała się katuszą i kajdanem… Zraniona i zagubiona chciała uciec, zniknąć i uwolnić ludzkość, od stanu euforii, który prowadzi do wyniszczenia…. Złamana i bezsilna spotkała swego przyjaciela zwanego PRZEZNACZENIE.

Choć nie chętna do zwierzeń usiadła i podjęła rozmowę. Przeznaczenie długo milczało, po czym w końcu uśmiechnęło się złapało Miłość za rękę i rzekło:

Widzisz, kiedy Ty się pojawiasz pojawiam się i ja tylko nikt z ludzi nie może mnie ujrzeć, dlatego do głosu dochodzą popędy takie jak euforia, zauroczenie czy podniecenie, ja tylko krzyżuję ludzkie ścieżki. Swą obecność zaznaczam dopiero wtedy , gdy Ty oblekasz się w swą próżność, gdy zapominasz o tych połączonych duszach, gdy skupiasz się na swojej wspaniałości nie widząc swoich wad. „ale ja przecież mam dar, siłę…dlaczego nagle ją tracę” ?? Bo wierzysz, że satysfakcję zawsze przynosi to samo. Otóż tylko ja wiem, które z tych połączonych dusz osiągną tą wieczną harmonię. Gdy ustępują popędy, gdy ludzie mają dostrzec i mnie, wtedy właśnie pojawia się największa próba, sprawdzian bólu, zwątpienia i rozczarowań.

„Czyli  ty nie pomagasz ludziom?” – wtrąciła niepewnie

 Pomagam, tylko specyficznie, dokonuję, bowiem selekcji. I tylko Ci, którzy gotowi są na rozczarowanie i ból mogą na nowo cię odnaleźć.

„Jak to, już nic nie rozumiem…” rzekła zdezorientowana Miłość. 

Siostrzyczko musisz zrozumieć, że szczęście nigdy nie jest trwałe. Ty zawsze będziesz euforią, która wyniszcza, jednak dusze sobie przeznaczone staną się bardziej świadome twej potęgi, dopiero gdy doświadczą tych dwóch skrajnych światów.

„A zatem co się stanie z tą resztą?”

To proste Oni nadal będą musieli szukać …

Pozorny obiektywizm

Będąc szczęśliwą posiadaczką psiaka rasy Amstaff niemal codziennie mam do czynienia z szeroko pojętą “tolerancją”. Uważamy się za społeczeństwo tolerancyjne. Tak wiele nowych zwyczajów, świąt, zachowań przejmujemy od naszych zachodnich znajomych. Niekiedy zapominając o naszych, równie barwnych i atrakcyjnych, jednak nie tak modnych, jak te amerykańskie, hiszpańskie itp. I generalnie nic w tym złego, że poszukujemy czegoś nowego, że potrafimy otworzyć się na inność, różnorodność. Jednak, dlaczego tak wyzwoleni i modni jednocześnie jesteśmy tak łatwowierni, tak szybko akceptujemy utarte stereotypy? Dlaczego tak łatwo wierzymy w papkę, którą serwują media? Tak bezkrytycznie ufamy osobie, która ze zwykłej ulewy jest w stanie zrobić powódź, o której będziemy rozmawiać przez najbliższe dni. Nie winię dziennikarzy, bo wiem jak jest, jeśli nie przyniesiesz artykułu, który z miejsca stanie się hitem na rozkładówkę, giniesz. A niezauważalny dziennikarz nie ma czego szukać w radiu, gazecie, telewizji. A w końcu Oni też mają potrzeby, rodziny, muszą się za coś utrzymać, coś jeść. Zatem ciężko się dziwić, że ten zawód wyzwala w ludziach pierwotne instynkty, że nie istnieją żadne świętości, że po trupach dąży się do celu.

Dlatego na potęgę powstają średnio rzetelne materiały, których jedynym zadaniem jest spredaż, dobra sprzedaż, bo jak nie wiadomo o co chodzi, chodzi o zysk.

I między innymi stąd właśnie bierze się ta nagonka na różne zjawiska. Nie, inaczej jak dzięki “rzetelnym” materiałom dowiedzieliśmy się, że istnieje demoniczna i krwiożercza rasa jaką jest Amstaff czy Pit Bull, gdyż dla wielu to,to samo, a jednak, to są dwie różne rasy, choć według cech kynologicznych bardzo podobne.

Kilka nagłośnionych przypadków ataków ze strony tej rasy wystarczyło, by znalazła się na celowniku. Z miejsca przypisano każdemu jej przedstawicielowi łatkę “agresywny”.

I tak spacerując po osiedlu ze swoim czworonożnym przyjacielem, jesteś nagle świadkiem dziwnych zachowań. Mimo, iż pies idzie grzecznie przypięty na smyczy i w kagańcu, ludzie gotowi są wejść na drzewo, przebiec przed rozpędzonym samochodem i spowodować wypadek, byle tylko nie minąć psiaka. Są jednak sytuacje, kiedy nie ma pola manewru i trzeba z bestią się skonfrontować, wtedy też niemalże natychmiast przechodzimy do pojedynku wzrokowego. Uporczywie wpatrujemy się w biednego psa, jakbyśmy chcieli zabić go zwrokiem. No i jest też oczywiście jeszcze jedna grupa ludzi, zazwyczaj starsi, którzy wyszli rano po bułki do sklepu i w myślach teraz dziękują Bogu, że mają tą bezceną reklamówkę, która stanowi tarczę. Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy mój pies niby niechcący dostał taką reklamówką w nos lub łepek. Ile razy spoglądał, wtedy na mnie smutnym wzrokiem, jakby chciał zapytać; “za co”. I zawsze, wtedy głaszcząc jego mordkę szukałam odpowiedzi. I szczerze jej nie znalazłam. Nie wiem, dlaczego nie można spokojnie obok takiego psa przejść! Żeby było śmieszniej, Amstaff nie był moim jedynym pupilem miałam jeszcze Owczarka Podhalańskiego. Stąd, też nasze spacerowanie zawsze było we trójkę. I wiecie nie było dnia, żeby ktoś nie chciał wytarmosić Owczarka, bo z wyglądu przypominał utuczonego Labradora, a do Amstaffa zawsze był dystans i chłód. I największy paradoks polegał na tym , że znając swoje psiaki, wiedziałam, że pieszczochem jest Amstaff, taka trochę pierdoła tylko z wyglądu “groźna”. Natomiast nasz Podhalan obcych wręcz nie tolerował, nie lubiła też nadmiernej adoracji, więc machające ręce obcych ludzi nie były pożądaną rzeczą. I, choć nie była agresywna, nie można było pozwolić na taki kontakt. Więc nagle na takim spacerze stawałam się dla tych wszystkich ludzi podwójnie nie lubiana. Po pierwsze mam Amstaffa, po drugie nie pozwalam bawić się “z tak rozkosznym pieskiem”.

Zatem, to nasze codziennne spacerowanie bardzo dobrze pokazało mi, jak bardzo ludzka natura jest przewrotna. Dzięki klku materiałom o agresywnych psach, Amstaffy dla wielu stały się wrogami. I nie ważne jak bardzo nieprawdziwe słyszeliśmy o nich słowa. Chyba największym mitem jest ich siła pyska, a dokładniej siła uścisku szczęki, która według wielu powinna wyrażona być w tonach, a tym czasem wartość jest taka sama, jak u owczarka niemieckiego. Zresztą wystarczy trszkę wyobrźni, żeby wyczuć przekłamanie. Z czego ten biedny pies musiałby mieć zęby, nie wspominając już o licznych zakatowanych psiakach tej rasy, gdzie jedynym narzędziem oprawcy był kij czy noga.

Natomiast liczne prośby z mojej strony, by nie głaskać Podhalana, by nie zwracać na nią uwagi, spełzały na niczym albo kwitowane były, że widać po niej, że to lubi. Tak jak bym swojego psa nie znała.

Zatem, jeśli spotkasz kiedyś Amstaffa nie odskakuj, zachowaj spokuj i po prostu go miń.

Oczywisty jest też fakt, że istnieją jednostki agresywne. Są agresywne jamniki, owczarki, labradory, są i też amstaffy.

Tylko pamiętajmy zawsze, że to człowiek odpowiedzialny jest, za to, jaki będzie jego pupil.