rozrachunek z losem

Wciąż walczę z losem… z moim losem… czy aby na pewno to moje przeznaczenie? Czy ten scenariusz został napisany właśnie dla mnie? Czy ktoś się nie pomylił? Jaką rolę w tej sztuce zwanej życiem mam odegrać? Czy moje życie ma być monodramem, w którym jedyną postacią mającą coś do powiedzenia jest los, czy może zasłużyłam na spektakl, w którym do głosu dochodzi dialog człowieka z losem, Bogiem, przeznaczeniem. Spektakl, w którym postaci są sobie równe, w którym oba głosy wybrzmiewają równie mocno?

Jaki jest sens przeciwstawienia się temu, co niesie nam los? Po co tracić siły w walce, skoro z góry wiadomo, że jest się na straconej pozycji? Jakże prosta wydaje się odpowiedź – trzeba walczyć, bo to właśnie ta nieustanna walka stanowi sens naszego istnienia!

Po co całe życie się starać, po co być uczciwym i godnie przeżyć każdy kolejny dzień, po co się męczyć i znosić przeciwności losu, jeśli życie z każdym kolejnym dniem rzuca nam kłody pod nogi? Może po to by czuć cokolwiek, po to by czuć ból istnienia, bo jeśli odczuwa się cokolwiek, ma się jedną, niezachwianą pewność – jest się nadal żywym… Może chodzi po prostu o to, że ja i ty jesteśmy cholernymi farciarzami, bo dostaliśmy życie, choć może nie zawsze na nie zasłużyliśmy…

Stojąc w zimnej kaplicy, na cmentarzu jakich setki w Polsce, przy maleńkiej białej trumience zadałam sobie tylko jedno pytanie: „Dlaczego?” Jaki sens był w śmierci maleńkiego dziecka, które ktoś pozbawił prawa, by poznało ból istnienia. Ono nie miało szansy, by zdecydować czy poddaje się losowi czy też dzielnie staje z nim w szranki w ringu zwanym życiem…

Patrzyłam z podziwem na rodziców tego maleństwa, którzy w obliczu tak wielkiej tragedii nadal wierzyli w Coś, Kogoś… Chcieli, by ich dziecko miało katolicki pogrzeb, bo mają nadzieję, że tam, gdzieś jest lepszy inny świat…

W życiu nie można się poddać. Trzeba upaść, podnieść się i iść dalej… Wierzyć w lepszy czas… znów upaść i znów się podnieść z wiarą, że każdy kolejny upadek wzmacnia nas, dodaje nam sił do dalszej walki z przeciwnościami losu. Należy szczerze wierzyć, że mamy wpływ na swoje życie, że nasz los leży w naszych rękach, że jest jakiś sens w tym naszym szarym, często burym życiu.

Zaniechanie walki z losem oznacza tylko jedno – nasz szybki koniec. Prowadzi do destrukcji i samozagłady człowieka. Tak często cytuje się myśl, że to nadzieja umiera ostatnia, a człowiek pozbawiony nadziei to tylko organizm z krwi i kości, w którym umarła dusza. A to właśnie dusza i nasza wolna wola determinują nasze człowieczeństwo…

 

Kraków <3 – moje miejsce na ziemi – cz. II wakacji

22 z minutami – moja noga stanęła na krakowskiej ziemi po trzech godzinach podróży z Warszawy. Nie rozumiem fenomenu budowania dworca w samym centrum galerii handlowej czy może galerii handlowej na dworcu, tak czy siak to jakaś nasza polska paranoja, która znacznie utrudnia życie pasażerom. Kraków to kolejne miasto, które niestety poddało się tej modzie. Tak czy siak z niewielkimi problemami udało się nam wydostać na powierzchnię i ruszyć w stronę hostelu. 15 min spacerkiem wzdłuż Plant i jesteśmy na miejscu. Mimo późnej pory pani szybko nas melduje i możemy zaaklimatyzować się na nowej miejscówce, tym bardziej, że na ten odcinek podróży dołączyła do nas Dominika.

Szybka burza mózgów związana z planem na jutrzejszy dzień i decyzja: nasz plan dnia na jutro to… brak planu, idziemy na żywioł :) Osobiście byłam tak zmęczona atrakcjami jakie zapewniła nam stolica, ze padłam w ciągu trzech minut. Chyba podświadomie wmówiłam sobie, że muszę jak najszybciej się zregenerować, by nie stracić ani minuty z pobytu w Krakowie.

Rano głodne tak, że zjadłybyśmy wilka z kopytami ruszyłyśmy na poszukiwania czegoś, co da się nazwać śniadaniem. Wystarczyło przejść się 50 m, by dotrzeć do baru mlecznego „U Jędrusia”, gdzie za 6 zł można było zjeść smaczne i pożywne śniadanie: jajeczniczkę z 2 jajek, masełko, bułkę i dżemik a do tego herbatę z cytryną. Najedzone i zadowolone pierwsze kroki skierowałyśmy na Stary Rynek.

DSCN5951

Byłyśmy w ciężkim szoku, kiedy się okazało, że droga z hostelu na Rynek zajmuje nam mniej czasu niż czas potrzebny na zjedzenie loda – osobiście sprawdziłam ;)   Krakowski Rynek Główny jest jednym z największych tego typu placów w Europie o wymiarach 200 X 200 m. Został wytyczony w 1257 r. podczas lokacji Krakowa na prawie magdeburskim. Początkowo rynek pełnił funkcje przede wszystkim handlowe, z biegiem czasu doszły do tego również funkcje administracyjne, a także sądownicze, gdy zaczęto tu wymierzać kary oraz wykonywać wyroki śmierci. Cała obszar podzielony był na poszczególne place handlowe, czyli targi: solny, węglowy, kurzy, ołowiowy oraz żydowski. Krótko po dokonaniu lokacji, na osi północ – południe usytuowane zostały Sukiennice, czyli podwójny rząd kramów kupieckich, które z biegiem czasu utworzyły jeden budynek, nakryty zadaszeniem. Po pożarze z połowy XVI w. Sukiennice zostały odbudowane w stylu renesansowym.

DSCN6102

Nowy, dwukondygnacyjny gmach został zwieńczony wspaniałą attyką z grzebieniem upiększonym maszkaronami i ozdobiony loggiami od strony północnej i południowej. Współczesny wygląd Sukiennice otrzymały jednak w latach 70-tych XIX w. Głównym gmachem administracyjnym był na Rynku Ratusz. Budynek stanął tu zapewne już na przełomie XIII i XIV w., a przez kolejne stulecia był rozbudowywany. Z początkiem XIX w., wskutek fatalnego stanu technicznego gmach wraz ze spichlerzem został zburzony. Przed zniszczeniem uchroniono jednak wieżę ratuszową, która stanowiła doskonałą przeciwwagę dla wież Bazyliki Mariackiej, usytuowanej w północno – wschodnim narożniku rynku. Dziś na uwagę zasługuje przede wszystkim wejście do wieży, otoczone parą pięknych XIX-wiecznych lwów.

DSCN6111

We wschodnim narożniku płyty Rynku stoi kościół św. Wojciecha, wybudowany tu najprawdopodobniej jeszcze przed lokacją miasta. Według przekazu Jana Długosza świątynia stanęła w miejscu, gdzie kazania głosił sam św. Wojciech. Po tej samej stronie stoi również pomnik Adama Mickiewicza, odsłonięty w 1898 r. Zapewne już w średniowieczu Rynek został otoczony okazałymi pałacami i kamienicami. Dziś do najsłynniejszych należą Pałac pod Krzysztofory (siedziba Muzeum Historycznego Miasta Krakowa), Szara Kamienica, Pałac pod Baranami (siedziba słynnej Piwnicy pod Baranami) oraz Kamienica Hetmańska.

Dla mnie Rynek Główny to miejsce z którym są związane najwspanialsze wspomnienia z dzieciństwa. To tutaj nawiązywałam najlepsze przyjaźnie, poznałam wartościowych ludzi i uczyłam się dużego miasta. Godziny spędzone pod pomnikiem „Adasia” słuchanie koncertów Krzyśka pod sukiennicami czy okupowanie murków pod kościołem św. Wojciecha to chwile radości, które z sentymentem wspominam do dziś po 12 latach od pierwszego obozu Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia w Krakowie. Tutaj wszystko było naj! Najlepsze jedzenie, miejscówka noclegowa, kierownik, kadra wychowawców, ludzie i mega życzliwi mieszkańcy miasta :) Każdy kamień na Rynku, każda uliczka, pomnik czy nadwiślane bulwary powodują uśmiech na mojej buzi :) Tym bardziej jeśli macha do mnie pan hejnalista ;)

DSCN6105

Obok katedry na Wawelu Kościół Mariacki stanowi najważniejszą świątynię Krakowa. Przez wieki kościół otoczony był opieką bogatych rodzin mieszczańskich, dzięki czemu dziś budowla ta należy do grona najznakomitszych obiektów architektury sakralnej w Polsce. Kościół Mariacki znajduje się w północno – wschodnim narożniku Rynku Głównego, a jego ukośne ustawienie względem osi rynku świadczy o tym, że pierwsza świątynia romańska wzniesiona została w tym miejscu jeszcze przed lokacją miasta (1257) r. Obecna, trójnawowa bazylika utrzymana w stylu gotyckim powstała pod koniec XIV w. W XV w. do naw bocznych dobudowano jeszcze kaplice i od tego czasu główna bryła kościoła niewiele się zmieniła. Przeprowadzane w następnych wiekach prace renowacyjne dotyczyły głównie wystroju wnętrza. W XVIII w. pod kierownictwem Franciszka Placidiego świątynia uzyskała styl barokowy, jednak już wiek później doszło do regotyzacji wnętrza. W pracach tych brali udział znani artyści, tacy jak Jan Matejko, który wykonał w kościele wspaniałe polichromie oraz Stanisław Wyspiański i Józef Mehoffer, którzy zaprojektowali ozdobne witraże. Z zewnątrz najbardziej charakterystycznym elementem bazyliki Mariackiej są dwie, nierównej wielkości wieże. Według legendy budowa wież powierzona została dwóm braciom, a każdy z nich pragnął stworzyć obiekt wyższy i piękniejszy. Rywalizacja ta doprowadziła do tego, że starszy brat zabił młodszego, a następnie z powodu dręczących go wyrzutów sumienia sam popełnił samobójstwo. Narzędzie zbrodni – nóż – do dziś wisi pod jedną z arkad Sukiennic. Co godzinę z wyższej wieży wygrywany jest na cztery strony świata hejnał mariacki. Sygnał za każdym razem urywa się, a zjawisko to tłumaczy doskonale kolejna krakowska legenda.

DSCN5955

Otóż w średniowieczu, w czasie jednego z najazdów tatarskich, czuwający na wieży strażnik zagrał hejnał, który miał ostrzec mieszkańców przed zbliżającym się wrogiem. Jeden z Tatarów dostrzegł jednak strażnika i zabił go strzałą wypuszczoną z łuku. Choć legenda ta została wymyślona dopiero w latach 30-tych XX w. przez amerykańską Polonię, to i tak została ona entuzjastycznie przyjęta przez Krakowian i jest przez nich chętnie opowiadana. Sprzedam Wam, drodzy czytelnicy patent na dwukrotne odmachanie hejnaliście. Najpierw trzeba stanąć przed wejściem głównym do Kościoła Mariackiego i po pierwszej części hejnału szybko przetransportować się w okolicę Wikarówki Kościoła Mariackiego, gdzie hejnalista kończy swój występ i długo macha w kierunku ludzi stłoczonych na dole :) Prawdziwym skarbem kościoła Mariackiego jest ołtarz autorstwa Wita Stwosza – największy tego typu gotycki obiekt w Europie. Ołtarz składa się z nieruchomej szafy środkowej, która ukazuje zaśnięcie Matki Bożej w otoczeniu apostołów oraz Wniebowzięcie, dwóch ruchomych skrzydeł prezentujących sceny z życia Chrystusa i Marii oraz zwieńczenia, przedstawiającego Koronację Marii przez Trójcę Świętą. Całość wykonana została z drewna dębowego liczącego obecnie ponad 1000 lat, a wszystkie postacie zostały przedstawione w sposób nadzwyczaj realistyczny. Nacieszywszy oczy widokami,  za którymi tęskniłam cały rok postanowiłyśmy zjeść coś nam obcego, z czym do tej pory nie miałyśmy do czynienia. Nasz wybór padł na restaurację gruzińską Chaczapuri.

DSCN5983

To jedyne w Polsce miejsca o tak nietypowym asortymencie, które wysoką jakość podawanych dań łączą się z niską ceną. W Krakowie, tuż przy Rynku Głównym mieszczą się trzy takie lokale. Zjadłyśmy tam pyszne zupy, kawałki sera, pierożki chinkali, chaczapuri z serem i roladki z bakłażana z masą orzechową. Do tego pyszne różowe gruzińskie winko. Byłam w kulinarnym raju!

DSCN6032

 

Rozleniwione ruszyłyśmy żółwim tempem w stronę Wawelu. Spacerując Plantami stwierdziłyśmy, że życie w Krakowie płynie innym tempem niż to w Warszawie. Tutaj nikt się nie spieszy, za niczym nie goni… Zamek Królewski na Wawelu przez całe wieki stanowił centrum państwowości polskiej. Dziś wizyta w dawnej rezydencji królewskiej to fascynująca podróż w głąb historii Polski, w czasy zarówno jej świetności jak i upadku. Zamek Królewski położony jest na Wzgórzu Wawelskim – wapiennej skale jurajskiej majestatycznie wznoszącej się na lewym brzegu Wisły, w samym sercu Krakowa. Od ok. VII w. n.e. w jego okolicy zaczęli się osiedlać Słowianie, a za panowania pierwszych historycznych władców Polski z dynastii Piastów Wawel stanowił już jedną z głównych rezydencji monarszych. Prawdziwa królewska siedziba powstała tu jednak dopiero z początkiem XIV w., wraz z koronacją i osiedleniem się na Wawelu Władysława Łokietka. Na wzgórzu zbudowana wtedy została gotycka katedra, w miejscu drewniano – ziemnych fortyfikacji wzniesiono solidne mury, a sam zamek został znacznie rozbudowany. Lata świetności zamku przypadły na czasy panowania Jagiellonów, zwłaszcza ostatnich z rodu Zygmunta III Starego i Zygmunta Augusta. Zafascynowani rozwojem renesansu w Europie Zachodniej królowie pragnęli nadać swojej rezydencji prawdziwie nowoczesny charakter. Sprowadzeni z Włoch do Krakowa mistrzowie Franciszek zwany Florentczykiem i Bartłomiej Berrecci przekształcili gotycką budowlę w piękny renesansowy pałac, z przestronnym, arkadowym dziedzińcem, o wybitnie reprezentacyjnym charakterze.

Od początku XVII w., czyli po przeniesieniu stolicy z Krakowa do Warszawy, znaczenie Zamku na Wawelu zmalało. Pałac trawiły liczne pożary, a rezydujący w Warszawie królowie nie troszczyli się zbytnio o jego odbudowę. Po trzecim rozbiorze Polski do Krakowa wkroczyli Austriacy, którzy przez niemal cały XIX w. wykorzystywali wzgórze do celów wojskowych. Polacy przejęli zarząd nad zamkiem dopiero na krótko przed wybuchem I wojny światowej. Przez następne kilka dziesięcioleci, z przerwą w okresie II wojny światowej, na Wzgórzu Wawelskim trwały zakrojone na szeroką skalę prace konserwatorskie. W 1978 r. Wawel, wraz ze Starym Miastem, Kazimierzem i Stradomiem, znalazł się na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Na zwiedzanie Zamku Królewskiego trzeba sobie zostawić przynajmniej jeden dzień. Na parterze i II piętrze znajdują się Reprezentacyjne Komnaty Królewskie, ozdobione oryginalnymi arrasami, sprowadzonymi przez Zygmunta Augusta z Brukseli. Na uwagę zasługuje przede wszystkim największa na zamku Sala Senatorska oraz Sala Poselska, ze stropem kasetonowym ozdobionym XVI-wiecznymi rzeźbami męskich i kobiecych głów. Na I piętrze mieszczą się Prywatne Apartamenty Królewskie. Pozostałe ekspozycje znajdujące się na zamku to Skarbiec Koronny i Zbrojownia (zawierająca m.in. trofea z odsieczy wiedeńskiej 1683 r.) oraz Sztuka Wschodu. Natomiast z ekspozycji znajdujących się poza zamkiem na szczególne wyróżnienie zasługuje Wawel Zaginiony. Można tu zobaczyć najstarsze obiekty, jakie powstały na Wzgórzu Wawelskim, w tym m.in. Rotundę Najświętszej Marii Panny, fundamenty zamku gotyckiego i pozostałości renesansowych kuchni królewskich. Warto także zajrzeć do Smoczej Jamy, jaskini usytuowanej w zachodniej części wzgórza, w której, według najbardziej znanej krakowskiej legendy żył niegdyś okrutny smok. Niestety zbyt późno dowiedziałyśmy się o możliwości zejścia do Smoczej Jamy, w związku z tym to jeden z punktów kolejnych odwiedzin Krakowa :)

DSCN6227

Po bardzo intensywnym dniu przyjemnie było siąść wieczorem w jednym z licznych ogródków na Rynku Głównym i nacieszyć oczy widokiem radosnych ludzi :) tym bardziej, że nazajutrz miałyśmy na kilka godzin stać się istotami podziemnymi ;) Gdzie? oczywiście w Kopalni Soli w Wieliczce.

DSCN6173

Wykute w soli piękne komory, niesamowite podziemne jeziora, majestatyczne konstrukcje ciesielskie i unikalne solne rzeźby. Blisko 3 kilometry krętych korytarzy, 800 schodów do pokonania i zejście na głębokość 135 metrów pod ziemię. Nic dziwnego, że do tej pory uroki trasy turystycznej, głównego szlaku Kopalni Soli „Wieliczka”, podziwiało już 38 milionów spragnionych przygody turystów z całego świata. A jej początek zaczyna się w szybie Daniłowicza. To tutaj zwiedzający poznają swojego przewodnika, który podczas wędrówki opowie im o historii i tajemnicach Kopalni. O rządzących nią siłach przyrody i etosie ciężkiej pracy wielu pokoleń górników. Schodząc coraz niżej turysta odwiedzi niezwykłe miejsca, solna skała poddała się mocy ludzkich rąk. Zobaczy wspaniałe maszyny i narzędzia górnicze. Pozna także inną stronę Kopalni. Legendę księżnej Kingi, która przyniosła bogactwo soli na polską ziemię. W połowie szlaku ujrzy dedykowaną jej cudowną kaplicę i zdobiące ją jedyne w swoim rodzaju solne dzieła sztuki. Wpadnie w zadumę słysząc kompozycję Fryderyka Chopina towarzyszącą świetlnemu spektaklowi nad brzegiem jednego z solankowych jezior. A gdy posmakuje na koniec specjałów podziemnej karczmy, na powierzchnię wyniesie go górnicza winda. Jak mówi się w Kopalni - na świat. Niestety tego dnia sala restauracyjna w Kopalni byłą zarezerwowana dlatego na obiad poszłyśmy na Krakowski Kazimierz i jak zwykle tam, nie zawiodłyśmy się kolejny raz :) Czulent do danie pochodzące z kuchni żydowskiej. Przygotowywało się je na szabat czyli sobotę uznawaną za dzień odpoczynku. Ortodoksyjni Żydzi nie mogą tego dnia wykonywać żadnych czynności uznawanych za pracę czyli nawet samodzielnie rozpalać ognia pod kuchnią.  Pascha wielkanocna, to tradycyjna potrawa rosyjska lub ukraińska, przygotowywana z twarogu, mleka, śmietany, masła, z dodatkiem jajek, wanilii i bakalii. Te ostatnie mają symbolizować bogactwo i dobrobyt. Ta na Kazimierzu byłą przepyszna :) do tego wszystkiego wyśmienite koszerne winko i nic więcej nie było mi do szczęścia potrzebne :) Żal tylko, że to właściwie nasz ostatni dzień w tym mieście, bo nazajutrz ruszamy na podbój Wrocławia. Może uda się nam odkryć Złoty Pociąg? :P

Warszawa da się lubić – cz. I relacji z wakacji

Poznań 8.00 rano, szaro – buro, pewnie będzie padać. Wsiadamy w busa i obieramy kierunek: Warszawa… w końcu zaczynam upragniony urlop! Liczę na mnóstwo atrakcji :)

Podróżowanie PolskimBusem to niewątpliwie najtańszy sposób na przemieszczanie się między większymi polskimi miastami. Za kilkanaście złotych można dotrzeć z Poznania do Warszawy czy z Krakowa do Wrocławia. Mój najdroższy bilet kosztował całe 15,00 zł plus 1,00 zł opłaty za rezerwację biletu. Jedynym minusem jest mało miejsca między fotelami, co przy dłuższej podróży jest uciążliwe. Mała niespodzianka czekała na nas w trakcie podróży z Warszawy do Krakowa, ponieważ każdy z pasażerów w cenie biletu ( całych 11,00 zł) dostał drożdżówkę, kawę, herbatę czy wodę do picia.

Mój pierwszy kontakt z Warszawą to „Młociny”, czyli ostatnia stacja M1 metra w Warszawie, zlokalizowana na Bielanach, niedaleko Huty Warszawa. Jazda windą w górę i w dół, w górę i w dół i szukanie biletomatu było ciekawą zapowiedzią kilku najbliższych dni. O dziwo na miejsce docelowe dotarłyśmy półtorej godziny wcześniej niż pierwotnie planowałyśmy, okazało się bowiem, że w stolicy nie ma korków. Oczywiście tylko do godzin popołudniowych, bo o 16.00 miasto stanęło i to dosłownie. Jeśli już jesteśmy przy komunikacji miejskiej to Warszawa okazała się w tej materii najdroższa. Najtańszy bilet 20-minutowy kosztuje 3,40 zł, 75-minutowy 4,40 zł. Nie ma biletów kilkudniowych, dlatego byłyśmy zmuszone korzystać z biletów całodobowych w cenie 15,00 zł.

Oswajanie się z miastem, zaczęliśmy od wieczornego spaceru. Jak się okazało była to jedna wielka ściema! W jeansach, koszulce i trampkach ruszyłam w drogę. Nie zdziwiłam się za bardzo, gdy nasi przewodnicy w postaci Ani i Kuby zaczęli zwiedzanie od Pałacu Kultury i Nauki, który został zbudowany w 1955 roku jako „Dar narodów radzieckich dla narodu polskiego” i choć pasuje swoim stylem architektonicznym do reszty otoczenia jak przysłowiowy kwiatek do kożucha, to trudno sobie wyobrazić dzisiejszą Warszawę bez niego. Całe szczęście, że mimo zmian ustrojowych budynek przetrwał i ma się dobrze, a w jego pomieszczeniach rozwija się kultura, sztuka i nauka. Zdziwiłam się kiedy padła propozycja zobaczenia wystawy egzotycznych pająków, bo było już późno, ale grzecznie z resztą grupy udałam się do czeluści Pałacu, by po chwili wylądować na teatralnym krześle, wśród elegancko ubranych ludzi (wiadomo „warszafka”). Znajomi zrobili mi super niespodziankę… tylko dlaczego ja byłam w trampkach???

DSCN5793

Teatr 6. Piętro mieści się na szóstym piętrze PKiN przy Placu Defilad w zaadoptowanej Sali Koncertowej. Został założony w 1009 roku przez Michała Żebrowskiego i Eugeniusza Korina i od samego początku przykłada wielką wagę do wyboru sztuk tworzących repertuar i do obsady aktorskiej pod hasłem „Wyższy poziom teatru”. To właśnie połączenie tradycyjnych wartości teatru literackiego ze śmiałymi poszukiwaniami interpretacyjnymi i aktorstwem najwyższej próby przyczyniło się do powstania zaskakującego repertuaru i szybkiego sukcesu frekwencyjnego.

„Zagraj to jeszcze raz, Sam” to historia poszukiwania miłości swojego życia przez krytyka filmowego Allana Felixa (granego przez debiutującego w teatrze Kubę Wojewódzkiego), porzuconego przez swoją żonę Nancy – Barbarę Kurdej – Szatan. Allan przypadkiem zakochuje się w żonie swojego najlepszego przyjaciela, przystojnego biznesmena Dicka ( Michał Żebrowski) w ślicznej i znerwicowanej Lindzie ( Aleksandra Hamkało), którą uwodzi przy pomocy i według wskazówek swojego filmowego idola, legendarnego amanta czarnych kryminałów Humphreya Bogarta, schodzącego do niego w tym celu z ekranu kina (Daniel Olbrychski). Dawno nie widziałam tak gorącej owacji po spektaklu, jak po tej sztuce.

Rozbawieni sztuka w dobrych humorach ruszyliśmy na podbój Nowego Świata. To jedna z bardziej znanych ulic w Polsce, idąca od Placu Trzech Krzyży do Krakowskiego Przedmieścia. Kiedyś był to trakt stanowiący przedłużenie Czerskiego, później Krakowskiego Przedmieścia prowadzący od Starej Warszawy do Ujazdowa. Dziś to tętniące życiem centrum handlowo – usługowo – gastronomiczne. Nazwa Nowy Świat powstała około 1640 roku i była związana z nowym osadnictwem. Przy NŚ mieszkała pierwotnie ludność rolnicza oraz ogrodnicy i rzemieślnicy w niewielkich drewnianych domach. W czasach Królestwa Kongresowego NŚ uległ zasadniczym zmianom. Na miejscu rozebranych drewnianych domów wzniesiono ponad 30 klasycystycznych dwupiętrowych kamienic, co nadało ulicy jednolity charakter. W okresie 20-lecia międzywojennego NŚ stał się ulicą o niezwykłym natężeniu ruchu pieszych. W podwórzach domów wybudowano liczne kina, a na obu rogatkach Świętokrzyskiej urządzono teatry operetkowe lub rewiowe. Niestety już na początku II wojny światowej większość budynków zostało zbombardowanych, a w czasie powstania warszawskiego NŚ był miejscem zaciekłych walk. Po powstaniu zabudowa ulicy została prawie całkiem spalona przez okupanta, z 71 budynków ocalało tylko 6. Przeprowadzona w latach 1948 – 1950 odbudowa przywróciła NŚ klasycystyczną postać końca XVIII wieku. O tragicznej historii czasów okupacji przypomina nam barykada ustawiona przy pomniku Mikołaja Kopernika.

DSCN5809

Dziś NŚ jest jedną z najpiękniejszych i najbardziej reprezentatywnych ulic Warszawy, która zaprowadziła nas na Krakowskie Przedmieście, gdzie łącznikiem obu ulic jest wspomniany pomnik Kopernika wraz z układem słonecznym. W końcu mogłam stanąć na Księżycu!

DSCN5803

  Przechodząc obok UW z sentymentem wróciłam myślami do wykładu prof. Władysława Bartoszewskiego, który w 2004 roku poświęcił swój czas i właśnie tutaj spotkał się z nami, stypendystami Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia.

DSCN5806

 Między kościołem pokarmelickim Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Józefa Oblubieńca a hotelem Bristol znajduje się chyba najsłynniejszy budynek w Warszawie, zwłaszcza po 10 kwietnia 2010 roku, czyli Pałac Prezydencki z pomnikiem księcia Józefa Poniatowskiego. Moją uwagę przykuł  żołnierz pełniący wartę przed Pałacem, który w pełnym skupieniu przeglądał coś w swoim telefonie, pewnie sprawdzał lajki na facebooku :)

DSCN5814

      W końcu zmęczeni dotarliśmy do Rynku mijając Kolumnę Zygmunta i Zamek królewski. Będąc wielokrotnie w Warszawie nigdy nie widziałam Syrenki. Rzeźba na warszawskim Rynku Starego Miasta została wykonana przez Konstantego Hegla w 1855 roku. Z Syrena związana jest legenda. Dawno, dawno temu przypłynęły z Atlantyku na Bałtyk dwie siostry – syreny. Piękne kobiety z rybimi ogonami, zamieszkujące w głębinach mórz. Jedna z nich upodobała sobie skały w cieśninach duńskich i do tej pory możemy ja zobaczyć siedzącą na skale u wejścia do portu w Kopenhadze. Druga dopłynęła do portu w Gdańsku, a potem Wisłą popłynęła w górę jej biegu. Według legendy u podnóża dzisiejszego Starego Miasta, mniej więcej w miejscu, gdzie obecnie znajduje się pomnik, wyszła z wody na piaszczysty brzeg aby odpocząć, a że miejsce się jej spodobało, postanowiła zostać. Miejscowi rybacy szybko zauważyli, że ktoś podczas ich połowu wzburza fale Wisły, plącze sieci i wypuszcza ryby. Ponieważ syrena ich oczarowała swym pięknym śpiewem, nic jej nie zrobili. Pewnego razu bogaty kupiec zobaczył Syrenę. Podstępnie ją uwięził ją w drewnianej szopie, bez dostępu do wody. Skargi Syreny usłyszał syn rybaka i wraz z przyjaciółmi ja uwolnił. Wdzięczna Syrena obiecała im, ze w razie potrzeby oni też mogą liczyć na jej pomoc. Dlatego Syrena jest uzbrojona i ma miecz z tarczą dla obrony miasta.

DSCN5827

Niestety dalsze zwiedzanie miasta przerwała burza z piorunami, ale jak to w przysłowiu bywa, co się odwlecze to nie uciecze. Tym bardziej, że po powrocie do domu czekały mnie nowe doznania smakowe w postaci produktów kuchni wegetariańskiej.

Następny dzień obfitował w nie mniejszą ilość przygód. Z samego rana ruszyłyśmy na podbój Wilanowa. Posiadłość tą nabył król Jan III Sobieski w 1677 roku i to z jego inicjatywy powstał tu barokowy pałac, piękne francusko – angielskie ogrody, folwark z budynkami gospodarczymi i zwierzyniec. Tarasowy układ terenu oraz obecność zbiorników wodnych pozwalały na uzyskanie ciekawych perspektyw widokowych i powiązanie ogrodu z otaczającym krajobrazem. Obecnie widać wyraźne nawiązania do epoki Jana III Sobieskiego w postaci ogrodów włoskich rozmieszczonych na tarasie górnym i dolnym, między pałacem a Jeziorem Wilanowskim. W założeniu twórców dekoracje parterów na ta tarasie górnym i dolnym miały być kompozycyjnym przedłużeniem apartamentów królewskich. Pod koniec XVIII wieku powstał ogród angielsko – chiński z efektownymi osiami widokowymi, kontrastowaniem samotnych drzew i z otwartą  przestrzenią. W połowie XIX wieku przy południowym skrzydle pałacu powstał neorenesansowy ogród różany, a przy północnym urokliwy Gaj Akademosa z posągami poetów sławiących uroku wiejskiego życia w zgodzie z naturą – Jana Kochanowskiego i Franciszka Karpińskiego.

DSCN5871DSCN5835

Samo muzeum w Wilanowie jest najstarszym polskim muzeum sztuki. Zostało założone w 1805 roku z inicjatywy Aleksandry i Stanisława Kostki Potockich. Całość stwarza idealne warunki do odpoczywania, spacerowania i relaksowania się. Bilet wstępu do ogrodów kosztuje 5,00 zł a do Muzeum 20,00 zł. Jedynym minusem dla nas byłą odległość od mieszkania do Wilanowa, ale z drugiej strony mogłyśmy zobaczyć sporą część Warszawy z okna autobusu.

Tego popołudnia funkcję przewodnika przejął Jarek. Włóczenie się po wąskich uliczkach Starego Miasta, z dala od ulic. Którymi przechadzają się tłumy turystów i rzesze warszawiaków pozwoliło mi na nowo spojrzeć na stolicę i przychylniej uśmiechnąć się do miasta.  W pewnym momencie Jarek uświadomił mi, ze idziemy po dwóch różnych stronach historii miasta i to dosłownie: ja po stronie warszawskiego getta, on z drugiej strony muru.  Granicę tę wyznacza wąska linia w chodniku utworzona z kostki o innym kolorze. Getto to było największym gettem w Europie, w którym w 1941 roku znajdowało się około 450 tys. osób!

Nie powiem, przez chwile poczułam się nieswojo, idąc tamtędy w świetnym humorze z uśmiechem na buzi po pysznej kolacji, zdając sobie nagle sprawę, ile ludzkiego cierpienia skrywa ta ziemia. Po chwili zadumy, tak dla równowagi psychicznej dotarliśmy do Multimedialnego Parku Fontann, gdzie można nacieszyć oko feeria barw i igraszkami wodnych dysz. Miejsce to jest także idealnym punktem widokowym dla Stadionu Narodowego, który całkiem „przypadkowo” był świetnie podświetlony. Uwierzcie mi, jeśli szukacie idealnego miejsca do przypomnienia sobie odmian rzeczowników przez przypadki, to fontanna jest do tego idealną miejscówką. My mieliśmy z tego niezłą frajdę! I nie pytajcie dlaczego wieczorem, w przepięknych okolicznościach przyrody zajęliśmy się deklinacja słowa tort :)

Dalsza trasa zwiedzania wiodła uliczkami, które były planami filmowymi wielu polskich produkcji filmowych i planem teledysku do Jarkowego „Ciao” . piękny ciepły wrześniowy wieczór, czar nocnej Warszawy i „Ave Maria” śpiewana w tych warunkach złożyły się na świetne zakończenie bardzo intensywnego dnia.  Tym bardziej, że naszego ostatniego dnia w Wawie wcale nie miałyśmy mniej wrażeń. Po wieczornej uczcie dla ducha Jarek zadbał o nasze kubki smakowe. Beza z kremem gruszkowym na tyle mnie zaintrygowała, ze musiałam powtórzyć ją w domu. Mówię Wam – niebo w gębie.

Zasłodzeni ruszyliśmy na podbój nadwiślanej części miasta. Musiałyśmy przywitać się z Syrenką i chociaż przejść obok Centrum Nauki Kopernik, niestety do samego Centrum nie poszłyśmy, ponieważ planetarium było tego dnia zamknięte.

DSCN5902

Dotarłyśmy jednak do zaprojektowanego przez architektkę krajobrazu Irenę Bajerską ogrodu na dachu Biblioteki Uniwersyteckiej, który jest jednym  z największych i najpiękniejszych ogrodów dachowych w Europie. Co ważne ogród jest ogólnodostępny, a wejście do niego jest bezpłatne. Ogród składa się z dwóch części: górnej i dolnej, połączonych strumieniem a kaskadowo spływającą wodą. Górny ogród został podzielony na kilka części różniących się formą, kolorem i zapachem. Ogród złoty skomponowany jest z żółto i pomarańczowo kwitnących krzewów, ogród srebrny obsadzony jest srebrzystolistnymi wierzbami, a ogród karminowy składa się z różowo i czerwono kwitnących roślin. Wszystkie ogrody połączone są kładkami, ścieżkami, mostkami i pergolami, przy których rosną różne pnącza. Z mostków z tarasu widokowego można podziwiać panoramę miasta, Most Świętokrzyski i Wisłę. Można też przez szklany dach spojrzeć do wnętrza Biblioteki.

DSCN5922

Niewiadomo kiedy zrobiło się tak późno, ze trzeba było czym prędzej dotrzeć do stacji Metro Wilanowskie, by zdążyć na Busa do Krakowa. Cieszę się jednak z uczucia niedosytu, z niezaspokojenia ciekawości Warszawą, bo to oznacza, że będę chciała tutaj wracać wielokrotnie, a moja dotychczasowa ocena stolicy jako miasta brzydkiego, szarego i okropnie szybkiego zmieniła się i to bardzo na plus.

Wrocław i Gdańsk, Gdańsk i Wrocław

Dwa nieomal przeciwległe miejsca na mapie Polski, dwa weekendy, mnóstwo sytuacji i przypadkiem poznanych osób. Dwa miasta, które łączy historia i zabytki: Gdańsk i Wrocław, Wrocław i Gdańsk.

Stolica Dolnego Śląska przywitała mnie niemiłosiernym upałem, żar lał się z nieba, asfalt topił się pod stopami, a wróble popijały drinki w cieniu kasztanowca ( te wróble to oczywiście efekt udaru cieplnego :P). Jak na powsinogę przystało porzuciłam auto na parkingu i ruszyłam w miasto korzystając  z komunikacji miejskiej. Jestem bowiem święcie przekonana, że tylko w taki sposób można poznać i zrozumieć miasto, w którym w danym momencie przebywam.

Lubię wtopić się w tłum, poczuć klimat danego miasta i poznać mentalność ludzi tam mieszkających, bo uwierzcie mi na słowo, że każde miasto ma swój specyficzny „mikroklimat”.  Pierwszym punktem na liście mojego kilkudniowego pobytu we Wrocławiu było Stare Miasto i słynna fontanna, którą inspirowałam się przez wszystkie lata studiów na architekturze krajobrazu. Są to pionowo ustawione szklane płyty, oblewane strugami wody i podświetlane od dołu. Postawienie fontanny wzbudziło wiele kontrowersji, gdyż inicjatywa była forsowana przez ówczesnego prezydenta miasta Bogdana Zdrojewskiego wbrew wojewódzkiemu konserwatorowi zabytków oraz historykom sztuki. Początkowo fontanna miała być zamontowana na 2 lata, ale istnieje do dziś. Na cześć pomysłodawcy obiekt nazywany jest „Zdrojem”, jednak złośliwi używają innych nazw: pisuar lub mydelniczka.

fontanna

Sam Rynek również mnie nie rozczarował. Klimatyczne knajpki, schludne ogródki piwne i restauracyjne czy odrestaurowane kamieniczki stwarzają przyjemną przestrzeń do odpoczynku. Niestety ceny wszędzie tam są dużo mniej przyjazne. Do teraz nie znalazłam sensownego wytłumaczenia na tak wygórowane ceny posiłków, drinków czy chociażby kawy. Ok. rozumiem, że właściciele lokali gastronomicznych i punktów handlowych z pamiątkami nastawieni są na turystów zza zachodniej granicy, ale jak wtedy wytłumaczyć fakt, że ceny w Gdańsku są dużo niższe? Jedyny duży plus, jeśli chodzi o ceny, to niskie ceny biletów tramwajowych czy autobusowych, które są dużo niższe niż te chociażby w Poznaniu.  Same rozkłady jazdy też są sensownie pomyślane, jednak nagminnym było, iż tramwaje odjeżdżały przed czasem.

Będąc we Wrocławiu trzeba koniecznie udać się do ZOO z afrykarium i do Ogrodu Japońskiego. Oba te miejsca znajdują się po przeciwnych stronach Hali Stulecia, dlatego też można się udać w oba te miejsca jednego dnia. Bilet wstępu do ZOO kosztuje 40 zł, a do Ogrodu Japońskiego 4 zł. Afrykarium to strzał w dziesiątkę. To unikatowy na skalę światową kompleks przedstawiający różne ekosystemy związane ze środowiskiem wodnym Czarnego Kontynentu. W 19 akwariach i basenach o pojemności niemal 15 000 000 l wody prezentowane są zwierzęta zamieszkujące plaże i rafę koralową Morza Czerwonego, rzekę Nil, krainę Wielkich Rowów Afrykańskich, głębię Kanału Mozambickiego, plaże Wybrzeża Szkieletów (Namibia) i Dżunglę dorzecza Kongo. Głębiny Kanału Mozambickiego, gdzie występują rekiny, płaszczki i inne duże ryby pelagiczne można podziwiać z podwodnego, akrylowego tunelu o długości około 18 m. Kolejna ekspozycja poświęcona jest  Wybrzeżu Szkieletów w Namibii, gdzie prezentowane są pingwiny oraz kotiki afrykańskie.

IMG_20150723_133512 IMG_20150723_133633 IMG_20150723_135646 IMG_20150723_135707

Rafa Morza Czerwonego to obecnie około 1 500 bajecznie kolorowych ryb oraz 1 200 sztucznych koralowców.

Mieszkańców Nilu reprezentują hipopotamy nilowe zwane również końmi rzecznymi, gdyż obserwując je pod wodą w ruchu łatwo zauważyć ich grację porównywalną do konia w galopie. Obok mieszkają niezwykłe mrówniki często mylone z mrówkojadami z Ameryki Południowej oraz wzbudzająca duże zainteresowanie kolonia golców – gryzoni, które swoim wyglądem i niezdarnością rozbrajają zwiedzających. Dalej znajdują się dwa akwaria z niezwykłymi rybami z endemicznych jezior Wielkich Rowów Afrykańskich – Tanganiki i Malawi. To jedna z najbogatszych kolekcji gatunków występujących tylko i wyłącznie w tych jeziorach, gatunków zagrożonych przede wszystkim działalnością człowieka. Na koniec spotykamy się z dikdikami, małymi antylopami. W strefie Afryki Wschodniej mieszkają również ptaki – cztery gatunki kaczek egzotycznych, ibisy i waruga. Do tego mamy tu dwa ośmiometrowe wodospady oraz rozsuwany latem dach. Z Afryki Wschodniej schodzimy do Kanału Mozambickiego, gdzie mieszkają rekiny, płaszczki i inne ryby. Kolejna kraina i zagrożony ekosystem, to Wybrzeże Szkieletów w Namibii, gdzie mieszkają pingwiny przylądkowe (tońce) i kotiki. Obserwować je można z dwóch miejsc – nad wodą oraz pod wodą, wystarczy przystanąć na trasie, a następnie zejść pod pokład statku. W podwodnym punkcie widokowym znajdują się również akwaria, gdzie mieszkają mureny, seleny czy rekin rogaty. W dżungli otaczającej rzekę Kongo mieszkają krokodyle i manaty – niezwykłe, roślinożerne ssaki zwane także syrenami. Dołączyły do nich cztery gatunki ptaków.  Resztę musicie zobaczyć sami :)Samo ZOO także jest bardzo praktycznie zaprojektowane, zwierzęta nie znajdują się za wysokimi ogrodzeniami czy na olbrzymich wybiegach, gdzie trudno je dojrzeć, ale podobnie jak to ma miejsce w Oliwie są dosłownie na wyciągniecie ręki zwiedzających.

Ogród Japoński to miejsce wyjątkowe, które powstało z podziwu dla japońskiej sztuki ogrodowej, a w jego tworzeniu brali udział specjaliści z Kraju Kwitnącej Wiśni. Historia tego miejsca liczy już ponad 100 lat i sięga roku 1913, kiedy w Hali Stulecia odbywała się impreza na wyjątkową skalę – Wystawa Światowa. Przez ostatnie stulecie  ogród przechodził liczne przemiany, jednak prawdziwie japońskiego charakteru nabrał dopiero po ostatnich renowacjach, pod koniec XX wieku. Dziś jest on kawałkiem żywej, orientalnej kultury w środku Europy, który pozwala docenić piękno oryginalnych, pochodzących z Japonii roślin. Do położonego w Parku Szczytnickim ogrodu zaglądają chętnie turyści z całej Polski i świata, a sami mieszkańcy Wrocławia uznają go za jeden z najładniejszych punktów w mieście. Uwielbiają go miłośnicy Japonii i jej kultury, cenią wielbiciele  sztuki projektowania ogrodów, lubią osoby poszukujące w głośnym, tłocznym mieście zakątków, gdzie można znaleźć ciszę, wytchnienie i nacieszyć się pięknem natury.

IMG_20150723_124654 IMG_20150723_123331 IMG_20150723_124506

Będąc w Centrum warto zobaczyć najwyższy w Polsce budynek mieszkalno – biurowy Sky Tower. Na jego szczycie jest punkt widokowy, z którego w pogodny dzień można podobno dostrzec Śnieżkę. Mnie osobiście cena 10 zł za sam wjazd na punkt widokowy skutecznie odstraszyła i darowałam sobie znikomą atrakcję.

Polskie_rekordy_naj_5956630

Za to każdemu polecam udać się wieczorem pod Pergolę, gdzie przy Hali Stulecia mieści się jedna z największych i najbardziej spektakularnych fontann w Europie. Setki wodnych strumieni tworzą ekran do wyświetlania animacji pokazów laserowych. Podczas spektakli z udziałem wody, kolorowych świateł i muzyki, Wrocławska Fontanna zamienia się w teatr wodny. Wrocławska Fontanna została uroczyście otwarta 4 czerwca 2009 z okazji dwudziestej rocznicy pierwszych wolnych wyborów w powojennej Polsce.

IMG_20150723_125236

Niestety Ostrów Tumski, reszta krasnali, rejs tramwajem wodnym czy kolejką linową muszą poczekać do września, kiedy kolejny raz mam nadzieję zawitać do Wrocławia, by dalej odkrywać jego piękno.

Będąc jeszcze we Wrocławiu naszła mnie myśl, by w tym roku wybrać się do Gdańska na Jarmark Dominikański. Tegoroczny trwa od 25 lipca do 16 sierpnia. To właśnie wtedy wielu Polaków przyjeżdża tradycyjnie do Gdańska. Legendarne święto kupców z całego świata gdańszczanie omijają jednak szerokim łukiem, a te kilka tygodni na przełomie lipca i sierpnia to dziś raczej powód miejskiej frustracji, a nie czas dobrej zabawy. Bo jarmark od lat zamienia się niestety w wielkie targowisko tandety i drożyzny. W tym roku to już 753 Jarmark i przez większość tego czasu był on dla Gdańska szeroko otwartym oknem na świat. Przez setki lat ściągali na niego kupcy z najodleglejszych zakątków. W czasach szarej komuny był szczególnie atrakcyjny, bo stawał się okazją, by zdobyć coś, o czym przez cały rok można było tylko pomarzyć. Podobnie było przez wiele lat po upadku żelaznej kurtyny. Historia Jarmarku Dominikańskiego jest piękna, ale teraźniejszość już niekoniecznie. Stale rozrastająca się strefa handlowa zalewa wszystko, co najbardziej tandetne. Wystarczy kilka chwil spędzonych na spacerze między setkami straganów, by odnieść dojmujące wrażenie, że Gdańsk na naszych oczach rozmienia na drobne jeden ze swoich najważniejszych atutów. Do walki z kiczem kilka lat temu stanęli dominikanie. Wraz ze świętem handlu organizują kulturalny festiwal „Dusza Jarmarku”. W założeniu miała być to oferta dla tych, którzy na Jarmark Dominikański trafili szukając czegoś więcej niż tanich klapek. Niestety z  roku na rok to oblicze gdańskiej imprezy jednak coraz mocniej zanika.

W tym roku na pierwszy plan wysuwają się tymczasem oscypki, krawaty, noże i rozliczne kosmetyki. Oscypki rzekomo góralskie, świeże i oryginalne. Tylko nie wiadomo, dlaczego dziewczyny, które je sprzedają czasem przyznają szczerze, że gór na oczy nie widziały, a i ich stroje jakby bardziej z gruzińskiego second handu niż Podhala. Krawaty jedwabne, hit jarmarku. Z Chin, więc na pewno żadnej sztuczności. Podobnie chińskie te ceramiczne noże, ale sprzedawca zapewnia, że niezniszczalne.

11836543_1115422448485885_937661602_o

Również nieswojo poczułam się w momencie, gdy chcąc wejść do Bazyliki Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny okazało się, że muszę kupić bilet wstępu. Może i kwota była niewielka, ale jakim cudem wejście do kościoła, który w dalszym ciągu czynnie spełnia funkcję miejsca kultu jest płatne i to w niedzielę?

Prawdziwy klimat jarmarku wciąż czuć jednak w bocznych uliczkach nad Motławą, które tradycyjnie zajmują sprzedawcy staroci tworząc tzw. pchli targ. Unikalne znaczki, militaria, i płyty gramofonowe, których często próżno szukać na aukcjach internetowych. To jest Jarmark Dominikański, który pokolenie moich rodziców pamięta jeszcze z dzieciństwa i wspomnień swoich rodziców, czy dziadków. Jarmark to też ci wszyscy kolorowi ludzie, którzy ściągają na te kilka tygodni nad morze, by nie tylko handlować. Od kapłanów ewangelizujących na swym straganiku, przez licznych kuglarzy i grajków, po starszego mężczyznę, który na jarmarku postanowił wytoczyć prywatna wojnę niemieckiej kanclerz ;)

By odpocząć od zgiełku Jarmarku z przyjemnością zanurzyłam palec stopy w Bałtyku. Tak, tak tylko jeden palec i to na moment, bo temperatura wody jest idealna, tyle tylko, że dla morsów. A na deser cos dla miłośników piękna w pigułce – Chełmno miasto zakochanych i tych poszukujących swojej drugiej połówki. Koniecznie musicie przynajmniej raz zgubić się w jego uliczkach, by poczuć to coś, co w sobie ma niezwykłego, coś co powoduje, że jeśli już raz tam trafisz chcesz tam wracać i wracać i wracać :)

klasztor 2OLYMPUS DIGITAL CAMERA11832072_1115423295152467_378416833_o

o talentach, nie zawsze tych biblijnych

Chyba każdy z nas słyszał biblijną przypowieść o talentach, bo jeśli nawet drogi czytelniku uważasz siebie za osobę niewierzącą to i tak spotkałeś się z tym fragmentem Ewangelii wg św. Mateusza na lekcjach języka polskiego, podczas omawiania paraboli jako jednego ze środków wyrazu w literaturze.

Główny bohater udając się w podróż rozdzielił wśród swoich sług swój majątek. Jednemu z nich dał pięć talentów, drugiemu dwa a ostatniemu tylko jeden. Dwaj pierwsi uruchomili swoją pomysłowość i w krótkim czasie podwoili swoje majątki, trzeci z nich w obawie przed utratą otrzymanego talentu zakopał go głęboko w ziemi. Po powrocie swojego pana musieli pokazać mu jak zainwestowali otrzymane dobra. Kiedy przyszła kolej na nierozważnego sługę pan się bardzo zdenerwował i rozkazał słudze opuścić majątek.

Pewnie zadajesz sobie pytanie drogi czytelniku, po co sięgnęłam aż do Biblii, by poruszyć nurtujący mnie temat talentów? Otóż w ostatnim czasie mam to szczęście posiadania coraz większego kręgu znajomych związanych z szeroko pojętą sztuką, których śmiało mogę nazwać artystami. Dzięki temu zrozumiałam o ile szczęśliwszym można być rozwijając swoje talenty, robiąc to co się lubi i jaką radość sprawia coś, co się udaje.

Od zawsze dużo czytałam, sporo pisałam ale jakoś nie czułam muzyki. To cisza panująca wokół mnie była moim motorem napędowym, to w ciszy najpierw się uczyłam, później pracowałam, nawet auto prowadziłam bez włączonego radia, bo ono mnie rozpraszało. Na całe szczęście zaczęłam coraz więcej czasu spędzać z osobami, które bez muzyki nie wyobrażają sobie życia i to one zaraziły mnie tą pasją do niej.

Dzięki poznaniu zdolnego muzyka mogłam się przekonać ile pracy, trudu a nierzadko także potu i łez trzeba poświęcić, by nagrać płytę. Pozornie to takie proste, prawda? Otóż nawet nie wiesz jak bardzo mylne może być takie twierdzenie. Tworzenie to ciągły kompromis, to często rezygnowanie z siebie, z swoich pomysłów tylko po to, by zwiększyć swoje szanse na sukces. To paradoks tworzenia czegoś, co podpisuje się swoim nazwiskiem, a co nie do końca jest wyrazem siebie, swoich myśli, uczuć, pragnień… A nagranie płyty to zaledwie początek trudnej drogi do osiągnięcia sukcesu na rynku muzycznym. I może nie zawsze osiąga się szczyty ale najważniejsze jest nie poddawanie się i dalsze realizowanie swoich marzeń, bo danego nam talentu nie można zmarnować…

Ludzie, którzy zrozumieli swój talent, którzy potrafili go dostrzec i którzy mieli odwagę go rozwijać są bogatsi, wartościowsi i bardziej spełnieni. Mają poczucie, że ich życie jest po coś, że mają w nim coś do zrobienia i skutecznie dążą do z góry wyznaczonego celu. Nie raz przeżywają chwile zwątpienia, rezygnacji, może czują się nierozumiani przez otoczenie, ale bez swoich pasji nikną w szarości przeciętności. Podczas spotkań z ludźmi, którzy mają talenty, chcą je rozwijać i dzielić się nimi z innymi bardzo łatwo można zarazić się ich entuzjazmem. Człowiek, który otrzymał talent musi mieć piękną duszę, bo każdy kto tworzy z każdym dniem staje się wrażliwszy. A ktoś kto nie chce go w sobie rozwijać ubożeje duchowo, gorzknieje i traci bardzo dużo z tego, co daje mu świat.

Warto o tym pamiętać kupując płytę, książkę, rękodzieło bo wybierając te produkty nie kupuje się rzeczy. Nabywasz czyjąś pasję, wyobraźnię, kawałek serca, skrawek duszy… I uwierzcie mi na słowo, że kiedy krąży wokół mnie zła energia nic mi nie wychodzi.

Kilka dni temu pierwszy raz w życiu zrozumiałam, że posiadam talent, że nie mogę go zmarnować, że mogę dzielić się nim z innymi i że przynosi mi to wielką radość. Kiedy w końcu poczułam tę ogromną satysfakcję 100 % zadowolenia z tego co własnoręcznie zrobiłam poczułam się szczęśliwa. Odważyłam się wyjść do ludzi i pokazać im to co mi w duszy gra, dzielić się z nimi swoją wrażliwością i zdolnościami manualnymi.

wybory – mój punkt widzenia

Dzień, który właśnie się kończy był dziwny, bo został spięty klamrą polityki. Polityki, dużej różnorodności poglądów, brakiem tolerancji na inny punkt widzenia różnych spraw i dużym ładunkiem nienawiści. Ale wszystko po kolei.

Jak co niedzielę wybrałam się rano do kościoła. Nie jestem religijną fanatyczką przyznaje, że czasami idę do kościoła z przyzwyczajenia czasami z potrzeby serca. Od kilku tygodni na wybranej przeze mnie mszy pojawia się ksiądz, który był/jest podejrzany o niefajne rzeczy w stosunku do dzieci. Już tak jest, że gdyby policja poszukiwała kogoś ściganego o przekręty finansowe, o dziwne powiązania ze światkiem przestępczym czy o pedofilię i przestępstwa mocno z nią związane to zanim wypuści za ów podejrzanym list gończy, powinna wpierw poszukać go na naszej plebanii. Ale to temat rzeka na inny wpis. W każdym razie siedzę sobie ciut znużona w kościele, niestety po raz kolejny ksiądz nie porwał mnie swym kazaniem, a tym samym nie zmusił moich szarych komórek do przeanalizowania tego, co właśnie powiedział. I nagle bum! Coś się zaczyna dziać.  Z chóru rozlegają się co chwila jakieś krzyki i dziwne odgłosy. Okazało się, że znalazł się tam jakiś pan, na moje oko pijany lub naćpany. W każdym razie skutecznie przeszkadzał w płynnym trwaniu mszy. Co dziwne nawet, gdy nachalnie przeszkadzał organiście w wypełnianiu jego obowiązków nikt nie zadzwonił na policję czy straż miejską. Odetchnęłam z ulgą, gdy dotrwaliśmy do momentu ogłoszeń parafialnych, bo jakby nie było to element mszy, który prowadzi  raz szybciej raz wolniej do jej zakończenia. Niestety ksiądz proboszcz, który w ubiegłym tygodniu jakimś cudem powstrzymał się od komentowania wyborów prezydenckich dziś musiał upublicznić swoje poglądy. Nie obyło się od grożenia palcem i wypominania nam niskiej frekwencji i krytycznej oceny tych głosów, które zostały oddane na osoby inne niż postać pana Dudy. Taka przemowa nie spodobała się również panu na chórze i nie omieszkał on wyrazić swojej dezaprobaty w stosunku do księdza proboszcza. No i rozgorzała regularna wymiana zdań – pan krzyczał z chóru, ksiądz mu odpowiadał z ambony, istny cyrk i to za darmoche, szkoda tylko, że w kościele. Pan dobitnie powiedział tak naprawdę to co uważa wiele osób wierzących, w tym ja sama, a mianowicie to, żeby ksiądz nie wpierdalał się do polityki (i to jest dokładny cytat z ów pana). Fakt, że może słownictwo było nie na miejscu ale prawda jest taka, że wyraźne oddzielenie państwa od kościoła obu instytucjom bardzo dobrze by zrobiło, bo o ile zwrócenie przez księży uwagi na fakt, że udział w wyborach jest naszym patriotycznym obowiązkiem i wielkim przywilejem świadomego człowiek o tyle wskazywanie wiernym na kogo mają głosować jest ciosem poniżej pasa. Współcześni wierni nie są już tak ciemni jak byli jeszcze 60, 70 lat temu i już tak bezkrytycznie jak kiedyś nie wierzą w to wszystko co mówią im kościół i księża. Jak na ta całą sytuację zareagował ksiądz proboszcz? Otóż drogi czytelniku kazał się nam modlić za tego pana, bo jak powiedział to człowiek chory czyt. w domyśle na umyśle i lekceważąco machną ręką w jego stronę.

Po co opisuję to dzisiejsze zajście? Bo po obejrzeniu dzisiejszej debaty utwierdziłam się w przekonaniu, że już wiem, że oddam w drugiej turze głos nieważny. W ubiegłym tygodniu głosowałam na kandydata, który nie znalazł się w drugiej turze i to jego nazwisko dopiszę na karcie do głosowania w najbliższą niedziele, mało tego postawię po jednym „iksie” przy nazwiskach obu kandydatów. Po co to zrobię? Zdarzyło mi się kilkakrotnie być członkiem komisji wyborczej i wiem, że dopisanie kandydata do listy nie oznacza jeszcze, że głos ten jest już nieważny, bo w momencie postawienia krzyżyka, przy którymkolwiek nazwisku karta taka i tak nabiera ważności. Wolę mieć 100% pewność, że nikt za mnie tego „iksa” nie postawi, gdy będę wrzucać moja kartę do urny mój głos zostanie policzony jako nieważny. Zastanawiacie się może czemu mi tak zależy na tym moim głosie, skoro i tak będzie on nieważny? Otóż wymyśliłam sobie taki sposób sprzeciwu wobec tego co się od dłuższego czasu dzieje na polskiej scenie politycznej. Mam dość tej nieustającej  polsko – polskiej wojny podjazdowej. Dopóki w naszej polityce nie pojawi się nowa partia, świeża krew, ktoś kto do tej pory nie zmieniał barw partii politycznych w zależności od ich miejsc w rankingach, ktoś kto nie jest zepsuty do szpiku kości naleciałościami z poprzedniego ustroju dopóty nic w tej strefie naszego życia nie ma prawa się zmienić. A najlepiej mój pogląd na ten temat opisuje fragment dzisiejszej debaty, w którym to obaj kandydaci zaczęli się wzajemnie atakować i oceniać, który z nich w większym stopniu do tej pory oszukiwał wyborców, obiecywał złote góry, nie dotrzymywał tych obietnic i co więcej, który z nich działał na większą szkodę obywateli. Tak się obaj panowie zagalopowali w tym szaleństwie wzajemnego antagonizmu, że żadnemu z nich nie zależało na tym, by spróbować udowodnić, że te zarzuty wobec nich są nieprawdziwe, że to oszczerstwo. Czy to oznacza, że nawet nie zauważyli jak przyznali się publicznie przed milionami Polaków, że jedyne na czym im zależy to ich osobiste dobro?

Zmęczona polityką idę poczytać książkę, dla mnie będzie z niej większy pożytek niż z pana Dudy i Komorowskiego razem wziętych…

coach

Kilka tygodni temu podczas jednej z rozmów, ktoś bardzo mądry stwierdził, że dobrze by mi zrobiło spotkanie z coachem. Biorąc pod uwagę obecną sytuację na rynku pracy i pomysł, który zaczął gdzieś kiełkować w mojej głowie zaczęłam rozważać tę propozycję. No ale jak na Zosie – Samosie przystało długo zbierałam się do takiego spotkania. Jak to ktoś obcy będzie wytykał mi moje słabe strony, może krytykował mój sposób na życie, a co najważniejsze może się okazać, że wcale nie jestem taka fajna?

Ale że uparty ze mnie człowiek, zadzwoniłam i ustaliłam termin. Dziś był ten wielki dzień. I co? i dupa… Pani była nawet miła, porozmawiała ze mną chwilę i dała przepastny jak encyklopedia test do wypełnienia. Końca nie było, ale jakoś udało mi się przejść przez 209 pytań. Dumna z siebie oddalam arkusz z odpowiedziami, pani skrzętnie go wklepała do komputera i z uśmiechem podała mi wydruk.

Rozsiadłam się wygodniej w fotelu w oczekiwaniu na fachową analizę mojej osobowości i predyspozycji do pracy zawodowej. Wiedziałam od samego początku, że podczas takiego spotkania nie dostanę gotowej odpowiedzi na to by w miesiąc zarobić okrągły milion, czy też jakie studia podjąć by gwarantowały mi one zatrudnienie, jednak liczyłam na to, że taka psychoanaliza okaże się pomocna. Tymczasem pani podała mi kartki, życzyła powodzenia i uprzejmie się ze mną pożegnała.

Mam nadzieję, że z kolejnym coachem pójdzie ciut lepiej i dowiem się czegoś konkretnego! Chociaż pisząc teraz uświadomiłam sobie, że to do końca nie był tak całkiem stracony czas. Niezależnie od tej pani sama uświadomiłam sobie kilka kwestii, zrozumiałam pewne niuanse, które blokowały mnie w podejmowaniu ważnych decyzji. Może chodzi o to, że zawsze to przede wszystkim od nas zależy ile w życiu czerpiemy dla siebie, bo nie chodzi o to by brać tylko szczyptę lecz o to, by brać życie pełnymi garściami :)

bar mleczny kontra ministerstwo finansów

Głupota naszego Rządu nie zna granic! Najpierw zakazano wynoszenia dań przyrządzanych w barach mlecznych poza budynek, jeśli placówka ie chce stracić dofinansowania. Do jednego z nich od 13 lat przychodziło starsze małżeństwo, codziennie oboje zjadali po talerzu zupy. Pewnego dnia starszy pan przyszedł sam, bo jego żona zachorowała. Poprosił o drugą zupę na wynos – dla żony. Niestety pani musiała mu odmówić. Staruszek kupił drugą zupę podaną na talerzu, ubłagał o słoik, przelał do niego zupę i zaniósł chorej żonie.
Następnym krokiem Ministerstwa Finansów było rozporządzenie, które mówiło o tym, że jeśli dany bar mleczny chce nadal mieć dofinansowanie do swojej działalności, to nie wolno w nim podawać dań z mięsem. To jak ugotować dobrą zupę bez mięsnego wywaru czy bigos bez mięsa??
Najnowszy pomysł Ministerstwa brzmi następująco: damy wsparcie finansowe tylko i wyłącznie tym barom, w których do przyprawiania potraw używana będzie tylko sól. Każda inna przyprawa ( pieprz, majeranek, bazylia itp.) powoduje utratę dofinansowania. Coś czuję, że era barów mlecznych dobiegła końca. Nie wytępił ich komunizm a zniszczył kapitalizm, smutne ale prawdziwe.
A teraz dziękuję za uwagę, idę zjeść kabanosa z wieloma przyprawami :)

Bogowie

bogowieCzwartkowy wieczór… ja i film… ja i prawdziwa historia… historia medycznego cudu…  ja i Bogowie, film Łukasza Palkowskiego.

Jakoś tak wyszło, że jesienią kiedy ów film był wyświetlany w kinach zawsze było sto innych rzeczy do zrobienia i nie miałam czasu, by wybrać się na seans. Jednak przez cały ten czas chęć obejrzenia tego filmu tliła się we mnie, aż do wspomnianego czwartku. Bogowie to film o trudnej sztuce kompromisu w czasach komunizmu, walce z mistycyzmem serca w polskiej świadomości, strachu przed transplantacjami i heroicznym uporze w walce o „cud”.

Już w pierwszych minutach widz zostaje przeniesiony w szare, pozbawione jakiegokolwiek kolorytu czasy komunizmu. Wszechobecna inwigilacja nie pozwala nawet na chwilę zapomnieć o tym, jaka partia obecnie rządzi. Kto nie chce dogadać się z Partią, nie ma szans normalnie pracować i realizować swoich zawodowych planów. Awansują nie zdolni, lecz wierni socjalizmowi. Nauka nie może wyrwać się zza żelaznej kurtyny i w pełni rozwinąć skrzydła. W takich warunkach zaczyna pracować niepokorny człowiek, który okaże się geniuszem kardiochirurgii. Wkrótce cały świat usłyszy o Zbigniewie Relidze.

To niesamowite jak jeden charyzmatyczny człowiek jest w stanie skupić wokół siebie ludzi pełnych pasji i gotowych do poświęceń w imię idei. Zbitek indywidualnych osobowości nagle staje się zgranym zespołem, który razem przeżywa porażki, solidarnie trwa przy pacjentach, by w końcu móc poczuć pełnię szczęścia po udanym przeszczepie, który pozwolił pacjentowi o kilka lat przedłużyć życie. Postać Religii to wspaniały wzór do naśladowania w walce o sukces. Chwile słabości, topił co prawda w alkoholu, ale były one jednocześnie siłą napędową do dalszego działania. Musiał sięgnąć dna, by mieć siłę podnieść się i iść dalej mimo wszystko. Teraz wiem, że warto dążyć do celu i realizować marzenia, by sięgnąć gwiazd. A genialna rola Tomasza Kota jeszcze bardziej karze nam docenić kunszt aktorski tego aktora.

Na mnie ten film wywarł ogromne wrażenie i wiem, że będę długo go pamiętać….

John Deere kontra „czternastki”

Od kilku dni zastanawiam się o co chodzi w protestach rolników blokujących drogi  i górników protestujących w swoich miejscach pracy. Kto chce na tym najwięcej dla siebie ugrać i dlaczego rząd wcześniej czy później tym strajkom ulega? Czy już zawsze białe, zielone czy różowe miasteczka i płonące opony będą symbolem zmian, które początkowo nazywane są koniecznymi tylko po to, by po kilku dniach całkowicie z nich rezygnować?

Nie znam się na ekonomii, tym bardziej na zarządzaniu, wiem za to jak ciężko żyje się przeciętnemu Kowalskiemu w naszym państwie. Nie jestem też całkowitym laikiem, jeśli chodzi o problemy polskich rolników, od dziecka miałam bowiem kontakt z polską wsią. Moje wykształcenie pozwala również na orientowanie się w sytuacji sadowników, zwłaszcza teraz, po wprowadzeniu przez Rosję embargo na nasze owoce i warzywa. Polityka nie powinna mieć jednak wpływu na to, czy dana rodzina żyjąca z upraw sadowniczych będzie miała za co przeżyć zimę. Będąc na południu Polski w okolicach Sandomierza widziałam ogrom terenów przeznaczonych pod sadownictwo i zdaje sobie sprawę z tego, jak ciężko może żyć się tam ludziom, po tym jak nikt nie chciał od nich kupić zeszłorocznych zbiorów.

Nie rozumiem jednak blokowania dróg i najazdu na stolicę rolników, którzy na brak pieniędzy raczej nie powinni narzekać, co wnioskuję chociażby po ciągnikach, którymi to do ów stolicy przybyli. Nie jest też tajemnicą, że gro z nich kupiło te ciągniki dzięki dotacjom Unii, której to tak bardzo się bali i którą nie raz przeklinali. Nie trzeba skończyć ekonomii, by wiedzieć, że tym, którzy mają po 100 i więcej hektarów bieda w oczy raczej nie zajrzy. Od zawsze ciężko żyje się tym rodzinom, które posiadają małe gospodarstwa te kilkuhektarowe, które nie są w stanie wypracować takich zysków, by móc inwestować w rozwój gospodarstw i ich modernizacje. Przychód z nich wystarcza najczęściej jedynie na pokrycie bieżących potrzeb. Kalkulacja jest prosta, im mniejsze gospodarstwo tym mniejsza dotacja, im większe tym więcej wsparcia. I to właśnie ci rolnicy, którzy ledwo wiążą koniec z końcem mogliby wyjść na ulice, by w ten sposób walczyć o lepszy byt. O co walczą więc ci wszyscy, którzy prezentują się tak, jakby przybyli na targi rolne a nie na protest? Ciągniki te nierzadko warte są tyle co luksusowe auta czy średniej wielkości mieszkania w dużych miastach, a mimo to żądają odszkodowań i większych dotacji.

Podobnie wygląda sytuacja na Śląsku, nie ma roku, by Polskę nie obiegły zdjęcia z strajków górników. Mam świadomość tego, że ich praca jest niebezpieczna, ale nie dajmy się zwariować. W górnictwie nikt nie zarabia najniższej krajowej, do tego ciągle słyszy się o jakiś specjalnych dodatkach do pensji. Dlatego szlak mnie trafia, gdy słyszę, że teraz górnicy walczą o utrzymanie czternastek, w czasach gdy ludzie młodzi jeśli już jakimś cudem pracują, to najczęściej na śmieciowych umowach, z których sami nie są w stanie się utrzymać. Każdy z protestujących twierdzi, że walczy o utrzymanie miejsc pracy i ratowanie zakładu pracy, ale czy na pewno? Każdy dzień postoju w kopalniach prowadzi do gigantycznych strat finansowych, inwestorzy się wycofują, bo obawiają się niestabilności i niepewności jutra. Pewnie, że najwięcej pieniędzy pożerają pracownicy administracji i siły zarządzające, ale górnicy zawsze wywalczą to na czym im aktualnie zależy. Ogłaszają głodówki, wychodzą na ulicę, palą opony, wykrzykują obraźliwe hasła w kierunku rządu, robią szum medialny i jest tylko kwestią czasu, gdy dostają to; o co walczyli.

Może wszyscy wyjdźmy na ulicę, w końcu każdy z nas chciałby zarabiać więcej, prawda?