Poradnik Jasia Wędrowca – prywatne antidotum!

      10805504_10202160672618721_479993215_n              Siedzisz na kanapie, fotelu, pufie… no nie ważne, na czym :) Siedzisz i snujesz mniejsze lub większe plany na przyszłość. Jest jedno co te Twoje rozmyślania łączy, choćby codziennie innego tematu dotyczyły. W każdym tym marzeniu jesteś aktywny, walczysz z całych sił, by je osiągnąć! Kiedy, jednak otwierasz oczy, dostrzegasz, że siedzisz tam, gdzie siedziałeś, z uczuciem zawodu, że piękny sen o Tobie “Królu życia” odpłynął na inny kontynent, a jedyne, na co masz siłę, to zmianę kanału w tv… Znajome? Prawda?

Śmiem twierdzić, że każdy, choć jeden raz doznał takiego stanu zawieszenia, między tym co, by chciał, a tym co autentycznie robi, by, to osiągnąć.

Uwierz mi, jednak na słowo, że ten mało rozwojowy czasy, tak naprawdę, to najważniejszy moment życia, to on zdefiniuje Cię jako wygranego lub przegranego.

Znam wielu, którzy próbie nie podołali. Ba! Sama parokrotnie byłam bliska zaprzestania walki i obciążenia losu, swoimi niepowodzeniami. Na szczęście ten stan poddania, czy jak, kto woli kolan, nigdy nie pochłonął mnie do końca, walczyłam czasami bardzo nieporadnie, ale wygrywałam, choć styl nie zachwycał.

Moimi kołami ratunkowymi, były różne rzeczy: literatura, poezja, pisanie, muzyka, fitness, fotografia, jednak, to przy, którym chciałabym się zatrzymać najdłużej, to Góry i wspinaczka.

       Góry pojawiły się w moim życiu w miarę szybko. To były lata’ 90 jakiś konkurs recytatorski dla przedszkolaków, w którym musiałam wziąć oczywiście udział, bo uwielbiałam być na przysłowiowym świeczniku jako brzdąc. Zresztą miałam takie pokłady energii, że ciężko w sumie, żeby się tam nie znaleźć, skoro za brak uwagi, gdy mówię, kolega obrywa klockiem, tak, że w pamiątce po koleżance ma zakładane szwy…

Każdy z uczestników miał przygotować, fragment utworu, który lubi najbardziej. Brzechwa cieszył się ogromną popularnością. Nie powiem sama lubiłam męczyć nowo poznanych ludzi “Kaczką dziwaczką”, to jednak tym razem zapanował bunt 6 latka i żaden z ulubionych wierszyków w grę nie wchodził. Bowiem od pewnego czasu fascynowała mnie, taka fajna, gruba, książka, w której były obrazki i strasznie małe literki. Wieczorami zawsze, babcia czytała mi jej fragmenty, a ja uczyłam się ich na pamięć. Ta pierwsza “magiczna” książka ze świata dorosłych, to była historia Wandy Rutkiewicz, nie przypomnę sobie tytułu, to jednak, choć już trochę przez mgłę pamiętam z jakim wypiekiem na twarzy czekałam, na ciąg dalszy.

I, to właśnie jakiś króciutki fragment, tej książki miał mi przynieść laur glorii w konkursie.

Nie wygrałam, ale to nie było istotne, powiedziałam co chciałam, czyli ja czułam się wygrana.

              Po raz kolejny Góry mocnym akcentem wracają, kiedy już jestem pełnoletnia.

Czasy studiów, to czas niezależności, ale i też wzmożonych potrzeb finansowych :)Stypendium naukowe nie powala kwotą. W młodym człowieku chcącym zasmakować każdego aspektu studiowania, pojawia się przedsiębiorczość i zaradność, której rodzice mogliby pozazdrościć. A przede wszystkim wiedza, że możliwości zarobku wakacyjnego nie można odpuścić! Zatem z bananem na ustach ruszam do Francji, na winobranie, nieświadoma tego co mnie tak naprawdę czeka…

To był intensywny miesiąc, który pokazał, ile znaczy prawdziwy przyjaciel!

Że czasami trzeba umieć dać sobie pomóc. Dał też niezłą lekcje miłości, która daje szczęście i potrafi wbić sztylet bólu.. I, choć, to były wielkie emocje, to te największe szykował dla mnie pewien poranek już pod koniec pobytu.

Chwila po 6, słońce powoli oślepia, mgła ustępuje, a w oddali widać majestatyczny Mont Blanc… Magia…, której słowa nie opiszą.

Widok zahipnotyzował nie tylko mnie, wszyscy na dłuższą lub krótszą chwilę przystanęli i dali porwać się sile, której wyrazić nie umiem, ale to był piękny moment!!

           Ostatni najmocniejszy akcent zespalający mnie z górskim światem, to minione wakacje letnie. Choć po przeżyciach z Francji, Góry na stałe zagościły w moim grafiku : Szwajcaria, Sudety, Norwegia. To, jednak ostateczny kształt tego co chcę robić w górskim świecie sprecyzował się paradoksalnie na Nizinach :)

Ścianka wspinaczkowa okazała się tym, czego szukałam długo. Tym co nazywam coraz śmielej “moje miejsce na Ziemi”.

Do dziś pamiętam strach, jaki wyzwolił się podczas pierwszego przejścia, pamiętam, to uczucie frajdy “po”, że stoję cała na ziemi. Nowy dla mnie ból mięśni rąk. I ten niedosyt, gdy wracałam do domu. Jedno wiązanie liną wystarczyło, by w mojej głowie wszystko zaczęło wskakiwać na odpowiednie tory. Kolejny raz na ścianie, to pełne oswojenie, z uprzężą, magnezją, porażką, bólem, euforią, ale przede wszystkim, to poznawanie tych, dzięki, którym mogę bezpiecznie się wspinać, czyli Asekurantów, choć ja wolę Partnerów od liny!!

Każdy z Nas jest inny, także i On są różni, mniej lub bardziej gadatliwi, sypiący żartami lub tylko obserwujący dyskretnie. Jednak łączy Nas jedno, miłość do liny i Gór. A jest to tak silne uczucie, że nie musisz znać się w ogóle, by wiedzieć, że to Twoi ludzie, Twoja ekipa! I piękne jest to, że każdy w tym sporcie ma równe szanse, że nie ma sztucznych barier, budowanych już na dzień dobry, słowną otoczką “Pan”, “Pani”.

A dziś nawet, kiedy dopadnie mnie codzienność, nawet, kiedy zegnie nieco moje kolana, to wiem, jaki włączyć guzik, żeby sobie poradzić ze wszystkim!

Więc wstań i Ty!! Poszukaj jeszcze raz w sobie, swojego patentu. Albo skorzystaj z mojego i dołącz do “Szaleńców na linach” :D

Nic albo wszysto o mnie…

***

czarny płaszcz wspomnień

niesiony ciężarem konieczności

spada na wątłe barki

spragnione czułości

***

zamknięta w sklepieniu

sześciokątnej bryły

uczę się mocno na siłę:

chłodu betonu

ludzkiego śmiechu

fałszywej troski

zepsutej miłości

wybiórczej szczerości

i z ulgą oddycham

gdy można stąd uciec

i w za ciasnych butach-

spełnianych marzeń

czuć i smakować życie!

Maratończycy przyszłości

Maratończycy przyszłości

w odświętnych,

plastronach postępu.

Biegają od świtu

do późnego zmierzchu.

Jutro już znają

Choć właśnie wybija

Godzina pierwsza dnia dzisiejszego.

Współcześni sportowcy

Zepsuci,

choć zdrowi…

Szybcy,

a jednak, człapiący powoli.

Niezależne orły,

wstrzykujące do żył

suwerenność.

I tylko na metę wbiegłszy gorliwe

Ciszą ich wita,

pusta trybuna.

Bez tronu i berła

z życiówką na dłoni,

kończą przedwcześnie

swą -

Teraźniejszość!!!

Ballada o codzienności

kubek

Zwykły

blaszany

kubku

z kawałkiem sznureczka

przy uchu…

wiedz, że myślę o Tobie

częściej teraz,

niż wtedy

gdy byliśmy razem…

Pierwszy smak kawy,

gdy przemoczona drżałam

po burzy spędzonej w lesie,

zaliczyłam z Tobą!

Najlepszą herbatą świata,

po nocnych manewrach

z moją drużyną

poiłam się przy Tobie.

I tylko od procentów

trzymałam Cię z daleka,

bo byłeś harcerski

nieco bardziej niż Ja…

Kiedy w kolejną podróż ruszam,

gdy tak jak teraz

zapełniam termos,

to mimo, że piękny

markowy

i trendy

Uwierz!! -

tęskno mi

do mojego blaszanego KUBKA!

Jak rozmawiać?

 Pierwsze bunty i nastoletnie czasy mam za sobą. Śmiem twierdzić, że nieco dorosłam i nawet panuję (czasami) nad swoim buńczucznym i wymagającym charakterem.

To, jednak dalej rozmowy z tymi najbliższymi bywają niekiedy Everestem, na którym człowiek wystawiony na extremalne doświadczenia, dopuszcza do głosu częściej swoje wady, aniżeli zalety.

Ostatni tydzień, to okres chorobowo – leniwcowy. Czyli średni czas dla mnie.

Bo w końcu co innego, łazikować w pidżamie cały dzień z kaprysu, a co innego nie opuszczać tego stroju przez konieczność trzecią, jakiś patagoński wirus jelitówki, z temperaturą dochodzącą do 39.5 stopnia, gdzie wszyscy dookoła mają darmowe pasmo komediowe, bo majaczę jak trzylatek.

I tak jestem w szoku, że ostatnio ograniczyłam się tylko do kilku wizji pająków i sennych ucieczek przed nimi. Jednak nawet i te epizody czujne oko mężowej kamerki wyłapało!

I, gdyby jeszcze tą chorobę szło okrasić lekturą, to nawet, by mi się podobało takie leżakowanie, przynajmniej kilka pozycji książkowych, o które zawsze byłam, jestem i będę w plecy, (bo dużo czekoladek dla umysłu mam na swoje liście) bym pochłonęła, to w stanie permanentnego zmęczenia i otępionych funkcji myślowych, czytanie było, a wykonalne.

Szkoda niestety, że rozmawianie jakoś tak automatycznie, też na ten czas nie chciało zaniknąć.

     I tym sposobem, to właśnie w tym mało sprzyjającym czasie, dzieją się rzeczy dziwne.

Anonimowe wiadomości na fb, od pseudo bohaterów, którzy nie mają odwagi unieść słów, które wypowiadają.

Mąż zadający, co godzina pytanie, “Lepiej?” Albo marudzący, “leż”, “przykryj się”, “ no zjedz coś” itd. … Ej chwila, przecież, to, tylko choroba, nie ubyło mi w metryce co najmniej 20 lat, wiem, co mam robić!

I na dokładkę Mama, mająca jakiś nie cierpiący zwłoki problem, który próbuje rozwiązać ze mną przez tel. i na nic zdają się tłumaczenia, że pogadamy jak przylecę do PL, ma być tu i teraz. Po czym słyszę, że coś nerwowa jestem i, że ze mną, to tak zawsze.

No i pewnie coś w tym jest, ale czy to kogoś dziwi, w końcu od ładnych paru dni nie mogę robić tego co lubię, nie ma ścianki, nie ma ćwiczeń, nie ma nawet książek o wspinaniu…

Nic tylko rozjechana wiewiórka w łóżku… no, to nie może mnie cieszyć…

I tylko nie rozumiem, dlaczego moi znajomi wiedzą, że uzależniłam się od wspinaczki i nie zadają zbędnych pytań, jakoś intuicyjnie czują, że jestem na “głodzie” i jak w reklamie snickersa nie jestem sobą.

A bliscy z uporem drążą temat, co jest nie tak.

Ciekawa jestem, czy faktycznie, im bliżej tym widzi się mniej…?

Czy może ja gubię zdolność komunikacji, mimo iż filologia jest mi bliska…?

„gdybym mogła wybrać…”

10804919_10202104500574455_643376210_n

O drodze ostatniej

nieśmiało marząc

uciekam wspomnieniem

do górskiego szlaku

do wzniesień,

na których skonają nogi,

by w marszu gnijącą

duszę oczyścić…

gdzie wzrok nacieszę

a serce pokrzepię,

gdzie myśli odfruną

w wysokości niebyt…

I gdy usiądę na skalnym fotelu

czując, że dusza

wyrywa się z ciała

na jedno jeszcze chcę zachować siłę

I w Wielkiej Grani

majestat królewski

Giermkowski czekan

wbić po raz ostatni

tak, by na wieczność

matczyne łono

mogło pamiętać swoją dziecinę…

Ciiii…! gaśnie powoli blask,

a kości milkną w trawie!

Gdy plany biorą w łeb albo bratają się z siłami nieczystymi, czyli słów kilka o pechu

Gdy plany biorą w łeb albo bratają się z siłami nieczystymi, czyli słów kilka o pechu

    Powroty z wakacji zawsze bywają ciężkie i stanowią niezły szok termiczny dla organizmu.

U mnie ten szok nie jest jednak spowodowany rozleniwieniem, a brakiem wysiłku wspinaczkowego. W Polsce podporządkowana jestem wtorkowo – czwartkowym wypadom na ściankę.

Te 2 dni to taki “must have” tygodnia, ale oczywiście są też rzeczy dodatkowe, tak ku polepszeniu umiejętności i ku rozładowaniu własnego wewnętrznego ADHD, którego we mnie zawsze dużo.

Ścianka i walka z własnymi ograniczeniami spodobała się na tyle mocno, iż śmiało mogę rzec, że inowrocławski grafik jest tym czego chcąc pozostać w zgodzie z moim wewnętrznym imperatywem przestrzegać “muszę”, koniec kropka!

W Norwegii takoż grafiku (półki co) nie mam, zatem pilnowanie się jest jeszcze bardziej rygorystyczne. Niestety, też plan treningowy inny jest w PL i inny w Norge.

Tym samym po każdym przylocie siadam z moim zeszycikiem i kreślę nową tabelkę na najbliższe tygodnie, tak, by wiedzieć czego przestrzegać.

           I tak też było minionej niedzieli. Szaro – buro można zapomnieć o macaniu skały, a, skoro nie mogę iść tam, gdzie lubię, to nie idę nigdzie, zostaję pod kocem z laptopem, herbatą, ptasim, które wodzi na pokuszenie i Muńkiem Staszczykiem, do którego mam słabość od ładnych paru lat… Taki plan B, gdy Góry lub pagórki odpadają.

Ta niedzielna statyka przydaje się idealnie, by od poniedziałku ruszyć z planem bardziej dynamicznym, a konkretnie aerobowo – siłowym.

I już na samą myśl, człowiek cały trzęsie się z radości, co uzewnętrznia szerokim uśmiechem i krótkim, aczkolwiek treściwym “Nom”.

       Ów przywołana niedziela to dzień restu, czyli kilka odstępstw, na które sobie pozwalam, zwłaszcza po przylocie… Lenistwo nawet największemu Wierciochowi jakim jestem służy. Jedyne co zakłóca spokój to dziwny ból palcy u obu rąk przy zginaniu i niemożliwość całkowitego ich dociśnięcia. Odczuwam coś na wzór przykurczu, ale gorliwie tłumaczę sobie ten stan zmęczeniem podróżą, zmianą ciśnienia, pogodą norweską, a nawet złym snem…

Dyskomfort jednak nie daje o sobie zapomnieć w sytuacjach prozaicznych, jak, choćby łapanie kubka, ewidentnie coś jest nie tak…

Staram się nie dramatyzować, jedyne co robię to macham co chwila palcami, zaciskam piłeczkę, bawię się korkiem od butelki, generalnie robię wszystko, żeby moje palce rozluźnić i przywrócić do formy. Niestety, kompletnie mi to nie wychodzi, jak precyzji nie ma tak nie ma.

Mam jednak jedną wado – zaletę jestem cholernie uparta i łatwo, nie odpuszczam. Sięgam po cięższy kaliber, próbuję wykonać kilka ćwiczeń na drążku, niestety tutaj dostaję porządnego pstryczka w nos, kompletnie, bowiem nie jestem w stanie wykonać porządnego chwytu, po raz pierwszy też nie tylko dyskomfort czuję, pojawia się ból… Masochistką jeszcze nie jestem, dlatego niechętnie odpuszczam, powoli dopuszczając do głosu racjonalne myślenie, że ów przypadłość łączy się zapewne ze wspinaczką…

Przypominam sobie rozdział u Horsta (podręcznik dla wspinaczy) o kontuzjach i ich zapobieganiu, wracam do moich notatek. Po lekturze już wiem, że nie da się dalej wmawiać, że minie, chcę nie chcę muszę iść do ortopedy…

Nerwowo przeszukuję Internet, by dowiedzieć się czegoś więcej, przede wszystkim chcę wiedzieć jak długo może to trwać. Na szczęście trening nie jest zagrożony w końcu cardio bez pełnosprawnych palcy rąk, wykonam.

         Całodzienne leżakowanie na kanapie jakoś tak rzadko jest dla mnie, prędzej czy później brzydnie i muszę, choć na 10 minut rozprostować kości.

Po całodziennym wietrze i deszczu zostały już tylko ogromniaste kałuże, więc można iść na mały spacer, w końcu z domu do pięknego widoku Fiordu mam jakieś 4 minuty i to z górki :)

Zakładam moje siwo- czarne dresy, luźną stylizację dopełniam ocieploną bluzą z kapturem, który wciągam na głowę (bo lubię) jeszcze tylko arafatka, buty za kostkę, jakiś perfum i można wyjść z domu.

Wiem, wiem totalnie nie kobieco, 2 minuty a ja już gotowa, trudno bywam wielowymiarowa :)

No i niestety nie wiele potrzebuję, by wpaść w tarapaty… 100 m od domu a ja odhaczam nowatorskiego orła na norweskim chodniku!!

Kiedy już dotykam ciałem betonu, słyszę chrupnięcie w moim kolanie, dźwięk bez żadnego dubla zrobiłby furorę w kinie akcji, mnie jednak przyprawia o momentalny pot na całym ciele i kilka wulgaryzmów…

Mimo bólu powstaję z kolan, w miarę szybko łapię pion, choć prawej nogi staram się nie przemęczać. Na szczęście nie widzę nikogo na horyzoncie, zatem dobre, chociaż to , że nie było się dla nikogo darmową komedią.

Człapię do domu, wkurzona i obolała. Czując, że zmiany zachodzące w moim prawym kolanie do dobrych nie należą…

Mąż oczywiście nie wytrzymuje, by się nie śmiać, ale widząc mój piorunujący wzrok, rzuca jeszcze tylko jakiś głupi żart i bastuje….

Szybki okład z lodu, przynosi chwilową ulgę, jednak jakiś wewnętrzny głos przeczuwa większe kłopoty…

    Intuicja…!! Moja niestety istnieje… kolano, zamieniło się w dynię, a to wróży izbę przyjęć…

Jeszcze tylko kilka telefonów, żeby dowiedzieć się co i jak, bo w Norwegii po raz pierwszy kalectwo dochodzi do głosu i jedziemy…

Historia kończy się strzykawką, krwią i stabilizatorem kolana…

A co do delikatnych paluszków, to zapalenie pochewki ścięgna zginacza, jeśli dobrze pamiętam.

        I budujący jest fakt, że jeszcze tylko 4 dni i będzie można wrócić do punktu wyjścia , bogatszym o lekcje KONTUZJA :D

Bieszczadzki freak

Urodzinowy prezent, czyli Bieszczadzki stan katharsis…

          Kolejny pobyt w Polsce, plany małe i duże, podporządkowane w większości wspinaczkowej zajawce, jednak w głębi tli się mały pomysł wcielenia spontanicznego wypadu w Bieszczady.

Dlaczego Bieszczady…? Chyba pora zmierzyć się z przeznaczeniem, albo, inaczej chyba już dłużej nie chcę uciekać od tego miejsca, nie chcę pamiętać Go tylko z alimentowego kwitka, doręczanego sumiennie przez Listowego. Ciekawość osiąga wreszcie ten niebezpieczny pułap, w którym trzeba się z nią zwyczajnie zmierzyć…

Przez głowę biegnie tylko jedna myśl… Jak to rozegrać?

Zadzwonić wcześniej i zaproponować Panu – Tacie spotkanie, czy możne z nieco tylko mnie znaną bezczelnością stanąć pod adresem, który doskonale pamiętam i po prostu poczekać na rozwój wypadków?

Doprawdy nie wiem, czego chcę! Pierwszy raz nie mam pojęcia czy lepiej ulec ciekawości czy dalej zadawać sobie te miliony pytań…??

Powoli, artykułuję moim znajomym, że o to pod koniec października ruszam w Bieszczady i, że wszystkie imprezy urodzinowe i Halloweenowe odpadają. Ci wtajemniczeni nieco bardziej w moje życie, cel znają (a przynajmniej tak , jak i mnie, im się tak wydaje) Ci mniej kumaci, zastanawiają się po raz kolejny, dlaczego nie umiem usiedzieć na miejscu dłużej niż dzień.

Znajomi to jednak nie wszystko, trzeba jeszcze powiedzieć, mężowi, rodzinie o tym od czego nie może już być odwrotu…

Mąż, potakuje, choć po ilości zadanych pytań, wiem, że zachwycony nie jest…

Rodzina jeszcze dramatyczniej reaguje, telewizyjna papka nie pomaga mi zostać samotną wędrowniczką, pytania w stylu “po co”, “ale, że sama” “a jak się coś stanie”,

irytują powoli jak swędzący bąbel po komarowym ugryzieniu…

Dzielnie jednak zaciskam zęby, by ilość warczenia, że będzie OK ograniczyć do minimum, tylko dlatego , że moja rodzina stoi jak nigdy niemalże obiema nogami nad przepaścią, ale , to temat dla wybranych…

Dni do wyjazdu galopują szybko, niczym arabskie rumaki, cieszy to mnie, jednak 80% populacji dokoła całkowicie entuzjazmu nie popiera, ale, czy to pierwszy raz…?

Nie, tym razem nie zrezygnuję, choćby nie wiem, co, nie, nie i jeszcze raz nie!!!

           Wtorkowe wspinanie to preludium do środowych wojaży, palce odmawiają nieco posłuszeństwa, ale trudno, jeszcze raz , dwa nie ważne, że boli i leci krew, muszę na totalnym rescie iść spać, muszę jutro naładowana ruszyć, bo, inaczej nie dotrwam….

10748682_10202088749660692_1434000412_n.jpg

            Środa, szybkie pakowanie, 2 kawy, dużo zielonej herbaty i ten stan wyczekiwania, miałam ruszyć późnym wieczorem, ale nie wytrwam tyle.

Ostatnie rozmowy, tel. i fb. powoli przestają istnieć, 14-sta, czuję, że trzeba wyjść z domu, nie ma sensu odwlekać…

14.37 Strzelno – Bydgoszcz, już wiem, że pojadę na około, ale wolę to niż nerwowe bujanie nogami, czy zabawę korkiem od butelki….

Przed 17… jestem w BDG, trochę czasu jest można iść na kawę, w końcu noc długa…

10805531_10202088762621016_1632136504_n.jpgNie do końca wiem, dlaczego pewne strategiczne punkty podróży, jak opijanie moczopędnym napojem analizuję po przysłowiowym “rozlanym mleku”, ale jak tu się wkurzyć, na samą siebie i wytrwać w tym stanie, tak np. z godzinę, no jak …:?

18.00 rysuje się idealnie na moim zegarku i z równą idealnością podjeżdża autobus: BDG – Warszawa Zachód. Kierowca jakiś taki dziwny, dlatego zajmuję siedzenie, niemalże na końcu autokaru, by do moich uszu jak najrzadziej dochodziły Jego wywody. Powoli wchodzi znużenie, lekko kimam słuchając Roguca i rozmyślając, nie, nie myślę co ja gadam…

Toruń, fuck, a jednak na około, no cóż , życie, autobus sunie dalej, choć powoli kierowca i jego sposób jazdy, a raczej brak, irytuje… na szczęście pojazd wygodny , można spać :)

Po 20-stej, zaczynają napływać pierwsze smsy w stylu “żyjesz”?

Otóż tak, mam się dobrze, od, kiedy co niektórzy tak się mną martwią?

Olewam mrugające zielone światełko w tel., sygnalizujące jakieś rozmowy, idę spać dalej.

W końcu przed 23 dobijam do Stolicy. Dworzec Zachodni to niestety nie Centralny :(

Mała poczekalnia, tona dziwnych osobników, robi się ciekawie, pojawiają się pierwsze myśli w stylu oby nie było jaj i ciary na plecach, choć na twarzy kamienna mina, że niby ja się boję ?

(teraz, trochę…)

Wytrzymałam z “Towarzystwem” 20 -30 minut, ale pasuję dłuższą grę w ciuciubabkę, zaciągam plecak, kaptur i idę poszukiwać magicznego przystanku, z którego posunę wprost do Sanoka :) Autobus podjeżdża o wiele szybciej, zatem mój ruch to strzał w 10 – Brawo Lena mówię w duchu i wsiadam… Kierowca coś koło 50, ten wiek w wydaniu mężczyzn ma do mnie słabość :D łapiemy nić porozumienia, która przydaję się nieocenienie w późniejszej podróży :)

Ruszamy 10 minut po 24, starzeje się w autobusie w towarzystwie plecaka, wody niegazowanej i maślanych ciastek, extra!! :)

Uśmiecham się sama do siebie, zamykam oczy i myślę o tych, których obecność teraz nie byłaby ciężarem…

Lituję się w końcu nad brzęczącym telefonem i łapię kontakt ze światem…

Pojawiają się pierwsze, życzenia, tym razem Braciszek melduje jako pierwszy: sto lat :) jemu mogę odpisać, gadamy chwilę, dla niego to szaleństwo, to metoda, rozumiemy się i to buduje :) jeszcze kilku osobom odpiszę, resztę ustawię w kolejce na jutro. Odpalam tryb samolotowy, by już do rana nic nie mrugało, a jedyne co zakłócało ciszę, to dźwięki gitary…. Metalica dochodzi do głosu, a ja się rozpływam, jestem Ich, uległa jak bywam rzadko, odpływam….

Czwartek

Budzę się coś koło 4, zostało jakieś pół h do przesiadki, a ja nieco w innym wymiarze, wolałabym się przekręcić na bok i spać dalej, ale działam wbrew swoim chęcią i leniwie przecieram oczy, rozciągam się, poklepuję po twarzy i żegnam z Morfeuszem. Metalica też na razie musi zamilknąć, albowiem mój telefon powoli wykazuje stan wyczerpania.

Przesiadka wychodzi wszystkim sprawnie, kierowca po raz ostatni bajeruje i daje swój nr tel na wypadek pytań… nie doszukując się drugiego dnia, biorę karteczkę z numerem, odpowiadam uśmiechem i ruszam, ku busom, z których ten jeden, zmierza tam, gdzie chcę ja, do USTRZYK DOLNYCH….

10711442_10202088271288733_964515370_n.jpg10808035_10202088764181055_1298843825_n.jpg

To co widzę o 7 z minutami, jest piękne, zachwyca…

To co czuję, jest zagadką…, bo jak określić stan, w którym będąc w obcym miejscu pierwszy raz w życiu, czuję się tak bardzo pewnie, tak dziwnie bezpiecznie, tak swojo.

Bez mapy, bez nawigacji, ruszam przed siebie, wypadałoby pomyśleć o noclegu, znajduję go po jakichś 15 minutach :D

Pan Zygmunt to przemiły człowiek, sprawy formalne załatwiamy expressowo, chwilę po 8 jestem już rozpakowana, a raczej przepakowana, tak, by móc spędzić jak najwięcej czasu w Górach :) Nie czuję kompletnie zmęczenia, nie chcę spać, jedyne, na co sobie pozwalam to szybki prysznic, bo i tak muszę poczekać, aż nieco podładuje się bateria w telefonie.

Z jeszcze większą po prysznicową energią dziele się moimi pierwszymi newsami z Bieszczad.

Są jednostki, które dalej ignoruję, jest jednak kilka osób, którym chcę “na gorąco” zdać relację, nie zważając na to , że są w pracy czy na zajęciach… Cała Ja, wybaczą, wiem to :)

Ale w sumie jak tu czekać, kiedy dzieje się magia…?

I, gdy widzisz, takie cuda!!

10799617_10202088270448712_46047485_n.jpg

10606073_10202035785576623_5762281321345085168_n.jpg

Pogoda to mój sojusznik! Słonecznie, pięknie, bajecznie…

Zazwyczaj zakochuję się powoli, stopniowo, tym razem jednak, to miłość od pierwszego spojrzenia, od pierwszego kroku jaki robię, tu, gdzie mógłby być mój dom…

Telefon bez zasięgu, ja w samotnym trekkingu na czerwonym szlaku, czuję się wolna

i szczęśliwa, przeszczęśliwa!!

Mój pierwszy szczyt Kamienna Laworta coś ponad 700 m.n. p. m. a ja niczym na Everescie rozpościeram ramiona i chłonę całą sobą, to czegą nie umiem powiedzieć słowami…

Po raz pierwszy dziś umiem wyhamować, nie gnam (choć chcę zobaczyć i poczuć jak najwięcej) kładę się na ławce, zamykam oczy i myślę po raz pierwszy dziś o Ojcu…

Jestem sama ze sobą i swoim gąszczem myśli, bliznami, odczuciami i tymi kilkoma łzami szczęścia pomieszanego z tęsknotą…

Jesteś też Ty, choć nie masz o tym pojęcia, szedłeś ze mną, a raczej wniosłam Cię w plecaku, na tej małej fotografii, która dawała poczucie, że istniejesz, której trzymałam się kurczowo w dzieciństwie, wierząc naiwnie, że była dla mnie…

Właśnie, może przez to, tak bardzo lubię zdjęcia…?

A wiesz, jaki bój o nią stoczyłam z Matką, gdy chciała ją zniszczyć…? Ile jej histerii i słów, których nie rozumiałam do końca, jako 10 – latka,a które mimo wszystko bolały, wytrwałam….

Nie wiesz, tego TATO…

Ale dobrze mi tu dziś z Tobą, choć o więcej jeszcze nie będę zabiegać, nie jestem jeszcze gotowa!

10811711_10202088274088803_1499346100_n.jpg

Popołudnie już mniej refleksyjne, przetrwałam to co chciałam, oczyściłam się, jakiś ciężar ze mnie zszedł. Niestety czerwonego szlaku nie dało się ukończyć, bo akurat była wycinka drzew, i trasa była zamknięta, ale i tak ładny kawałek nią przeszłam i pewnie dotarłabym nią do końca, gdyby nie drzewo, które tarasowało dalszą drogę i dziki na horyzoncie….

Jednym słowem, coś przestało mi pasować i nie napiszę, że się bałam, ale trasę, która zajeła mi 45 minut, zbiłam do 25, zatem chyba każdy się domyśla, co w mojej głowie się teraz kłębiło :D

10805233_10202088768861172_892830501_n.jpg

Łazikowanie skończyłam około 18 -19 -tej. W sumie, to moje wewnętrzne baterie powiedziały dość, łóżko teraz, to dar niebios, szkoda tylko, że kakao samo nie chciało się zrobić…

Mała drzemka, zamieniła się w dwugodzinny sen w ciuchach, a Sajgon w pokoju ogarniłam dopiero koło 22 -giej :D

Teraz też na spokojnie przeczytałam wszystkie urodzinowe życzenia, kilka osób za utracony kontakt ze mna chciało mnie zabić, ale ostatecznie wyroki zostały anulowane, a ja ocalałam :)

Parę słów, usłyszanych i przeczytanych wzruszyło i nawet przez chwilę zatęskniłam za niektórymi, to jednak dzisiejsza samotność mi nie ciążyła i w sumie nie zmieniłabym nic z tego dnia… No może jedynie szkoda ścianki i wspinania z zajebistym teamem Inowrocławskim…

Piątek

Wstaję niczym wystrzelona z procy, to mój drugi i ostatni dzień w tej Boskiej krainie.

Pogoda zmienia swoje obliczę, króluje mgła, zatem podziwianie utrudnione, ale relaks dalej kapitalny. Dziś na tapetę idą Ustrzyki Górne, zagłębie szlaków. Zanim jednak dotrę, do celu, zatrzymuję się przypadkowo w Lutowiskach, no dobra nie mogłam wytrzymać do 11- stej do bezpośredniego autobusu do Ustrzyku Gr. i dojechałam najbliżej jak się dało…

Ale ponownie, “Coś”, “Ktoś” czuwa nade mną i dzięki Pani z Informacji Turystycznej w 2 godzinnej przerwie między autobusem, udaję się na scieżkę przyrodniczo – dydaktyczną

Ekomuzeum “Trzy Kultury” Ruiny Synagogi, pozostałości po żydowskim cmentarzu są fajnym dopełnieniem całości tego sięgania do korzeni…i powrotu w miejsca symboliczne…

Jednak zachwycam się punktem nr.6, z którego rozpościera się panorama na Koronę Bieszczad, mgła co prawda nieco osłania widok, ale i tak jest pięknie!!

10751931_10202088271488738_2101427364_n.jpg

Miło wspominam dwóch Braci, którzy byli oczarowani moim samotnym wypadem.

Oscypek z żurawiną, rozgrzewająca herbata z miodem i cytryną, bez prądu, o co długo  walczyłam, przypieczętowały znajomość, za to na ognisku posypały się propozycje zamążpójścia :P I jakoś średnio im przeszkadzało, że Męża już mam.

Na Ustrzyki Górne zostało niewiele czasu, ale musiałam, musiałam je ujrzeć,.

I powiem tylko tyle, było warto!!! Te wszystkie piętrzące się przede mną szczyty, mgła zawisająca na Nich, słońce niespiesznie wychodzące zza chmur, to chwile jakie kocham,

o jakie zabiegam, jakie celebruję i przede wszystkim, to te chwile, dla którch Góry zawsze będą moją Mekką, Oazą wyciszenia…

10755026_10202088271568740_252115421_n.jpg

Ostatni autobus do Ustrzyk Dolnych jest o 17, zatem chcę czy nie, muszę wracać…

Niechętnie “odklejam się “ od Moich Gór, ale wiem, że niedługo tu wrócę!!!

Spakowana, oglądam foty z wczoraj i dziś i jeszcze kombinuję czy nie wydłużyć przygody o dzień nr. 3, ale na mojej liście przecież jeszcze Wrocław i spotkanie z Siostrą, a że to bliska mi osoba wiem, że zawieść nie mogę.

I mimo nienasycenia jakie czuję w trzewiach, według planu wsiadam w autobus, by przemierzyć 600 km i by jako pierwszej właśnie Jej opowiedzieć o moim bieszczadzkim śnie!

10799531_10202088271928749_200883339_n.jpg

Nawet w autobusie staram się wyłapać piękno tych okolic! Z nosem przyklejonym do szyby, nie jak “Magdalena”, ale jak mała “Madzia” chłonę wszystko dookoła. I może to głupie,  ale lubię te drobiazgi… te rozmowy z nieznajomymi, te przygody po drodze, kanapki robione w autobusie, kawę albo herbatę z termosu, plecak, który jest największym przyjacielem…

Lubię moje małe – Wielkie dni!

10807885_10202088771581240_7553172_n.jpg

I gdybym kiedyś przestała cieszyć się tymi drobiazgami, to walnij mnie w łeb Przyjacielu!

Myśli po „łuskaniu fasoli”

Skończyłam właśnie czytać, po raz kolejny, genialną moim zdaniem książkę: “Traktat o łuskaniu fasoli” Wiesława Myśliwskiego. Powieść ta, to swoista medytacja nad rolą przeznaczenia i przypadku w ludzkim życiu.

A, kto z Nas nie zastanawiał się, chociażby raz, dlaczego coś się dzieje w jego życiu ?

Wątpię, by znalazł się śmiałek, któremu nigdy taka myśl nie zaświtała w głowie!

W mojej głowie, podobnie jak w głowie Autora, jest ona często. Choć oczywiście nie sprowadzam swojego życia, jedynie do gdybania, zdecydowanie wolę je wykorzystać w pełni, niezależnie czy pędzę ku przygodzie, czy truchtam ku problemom, tak czy siak lepszy minimalny ruch, niż stagnacja. Jednak nie, o mojej szalonej naturze chcę mówić. Zatem wracając do meritum sprawy jesteśmy zawsze ciekawi, dlaczego coś się wydarzyło, jakie będą tego konsekwencje, jak to wpłynie na nas. Naturalna egzystencjalna ciekawość.

Ja swoją uwagę w takich momentach skupiam nie tyle na wydarzeniach, co na ludziach , których poznaje dzięki ów “przypadkowi”.

Dziś w dobie pomieszanych priorytetów, permanentnego wyścigu ku lepszemu… cokolwiek, to znaczy, by zaistnieć i być zauważonym trzeba być “cool” i “na topie”.

I często ta maska super – laski, super- gościa jest tak sztuczna, jak opalenizna po solarium, ale wielu chętnie ją zakłada, by być docenionym i zauważonym, by wspiąć się na szczyt, z którego można jedynie runąć z hukiem w dół, jednak któż zobaczy ten upadek, skoro oczy skierujemy znów ku mocniejszym doznaniom?

I tak mijamy setki ludzi mniej lub bardziej wartych naszej uwagi. Rozpychający się łokciami zazwyczaj są szybciej wyłapywani z tłumu, jednak są jak zimne ognie odpalane w Sylwestra, migają pięknie, na chwilę, później gasną, pozbawione uwagi.

Mimo wszystko takich kolorowych ptaków epoki, jest więcej i częściej takich spotkań doświadczamy.

Oczywiście jak to mówią, każde spotkanie z drugą osobą nas odmienia, zatem za każde trzeba być poniekąd wdzięcznym. Ja zazwyczaj swoją wdzięczność wyrażam jednym twierdzeniem: “mózg to jednak produkt deficytowy”. I bez większego wysiłku ów Kazik, Janek, Dorota stają się postaciami x, y, z, odchodząc do historii.

Są jednak ludzie, (na całe szczęście!!), którzy potrafią wywrzeć na mnie wrażenie piorunujące. I, wtedy dopiero zaczynam prawdziwą analizę, dlaczego właśnie dziś nasze drogi się splotły…? To typ ludzi, który urzeka, charyzmą, inteligencją, pewnością siebie, pasją itd… Jednak, największą słabość mam do takich duchów nieprzeniknionych, skrywających w sobie tajemnicę. Ludzi trudnych, którzy bez większej wylewności wyrażają siebie, którzy są zagadką na starcie i na mecie, o których powiedzieć “ WIEM”, to trochę strzelić sobie w kolano.

To typ ludzi, który uwielbiam, któremu biję pokłony i, który jest mnie w stanie zafascynować.

Sama jestem gadułą i pewnie wielu z moich znajomych, nawet tych bliskich myśli, że wie o mnie wiele. I tak jest! Choć posługując się bliską mi terminologią, to tylko jeden z kilku plecaków, który zabieram w podróż. Ten, który można poznać, oczywiście, jeśli się zasłuży.

Są jednak kolejne, być może mniejsze i lżejsze, jednak są i o ich istnieniu wie może jedna, może dwie osoby. Jest w końcu ostatni bagaż, ten, który wędruje tylko ze mną, którego nie zna Nikt, który jest mój na wyłączność, który świadczy o mojej tajemnicy!

I, jeśli spotykam na swej drodze, kogoś z podobnym podejściem do życia, z tą cudowną tajemnicą w oczach, to bądź pewien, że nie ważne co powiesz na jego temat, nie ważne co ma, czego nie ma, czy jest “cool” mniej, bardziej czy wcale. Ja się przy Nim zatrzymam, bo od zawsze lubiłam drogę pod prąd!

I zgadzam się z Myśliwskim, że :” Cenię ludzi, o których z góry wiem, że nie dadzą się łatwo odgadnąć, jeśli w ogóle. “

Znaleźć w życiu pasję, to narodzić się na nowo!!

Czy na sport może być za późno…?

Od dzieciaka pamiętam, że najbardziej znienawidzonym przeze mnie przedmiotem (po za matmą rzecz jasna) był w-f. Co prawda, gry zespołowe: palant, kucie, siata, hokej na trawie, to owszem lubiłam, ale, kiedy przychodziły te wszystkie testy coopera, biegi krótkie, średnie, długie, gwiazdy, kozły itp. pierdoły, to przechodziłam drogę przez mękę, żeby zaliczyć.

Moje gabaryty z czasów szkolnych, do opływowych nie należały, zatem siłą rzeczy wysiłek sprawiał mi ból i prowadził do szybszego niż u innych zmęczenia materiału.

Konsekwencją tego stanu, było podkopanie mojego “ego”, które trzy razy w tygodniu przegrywało ze średnio 20 innymi osobami. W-f, zatem w mojej głowie, to nie tylko ból fizyczny, palących mięśni albo, inaczej spalanego tłuszczu. To przede wszystkim psychiczny dyskomfort, to niczym, wymuszony striptiz, bo co prawda w rzeczach, ale przegrana jawiłam się w oczach moich kolegów i koleżanek, no i oczywiście nauczyciela.

To był chyba właśnie ten pierwszy permanentny stan porażki, którą zapamiętałam po dziś dzień.

Im starsza, tym coraz bardziej zaczęłam, myśleć nad tym jak   to pasmo udręczenia przerwać, wpadłam na pomysł, na tamten czas wręcz genialny, zwolnienie lekarskie.

Przy kolacji jakby nigdy nic oznajmiłam, że chciałabym, aby mama załatwiła mi coś takiego, bo, skoro pracuje w Służbie Zdrowia, to niech wreszcie się wykaże.

I ku mojemu zdziwieniu, poszło gładko, wręcz usłyszałam, że   ,   to głupota te wszystkie ćwiczenia, że każdy sam sobie reguluje swój rytm. Nie zastanawiałam się czy, wtedy twierdzenie mojej mamy i babci, było słuszne czy nie. Interesowało mnie, bowiem tylko jedno, osiągnięty cel. I brak kolejnych upokorzeń, od tej nocy czułam się pewniej.

I, jeśli chodzi o szkołę, to na takich ciut bezpodstawnych zwolnieniach przewegetowałam, udzielając się w grach zespołowych, szerokim łukiem, omijając te potyczki z sobą samą.

Jednak jak   to mówią, życie bywa przewrotne.

I faktycznie moje przewróciło się nieźle.

Na początku studiów postanowiłam sobie, że chudnę, cokolwiek i ktokolwiek, by mi na ten temat nie powiedział, chudnę i już.

Zaczęłam od diety, szybko jednak dołączyłam małą aktywność fizyczną, jakieś brzuszki, skakanka, niby nic, ale przynosiło efekt, aż w końcu przyniosło efekt totalny, schudłam i było mi po   prostu wyśmienicie!

Jednak to był tylko jakiś mały impuls do zmian, które miały dopiero zajść.

Na dobre sportowego bakcyla, załapałam jakieś dwa lata temu.

Pierwsze treningi cardio z instruktorem, siłownia, fitness, bieganie, podobały się, jednak dalej nie dawały tego konkretnego uczucia spełnienia, nie były też na tyle silnym bodźcem, by wykonywać je non stop. Zatem trochę jak sinusoida wyglądał, też mój trening, 3 miesiące totalnej harówki i wyrzeczeń i jakiś podszept typu impreza, grill, pizza, a zapominałam o samokontroli.

Dalej szukałam swojej niszy, by wreszcie czemuś się oddać tak na maxa, tak   jak ja lubię.

Spontanicznie w czerwcu, gdy byliśmy z mężem na wakacjach w moich rodzinnych stronach, stwierdziłam, że w ramach czegoś nowego skoczymy na ściankę do Inowrocławia.

Góry kocham, mogłaby po nich łazić godzinami, a   że Kujawy to nie góry, to ściana brzmiała sensownie. No i ruszyliśmy w pewien wtorek na tą ścianę kompletnie nie wiedząc, czego się spodziewać. Gdy minęliśmy magiczne zielone drzwi, gdy ekipa zobaczyła jakieś dwa nowe niedobitki, chciałam się ewakuować, ale doszłam do wniosku, że   co tam i tak Nas nie znają, więc nawet jak się zbłaźnimy, zapewne nasze drogi więcej się nie skrzyżują.

Wymieniliśmy uściski dłoni, przedstawiliśmy się i zaczął się młyn.

Na dzień dobry wiązanie ósemki, byłam w harcerstwie uczyliśmy się nie tylko tego węzła, ale, gdzie ja teraz miałam, to sobie przypomnieć, gdy drżałam o własne życie.

Z pomocą Konrada i Piotra, dumnie zapięci w uprzęże, z pięknie związanymi linami ruszyliśmy wspinać się po najprostszej z tras, czyli żółtej. Oczywiście, że pierwsza ruszyłam do boju i tak się pięknie spięłam, że w połowie tego serio prostego odcinka, wręcz darłam się, że chcę blok i na dół, oczywiście nieco ściemniłam, że ręce mnie bolą, ale guzik za pierwszym razem nie ten ból mnie zahamował, a panika, że robi się wysoko i, że   jak niby Gość, który nawet nie patrzy, gdzie ja jestem tylko gada odwrócony bokiem do mnie, ma mi pomóc.

Na dole nieco ochłonęłam, kolejne próby przejścia żółtka faktycznie już blokowały ręce i tzw. buła.

I, choć wakacje mignęły niemal jak jeden dzień, to fascynacja ścianą, została.

Zaraz po powrocie, zaczęłam szukać w Norwegii podobnego miejsca, gdzie będę mogła znów tak bosko panikować, po   czym oswajać ten strach. Niestety, Norwedzy sport postrzegają nieco, inaczej i trochę, inaczej zaczyna się swoją wspinaczkową karierę, ale nie zrażona tym faktem, postanowiłam ponownie zawitać do Inowrocławia, pobyć trochę w Polsce, by znów podładować swój akumulator.

I ten ostatni czas na ścianie, kolejne przejścia, kolejne odpadnięcia i buły uświadomiły mi, że   to jest   to, że chcę nie z doskoku, tylko systematycznie i regularnie doskonalić siebie. Chcę na tej ścianie dalej łazić, dalej błądzić, odpadać, by wiedzieć co zrobić, aby kolejny raz było lepiej.

To jest   to miejsce, gdzie potrafię z pokorą przyjąć porażkę, bo wiem, że tylko dzięki takiemu potknięciu za chwilę będę na wymarzonym stopniu, zrobię dobry przechwyt, itd.

Tam niczym w górach potrafię nie myśleć o niczym innym, jak o tym co robić, by iść naprzód.

I wiem, że znajomi mają czasami mnie dość, kiedy po raz kolejny odmawiam pizzy, kebaba czy piwa, bo wiecie dieta, ściana, forma.

Ale wiem, że Ci prawdziwi, zrozumieją, bez zbędnych słów moją postawę.

A ja z kolei wiem, że cokolwiek, by się nie działo, to mam swój mały wspinaczkowy świat, w   którym czuję co znaczy żyć