Klucz do szczęścia – Sekret – prawo przyciągania

Tak, moja zmiana zaczęła zachodzić od obejrzenia Sekretu (film powstał na podstawie książki Rhondy Byrne o tym samym tytule). I choć nigdy nie wierzyłam w tego typu literaturę czy filmy, stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia i warto spróbować, bo gorzej chyba i tak już nie może być. W czasie w którym obejrzałam sekret, dużo się działo w moim życiu, i psychicznie nie miałam siły stawić tym zmianom czoła i wykorzystać ich jako szanse na pozytywna zmianę. Było wręcz przeciwnie, nic mi się nie chciało, a moje myśli kołowały 100km na godzinę zadając mi te same bezsensowne pytania. Te same pytania i przygnębiające myśli krążyły po mojej głowie…i im bardziej miałam ich dosyć z tym większą silą wracały. I choć wiedziałam jak bezsensowne jest takie myślenie…nie mogłam się ich pozbyć…jakby zadręczanie siebie samej było nieuniknione.

Miałam ich tak szczerze dosyć… więc gdy dwie osoby które się nie znają w jednym tygodniu kazały mi obejrzeć Sekret (to znak od siły wyższej!) postanowiłam sprawdzić czy mi pomoże!

sekret

Sekret, opowiada o prawie przyciągania (the law of attraction). Według tego prawa nasze myśli to fale które wibrują na różnych częstotliwościach i to co nam się przytrafia, czy osoby które spotykamy na naszej drodze są odpowiedzią na te wibracje. Wibracje wokół nas dostosowują się do naszych myśli, wiec jeśli myślimy negatywne myśli, takie tez rzeczy przyciągamy do siebie. Np., Jeśli jesteśmy niezadowoleni ze swojej pracy często w naszej głowie przeżywamy te negatywne chwile, wmawiamy sobie jak nienawidzimy swojej pracy – takim myśleniem wysyłamy te negatywne wibracje i w rezultacie przyciągamy jeszcze więcej negatywnych wydarzeń do naszego życia. Według Sekretu, w takim momencie musimy przestać myśleć czego nie chcemy i wyobrazić sobie to czego pragniemy i jaką prace byśmy chcieli mieć, a wtedy pewnego dnia to się stanie. W pierwszej chwili, po usłyszeniu tej teorii pomyślałam jakie to głupie… przecież to nie takie proste… ale postanowiłam oglądać dalej.

W skrócie ujmując sekretem Sekretu i prawa przyciągania jest to, że przez myślenie pozytywnie i wizualizowanie tego czego naprawdę chcemy otwieramy się na nowe możliwości i wiemy do czego dążymy nie tracąc czasu i energii na to co nas dołuje i zniechęca do działania. Ale żeby Sekret zadziałał, nie możemy tylko siedzieć i myśleć pozytywnie, musimy tez działać w zgodzie z tymi myślami a wtedy sami zdziwimy się ile jest możliwe! Jeśli mi nie wierzycie, spróbujcie tej teorii w praktyce, przez tydzień i zobaczcie czy coś się zmieniło.

Patrząc 8 miesięcy wstecz, widzę dziewczynę, której niedługo stuknie 30ka a musi zacząć nowe życie… sama, z dala od rodziny, która nie ma pracy już tyle lat po studiach, która straciła co wydawało się być jej miłością życia; która wydała fortunę, i to jeszcze nie swoją na następne studia które wygląda na to nic nie zmienią bo jak tu skończyć pisać pracę magisterską gdy nawet niema się siły wstać z łóżka…

Patrząc 3 miesiące wstecz, widzę dziewczynę która choć nie pewna co przyniesie jutro („tak, mamo za chwilę kończę praktyki.. nie, nie wiem co z pracą…”) patrzy w przyszłość z nadzieją i nie zamartwia się niepotrzebnie o ‘a co będzie jutro’; Dziewczynę, która choć nienawidzi pisać, przed snem wmawia sobie „Napiszę tą prace ze spokojem, na czas i na dobrą ocenę!”  i dziewczynę, która choć nieśmiało, zaczyna wierzyć, że najlepsze jeszcze przed nią.

Patrząc na nią teraz, widzę dziewczynę w najlepszym okresie jej życia, nadal młoda ale już wie czego chce, i zna swoją wartość. Dziewczynę, która nie potrzebuje pierwszego lepszego faceta, który się nią zainteresuje żeby się czuła pełnowartościowa. Dziewczynę, która jest szczęściarą bo ma dwa domy (niektórzy nie mają żadnego miejsca na ziemi!), ten jej nowy tutaj, i rodzinny w Polsce. Dziewczynę która skończyła studia (tak! Napisała tą prace na czas i na dobrą ocenę), ma stała i dobrze płatna pracę (i to bez wysłania nawet jednego CV i przejścia rozmowy kwalifikacyjnej), plany na wakacje (rozmóki włoskie już kupione… uno due tre…) i wiele pomysłów na przyszłość. Dziewczynę która z wiarą patrzy w przyszłość bo WIE że najlepsze jeszcze przed nią.

Obejrzenie sekretu było dla mnie tylko początkiem, impulsem by zacząć myśleć inaczej. I nie zrozumcie mnie źle, Sekret to nie magiczna pigułka którą połkniesz i marzenia zaczną się spełniać. By prawo przyciągania działało w praktyce potrzebna jest ciężka praca w każdej chwili w której twoja świadomość jest przytomna. Ja ciągle się uczę jak myśleć pozytywnie, i jak pozbyć się negatywnych myśli… i tutaj raz jeszcze, w odpowiednim momencie odkryłam coś co pomaga mi codziennie toczyć tą walkę moich myśli… ale o tym następnym razem ;)

magnatKA

 

 

Każdy dzień to walka cd – Wszystko powstaje w naszej głowie.

Ostatni rok nauczył mnie inaczej patrzeć na to co nam się przytrafia. Gdy na naszej drodze pojawiają się trudności, coś nam nie wyjdzie, pierwsze co nam pojawia się w głowie to złość i żal; „czemu to akurat mi się przytrafia? Dlaczego ja?” itp. Wszystko odbieramy bardzo osobiście, a często zachowanie innych, które nas tak rani, jest tylko przypadkowe i nie ma nic wspólnego z nami. Każdy przeżywa własne życie i widzi wszystko z innej perspektywy, i  często te raniące nas zachowania są zupełnie nieświadome … Ale o tym też nie dzisiaj.

Jeszcze parę miesięcy temu, wszystko musiałam mieć zaplanowane, przynajmniej na kilka kroków na przód, a każdy dzień bez takiej czystej wizji co stanie się następne napawało mnie niepokojem. Podstawówka, Gimnazjum, Liceum, później studia, jakieś praktyki i praca, trochę odłożyć, ślub, dzieci… W końcu o to chodzi w życiu, prawda? Żeby zakładać rodzinę i harować do wieczora żeby ją utrzymać. Ale gdy ten genialny plan utknął w miejscu, niewiedza co się stanie z moim życiem wpływała nie tylko na moja psychikę i poziom stresu ale i moje ciało. Mięśnie się spinały a brzuch protestował. To że nie możemy zmienić co nam się przytrafia nie miało znaczenia… tylko pogrążało moją bezsilność. Do tego zmartwione głosy rodziców „a co teraz zrobisz? Gdzie będziesz mieszkać? Jak się utrzymasz? Przynajmniej do tej pory ktoś ci pomagał, a teraz? Jesteś tam zupełnie sama!” wcale nie dodawały mi otuchy. Ale pewnego dnia, ktoś powiedział mi: ”może nie możesz kontrolować co ci się przytrafia, ale możesz zadecydować jak na to zareagujesz” i podesłał mi kilka linków do obejrzenia na YouTubie. I choć sceptycznie do nich podeszłam, stwierdziłam, ze warto je obejrzeć. Tym bardziej, że w ciągu tygodnia następna osoba poleciła mi obejrzeć ten sam film. I od tego momentu zaczęła się walka w mojej głowie.  Że też mogę zacząć inaczej spoglądać na rzeczywistość i zostawić za sobą żal, złość, smutek, niepokój i stres. Minęło już ponad pół roku, i wiem że nadal się uczę takiego spostrzegania świata ale już widzę efekty w samej sobie… a co więcej dostrzegam jak inni są pełni negatywnych myśli. Nauczyłam się, że paradoksalnie coś może boleć czy doprowadzać mnie do łez, ale jednocześnie czuję, że tak jest lepiej.  Nie wszystko jest czarne czy białe, pozytywne czy negatywne. Wszystko nas czegoś uczy, i to od nas zależy co z tego wyniesiemy.

Po zakończeniu wieloletniego związku, nie raz słyszałam od innych ze ‘zmarnowałam najlepsze lata’, ale ja wcale tak nie myślę. Przeżyliśmy wiele pięknych chwil razem i do póki nie dotknie mnie skleroza, nikt mi ich nie odbierze. Co więcej, teraz też wiem, czego chcę, i co sama muszę u siebie naprawić, nad czym popracować. Więc przynajmniej jak spotkam „Mr. Right” to będę wiedzieć jak tego nie spieprzyć;) Oczywiście, były dni że smutek i zazdrość brały górę i przesiedziałam cały weekend smarkając… Aż w pewnym momencie zrozumiałam, że nie ma o co płakać czy być zazdrosną. Bo po głębszym zastanowieniu, wiem, że to o co czułam teraz zazdrość wcale wtedy mnie nie uszczęśliwiało, wcale nie chciałam tam być, i tylko z przyzwyczajenia moje ciało kazało mi płakać nad ‘utraconym’.  To, że on teraz trzyma nie moją rękę, wcale nie znaczy że bym chciała żeby  trzymał właśnie moja.  I choć czasami mi tęskno, i  oczy mi się zaszklą to nie ze smutku lecz tylko tak po prostu, bo życie nie jest czarno-białe, smutne lub wesołe. Raz jeszcze paradoks się ujawnia we mnie, i sobie popłacze ale jednocześnie wiem, że jest ok, ale co ważniejsze, że lepsze jest jeszcze przede mną. Teraz  wierze, ze wszystko dzieje się po coś, by dać nam szansę żebyśmy przejrzeli na oczy i nauczyli się o co to chodzi.

Moja walka myśli nadal trwa, ale teraz umiem już wyłapać chwile słabości i reagować zawczasu. Gdy dopada mnie przysłowiowy dół, chwytam po książkę czy słucham wykładu na YouTube. Ale co się z nich nauczyłam, może zostawię już na następny raz…

Każdy dzień to walka…

Każdy dzień to walka a bój jest zaciekły i toczy się non stop. Jedyne chwile wytchnienia przynosi mi sen. A czasem nawet i we śnie prowadzę tę walkę… walkę moich myśli… Miniony rok był niewątpliwie rokiem zmian. Co by było gdyby te zmiany się nie dokonały? Jakby wyglądało moje życie gdybym nadal budziła się rano i widziała jego twarz a nie biel nowej ściany? Czasami łapie siebie samą trwoniącą czas na takim rozmyślaniu… bo co to da, takie zastanawianie się? Raczej nic dobrego. Nic to nie zmieni a tylko wprowadza mnie w ten dziwny melancholiczny nastrój…

Paradoks… paradoks to chyba najlepsze słowo na opisanie roku 2015 i rzeczywistości, przynajmniej mojej, tej obecnej i mojego świata. Bo jak to możliwe, że można kogoś kochać tak szczerze ale czuć jakąś wewnętrzną ulgę słysząc, że nie będziemy już razem…? Takich paradoksów ostatnio doświadczam non stop, ale dzisiaj nie o nich… Zostanie singielka po tak długim czasie, to nie była największa zmiana jaka się wydarzyła w zeszłym roku. Największa zmiana zaszła w mojej głowie… a raczej zachodzi… bo nadal nie jestem pewna czy pojęłam o co tu tak naprawdę chodzi… po co to wszystko, po co się staramy i toczymy walkę każdego dnia… i dlatego, że dla mnie to nadal walka, widzę że chyba nadal nie do końca dotarłam gdzie mam być… ciągle odkrywam, szukam ale czuję, że te zmiany które ostatnio zaszły w moim życiu, i w mojej głowie, naprowadzają mnie na odpowiedni szlak. Że

pewnego dnia obudzę się i nie będzie już gonitwy myśli… nie będzie walki w mojej głowie i po prostu będzie jak ma być, dobrze… szczęśliwie… będę spełniona, pełna pasji  i miłości…

Rok 2015, a przynajmniej jego druga połowa, była dla mnie ważną lekcją… ale lekcją która nadal trwa.  W końcu zrozumiałam, że żeby mieć chociaż najmniejsza szansę na szczęście trzeba być szczęśliwym z samym sobą… i póki nie uwierzę w siebie i nie nauczę się przysłowiowego „kochać, lubić i szanować” samej siebie, nie znajdę szczęścia i nikt inny mnie też nie uszczęśliwi… a co najważniejsze, nie mogę oczekiwać, że bycie z kimś odwali ze mnie brudna robotę i jak na romantycznym filmie będę najszczęśliwszą kobietą na planecie trzymając jego rękę i patrząc mu w oczy 24h na dobę…  Jasne, nie ma nic bardziej uszczęśliwiającego niż bycie zakochanym…( w wzajemnością oczywiście) ale zakochanie przemija, a ludzka złożona istota na dłuższą metę potrzebuje czegoś innego, czegoś więcej… Teraz już, a w sumie dopiero teraz, to wiem.  Więc mam plan… w roku 2016 muszę się zakochać ale w samej sobie… Ale jak to zrobić? Jak mam odkryć samą siebie i wygrać tą bitwę moich myśli stojąc samotnie im naprzeciw..? Może jakiś paradoks pomoże mi to odkryć…

CDN

… i żyli długo i szczęśliwie.

Czy nie było by wspaniale, żeby życie układało się jak w bajkach? Że po spotkaniu tego jedynego/ jedynej po prostu się wie, że to prawdziwa miłość. Magiczna siła rozpiera cię od środka i po prostu wiesz, że to to, że warto o tą miłość walczyć. Jak byłam mała wierzyłam, że każdemu przysługuje idealna połówka, twoja zagubiona dusza, która szuka ciebie, aż cię znajdzie, by żyć długo i szczęśliwie. Ale im dłużej żyje, zaczęło mi się to wydawać wcale nie takie fajne. Przecież wypadki się zdarzają, i jeśli coś się stanie tej mojej drugiej połówce, czy to musi oznaczać, że do końca życia będę sama? Niezbyt to optymistyczna wizja.

Z biegiem lat, zaczęłam się zastanawiać skąd w ogóle mam wiedzieć, że to ten. Czy nie powinno to być zauroczenie od pierwszego wejrzenia? Przecież tak to jest, że spojrzysz na kogoś i po prostu wiesz, a nie, że znacie się ileś tam czasu, i w sumie jest miły, i nic mu nie brakuje, ale gdyby nie to że on zrobił ten pierwszy ruch, i drugi …i dziesiąty to by nic z tego nie było. Czy to może być prawdziwa miłość?

W ogóle czym jest miłość? Czy to, że od pierwszego momentu jak go zobaczyłam, nie mogłam oderwać od niego oczu, świadczyło by, że będziemy w stanie przejść przez życie razem? Będziemy stawiać czoła problemom i zawsze na siebie będziemy mogli liczyć? Z moich obserwacji, coś mi się wydaje, że nie bardzo…

Jestem teraz w tym wieku, że co się obejrzę to widzę zaręczynowe fotki na fb, albo weselne sesje zdjęciowe koleżanek ze studiów czy podstawówki. Nawet te, których nikt nie podejrzewał o znalezienie chłopaka, zajęte są teraz wybieraniem idealnej sukni ślubnej. A ja, mimo, że jestem w tym samym związku od kilku ładnych paru lat nadal czekam na ten moment. Ale czy faktycznie JA czekam? Czy to raczej presja otoczenia? Przecież na razie niespieszno nam do zakładania rodziny, nadal szukamy naszej pasji i kariery, ciągle się uczymy. Ani ja nie mam ochoty na bycie w centrum uwagi, ani on, nawet przez ten jeden dzień. A już nie wspomnę o oszczędnościach jakie byśmy musieli mieć na wyprawienie takiej imprezy. Wiec czemu, wiedząc, że ślub w sumie nic nie zmieni, bo teraz to i tak żadna gwarancja bycia razem, zaprzątał mi  on ostatnio głowę? Może, skoro nie prosi o rękę to mu już nie zależy? Do tego słowa mamy ‘wy to już nigdy się nie pobierzecie’ tylko pobudziły moja paranoje.

Miałam urodziny. Było super, spędziliśmy cały dzień razem, zwiedzając miasto a wieczorem poszliśmy do najlepszej restauracji jaką mogłam sobie wyobrazić. Idealny wieczór. Następnego dnia, dziękując rodzinie za życzenia, odpisałam też jego babci opisując nasz piękny dzień. W odpowiedzi dostałam smsa: ”Wieczór musiał być niezapomniany. Sceneria idealna na zaręczyny! Czy może jeszcze nie..?” Ten sms, mimo, że w sumie niewinny, przelał szalkę mojej paranoi. Wszystko zlało się na mnie w przeciągu paru dni – kryzys poszukiwania sensu w życiu zawodowym, brak pracy i wizja braku planów na najbliższa przyszłość mnie załamała. Może to teraz brzmi idiotycznie, ale brak pewnej ogólnej satysfakcji i wizji rozwoju spowodował, że zwątpiłam w tą jedną osobę, która zawsze przy mnie była. Nie mówię, że zawsze było idealnie. O nie. Ale jeśli coś się działo, na niego zawsze mogłam liczyć. Przez tyle lat. W dniu desperacji zwątpiłam czy MY mamy nadal sens? Czy warto o nas walczyć, skoro nawet nie wiem czy mu tak na dobrą sprawę zależy. Może faktycznie, prawdziwa miłość jest jak w bajce, na tyle silna, że jak cię spotka to wiesz to od razu. Po prostu to czujesz. A co ja czuję? Już sama nie wiem. Wylałam swoje żale, a on zapytał czy chcę z nim być. A ja zamarłam. Chcę? Nie chcę? Nie wiem! Skąd mam wiedzieć czym jest prawdziwa miłość? Niestety, nie wiem jest mało pocieszającą odpowiedzią. Co ja bym zrobił jakby na moje pytanie odpowiedział mi ‘nie wiem’? Więc nic nie odpowiedziałam. Okazało się, że cisza może być równie bolesna…

Ok, już sama nie wiedziałam co robię, ale skoro twierdzi, że jakbym go kochała to bym wiedziała co odpowiedzieć, to może faktycznie pora od siebie odetchnąć. Słowa padły, nie ma już odwrotu. Pora spakować torby i rozpocząć nowy rozdział, a raczej rozdziały… osobno.

Gdy ktoś jest na wakacjach razem, jest zmuszony spędzić czas razem. I to nas uratowało. Bo telefon nie odbierał, bo nic już się dzisiaj nie załatwi. Byliśmy na siebie skazani przez jeszcze jakiś czas. Czas wystarczający, by emocje opadły, by nie wybiec w złości, i by z dumy i skrzywdzonych uczuć się już do siebie nie odezwać. Mimo, że wiele czasu spędzaliśmy razem i rozmawialiśmy codziennie, tego wieczoru rozmawialiśmy pierwszy raz od długiego czasu… tak naprawdę od serca. O tym co nas boli, czego pragniemy, czego się boimy. Po tej rozmowie, zrozumiałam, że prawdziwa miłość nie przygalopuje do ciebie na białym koniu i nie oślepi cię blaskiem pierścionka zaręczynowego. Prawdziwa miłość będzie o ciebie walczyć, jeśli nawet ty zwątpisz. Nie podda się przy chwili zwątpienia, tylko będzie drążyć co jest nie tak i zrobi wszystko, żeby było lepiej. I mimo, że nie zawsze jest idealnie, wiem, że to ,że się na przykład nawzajem wkurzamy, nie jest dlatego, że mamy siebie dość, tylko wynika z tego, że nam nadal zależy, i że chcemy dla drugiej osoby jak najlepiej. Tej nocy to on o nas zawalczył, a to lepszy dowód miłości niż pierścionek zaręczynowy…

 

 

Rozmowa o staż – oczekiwania vs rzeczywistość

Rozmowa o staż. I to nie byle jaki bo w radzie miasta. Po bardzo formalnej rekrutacji na rozmowę, wielokrotnej wymianie listów: podań z cv, potwierdzeń otrzymania korespondencji i zaproszenia na rozmowę, potwierdzeń przybycia na rozmowę i potwierdzeń potwierdzeń, moje oczekiwania były nie małe. W końcu nie robili by tyle zachodu o nic. Asystent – projektant i desainer eventow. Super brzmi, pytanie co bym miała robić. Ale to mało ważne, ważne jest żeby się zaczepić w dobrym miejscu, poznać ludzi, zaistnieć, pokazać ze cos umiem i ze z chęcią podzielę się moimi umiejętnościami a reszta jakoś się potoczy. W końcu nie po to studiowałam tyle lat żeby teraz siedzieć w domu. Chęci – są! Wiedza – jest! Umiejętności – Są! No powiedzmy są, ale w końcu to staż a nie praca wiec nie mogę być od razu ekspertem… wiec tylko potrzebna jest szansa, szansa żeby się wykazać. I właśnie oto ona – zawitała do mnie na portalu z ogłoszeniami o prace. 10. Stycznia, godzina 11:50 i moja kariera może się w końcu zacznie. Nawet zainwestowałam w nowa koszule żeby jakoś się zaprezentować…

Dzień rozmowy, godz. 12: 40, Rada miasta, ‘pokoj przesluchan’

Zaprezentowałam się chyba nieźle. Przez 40 minutowy nawał pytań odpowiadałam nawet rzeczowo, a jak na mnie to cud. W końcu ciężko mi się otworzyć, ściemniać nie umiem a czasami pytania nie są najłatwiejsze… Rekrutacyjny standard przepytywana o moje doświadczenia zawodowe, umiejętności techniczne, znajomości oprogramowania, zdolności zarządzania zasobami ludzkimi, prace w zespole, prace samodzielna, i np. ‘Co sprawia ze rano wstaje pani z łóżka?

-Budzik? Cham drze się rano i nie daje mi spać do 11 jak lubię – no ale tego im nie powiem – oh, nie ma nic bardziej motywującego do wstania niż możliwość twórczego spełnienia się, stworzenia czegoś nowego. – chyba sama w to uwierzyłam. Jak teraz się zastanowię, to głownie wstaje bo chce mi się siku…ale to tez kiepska reklama mojej osoby. Dobrze, ze zostałam przy wersji twórczej.

Pytania spadają na mnie bez przerwy. W sumie są nawet mili, pytają czy mam cos do pokazania… Mam. Protfolio nad którym ciężko pracowałam, pokazuje omawiam projekty. Wszystko niby ok ale ich miny nagle jakieś dziwne.

- Dziękujemy Pani za przybycie, projekty bardzo ciekawe. Może teraz powiemy cos o praktyce.

Super. W końcu się dowiem co ten Projektant/ designer eventów takiego ciekawego robi.

- Poszukujemy osoby która zajęła by się promocja eventów w naszym mieście, nowych inicjatyw, tworzeniem nowych kontaktów… Przez chwile  tłumaczył jeszcze role asystenta a gdy skończył jego towarzyszka wspołrekrutujacą zwięźle dodała – szukamy kogoś kto będzie dodawał posty na nasze social media. Materiały będzie miał dostarczone, najwyżej będzie trzeba je skrócić. No i czasami będzie trzeba podzwonić do ludzi. Zdobyć informacje o eventach.

Hmm… A gdzie ten projektant? Dobra nie wybrzydzaj…wytrzymasz trochę dodajac posty na fb przez 8h dziennie, ale poznasz ludzi, ludzi z branży, może ci się uda jeszcze jakoś wykazać a jak dostaniesz prace na stale, to wtedy mi zapłacą i będzie już nieźle. W końcu niezależność.

- Tak, no wiec praktyka trwała by 9 miesięcy. Oczywiście jest bezpłatna.

Oczywiście, to żadna niespodzianka. Ale 9 miesięcy? Dodawania postów? Myślałam, że staże są po to żeby się uczyć nowych rzeczy a nie robić to samo dzień w dzień. Ale spoko. Damy rade.

- Aha, i oczekujemy 30 godzinnego tygodnia pracy…

O 30 brzmi nieźle. W końcu jakiś pozytyw.

- Oczywiście rozumiemy ze potrzebujecie trochę czasu.

- Czasu?

- No tak rozumiemy sytuacje, ze ciężko jest i poszukiwanie pracy zajmuje czas. Dlatego stażysta sam decyduje jak chce rozłożyć te 30h w tygodniu żeby miał czas na ‘job hunt’

- ??                        

- No tak, my jako rada miasta, nie możemy zaoferować pani pracy po ukończeniu stażu. Dlatego ma pani 30 godzina nie 37 – na jego twarzy pojawił się uśmiech zrozumienia.

…. F**k my life… – teraz moja mina jest jakaś dziwna…

 

Parę minut później, po uściśnięciu rąk, pożegnaniu się z uśmiechem na ustach wyszłam z budynku. Minęłam też kilka zdenerwowanych twarzy, siedzących przed ‘pokojem przesłuchań’. Czy mówić im ze te portfolio razmiaru A1 które to przytachali jest nie potrzebne? Ze ich ‘desinign skills’ na nic się  tu nie przyda bo skopiować tekst, wrzucić go na fb i klikać ‘Post’ umie nawet 6latek?Nie, niech żyją w błogiej nieświadomości jeszcze kilka chwil, uśmiechnęłam się tylko i poszłam do domu, zdjąć te głupie obcasy…

 

magnatKA