moje ŚDM…

 Swoją decyzję o wzięciu udziału w Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie podjęłam trzy lata temu, kiedy to Papież Franciszek ogłosił w Brazylii decyzję o przyznaniu nam organizacji kolejnych ŚDM. W tamtej chwili nie zastanawiałam się co będę robić za trzy lata, w którym momencie życia będę, wiedziałam jedno – muszę tam być. Tak naprawdę wtedy nie chodziło o to, że będę mogła wziąć udział w spotkaniu z Papieżem, czy przeżyć coś w wielokulturowej wspólnocie – chciałam po prostu tam być. Tam, czyli w Krakowie. W miejscu gdzie dla mnie dzieją się magiczne rzeczy…

Czas płyną, moje życie także się zmieniało. Nie raz i nie dwa coś mi mówiło, że decyzja, którą podjęłam była pochopna, że przecież nie dostanę urlopu, że nikt z znajomych ze mną nie pojedzie, że jestem za stara na takie „atrakcje”. Realne obawy zaczęły mnie dopadać po licznych zamachach terrorystycznych w Europie. Niby myślę pozytywnie, ale takie skupisko ludzi to idealna okazja na pokazanie swojej siły przez terrorystów. Z drugiej strony strach to coś, z czym trzeba walczyć. Nie wolno pozwolić na to, by to on rządził naszym życiem i naszymi decyzjami. Poza tym jechałam do Krakowa jako osoba odpowiedzialna za grupę młodych osób i to właśnie ten fakt spowodował, że się nie wycofałam. Czy żałuję? Nie! Mimo, iż nie ukrywam, że było ciężko.

Piątkowy wieczór, godzina 19.30 ruszamy pociągiem z Mogilna do Krakowa. Elfy są bardzo estetyczne, wszystko pachnie nowością, ale niestety zupełnie nie funkcjonalne na tak długą podróż. Nie ma możliwości się zdrzemnąć. Nagle światełko w tunelu – dostrzegam kawałek wolnej podłogi :) Tak oto zaczęła się moja przygoda bycia przez trzy dni osobą bezdomną i to dosłownie. Kawałek karimaty i kurtka i śpi się jak w gwiazdkowym hotelu. Około 3.30 docieramy do celu – Kraków Bieżanów. Wysiadamy z pociągu w środku nocy na odludziu, bez wiedzy gdzie dokładnie mamy iść dalej. Krążąc docieramy do jednej z parafii, która umożliwiła nam odprawienie Mszy Św. Dziwna to była Msza, bo taka pomiędzy Pasterką a Rezurekcją. Chwilami zmęczenie brało górę… A przed nami była jeszcze 6-cio kilometrowa droga na Pola Miłosierdzia w Brzegach. Wraz ze świtem ruszyliśmy w trasę. Tuż przed godziną 7.00 rano dotarliśmy na miejsce. Właściwie prawie na miejsce i w tym wypadku to „prawie” robiło naprawdę kolosalną różnicę. Ochrona zatrzymała nas tuż przed bramą wejściową na Campus Misericordiae. Okazało się bowiem, że pola nie są jeszcze przygotowane na przyjęcie pielgrzymów… Po za tym poinformowano nas, że do chwili kiedy nie odbierzemy tzw. pakietów pielgrzyma nie zostaniemy wpuszczeni. Zmęczeni nieprzespaną nocą koczowaliśmy kilka godzin na skarpie w coraz większym upale. Tak naprawdę nie do końca wiedzieliśmy, co się dzieje. Nie docierały do nas żadne informacje. Wiele grup zostało odesłanych do drugiej śluzy znajdującej się po przeciwnej stronie 200 hektarowego pola. W końcu kierowników grup poproszono o udanie się w wyznaczone miejsce po pakiety. I co? Okazało się, że wolontariusze odpowiedzialni za wydawanie pakietów – czytaj wydawanie wejściówek na Pola – zaspali. Dotarli na miejsce z półtoragodzinnym opóźnieniem, a co za tym idzie nie byli w stanie obsłużyć w kilka osób kilkadziesiąt tysięcy pielgrzymów, którzy przez ten czas dotarli do bram Campusu. Najdziwniejsze było to, ze organizatorzy jakby tego nie chcieli zauważyć. Wszystkim puszczały nerwy. Zmęczenie, upał, dezorientacja chwilami brały górę. Po małej awanturze dotarli kolejni wolontariusze i bardzo wolno, z naciskiem na bardzo zaczęto wydawać pakiety. W Końcu po kilku godzinach koczowania udało się nam dostać do swojego sektora.

Sektor jak sektor, ani blisko, ani daleko od miejsca celebry. Najbardziej na początku przeszkadzała nam wysoko trawa, która spokojnie mogła być skoszona jeszcze raz przed ŚDM. Każdy sektor został zaopatrzony w namioty po dach wypełnione butelkowaną wodą mineralną i toalety. Tak naprawdę najbardziej w kość dał nam się żar lejący się z nieba. Nie było skrawka cienia, w którym można by przetrwać najgorętszą część dnia. Średnio pomagały parasole czy folie termiczne. Upał i zmęczenie powodowały dość niebezpieczne mieszanki dla zdrowia, jednak pod względem medycznym ŚDM były przygotowany perfekcyjnie. Wzdłuż sektorów parkowały dziesiątki karetek pogotowia, między sektorami poruszali się ratownicy za pomocą quadów z „saniami” na nosze, zaś w samych sektorach spacerowali ratownicy obserwując, czy ktoś nie poczuł się źle. Również pod względem bezpieczeństwa nie czuło się zagrożenia. Sam pociąg, którym jechaliśmy był bardzo szczegółowo sprawdzony przed podróżą przez Straż Ochrony Kolei i policjantów z psami. Jedyne co napawało pewnym niepokojem to odczuwalny wszędzie brak jakichkolwiek informacji. Czuło się, że organizatorów w pewnym momencie sytuacja lekko przerosła. A wystarczyło chociażby przy toaletach ustawić kilak przebieralni, choćby takich, jakie stoją na naszych plażach, co spowodowałoby, że ludzie nie musieliby rano w niedzielę stać po 2-3 godziny w kolejce do toalety, tylko po to, by po nocy spędzonej pod gołym niebem zmienić ubranie. Czy też zorganizować w każdym sektorze choć po jednym punkcie, gdzie można by kupić coś ciepłego do zjedzenia czy napić się gorącej kawy czy herbaty.

To wszystko było jednak nieważne, kiedy do Brzegów dotarł Papież Franciszek na wieczorne czuwanie modlitewne. To właśnie prostota przekazu Franciszka spowodowała, że Pola Miłosierdzia co chwilę wypełniały się gromkimi brawami. To także jego fenomen powodował, że w chwili adoracji Campus trwał w ciszy, skupieniu i modlitwie. W naszym sektorze zabawa trwała jeszcze długo w nocy po wyjeździe Papieża, a to wszystko za sprawą młodych z Włoch i Hiszpanii. Trzeba przyznać, że na lepszych współlokatorów trafić nie mogliśmy ;)

Ostatni dzień spotkania rozpoczął się wraz ze świtem, kiedy to wierni spokojnie zaczęli przygotowywania do udziału w Mszy Świętej z Papieżem. I mimo że spaliśmy na ziemi, bez dachu nad głową, dawno nie spałam tak dobrze, jak tamtej nocy, bo cóż może być piękniejszego jak zasypiać mając przed oczami rozgwieżdżone niebo…

Franciszek powiedział: Sądzimy, że abyśmy byli szczęśliwi, potrzebujemy dobrej kanapy. Kanapy, która pomoże nam żyć wygodnie, spokojnie, całkiem bezpiecznie. Kanapa na wszelkie typy bólu i strachu”. Papież, ostrzegał, że również taka postawa paraliżuje i odbiera nam wolność. “Kochani młodzi, nie przyszliśmy na świat, aby «wegetować», aby wygodnie spędzić życie, żeby uczynić z życia kanapę, która nas uśpi; przeciwnie, przyszliśmy z innego powodu, aby zostawić ślad”.Dlatego warto, było zamienić na te kilka dni kanapę na karimatę…

Droga powrotna na Dworzec Kolejowy to była prawdziwie ekstremalna wyprawa. Ponad dwumilionowy tłum ruszył do domów. Wszystkie drogi zostały zalane morzem ludzi, a pogoda nie ułatwiała zadania, ponieważ przechodzące burze nie tylko moczyły nas bardzo, ale także powodowały, że drogi zamieniały się w rwące potoki. Tym radośniej doszliśmy do celu i nikomu nie przeszkadzał fakt, że do odjazdu pociągu mieliśmy jeszcze ponad 3 godziny. Tak naprawdę cała ta wyprawa to było ciągłe czekanie na coś… Uczyliśmy się cierpliwości, a przy okazji docieraliśmy się jako grupa, próbując poznać siebie nawzajem.

Tym razem również dane nam było poczuć ogromną gościnność i dobroć serca Krakowian. Trzynaście lat temu podczas obozu Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia w Krakowie, spotykałam się z życzliwością mieszkańców miasta na każdym kroku i jedno jest pewne – w tym temacie nic się nie zmieniło. Ledwo zdążyliśmy rozłożyć karimaty przed blokiem nieopodal Dworca, a starsza Pani już krzyczała z okna z pytaniem, kto ma chęć na kawę albo herbatę. Za chwilę cała rodzina pojawiła się z talerzami pełnymi kanapek, dzbankami ciepłych napojów i kubkami gorącej zupy. Podczas ulewy przechowano nas na klatkach schodowych, otwierano przed nami mieszkania, by skorzystać z toalety i umyć się w ciepłej wodzie. Po co Ci ludzie to robili? Przecież nic z tego nie mieli oprócz zlanych schodów, od wody, która ściekała z naszych przemoczonych płaszczy, zadeptanych trawników i zapewne potwornego zmęczenia… Mam na to tylko jedną odpowiedź – postąpili tak, bo właśnie tego uczy Papież Franciszek. Miłosierdzie w stosunku do drugiego człowieka, to podstawa funkcjonowania dzisiejszego społeczeństwa, bo jeśli o nim zapomnimy sami doprowadzimy do własnej zagłady. Żądza pieniądza pozbawi nas człowieczeństwa, a mieszkańcy Krakowa, doskonale pamiętają, co działo się w pobliskim Oświęcimiu podczas wojny, gdy jeden naród postanowił decydować kto na to człowieczeństwo zasługuje, a kogo jego pozbawić. Tej Rodzinie dziękuję za to, że w Krakowie kolejny raz działy się magiczne rzeczy…

Czy dziś wypoczęta po trudach tych kilku ostatnich dni podjęłabym taką samą decyzję i pojechała na ŚDM? Tak, gdyby cofnięto czas, ponownie pozałatwiałabym wszystkie swoje sprawy, porozmawiałabym z przyjaciółmi, pożegnała z rodziną i pojechałabym z realną obawą, że jednak nie wszystko da się przewidzieć, że jednak może nas tam ktoś zaatakować, że mogę nie wrócić… Ale wiem, że moim życiem nie może kierować strach… trzeba ufać i iść przed siebie, a obawy zostawić na „kanapie”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>