wybory – mój punkt widzenia

Dzień, który właśnie się kończy był dziwny, bo został spięty klamrą polityki. Polityki, dużej różnorodności poglądów, brakiem tolerancji na inny punkt widzenia różnych spraw i dużym ładunkiem nienawiści. Ale wszystko po kolei.

Jak co niedzielę wybrałam się rano do kościoła. Nie jestem religijną fanatyczką przyznaje, że czasami idę do kościoła z przyzwyczajenia czasami z potrzeby serca. Od kilku tygodni na wybranej przeze mnie mszy pojawia się ksiądz, który był/jest podejrzany o niefajne rzeczy w stosunku do dzieci. Już tak jest, że gdyby policja poszukiwała kogoś ściganego o przekręty finansowe, o dziwne powiązania ze światkiem przestępczym czy o pedofilię i przestępstwa mocno z nią związane to zanim wypuści za ów podejrzanym list gończy, powinna wpierw poszukać go na naszej plebanii. Ale to temat rzeka na inny wpis. W każdym razie siedzę sobie ciut znużona w kościele, niestety po raz kolejny ksiądz nie porwał mnie swym kazaniem, a tym samym nie zmusił moich szarych komórek do przeanalizowania tego, co właśnie powiedział. I nagle bum! Coś się zaczyna dziać.  Z chóru rozlegają się co chwila jakieś krzyki i dziwne odgłosy. Okazało się, że znalazł się tam jakiś pan, na moje oko pijany lub naćpany. W każdym razie skutecznie przeszkadzał w płynnym trwaniu mszy. Co dziwne nawet, gdy nachalnie przeszkadzał organiście w wypełnianiu jego obowiązków nikt nie zadzwonił na policję czy straż miejską. Odetchnęłam z ulgą, gdy dotrwaliśmy do momentu ogłoszeń parafialnych, bo jakby nie było to element mszy, który prowadzi  raz szybciej raz wolniej do jej zakończenia. Niestety ksiądz proboszcz, który w ubiegłym tygodniu jakimś cudem powstrzymał się od komentowania wyborów prezydenckich dziś musiał upublicznić swoje poglądy. Nie obyło się od grożenia palcem i wypominania nam niskiej frekwencji i krytycznej oceny tych głosów, które zostały oddane na osoby inne niż postać pana Dudy. Taka przemowa nie spodobała się również panu na chórze i nie omieszkał on wyrazić swojej dezaprobaty w stosunku do księdza proboszcza. No i rozgorzała regularna wymiana zdań – pan krzyczał z chóru, ksiądz mu odpowiadał z ambony, istny cyrk i to za darmoche, szkoda tylko, że w kościele. Pan dobitnie powiedział tak naprawdę to co uważa wiele osób wierzących, w tym ja sama, a mianowicie to, żeby ksiądz nie wpierdalał się do polityki (i to jest dokładny cytat z ów pana). Fakt, że może słownictwo było nie na miejscu ale prawda jest taka, że wyraźne oddzielenie państwa od kościoła obu instytucjom bardzo dobrze by zrobiło, bo o ile zwrócenie przez księży uwagi na fakt, że udział w wyborach jest naszym patriotycznym obowiązkiem i wielkim przywilejem świadomego człowiek o tyle wskazywanie wiernym na kogo mają głosować jest ciosem poniżej pasa. Współcześni wierni nie są już tak ciemni jak byli jeszcze 60, 70 lat temu i już tak bezkrytycznie jak kiedyś nie wierzą w to wszystko co mówią im kościół i księża. Jak na ta całą sytuację zareagował ksiądz proboszcz? Otóż drogi czytelniku kazał się nam modlić za tego pana, bo jak powiedział to człowiek chory czyt. w domyśle na umyśle i lekceważąco machną ręką w jego stronę.

Po co opisuję to dzisiejsze zajście? Bo po obejrzeniu dzisiejszej debaty utwierdziłam się w przekonaniu, że już wiem, że oddam w drugiej turze głos nieważny. W ubiegłym tygodniu głosowałam na kandydata, który nie znalazł się w drugiej turze i to jego nazwisko dopiszę na karcie do głosowania w najbliższą niedziele, mało tego postawię po jednym „iksie” przy nazwiskach obu kandydatów. Po co to zrobię? Zdarzyło mi się kilkakrotnie być członkiem komisji wyborczej i wiem, że dopisanie kandydata do listy nie oznacza jeszcze, że głos ten jest już nieważny, bo w momencie postawienia krzyżyka, przy którymkolwiek nazwisku karta taka i tak nabiera ważności. Wolę mieć 100% pewność, że nikt za mnie tego „iksa” nie postawi, gdy będę wrzucać moja kartę do urny mój głos zostanie policzony jako nieważny. Zastanawiacie się może czemu mi tak zależy na tym moim głosie, skoro i tak będzie on nieważny? Otóż wymyśliłam sobie taki sposób sprzeciwu wobec tego co się od dłuższego czasu dzieje na polskiej scenie politycznej. Mam dość tej nieustającej  polsko – polskiej wojny podjazdowej. Dopóki w naszej polityce nie pojawi się nowa partia, świeża krew, ktoś kto do tej pory nie zmieniał barw partii politycznych w zależności od ich miejsc w rankingach, ktoś kto nie jest zepsuty do szpiku kości naleciałościami z poprzedniego ustroju dopóty nic w tej strefie naszego życia nie ma prawa się zmienić. A najlepiej mój pogląd na ten temat opisuje fragment dzisiejszej debaty, w którym to obaj kandydaci zaczęli się wzajemnie atakować i oceniać, który z nich w większym stopniu do tej pory oszukiwał wyborców, obiecywał złote góry, nie dotrzymywał tych obietnic i co więcej, który z nich działał na większą szkodę obywateli. Tak się obaj panowie zagalopowali w tym szaleństwie wzajemnego antagonizmu, że żadnemu z nich nie zależało na tym, by spróbować udowodnić, że te zarzuty wobec nich są nieprawdziwe, że to oszczerstwo. Czy to oznacza, że nawet nie zauważyli jak przyznali się publicznie przed milionami Polaków, że jedyne na czym im zależy to ich osobiste dobro?

Zmęczona polityką idę poczytać książkę, dla mnie będzie z niej większy pożytek niż z pana Dudy i Komorowskiego razem wziętych…

coach

Kilka tygodni temu podczas jednej z rozmów, ktoś bardzo mądry stwierdził, że dobrze by mi zrobiło spotkanie z coachem. Biorąc pod uwagę obecną sytuację na rynku pracy i pomysł, który zaczął gdzieś kiełkować w mojej głowie zaczęłam rozważać tę propozycję. No ale jak na Zosie – Samosie przystało długo zbierałam się do takiego spotkania. Jak to ktoś obcy będzie wytykał mi moje słabe strony, może krytykował mój sposób na życie, a co najważniejsze może się okazać, że wcale nie jestem taka fajna?

Ale że uparty ze mnie człowiek, zadzwoniłam i ustaliłam termin. Dziś był ten wielki dzień. I co? i dupa… Pani była nawet miła, porozmawiała ze mną chwilę i dała przepastny jak encyklopedia test do wypełnienia. Końca nie było, ale jakoś udało mi się przejść przez 209 pytań. Dumna z siebie oddalam arkusz z odpowiedziami, pani skrzętnie go wklepała do komputera i z uśmiechem podała mi wydruk.

Rozsiadłam się wygodniej w fotelu w oczekiwaniu na fachową analizę mojej osobowości i predyspozycji do pracy zawodowej. Wiedziałam od samego początku, że podczas takiego spotkania nie dostanę gotowej odpowiedzi na to by w miesiąc zarobić okrągły milion, czy też jakie studia podjąć by gwarantowały mi one zatrudnienie, jednak liczyłam na to, że taka psychoanaliza okaże się pomocna. Tymczasem pani podała mi kartki, życzyła powodzenia i uprzejmie się ze mną pożegnała.

Mam nadzieję, że z kolejnym coachem pójdzie ciut lepiej i dowiem się czegoś konkretnego! Chociaż pisząc teraz uświadomiłam sobie, że to do końca nie był tak całkiem stracony czas. Niezależnie od tej pani sama uświadomiłam sobie kilka kwestii, zrozumiałam pewne niuanse, które blokowały mnie w podejmowaniu ważnych decyzji. Może chodzi o to, że zawsze to przede wszystkim od nas zależy ile w życiu czerpiemy dla siebie, bo nie chodzi o to by brać tylko szczyptę lecz o to, by brać życie pełnymi garściami :)