Bogowie

bogowieCzwartkowy wieczór… ja i film… ja i prawdziwa historia… historia medycznego cudu…  ja i Bogowie, film Łukasza Palkowskiego.

Jakoś tak wyszło, że jesienią kiedy ów film był wyświetlany w kinach zawsze było sto innych rzeczy do zrobienia i nie miałam czasu, by wybrać się na seans. Jednak przez cały ten czas chęć obejrzenia tego filmu tliła się we mnie, aż do wspomnianego czwartku. Bogowie to film o trudnej sztuce kompromisu w czasach komunizmu, walce z mistycyzmem serca w polskiej świadomości, strachu przed transplantacjami i heroicznym uporze w walce o „cud”.

Już w pierwszych minutach widz zostaje przeniesiony w szare, pozbawione jakiegokolwiek kolorytu czasy komunizmu. Wszechobecna inwigilacja nie pozwala nawet na chwilę zapomnieć o tym, jaka partia obecnie rządzi. Kto nie chce dogadać się z Partią, nie ma szans normalnie pracować i realizować swoich zawodowych planów. Awansują nie zdolni, lecz wierni socjalizmowi. Nauka nie może wyrwać się zza żelaznej kurtyny i w pełni rozwinąć skrzydła. W takich warunkach zaczyna pracować niepokorny człowiek, który okaże się geniuszem kardiochirurgii. Wkrótce cały świat usłyszy o Zbigniewie Relidze.

To niesamowite jak jeden charyzmatyczny człowiek jest w stanie skupić wokół siebie ludzi pełnych pasji i gotowych do poświęceń w imię idei. Zbitek indywidualnych osobowości nagle staje się zgranym zespołem, który razem przeżywa porażki, solidarnie trwa przy pacjentach, by w końcu móc poczuć pełnię szczęścia po udanym przeszczepie, który pozwolił pacjentowi o kilka lat przedłużyć życie. Postać Religii to wspaniały wzór do naśladowania w walce o sukces. Chwile słabości, topił co prawda w alkoholu, ale były one jednocześnie siłą napędową do dalszego działania. Musiał sięgnąć dna, by mieć siłę podnieść się i iść dalej mimo wszystko. Teraz wiem, że warto dążyć do celu i realizować marzenia, by sięgnąć gwiazd. A genialna rola Tomasza Kota jeszcze bardziej karze nam docenić kunszt aktorski tego aktora.

Na mnie ten film wywarł ogromne wrażenie i wiem, że będę długo go pamiętać….

John Deere kontra „czternastki”

Od kilku dni zastanawiam się o co chodzi w protestach rolników blokujących drogi  i górników protestujących w swoich miejscach pracy. Kto chce na tym najwięcej dla siebie ugrać i dlaczego rząd wcześniej czy później tym strajkom ulega? Czy już zawsze białe, zielone czy różowe miasteczka i płonące opony będą symbolem zmian, które początkowo nazywane są koniecznymi tylko po to, by po kilku dniach całkowicie z nich rezygnować?

Nie znam się na ekonomii, tym bardziej na zarządzaniu, wiem za to jak ciężko żyje się przeciętnemu Kowalskiemu w naszym państwie. Nie jestem też całkowitym laikiem, jeśli chodzi o problemy polskich rolników, od dziecka miałam bowiem kontakt z polską wsią. Moje wykształcenie pozwala również na orientowanie się w sytuacji sadowników, zwłaszcza teraz, po wprowadzeniu przez Rosję embargo na nasze owoce i warzywa. Polityka nie powinna mieć jednak wpływu na to, czy dana rodzina żyjąca z upraw sadowniczych będzie miała za co przeżyć zimę. Będąc na południu Polski w okolicach Sandomierza widziałam ogrom terenów przeznaczonych pod sadownictwo i zdaje sobie sprawę z tego, jak ciężko może żyć się tam ludziom, po tym jak nikt nie chciał od nich kupić zeszłorocznych zbiorów.

Nie rozumiem jednak blokowania dróg i najazdu na stolicę rolników, którzy na brak pieniędzy raczej nie powinni narzekać, co wnioskuję chociażby po ciągnikach, którymi to do ów stolicy przybyli. Nie jest też tajemnicą, że gro z nich kupiło te ciągniki dzięki dotacjom Unii, której to tak bardzo się bali i którą nie raz przeklinali. Nie trzeba skończyć ekonomii, by wiedzieć, że tym, którzy mają po 100 i więcej hektarów bieda w oczy raczej nie zajrzy. Od zawsze ciężko żyje się tym rodzinom, które posiadają małe gospodarstwa te kilkuhektarowe, które nie są w stanie wypracować takich zysków, by móc inwestować w rozwój gospodarstw i ich modernizacje. Przychód z nich wystarcza najczęściej jedynie na pokrycie bieżących potrzeb. Kalkulacja jest prosta, im mniejsze gospodarstwo tym mniejsza dotacja, im większe tym więcej wsparcia. I to właśnie ci rolnicy, którzy ledwo wiążą koniec z końcem mogliby wyjść na ulice, by w ten sposób walczyć o lepszy byt. O co walczą więc ci wszyscy, którzy prezentują się tak, jakby przybyli na targi rolne a nie na protest? Ciągniki te nierzadko warte są tyle co luksusowe auta czy średniej wielkości mieszkania w dużych miastach, a mimo to żądają odszkodowań i większych dotacji.

Podobnie wygląda sytuacja na Śląsku, nie ma roku, by Polskę nie obiegły zdjęcia z strajków górników. Mam świadomość tego, że ich praca jest niebezpieczna, ale nie dajmy się zwariować. W górnictwie nikt nie zarabia najniższej krajowej, do tego ciągle słyszy się o jakiś specjalnych dodatkach do pensji. Dlatego szlak mnie trafia, gdy słyszę, że teraz górnicy walczą o utrzymanie czternastek, w czasach gdy ludzie młodzi jeśli już jakimś cudem pracują, to najczęściej na śmieciowych umowach, z których sami nie są w stanie się utrzymać. Każdy z protestujących twierdzi, że walczy o utrzymanie miejsc pracy i ratowanie zakładu pracy, ale czy na pewno? Każdy dzień postoju w kopalniach prowadzi do gigantycznych strat finansowych, inwestorzy się wycofują, bo obawiają się niestabilności i niepewności jutra. Pewnie, że najwięcej pieniędzy pożerają pracownicy administracji i siły zarządzające, ale górnicy zawsze wywalczą to na czym im aktualnie zależy. Ogłaszają głodówki, wychodzą na ulicę, palą opony, wykrzykują obraźliwe hasła w kierunku rządu, robią szum medialny i jest tylko kwestią czasu, gdy dostają to; o co walczyli.

Może wszyscy wyjdźmy na ulicę, w końcu każdy z nas chciałby zarabiać więcej, prawda?

100 dni samotności

Jakie to miłe uczucie, móc poczuć dumę z bycia Polakiem :) Wszystko za sprawą Pana Aleksandra Doby, który został właśnie podróżnikiem roku zdaniem National Geographic. To właśnie on w wieku 67 lat przepłynął samotnie kajakiem Atlantyk. Dlaczego się na to zdecydował, jakie miał po drodze przygody i co poczuł, gdy na horyzoncie dojrzał Brazylię?

Kajakarstwo i kontakt z wodą były jego pasją od zawsze. Po zmianie miejsca zamieszkania i osiedleniu się z rodziną w Policach zamienił szybowce na kajak i to była jego najszczęśliwsza decyzja. Na szczęście równolegle znalazł sprzyjających jego pasji ludzi, którzy pozwalali mu na dłuższe nieobecności w pracy. Dzięki temu mógł np. w 55 dni opłynąć Danię.

Jedna rzecz przerażała go bardziej niż niebezpieczne fale, zwłaszcza te podczas burz licznie występujących na Atlantyku, niestraszne mu były wysokie fale, samotność, czy morskie stworzenia. Najbardziej obawiał się reakcji swojej żony w momencie, gdy jej oznajmił, że chce spełnić swoje największe marzenie. Odważył się na ten krok dopiero, gdy wszystko było już zapięte na ostatni guzik. Ani prośby, ani groźby żony nic nie dały, nawet groźba separacji i rozwodu nie odwiodły Pana Aleksandra od podjętej decyzji.

Myśl by przepłynąć Atlantyk narodziła się jeszcze przed 2008 roku, kiedy to Pan Alkeksander zdecydował się na taki wyczyn wspólnie z Pawłem Napierałą. Jak się jednak okazało „w praniu”, taka eskadapa w duecie, nie miała szans na powodzenie, głównie z różnic temperamentów obu panów i ich różnego zapatrywania się na kwestie logistyczne związane z tym przedsięwzięciem. Cała przygoda skończyła się po zaledwie kilkudziesięciu godzinach wspólnego wiosłowania. To niepowodzenie oznaczał tylko jedno – mocne postanowienie Pana Aleksandra, że najszybciej jak to tylko będzie możliwe znów usiądzie w kajaku, by samotnie przepłynąć 12 400 km.

Dziennie pokonywał od 48 do 50 km wykorzystując tylko siłę własnych rąk. Jadł wyłącznie liofilizowane jedzenie, pił wodę, którą filtrował w celu jej odsolenia i spał maksymalnie 3 godziny. W ciągu tych wszystkich miesięcy schudł aż 14 kg i prawie zapomniał jak się chodzi. Sam naprawiał sobie sprzęt i sam sobie był sterem i żeglarzem. Co dziwne jak sam mówi nie tęsknił za kontaktem z innymi ludźmi, choć nigdy nie uważał siebie za samotnika.

Sukces naszego rodaka cieszy tym bardziej, że oddano na niego rekordową ilość głosów w ilości przekraczającej pól miliona, pokonując tym samym takie sławy jak:

Tommy Caldwell, (wspinacz z Kolorado, który w lutym 2014 roku dokonał pierwszego przejścia przez słynny masyw Fitz Roy w argentyńskiej Patagonii);

Liz Clark (surferka-badaczka z południowej Kalifornii, która przez ostatnie dziewięć lat mieszkała na małej żaglówce, pokonując trasę 25 tys. mil morskich na Pacyfiku w poszukiwaniu nieznanych miejsc do uprawiania surfingu);

Kit DesLauriers (narciarka wysokogórska z Wyoming, która poprowadziła zespół narciarzy i naukowców w Góry Brooksa na Alasce w celu zbadania zmian zachodzących w lodowcach i ustalenia danych wyjściowych dla tego regionu);

Will Gadd i Gavin McClurg (na paralotniach przelecieli nad pasmem Canadian Rockies i tym samym ustanowili rekord na najdłuższy taki lot w historii paralotniarstwa);

Ben Knight, Travis Rummel i Matt Stoecker (zespół filmowców, których dokument „DamNation” nagłośnił problem likwidacji tam i ich wpływu na środowisko);

Lewis Pugh (pływak długodystansowy, który w 2014 roku przepłynął siedem mórz: Śródziemne, Adriatyk, Egejskie, Czarne, Czerwone, Arabskie i Północne);

Wasfia Nazreen (działaczka na rzecz pomocy humanitarnej, której misją jest zostanie pierwszą kobietą z Bangladeszu z Koroną Ziemi);

Ueli Steck (wytyczył nową trasę wspinaczki, solo i w rekordowym czasie, na południową ścianę Annapurny w Himalajach);

Erik Weihenmayer i Lonnie Bedwell (niewidomi kajakarze, którzy przepłynęli rzekę Kolorado, pokonując odległość ok. 365 km, przez Wielki Kanion)

konwencja o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet

Od kilku dni salą sejmową wstrząsają coraz to nowe opinie o europejskiej Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet. Przeczytałam uważnie ten akt prawny i szczerze mówiąc nie rozumiem o co ta cała burza. Co złego jest w przepisach, które jeszcze lepiej pozwalają dbać o bezpieczeństwo kobiet i dzieci, czyli osób najbardziej, przynajmniej teoretycznie bezbronnych?

Włos na głowie mi się zjeżył, gdy usłyszałam, że konwencja ta jest zamachem na naszą polską rodzinę, że zabija polskie tradycje i zwyczaje przekazywane z pokolenia na pokolenie, że chce rozpropagować homoseksualizm i Gender. Dlaczego u nas zawsze tak jest, że jakakolwiek zmiana musi być powodem strachu i paranoicznego węszenia podstępu pt. co ta Unia znowu wymyśliła?

Jak dla mnie w całym tym akcie prawnym chodzi tylko i wyłącznie o to, by pokazać, że kobiety ze względu na swoją płeć stają się częściej ofiarami przemocy niż mężczyźni i według mnie chodzi tutaj zarówno o przemoc fizyczną jak i psychiczną. Nie jest żadną tajemnicą, że od zawsze religia jako część kultury i tradycji miała silny wpływ na wychowanie. I bardzo dobrze, bo dzięki Kościołowi nie raz i nie dwa nasza polskość mogła przetrwać w czasach, gdy nie było nas nawet na mapie Europy, to w końcu Kościół w zamierzchłych czasach niósł kaganek oświaty. Problem pojawia się jednak w momencie, gdy religia narzuca ludziom styl bycia i ingeruje w codzienne życie. W Polsce to jeszcze nie jest tak wielki problem, bo w sumie poszczenie w piątek wychodzi nam tylko na zdrowie a zakrycie ramion w momencie wejścia do kościoła nie jest znów aż tak uciążliwe, by musieć z tym otwarcie walczyć. Gorzej już sytuacja kobiet wygląda w krajach muzułmańskich.

Będąc na wakacjach w Turcji, również na tureckiej wsi widziałam prawdziwe życie przeciętnej tureckiej dziewczyny. Bez trudu dostrzegało się patriarchalny stosunek w rodzinie czy w miejscu pracy. Nawet w hotelach kobiety mogły co najwyżej sprzątać pokoje. Nigdzie nie widziałam Turczynki, która pracowałaby na barze czy w hotelowej restauracji. I mimo, że kobiety pracują tam znacznie ciężej niż mężczyźni są bardzo często traktowane na zasadzie: przynieś, wynieś, pozamiataj. Obawiam się, że ich domowe życie wygląda bardzo podobnie do tego w przestrzeni publicznej i nie raz pod swoim khimarem  i hidżabą ukrywały ślady zdenerwowania swoich mężów, bo zupa była za słona… Nawet idąc na plażę obok opalających się w skąpych strojach kąpielowych europejek można zauważyć przemykające ubrane od stóp po głowę Turczynki, które w tych koszmarnych strojach wmawiają sobie, że się opalają i kąpią w ciepłym i pięknym morzu, że odpoczywają i korzystają z życia. OK, nic mi do tego, jeśli to przywiązanie do tradycji i religii jest ich własnym wyborem i żyjąc tak są mimo wszystko szczęśliwe, gorzej kiedy taki styl życia został im narzucony przez męża a wcześniej ojca.

Podobnie sytuacja wygląda w polskich rodzinach, gdzie mąż często uważa, że żona jest jego własnością i może z nią robić co i kiedy tylko chce, nie zważając na jej protesty. Dziwne ale nawet w XXI wieku zdarzają się sytuacje, że żona zgwałcona przez męża zamiast wsparcia, zrozumienia i współczucia spotyka się z niezrozumieniem ze strony społeczeństwa. Polskie prawo do tej pory było tak dziwnie skonstruowane, że sprawcę gwałtu można było ścigać dopiero po zgłoszeniu przestępstwa przez pokrzywdzoną a nie z urzędu, a maltretowana kobieta stawała się bezdomną i tułała się z dziećmi po przytułkach tylko dlatego, że oprawca dalej pozostawał w ich wspólnym mieszkaniu.

Rozumiem, że mężczyźni też bardzo często padają ofiarami przemocy i prawda taka, że im również należy się odpowiednia ochrona prawna. Ale to tylko od osób rządzących naszym państwem zależy czy będą chcieli się pochylić nad tym problemem. Oby przyjęcie tej konwencji było dopiero początkiem drogi do tego, by każdy obywatel naszego kraju mógł się w nim czuć bezpieczny.

o in vitro

Chwilami mam wrażenie że in vitro stało się symbolem różnorodności poglądów społecznych i przekonań religijnych ostatnich dwudziestu lat. Odkąd tylko pamiętam w Polsce trzy tematy związane z nowym życiem nie raz i nie dwa powodowały burzę w przysłowiowej szklance wody i  była to antykoncepcja, aborcja i właśnie in vitro. Zawsze gdy zbliżały się wybory jedna z partii poruszała jeden z ów tematów i w dużej mierze na zamieszaniu wokół niego budowała swoją kampanię wyborczą. Nawet Gender swego czasu tak popularne nie było w  stanie im dorównać. Prawda taka, że stosunek do każdego z tych zagadnień nie powinien być nikomu narzucony, co więcej to każdy w zgodzie z własnym sumieniem powinien sam wypracować sobie własne zdanie i własną postawę.

Jako młoda osoba ulegałam rożnym modom na stosunek do in vitro, nie rzadko tych propagowanych przez Kościół. Na szczęście w okresie studiów miałam okazję zagłębić się dokładniej w nauce jaką jest genetyka, poznać zasadę dziedziczenia i techniczne metody in vitro. Sama widziałam wielkie zbiorniki, w których po dodaniu różnych „części składowych” tworzyły się nowe organizmy roślinne. I tak mam świadomość tego, że storczyk to nie człowiek, ale kilku podobieństwom nie da się zaprzeczyć. W obu przypadkach stwierdzić z całą stanowczością można jedno: i storczyk i człowiek to żywe organizmy.

Bardzo się ucieszyłam, kiedy w Polsce zaczął działać rządowy program trzyletniej refundacji in vitro dla par, które w naturalny sposób nie mogą doczekać się potomstwa. Pomyślałam wtedy, no w końcu jesteśmy w Europie. Nareszcie dzieci mogły mieć pary które bardzo tego chciały i dla których brak dziecka był powodem bólu i poczucia niesprawiedliwej krzywdy, a nie tylko dla tych par, które dzięki dobrej sytuacji finansowej mogły sobie pozwolić na luksus posiadania dziecka przez zapłodnienie in vitro. Jest tylko jedno „ale”. O ile powstają wciąż nowe kompleksowe kliniki leczenia niepłodności i do października zeszłego roku już ponad 700 dzieci urodziło się dzięki rządowemu programowi, to nadal nie mamy aktu prawnego, który w jakikolwiek sposób regulowałby procedurę zapłodnienia in vitro. Nawet Unia Europejska zdążyła zauważyć ten fakt i grozi Polsce wysokimi karami za tak rażące braki w prawie. Obowiązująca ustawa tkankowa nie zawiera zapisów dotyczących komórek rozrodczych, tkanek zarodkowych i tkanek płodów.

To między innymi dlatego, prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie podejrzenia o popełnienie przestępstwa przez ośrodek, w którym najprawdopodobniej wszczepiono kobiecie jajeczko innej kobiety zapłodnione nasieniem jej męża. W wyniku tej pomyłki kobieta urodziła dziecko z licznymi wadami genetycznymi. I nie neguje tragedii tej konkretnej rodziny, która długie lata żyła nadzieją posiadania własnego dziecka, ale w tym całym zamieszaniu media szukają winnych, krążą po szpitalach i pytają jak to możliwe, drążą temat w prokuraturze i w Ministerstwie Zdrowia, a ja zapytam, gdzie w tym wszystkim jet dziecko, które niedawno się urodziło?

Przecież jeśli w ogóle przeżyje, to będzie potrzebowało ogromnej ilości miłości i nadludzkich sił rodziców chociażby w procesie rehabilitacji i nieustannej opieki. Pół biedy jeśli rodzice pokochali to maleństwo mimo wszystko, ale co się z nim stanie jeśli nie byli przygotowani na posiadanie niepełnosprawnego dziecka, co jeśli jego matka, bo zgodnie z polskim prawem, matką dziecka jest ta kobieta, która je urodzi, nie będzie potrafiła je zaakceptować i się nim zająć, bo w jej mniemaniu może nie czuć się za nie odpowiedzialna, bo biologicznie nie jest jego matką? Okazuje się, że przy okazji tego dramatu to nie pierwszy taki przypadek w naszym kraju. To trochę tak jakbyśmy sami sobie strzelili w stopę. Trudno w tym konkretnym przypadku jednoznacznie ocenić czy brak procedur spowodował pomyłkę czy też zwyczajnie w świecie to człowiek się pomylił i nawet bardzo szczegółowe wytyczne nic by tu nie pomogły, ale coś tu ewidentnie nie zadziałało tak jak powinno. W końcu klinika zapłodnienia in vitro to nie sklep ze sprzętem AGD, w którym zakupiony wadliwy sprzęt można oddać w procesie reklamacji.

Tym bardziej z uwagą śledziłam wczorajsze doniesienia mediów dotyczące wyniku głosowania Brytyjskiej Izby Gmin, w wyniku którego jej członkowie opowiedzieli się za wprowadzeniem możliwości stosowania kontrowersyjnych technik sztucznego zapłodnienia przy wykorzystaniu DNA trzech różnych osób. Ich zdaniem metoda ta ma umożliwić posiadanie zdrowego potomstwa matkom chorym na poważne schorzenia genetyczne.  Co prawda dziecko od osoby trzeciej – „drugiej matki” dostałoby tylko część DNA mitochondrialnego, które w żaden sposób nie może wpłynąć na fenotyp nowego organizmu to jednak, technicznie rzecz biorąc będzie dzieckiem trojga osób i materiał genetyczny, który sztucznie  powstał będzie dalej dziedziczony w kolejnych pokoleniach tego dziecka.

Uważam, że to już przesada i w moim odczuciu takie procedery byłyby czymś nieetycznym. Od zawsze rodziły się chore, niepełnosprawne dzieci, z wadami genetycznymi. Z resztą cała przyroda tak funkcjonuje, że zdarzają się „wypadki przy pracy”. Zwyczajnie jesteśmy żywym ekosystemem i czy tego chcemy czy nie, podlegamy ciągłym przemianom, w wyniku których od czasu do czasu rodzi się istota nieidealna.  Nie możemy genetyki i metody in vitro traktować jak supermarketu, w którym raz możemy iść na promocję, by dostać coś w gratisie, a raz zwrócić towar bo zwyczajnie w świecie przestał się nam podobać.

pierwszy powiew wiosny :)

Jakie to wczoraj było potrzebne, jak bardzo otworzyło mi oczy i już wiem czego chcę, co czuję! Potrzebowałam wyraźnego bodźca z zewnątrz, by się otrząsnąć i podnieść się, by pójść dalej. Już mnie nie rusza, że do mnie wypisujesz, że masz pretensje nie wiadomo o co, że oczekujesz mojej ingerencji w sprawy, które już mnie nie dotyczą i pragnę Ci przypomnieć, że to Ty o tym zdecydowałeś.

Zrozumiałam, że w końcu muszę pomyśleć o sobie, zacząć realizować to czego sama chcę, dążyć do tego co sprawia mi radość i przyjemność, że w końcu muszę pobyć trochę egoistką. W sumie wszystko działo się dwuetapowo, pierwszym skutecznym bodźcem była rozmowa z Dominiką. Tak, tak możesz się śmiać, ale coś mi się po niej poprzestawiało w głowie i bardzo dużo zrozumiałam. I wiem, że moje kumpele wiele razy mówiły mi wcześniej to samo, używały tych samych argumentów, dlatego nie umiem wytłumaczyć racjonalnie dlaczego, to właśnie rozmowa z Tobą otworzyła mi oczy. Fakty są jednak takie, że już nie płaczę i mam nadzieję, że płakać więcej nie będę. Czułam się nadal zagubiona, ale decyzja została podjęta: nie będę ani dnia dłużej użalać się nad minionym życiem, bo nie warto, bo wcale nie było takie bajkowe, choć bardzo chciałam by takie było.

Drugiego kopa motywującego mnie do stanięcia pewnie na własnych nogach dostałam od Jarka. Też się możesz z tego śmiać, ale udowodniłeś mi, że mogę się dobrze bawić bez niego, że nie muszę bać się ludzi, że bez niego nie jestem niewidzialna i przezroczysta tylko normalna! Przyznaje, że korzystałam z Twojej energii i Twojej pozycji, ale się odważyłam tam pójść i nie żałuję. To było bardzo ciekawe doświadczenie i bardzo miły wieczór. Od tego dnia uśmiecham się do ludzi i do świata, choć nadal jest źle, choć znów w moim życiu zadomowiły się poważne problemy, to czuję, że świat już mnie nie przytłacza, że mam siłę rano wstać z łóżka, że już o Nim nie myślę, nie zastanawiam się co w danej sytuacji On by zrobił czy powiedział i w końcu co ja będąc przy Nim bym zrobiła. Możesz mnie znielubić, ale uwielbiam czerpać z Twojej energii, każda rozmowa z Tobą powoduje, że jakoś optymistyczniej człowiek zaczyna patrzeć na pewne sprawy :)

No i OK Dominika przyznaję, że nie żałuję, że nie dałaś się namówić na ten koncert, kiedy mnie wyśmiałaś mówiąc że nie masz w co się ubrać :P

Kraków racjonalnie muszę odpuścić po dzisiejszej kalkulacji ubogich połączeń, trudno Kazimierz musi poczekać do lata, a koncert może do kwietnia…?