…bo spontany i przypadki tez mogą być dobre…

Długo mnie tutaj nie było, ale powoli wracam do życia, więc postaram się wszystko nadrobić :) Chciałam się dziś z Wami podzielić przemyśleniami, po moim czwartkowym wielkim wyjściu ;)

W sumie spontanicznie przyjęłam zaproszenie na otwarcie Stowarzyszenia Polsko – Włoskiego Trzy Kolory w Inowrocławiu. Nie wiedziałam czym to grozi, ale cóż klamka zapadła i nie chciałam wystawić Jarka do wiatru. Chodź przyznaję, że tego dnia od rana kombinowałam, co by tu wymyśleć, żeby z czystym sumieniem nie musieć tam jechać, chyba zjadał mnie stres, przed nieznaną mi do tej pory sytuacją towarzyską, w końcu do tej pory zawsze wszędzie chodziłam z Pawłem.  No OK, kupiłam kiecke specjalnie na tę okazję i zabrałam ze sobą tonę kosmetyków do pracy, bo w końcu prosto z niej miałam jechać na tą imprezę.

Nadeszła godzina zero, bardziej przebrana jak ubrana, bo to nie moje klimaty chodzić w strojach wieczorowych, wrzuciłam jedynkę i ruszyłam ku przygodzie. Z każdym kolejnym kilometrem czułam jak walczy ze mną chęć przeżycia wyjątkowej przygody i strach przed nową dla mnie rzeczywistością. No ale przecież ja jestem odpowiedzialna i taka rozważna, że nie mogę zmienić raz podjętej decyzji.

Wchodzę na miejsce koncertu i od progu atakuje mnie pani z pytaniem: ma pani zaproszenie? Oczywiście, że nie mam, w końcu mam tu być z Jarkiem, który tradycyjnie się spóźni. Oddycham głęboko i za radą pana J. mówię, że nie mam tej bezcennej kartki papieru formatu biletu kolejowego ale, że jestem tu na zaproszenie pana J. Nagle pani znika za przepastnymi drzwiami, myślę sobie kurde będzie kwas.

Nagle pojawia się facet w czarnym kapeluszu z czerwoną wstążką i mówi: Jarka jeszcze nie ma, ale bardzo miło panią poznać, pozwoli pani, że wezmę od pani płaszcz. Oczywiście, zgadzam się, bo przecież tak zachowuje się dobrze wychowana kobieta, choć nagle przychodzi olśnienie, że w kieszeni oddalającego się płaszcza leży sobie spokojnie mój telefon. Rzucam okiem na salę, gdzie powoli zbierają się już ludzie i pierwszy zgrzyt w mojej głowie – wszyscy są ubrani jak na galę Oscarów a nie jak na koncert. Mam genialny plan, siądę sobie z tyłu, żeby nikomu nie rzucać się w oczy, tylko, że nagle znów pojawia się pan w kapeluszu, który trochę wbrew mnie samej prowadzi mnie na jedno z kilku zarezerwowanych miejsc dla gości specjalnych i mówi: tutaj powinno być pani wygodnie.  Lekko zszokowana siadam i zaczynam rozglądać się dookoła, za moment zjawiają się zaproszeni goście, prezydent i wiceprezydent miasta, szefowie dużych firm, przedstawiciele świata kultury i wszyscy oni siadają wokół mnie, buraka z wioski, z tytułem architekta i dyplomem wyższej uczelni w kieszeni, ale mentalnie niedowartościowanym wieśniakiem. Na domiar złego, co chwila przychodzi do mnie pan Włoch, który jak się okazuje jest szefem wszystkich szefów i ciągle pyta co się dzieje z Jarkiem dlaczego go nadal nie ma, a ja za każdym razem ze stoickim spokojem odpowiadam, że przecież Jarek zawsze się spóźnia :) I proszę tym razem także się nie pomyliłam, przyszedł po kwadransie akademickim, jak zwykle uśmiechnięty i z rozwianą czupryną.  Uffff… w końcu znajoma twarz, tylko czy rzeczywiście znajoma? Przecież spotkaliśmy się do tej pory jedynie kilka razy, do tego od czasu do czasu napiszemy do siebie na fb czy zadzwonimy, ale to nadal człowiek – zagadka, a mimo to po półrocznym okresie, gdy się nie widzieliśmy, rozmawiamy ze sobą tak, jakbyśmy tydzień temu wypili wspólnie kawę i poplotkowali o wszystkim i o niczym.

Po koncercie był bankiet, z którego dyskretnie po angielsku się ulotniłam słysząc wciąż w głowie dźwięki piosenki Se stasera sono qui… W sumie to dziwna sytuacja, bo to właśnie dzięki tej piosence rozpoczęła się moja znajomość z Jarkiem i to dokładnie w tym samym miejscu mniej więcej rok temu… Życie potrafi zaskakiwać.

Poszliśmy na kawę do Sowy, ale tam też wzbudziliśmy zainteresowanie, bo przecież Jarek musiał się wystroić jak stróż w Boże Ciało w muszkę i elegancki garnitur i wyglądał na tyle egzotycznie, że pani w kawiarni zapytała drugą panią: dlaczego ten pan jest taki niezwykły? :P

Było miło, pierwszy raz bez Pawła poczułam, że potrafię wyjść do ludzi, że potrafię odnaleźć się w nowym środowisku i że może nie tylko ja czuje się burakiem, prawda Jarosławie? :)

- jestem burakiem!

- ja też, miło mi :)

a w pokoju, na stole stoi sobie i zerka mi w monitor róża, która o zgrozo przeżyła spacer w mrozie i godziny bez wody i… nie zdechła :)

 

roza

wieloskładowość życia?

Ludzie są dziwni, w sumie to każdy z nas na swój sposób jest dziwny, ja też i mam tego świadomość. Tylko co z tego wynika? Opcje są dwie, albo spróbuje się zaakceptować dziwactwa swoje i innych i z nimi żyć, albo możliwie do minimum ograniczyć kontakty z innymi. I tu pojawia się pierwszy i zarazem zasadniczy problem. Ile mamy bezludnych wysp? Kogo stać, by zamieszkać na jednej z nich? Ile mamy choćby w Polsce leśniczówek czy siedlisk? Gdyby nie wiem jak świat się starał to nie starczy bezludnych miejsc dla każdego, kto w danym momencie tego potrzebuje i nie ma co się dalej nad tym zastanawiać.  Poza tym nie od dziś wiadomo, że człowiek to istota stadna i najlepiej czuje się w grupie.

Nasze życie składa się z kilku części składniowych: sfery fizycznej, emocjonalnej, duchowej, seksualnej i społecznej. Już tak mamy, że wybierając znajomych dążymy do nawiązywania relacji z ludźmi, którzy albo są do nas podobni, mają te same zainteresowania, podobny temperament, zbliżony do naszego punkt widzenia itp., albo też są naszym przeciwieństwem. To właśnie dzięki tym różnym zależnościom lubimy ze sobą rozmawiać, spotykać się i spędzać wspólnie czas. Problem zaczyna się w momencie, gdy jedna z wyżej wymienionych sfer zaczyna dominować życie jednej z osób i co więcej próbuje ją narzucić drugiej stronie. W ciągu ostatnich kilku miesięcy miałam dwa takie przypadki i po ich przeanalizowaniu stwierdzam, że w takiej sytuacji nie da się kontynuować dalszej znajomości.

Czy hobby może być powodem przez który może popsuć się wieloletnia znajomość? Moja odpowiedź brzmi tak, tak i jeszcze raz tak! Moja kumpela od jakiegoś czasu zaczęła interesować się ścianką, wspinaczką i tym wszystkim co się z tym w mniejszym czy większym stopniu wiąże. Na bank Drogi Czytelniku myślisz sobie teraz w czym problem? Przecież to fajnie, że znalazła sobie jakieś zainteresowanie, że może się realizować. Tutaj się z Tobą zgodzę, tylko co mi odpowiesz jeśli Ci powiem, że przez hobby miała coraz mniej czasu, że kiedy przyjeżdżała na dwa, trzy tygodnie to nie znajdowała czasu na spotkanie, bo cały pobyt przeznaczała na wspinaczkę? Jeśli już jakimś cudem spotkałyśmy się, żeby wypić kawę Ona mówiła tylko o ściance? Na samym początku starałam się zainteresować tym sportem, czytałam, oglądałam filmy i wiesz co? Mimo moich usilnych starań za cholerę mnie to nie kręci. Starałam się, ale mi nie wyszło. Ciągle tylko słyszałam jadę tu i tu, chcesz jechać ze mną? Pojedź ze mną na ściankę? Kupiłam sobie dziś taki i taki sprzęt… Ok, ok… przytakiwałam grzecznie głową nie rozumiejąc do końca o czym do mnie mówi. Zaczęło mi bardzo brakować starych czasów, gdzie można było gadać o wszystkim i o niczym, gdzie tak szybko przeskakiwałyśmy z tematu na temat, że postronny obserwator zdziwiłby się, że nadal obie wiemy o czym w danym momencie rozmawiamy. To w sumie było początkiem końca niezłej znajomości. Później to już była tylko równia pochyła.

Drugi przykład to relacja z osobą, dla której seksualność stała się najważniejszym aspektem życia i która nagle, nieomal z dnia na dzień, spowodowała, że wszystko inne przestało się liczyć. Przez wiele lat było normalnie, spotykaliśmy się regularnie, gadaliśmy o wszystkim, oglądaliśmy filmy, chodziliśmy do kina, na kręgle, na imprezy, na piwo, wyjeżdżaliśmy na wakacje i wszystko było ok.  Nagle pewnego, pięknego dnia potwierdził coś, co od jakiegoś czasu podejrzewałam, a mianowicie fakt, że jest gejem. Przytaknęłam głową i uznałam, że jest po temacie, bo co tu jest do gadania. Jak ja się strasznie wtedy pomyliłam. Nie sądziłam, że moment, w którym podzielił się ze mną swoją tajemnicą będzie początkiem piekła, jakie zgotowali mi jego znajomi a później on sam.  Od tego momentu ciągle wałkowany był tylko jeden temat: początkowo jego rozpadającego się związku, a później relacji z kolejnymi facetami. Jeżeli już gdzieś wychodziliśmy to tylko do branżowych klubów, jeśli poznawałam nowych ludzi to tylko tych homoseksualnych, jeśli kolejny związek przestawał istnieć zanim na dobre się zaczął to zawsze ta druga strona obwiniała o to mnie. Zupełnie przestałam normalnie funkcjonować, pochłonął mnie świat, który nie był mój. Nie twierdze, że jest on gorszy czy lepszy od świata heretyków, nie mnie to oceniać, ale jedno wiem teraz na pewno, to nigdy nie był mój świat. W sumie znajomość nie przetrwała, nadal to odchorowuje bo nagle się okazało, że nie potrafię znaleźć dla siebie miejsca. Mój stary świat mnie nie chce, z jego zostałam nagle brutalnie wypluta i teraz nigdzie nie czuje się ani sobą, ani u siebie. Czuje się jak ryba wyrzucona na mieliznę, panicznie łapiąca powietrze do tego mocno poturbowana  i mam świadomość, że jeśli ktoś mi nie pomoże długo tak nie wytrzymam.

Bo ile można znosić poniżanie, ubliżanie i publiczny lincz? A moją jedyną winą było to, że chciałam się z nim przyjaźnić.  Ile ja się wtedy nasłuchałam, że powinni mnie zabić osikowym kołkiem, że jestem diabłem wcielonym, który tylko niszczy to, co dobre. Ile się naczytałam na facebooku, że nadaje się tylko do wywalania gnoju od smoka tylko dlatego, że śmiałam z nim pojechać na kilka dni urlopu do Krakowa. W końcu, że jestem koszmarnie wychowana, że przynoszę wstyd itp., itd. tylko dlatego, że nie chciałam spotykać się z jego kolejnymi facetami. W całej tej sytuacji, przez te wszystkie miesiące może raz stanął w mojej obronie, tylko raz  pomyślał jak ja muszę się czuć kiedy cały świat obwinia mnie za coś, czego nie zrobiłam. Szkoda tylko, że świadomość tego, że  w niczym nie zawiniłam miałam tylko ja i on… Dziś nie umiem jednoznacznie ocenić, czy wolałabym żyć spokojnie, tak jak wtedy przed tym jednym wieczorem, który zmienił cale moje życie, ale jednak w kłamstwie czy jednak ze świadomością tego, że ta wieloletnia przyjaźń nie było warta złamanego grosza.

Ktoś zwariował, ja czy świat?

Ostatnie miesiące to trudny czas. Już chyba nawet nie chcę się zastanawiać kto czy co to spowodowało i co było tego przyczyną na samym początku. W każdym razie od dawna już jest tak, jak w tym mądrym powiedzonku, co się polepszy to się spieprzy.

Byłam nieomal przekonana, że mało co mnie już w życiu zdziwi – trochę ostatnio przeżyłam i widziałam, również tego o czym filozofom się nawet nie śniło, ale jednak zachowania pewnych jednostek nadal wprowadzają mnie w konsternację.

Odbierasz telefon, wiadomość mrozi Cię od czubka głowy po koniuszki palców. Siadasz z telefonem w ręku i w głowie zaczyna Ci się kotłować od nadmiaru różnych myśli. Masz mętlik, wiesz, że sytuacja jest bardzo poważna, że zmienia się całe Twoje dotychczasowe życie i że będziesz musiał drogi Czytelniku zacząć działać. Co robisz w pierwszej chwili? Co wtedy czujesz? Panikę, strach, stratę poczucia bezpieczeństwa, które do tej pory było co prawda pojęciem względnym, ale jednak się je miało i czujesz niepewność.

Co wtedy robisz? Opcje są dwie, bo albo jesteś tak silną osobą i radzisz sobie sam, albo szukasz pomocy u bliskich. I liczysz na to, że jeśli Ty kiedyś pomagałaś / pomagałeś to teraz ktoś pomoże Tobie. Okazuje się nic bardziej mylnego. W ostatnim tygodniu dostałam więcej wsparcia, ofert różnorodnej pomocy i zapytań: jak się trzymasz? od ludzi obcych, których znam krótko i którzy nic ode mnie nigdy nie dostali, którym nawet nie poświęcałam za dużo uwagi niż od osoby, od której tego oczekiwałam. Choć właściwie „oczekiwać” to złe słowo, lepiej użyć słowa „spodziewałabym się” bo myślałam,że to naturalny efekt naszej znajomości.

„Naturalny efekt naszej znajomości”? Czym była / jest nasza znajomość? Wychodzi na to, że to tylko stek kłamstw, które były gdzieś tam od zawsze, jednostronnych korzyści i iluzji…  W końcu chodzi o to, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, a jeśli umiesz liczyć to zawsze licz na siebie i tylko na siebie, bo sama siebie nigdy nie zawiedziesz, jeśli tylko będziesz się dostatecznie mocno starać.