proces jak u kafki

” Było nas trzech, każdy z nas inna krew… ”

Właśnie było? Jest? jakiego czasu mam użyć? Gdzie szukać odpowiedzi? Komu wierzyć? Ale wszystko od początku.

Jakiś czas temu było sobie troje ludzi: on i one dwie. Ludzie postrzegali ich jako paczkę znajomych, może przyjaciół. Wyglądali na takich, którzy dobrze czują się w swoim towarzystwie, lubili ze sobą rozmawiać i razem się bawić. Może sobie ufali, może mogli na siebie liczyć, może się wspierali.

Nagle zaczęło się coś dziać. On i ona zaczęli zmierzać do destrukcji własnej relacji, skomplikowali ją tak masakrycznie, że już nie potrafili tego odkręcić. Może ta trzecia powinna ich wtedy zostawić, może ten jeden raz wtedy nie powinna naciskać, żeby próbowali się dogadać, albo przynajmniej wszystko sobie wyjaśnić? Miała dobre intencje, ale nie zawsze same intencje mogą wystarczyć… Jej i jego błędem było odkrycie przed nią, że mają problem, że nic już nie jest takie jakim było do tej pory…

On poszedł w swoją stronę, a one dwie zostały chwilowo razem. Ona chyba wolała być wtedy sama, ale ona jej nie zostawiła. Twierdziła, że nie jest zła za taką sytuację i że świadomie wolała zostać z nią niż iść z nim. Tymczasem po pewnym czasie on i ona spotkali się ponownie. I ona się dowiedziała od niego, ze ta trzecia ją skrytykowała jawnie za jej zachowanie i bliżej jej do niego niż do niej.

Ona teraz czuje, że jest sama, nie ufa ani jej ani jemu, bo ktoś w coś gra, ktoś nie jest już jej przyjacielem, tylko kto? Kto i dlaczego próbuje zniszczyć ją do końca. Ona doszła do wniosku, że ma dwa wyjścia: albo zostanie tylko ona, a on i ona odtąd pójdą dalej razem przez życie, albo ktoś w końcu będzie miał odwagę i powie jej o co w tym wszystkim chodzi. Bo ona już nie ma ani sił ani ochoty by dalej się tym zadręczać, bo coraz częściej się zastanawia czy jeszcze warto? Ile w tym wszystkim jest nadal sympatii a ile sentymentu???

Poradnik Jasia Wędrowca – prywatne antidotum!

      10805504_10202160672618721_479993215_n              Siedzisz na kanapie, fotelu, pufie… no nie ważne, na czym :) Siedzisz i snujesz mniejsze lub większe plany na przyszłość. Jest jedno co te Twoje rozmyślania łączy, choćby codziennie innego tematu dotyczyły. W każdym tym marzeniu jesteś aktywny, walczysz z całych sił, by je osiągnąć! Kiedy, jednak otwierasz oczy, dostrzegasz, że siedzisz tam, gdzie siedziałeś, z uczuciem zawodu, że piękny sen o Tobie “Królu życia” odpłynął na inny kontynent, a jedyne, na co masz siłę, to zmianę kanału w tv… Znajome? Prawda?

Śmiem twierdzić, że każdy, choć jeden raz doznał takiego stanu zawieszenia, między tym co, by chciał, a tym co autentycznie robi, by, to osiągnąć.

Uwierz mi, jednak na słowo, że ten mało rozwojowy czasy, tak naprawdę, to najważniejszy moment życia, to on zdefiniuje Cię jako wygranego lub przegranego.

Znam wielu, którzy próbie nie podołali. Ba! Sama parokrotnie byłam bliska zaprzestania walki i obciążenia losu, swoimi niepowodzeniami. Na szczęście ten stan poddania, czy jak, kto woli kolan, nigdy nie pochłonął mnie do końca, walczyłam czasami bardzo nieporadnie, ale wygrywałam, choć styl nie zachwycał.

Moimi kołami ratunkowymi, były różne rzeczy: literatura, poezja, pisanie, muzyka, fitness, fotografia, jednak, to przy, którym chciałabym się zatrzymać najdłużej, to Góry i wspinaczka.

       Góry pojawiły się w moim życiu w miarę szybko. To były lata’ 90 jakiś konkurs recytatorski dla przedszkolaków, w którym musiałam wziąć oczywiście udział, bo uwielbiałam być na przysłowiowym świeczniku jako brzdąc. Zresztą miałam takie pokłady energii, że ciężko w sumie, żeby się tam nie znaleźć, skoro za brak uwagi, gdy mówię, kolega obrywa klockiem, tak, że w pamiątce po koleżance ma zakładane szwy…

Każdy z uczestników miał przygotować, fragment utworu, który lubi najbardziej. Brzechwa cieszył się ogromną popularnością. Nie powiem sama lubiłam męczyć nowo poznanych ludzi “Kaczką dziwaczką”, to jednak tym razem zapanował bunt 6 latka i żaden z ulubionych wierszyków w grę nie wchodził. Bowiem od pewnego czasu fascynowała mnie, taka fajna, gruba, książka, w której były obrazki i strasznie małe literki. Wieczorami zawsze, babcia czytała mi jej fragmenty, a ja uczyłam się ich na pamięć. Ta pierwsza “magiczna” książka ze świata dorosłych, to była historia Wandy Rutkiewicz, nie przypomnę sobie tytułu, to jednak, choć już trochę przez mgłę pamiętam z jakim wypiekiem na twarzy czekałam, na ciąg dalszy.

I, to właśnie jakiś króciutki fragment, tej książki miał mi przynieść laur glorii w konkursie.

Nie wygrałam, ale to nie było istotne, powiedziałam co chciałam, czyli ja czułam się wygrana.

              Po raz kolejny Góry mocnym akcentem wracają, kiedy już jestem pełnoletnia.

Czasy studiów, to czas niezależności, ale i też wzmożonych potrzeb finansowych :)Stypendium naukowe nie powala kwotą. W młodym człowieku chcącym zasmakować każdego aspektu studiowania, pojawia się przedsiębiorczość i zaradność, której rodzice mogliby pozazdrościć. A przede wszystkim wiedza, że możliwości zarobku wakacyjnego nie można odpuścić! Zatem z bananem na ustach ruszam do Francji, na winobranie, nieświadoma tego co mnie tak naprawdę czeka…

To był intensywny miesiąc, który pokazał, ile znaczy prawdziwy przyjaciel!

Że czasami trzeba umieć dać sobie pomóc. Dał też niezłą lekcje miłości, która daje szczęście i potrafi wbić sztylet bólu.. I, choć, to były wielkie emocje, to te największe szykował dla mnie pewien poranek już pod koniec pobytu.

Chwila po 6, słońce powoli oślepia, mgła ustępuje, a w oddali widać majestatyczny Mont Blanc… Magia…, której słowa nie opiszą.

Widok zahipnotyzował nie tylko mnie, wszyscy na dłuższą lub krótszą chwilę przystanęli i dali porwać się sile, której wyrazić nie umiem, ale to był piękny moment!!

           Ostatni najmocniejszy akcent zespalający mnie z górskim światem, to minione wakacje letnie. Choć po przeżyciach z Francji, Góry na stałe zagościły w moim grafiku : Szwajcaria, Sudety, Norwegia. To, jednak ostateczny kształt tego co chcę robić w górskim świecie sprecyzował się paradoksalnie na Nizinach :)

Ścianka wspinaczkowa okazała się tym, czego szukałam długo. Tym co nazywam coraz śmielej “moje miejsce na Ziemi”.

Do dziś pamiętam strach, jaki wyzwolił się podczas pierwszego przejścia, pamiętam, to uczucie frajdy “po”, że stoję cała na ziemi. Nowy dla mnie ból mięśni rąk. I ten niedosyt, gdy wracałam do domu. Jedno wiązanie liną wystarczyło, by w mojej głowie wszystko zaczęło wskakiwać na odpowiednie tory. Kolejny raz na ścianie, to pełne oswojenie, z uprzężą, magnezją, porażką, bólem, euforią, ale przede wszystkim, to poznawanie tych, dzięki, którym mogę bezpiecznie się wspinać, czyli Asekurantów, choć ja wolę Partnerów od liny!!

Każdy z Nas jest inny, także i On są różni, mniej lub bardziej gadatliwi, sypiący żartami lub tylko obserwujący dyskretnie. Jednak łączy Nas jedno, miłość do liny i Gór. A jest to tak silne uczucie, że nie musisz znać się w ogóle, by wiedzieć, że to Twoi ludzie, Twoja ekipa! I piękne jest to, że każdy w tym sporcie ma równe szanse, że nie ma sztucznych barier, budowanych już na dzień dobry, słowną otoczką “Pan”, “Pani”.

A dziś nawet, kiedy dopadnie mnie codzienność, nawet, kiedy zegnie nieco moje kolana, to wiem, jaki włączyć guzik, żeby sobie poradzić ze wszystkim!

Więc wstań i Ty!! Poszukaj jeszcze raz w sobie, swojego patentu. Albo skorzystaj z mojego i dołącz do “Szaleńców na linach” :D

Nic albo wszysto o mnie…

***

czarny płaszcz wspomnień

niesiony ciężarem konieczności

spada na wątłe barki

spragnione czułości

***

zamknięta w sklepieniu

sześciokątnej bryły

uczę się mocno na siłę:

chłodu betonu

ludzkiego śmiechu

fałszywej troski

zepsutej miłości

wybiórczej szczerości

i z ulgą oddycham

gdy można stąd uciec

i w za ciasnych butach-

spełnianych marzeń

czuć i smakować życie!

Maratończycy przyszłości

Maratończycy przyszłości

w odświętnych,

plastronach postępu.

Biegają od świtu

do późnego zmierzchu.

Jutro już znają

Choć właśnie wybija

Godzina pierwsza dnia dzisiejszego.

Współcześni sportowcy

Zepsuci,

choć zdrowi…

Szybcy,

a jednak, człapiący powoli.

Niezależne orły,

wstrzykujące do żył

suwerenność.

I tylko na metę wbiegłszy gorliwe

Ciszą ich wita,

pusta trybuna.

Bez tronu i berła

z życiówką na dłoni,

kończą przedwcześnie

swą -

Teraźniejszość!!!

Ballada o codzienności

kubek

Zwykły

blaszany

kubku

z kawałkiem sznureczka

przy uchu…

wiedz, że myślę o Tobie

częściej teraz,

niż wtedy

gdy byliśmy razem…

Pierwszy smak kawy,

gdy przemoczona drżałam

po burzy spędzonej w lesie,

zaliczyłam z Tobą!

Najlepszą herbatą świata,

po nocnych manewrach

z moją drużyną

poiłam się przy Tobie.

I tylko od procentów

trzymałam Cię z daleka,

bo byłeś harcerski

nieco bardziej niż Ja…

Kiedy w kolejną podróż ruszam,

gdy tak jak teraz

zapełniam termos,

to mimo, że piękny

markowy

i trendy

Uwierz!! -

tęskno mi

do mojego blaszanego KUBKA!

Jak rozmawiać?

 Pierwsze bunty i nastoletnie czasy mam za sobą. Śmiem twierdzić, że nieco dorosłam i nawet panuję (czasami) nad swoim buńczucznym i wymagającym charakterem.

To, jednak dalej rozmowy z tymi najbliższymi bywają niekiedy Everestem, na którym człowiek wystawiony na extremalne doświadczenia, dopuszcza do głosu częściej swoje wady, aniżeli zalety.

Ostatni tydzień, to okres chorobowo – leniwcowy. Czyli średni czas dla mnie.

Bo w końcu co innego, łazikować w pidżamie cały dzień z kaprysu, a co innego nie opuszczać tego stroju przez konieczność trzecią, jakiś patagoński wirus jelitówki, z temperaturą dochodzącą do 39.5 stopnia, gdzie wszyscy dookoła mają darmowe pasmo komediowe, bo majaczę jak trzylatek.

I tak jestem w szoku, że ostatnio ograniczyłam się tylko do kilku wizji pająków i sennych ucieczek przed nimi. Jednak nawet i te epizody czujne oko mężowej kamerki wyłapało!

I, gdyby jeszcze tą chorobę szło okrasić lekturą, to nawet, by mi się podobało takie leżakowanie, przynajmniej kilka pozycji książkowych, o które zawsze byłam, jestem i będę w plecy, (bo dużo czekoladek dla umysłu mam na swoje liście) bym pochłonęła, to w stanie permanentnego zmęczenia i otępionych funkcji myślowych, czytanie było, a wykonalne.

Szkoda niestety, że rozmawianie jakoś tak automatycznie, też na ten czas nie chciało zaniknąć.

     I tym sposobem, to właśnie w tym mało sprzyjającym czasie, dzieją się rzeczy dziwne.

Anonimowe wiadomości na fb, od pseudo bohaterów, którzy nie mają odwagi unieść słów, które wypowiadają.

Mąż zadający, co godzina pytanie, “Lepiej?” Albo marudzący, “leż”, “przykryj się”, “ no zjedz coś” itd. … Ej chwila, przecież, to, tylko choroba, nie ubyło mi w metryce co najmniej 20 lat, wiem, co mam robić!

I na dokładkę Mama, mająca jakiś nie cierpiący zwłoki problem, który próbuje rozwiązać ze mną przez tel. i na nic zdają się tłumaczenia, że pogadamy jak przylecę do PL, ma być tu i teraz. Po czym słyszę, że coś nerwowa jestem i, że ze mną, to tak zawsze.

No i pewnie coś w tym jest, ale czy to kogoś dziwi, w końcu od ładnych paru dni nie mogę robić tego co lubię, nie ma ścianki, nie ma ćwiczeń, nie ma nawet książek o wspinaniu…

Nic tylko rozjechana wiewiórka w łóżku… no, to nie może mnie cieszyć…

I tylko nie rozumiem, dlaczego moi znajomi wiedzą, że uzależniłam się od wspinaczki i nie zadają zbędnych pytań, jakoś intuicyjnie czują, że jestem na “głodzie” i jak w reklamie snickersa nie jestem sobą.

A bliscy z uporem drążą temat, co jest nie tak.

Ciekawa jestem, czy faktycznie, im bliżej tym widzi się mniej…?

Czy może ja gubię zdolność komunikacji, mimo iż filologia jest mi bliska…?

„gdybym mogła wybrać…”

10804919_10202104500574455_643376210_n

O drodze ostatniej

nieśmiało marząc

uciekam wspomnieniem

do górskiego szlaku

do wzniesień,

na których skonają nogi,

by w marszu gnijącą

duszę oczyścić…

gdzie wzrok nacieszę

a serce pokrzepię,

gdzie myśli odfruną

w wysokości niebyt…

I gdy usiądę na skalnym fotelu

czując, że dusza

wyrywa się z ciała

na jedno jeszcze chcę zachować siłę

I w Wielkiej Grani

majestat królewski

Giermkowski czekan

wbić po raz ostatni

tak, by na wieczność

matczyne łono

mogło pamiętać swoją dziecinę…

Ciiii…! gaśnie powoli blask,

a kości milkną w trawie!

Gdy plany biorą w łeb albo bratają się z siłami nieczystymi, czyli słów kilka o pechu

Gdy plany biorą w łeb albo bratają się z siłami nieczystymi, czyli słów kilka o pechu

    Powroty z wakacji zawsze bywają ciężkie i stanowią niezły szok termiczny dla organizmu.

U mnie ten szok nie jest jednak spowodowany rozleniwieniem, a brakiem wysiłku wspinaczkowego. W Polsce podporządkowana jestem wtorkowo – czwartkowym wypadom na ściankę.

Te 2 dni to taki “must have” tygodnia, ale oczywiście są też rzeczy dodatkowe, tak ku polepszeniu umiejętności i ku rozładowaniu własnego wewnętrznego ADHD, którego we mnie zawsze dużo.

Ścianka i walka z własnymi ograniczeniami spodobała się na tyle mocno, iż śmiało mogę rzec, że inowrocławski grafik jest tym czego chcąc pozostać w zgodzie z moim wewnętrznym imperatywem przestrzegać “muszę”, koniec kropka!

W Norwegii takoż grafiku (półki co) nie mam, zatem pilnowanie się jest jeszcze bardziej rygorystyczne. Niestety, też plan treningowy inny jest w PL i inny w Norge.

Tym samym po każdym przylocie siadam z moim zeszycikiem i kreślę nową tabelkę na najbliższe tygodnie, tak, by wiedzieć czego przestrzegać.

           I tak też było minionej niedzieli. Szaro – buro można zapomnieć o macaniu skały, a, skoro nie mogę iść tam, gdzie lubię, to nie idę nigdzie, zostaję pod kocem z laptopem, herbatą, ptasim, które wodzi na pokuszenie i Muńkiem Staszczykiem, do którego mam słabość od ładnych paru lat… Taki plan B, gdy Góry lub pagórki odpadają.

Ta niedzielna statyka przydaje się idealnie, by od poniedziałku ruszyć z planem bardziej dynamicznym, a konkretnie aerobowo – siłowym.

I już na samą myśl, człowiek cały trzęsie się z radości, co uzewnętrznia szerokim uśmiechem i krótkim, aczkolwiek treściwym “Nom”.

       Ów przywołana niedziela to dzień restu, czyli kilka odstępstw, na które sobie pozwalam, zwłaszcza po przylocie… Lenistwo nawet największemu Wierciochowi jakim jestem służy. Jedyne co zakłóca spokój to dziwny ból palcy u obu rąk przy zginaniu i niemożliwość całkowitego ich dociśnięcia. Odczuwam coś na wzór przykurczu, ale gorliwie tłumaczę sobie ten stan zmęczeniem podróżą, zmianą ciśnienia, pogodą norweską, a nawet złym snem…

Dyskomfort jednak nie daje o sobie zapomnieć w sytuacjach prozaicznych, jak, choćby łapanie kubka, ewidentnie coś jest nie tak…

Staram się nie dramatyzować, jedyne co robię to macham co chwila palcami, zaciskam piłeczkę, bawię się korkiem od butelki, generalnie robię wszystko, żeby moje palce rozluźnić i przywrócić do formy. Niestety, kompletnie mi to nie wychodzi, jak precyzji nie ma tak nie ma.

Mam jednak jedną wado – zaletę jestem cholernie uparta i łatwo, nie odpuszczam. Sięgam po cięższy kaliber, próbuję wykonać kilka ćwiczeń na drążku, niestety tutaj dostaję porządnego pstryczka w nos, kompletnie, bowiem nie jestem w stanie wykonać porządnego chwytu, po raz pierwszy też nie tylko dyskomfort czuję, pojawia się ból… Masochistką jeszcze nie jestem, dlatego niechętnie odpuszczam, powoli dopuszczając do głosu racjonalne myślenie, że ów przypadłość łączy się zapewne ze wspinaczką…

Przypominam sobie rozdział u Horsta (podręcznik dla wspinaczy) o kontuzjach i ich zapobieganiu, wracam do moich notatek. Po lekturze już wiem, że nie da się dalej wmawiać, że minie, chcę nie chcę muszę iść do ortopedy…

Nerwowo przeszukuję Internet, by dowiedzieć się czegoś więcej, przede wszystkim chcę wiedzieć jak długo może to trwać. Na szczęście trening nie jest zagrożony w końcu cardio bez pełnosprawnych palcy rąk, wykonam.

         Całodzienne leżakowanie na kanapie jakoś tak rzadko jest dla mnie, prędzej czy później brzydnie i muszę, choć na 10 minut rozprostować kości.

Po całodziennym wietrze i deszczu zostały już tylko ogromniaste kałuże, więc można iść na mały spacer, w końcu z domu do pięknego widoku Fiordu mam jakieś 4 minuty i to z górki :)

Zakładam moje siwo- czarne dresy, luźną stylizację dopełniam ocieploną bluzą z kapturem, który wciągam na głowę (bo lubię) jeszcze tylko arafatka, buty za kostkę, jakiś perfum i można wyjść z domu.

Wiem, wiem totalnie nie kobieco, 2 minuty a ja już gotowa, trudno bywam wielowymiarowa :)

No i niestety nie wiele potrzebuję, by wpaść w tarapaty… 100 m od domu a ja odhaczam nowatorskiego orła na norweskim chodniku!!

Kiedy już dotykam ciałem betonu, słyszę chrupnięcie w moim kolanie, dźwięk bez żadnego dubla zrobiłby furorę w kinie akcji, mnie jednak przyprawia o momentalny pot na całym ciele i kilka wulgaryzmów…

Mimo bólu powstaję z kolan, w miarę szybko łapię pion, choć prawej nogi staram się nie przemęczać. Na szczęście nie widzę nikogo na horyzoncie, zatem dobre, chociaż to , że nie było się dla nikogo darmową komedią.

Człapię do domu, wkurzona i obolała. Czując, że zmiany zachodzące w moim prawym kolanie do dobrych nie należą…

Mąż oczywiście nie wytrzymuje, by się nie śmiać, ale widząc mój piorunujący wzrok, rzuca jeszcze tylko jakiś głupi żart i bastuje….

Szybki okład z lodu, przynosi chwilową ulgę, jednak jakiś wewnętrzny głos przeczuwa większe kłopoty…

    Intuicja…!! Moja niestety istnieje… kolano, zamieniło się w dynię, a to wróży izbę przyjęć…

Jeszcze tylko kilka telefonów, żeby dowiedzieć się co i jak, bo w Norwegii po raz pierwszy kalectwo dochodzi do głosu i jedziemy…

Historia kończy się strzykawką, krwią i stabilizatorem kolana…

A co do delikatnych paluszków, to zapalenie pochewki ścięgna zginacza, jeśli dobrze pamiętam.

        I budujący jest fakt, że jeszcze tylko 4 dni i będzie można wrócić do punktu wyjścia , bogatszym o lekcje KONTUZJA :D