Powiedziałeś kiedyś, że jestem dziwna, a kiedy zapytałam dlaczego, Ty zamilkłeś.

Jestem dziwna, bo czuje się zagubiona, a jestem zagubiona, bo Cię kocham. Kocham jak nikogo dotąd. Wiem, że to nigdy nie miało prawa się wydarzyć, ale nie zawsze rozum ma szansę wygrać z sercem. Nie mogę mieć Twojego uczucia, dlatego zgadzałam się i to z uśmiechem na buzi na każdą chwilę bycia blisko Ciebie. I wiesz co?

Ja serio jestem zdrowo popieprzona, bo moim największym marzeniem byłoby założyć z Tobą dom, rodzinę, mieć dziecko i to na jakże odmiennych zasadach od tych, na których funkcjonują wszystkie inne normalne związki. Byłabym gotowa zaakceptować to, że wychodziłbyś do kogoś innego, że z kimś innym spędzałbyś czas, oczekując w zamian tylko poczucia bezpieczeństwa i pewności, ze zawsze wcześniej czy później do nas wrócisz.

Od kilku lat moje życie przemieniło się w jedną wielką sinusoidę, w jazdę rolko-sterem bez trzymanki, góra-dół, góra – dół i to bez opcji włączenia hamulca. Wieczna euforia przeplatana poczuciem beznadziejności, chwil szczęścia, gdy jesteśmy razem i nic innego się nie liczy i chyba nie zaprzeczysz, że bywało nam naprawdę dobrze i chwil, gdy nagle ktoś się pojawia, a dla Ciebie nikt ani nic już się nie liczy.

Tak jakby świat się zatrzymał, tyle tylko, że to Ty wysiadasz na dłuższą chwilę z wagonika zwanego życiem, a życie wszystkich wokoło biegnie dalej swoim rytmem, z tą różnicą, że wtedy nikt nie może na Ciebie liczyć.

Nagle postanawiasz na krótko wrócić do normalnego życia i dziwisz się, że my już nie jesteśmy tacy sami, ze coś do Ciebie mamy. Pierwszy raz takie zachowanie tłumaczyłeś tym,że nic nie rozumiesz, że nie wiesz o co mi chodzi. Pamiętasz rozmawialiśmy wtedy szczerze, powiedziałeś, że teraz już rozumiesz na czym polegał problem.

Miałam nadzieję, że teraz będziesz się starał zachowywać inaczej, tak by mnie nie krzywdzić, ale nic się nie zmieniło… Dostajesz małpiego rozumu, myślisz wtedy zupełnie inną częścią ciała niż mózg. Za każdym razem, gdy odstawiasz mnie  do przechowalni, jak bagaż na lotnisku, moje poczucie wartości dramatycznie się kurczy. Nadal ciągle cicho proszę o uwagę, poświęcenie mi czasu i trafiam na ścianę.

Twierdzisz,że jestem dla Ciebie kimś ważnym, a robisz coś zupełnie przeciwnego i ciągniesz mnie w dół. Teraz w końcu poczułam, że sięgnęłam dna, ze straciłam resztki poczucia bezpieczeństwa, pewności siebie i sił do jakiegokolwiek dalszego działania. Mam teraz dwie opcje, albo jakoś się odbiję i pójdę dalej, albo tutaj zostanę. Z resztą do tej pory tylko przez kilka krótkich chwil żyłam naprawdę,a nie wegetowałam… I te chwile szczęścia przeżyłam dzięki Tobie…

Przepis na szczęście?

Uwielbiam piec  i gotować, w ogóle kuchnia to miejsce, gdzie czuję się najlepiej. Mogę godzinami piec ciasta, ciasteczka, babeczki i co tam jeszcze akurat mi przyjdzie do głowy w takich ilościach, że później brakuje chętnych, którzy byliby w stanie to wszystko przejeść.

Lubię w kuchni eksperymentować, smakować nowe potrawy i poznawać nowe smaki. Kuchnia nie lubi ograniczeń i dlatego gotowania jako sztuki nie można zamknąć w sztywnych ramach suchych gramatur. Każda potrawa potrzebuje odrobiny szaleństwa, tej szczypty pikanterii, dzięki której każda, nawet z pozoru nudna potrawa nabiera wyrazistości.

Podobnie jest w życiu, pewnych relacji, zdarzeń czy sytuacji nie można zaprogramować z góry korzystając z gotowego przepisu. Chociaż czasami tak bardzo bym chciała, żeby ktoś podsunął mi gotowy przepis na życie. Taki sprawdzony, babciny przepis dzięki, któremu przeżyłabym życie spokojnie, bez burz i zawirowań, bez błędów i potknięć.

Gorzej, jeśli w wyniku naszych usilnych starań może się okazać, że upiekł się nam zakalec…

Wzięłam ostatnio szczyptę przyjaźni, odrobinę zauroczenia, garść miłości i krztynę lojalności. Wymieszałam wszystkie sypkie składniki w jednej misce. Do drugiej wlałam miarkę wygody, szklankę bezpieczeństwa, garnuszek pozorów i łyżkę sympatii. Wszystko wstrząsnęłam, nie zmieszałam. Połączyłam starannie sypkie i płynne produkty, wylałam do foremki i wstawiłam do piekarnika.

Miało wyjść pyszne ciacho a wyszedł gniot. Pytanie dlaczego? Może źle oceniłam sytuacje        i pomyliłam proporcje, może składniki nie były najlepszej jakości, a może zawinił piekarnik…

Myśli po „łuskaniu fasoli”

Skończyłam właśnie czytać, po raz kolejny, genialną moim zdaniem książkę: “Traktat o łuskaniu fasoli” Wiesława Myśliwskiego. Powieść ta, to swoista medytacja nad rolą przeznaczenia i przypadku w ludzkim życiu.

A, kto z Nas nie zastanawiał się, chociażby raz, dlaczego coś się dzieje w jego życiu ?

Wątpię, by znalazł się śmiałek, któremu nigdy taka myśl nie zaświtała w głowie!

W mojej głowie, podobnie jak w głowie Autora, jest ona często. Choć oczywiście nie sprowadzam swojego życia, jedynie do gdybania, zdecydowanie wolę je wykorzystać w pełni, niezależnie czy pędzę ku przygodzie, czy truchtam ku problemom, tak czy siak lepszy minimalny ruch, niż stagnacja. Jednak nie, o mojej szalonej naturze chcę mówić. Zatem wracając do meritum sprawy jesteśmy zawsze ciekawi, dlaczego coś się wydarzyło, jakie będą tego konsekwencje, jak to wpłynie na nas. Naturalna egzystencjalna ciekawość.

Ja swoją uwagę w takich momentach skupiam nie tyle na wydarzeniach, co na ludziach , których poznaje dzięki ów “przypadkowi”.

Dziś w dobie pomieszanych priorytetów, permanentnego wyścigu ku lepszemu… cokolwiek, to znaczy, by zaistnieć i być zauważonym trzeba być “cool” i “na topie”.

I często ta maska super – laski, super- gościa jest tak sztuczna, jak opalenizna po solarium, ale wielu chętnie ją zakłada, by być docenionym i zauważonym, by wspiąć się na szczyt, z którego można jedynie runąć z hukiem w dół, jednak któż zobaczy ten upadek, skoro oczy skierujemy znów ku mocniejszym doznaniom?

I tak mijamy setki ludzi mniej lub bardziej wartych naszej uwagi. Rozpychający się łokciami zazwyczaj są szybciej wyłapywani z tłumu, jednak są jak zimne ognie odpalane w Sylwestra, migają pięknie, na chwilę, później gasną, pozbawione uwagi.

Mimo wszystko takich kolorowych ptaków epoki, jest więcej i częściej takich spotkań doświadczamy.

Oczywiście jak to mówią, każde spotkanie z drugą osobą nas odmienia, zatem za każde trzeba być poniekąd wdzięcznym. Ja zazwyczaj swoją wdzięczność wyrażam jednym twierdzeniem: “mózg to jednak produkt deficytowy”. I bez większego wysiłku ów Kazik, Janek, Dorota stają się postaciami x, y, z, odchodząc do historii.

Są jednak ludzie, (na całe szczęście!!), którzy potrafią wywrzeć na mnie wrażenie piorunujące. I, wtedy dopiero zaczynam prawdziwą analizę, dlaczego właśnie dziś nasze drogi się splotły…? To typ ludzi, który urzeka, charyzmą, inteligencją, pewnością siebie, pasją itd… Jednak, największą słabość mam do takich duchów nieprzeniknionych, skrywających w sobie tajemnicę. Ludzi trudnych, którzy bez większej wylewności wyrażają siebie, którzy są zagadką na starcie i na mecie, o których powiedzieć “ WIEM”, to trochę strzelić sobie w kolano.

To typ ludzi, który uwielbiam, któremu biję pokłony i, który jest mnie w stanie zafascynować.

Sama jestem gadułą i pewnie wielu z moich znajomych, nawet tych bliskich myśli, że wie o mnie wiele. I tak jest! Choć posługując się bliską mi terminologią, to tylko jeden z kilku plecaków, który zabieram w podróż. Ten, który można poznać, oczywiście, jeśli się zasłuży.

Są jednak kolejne, być może mniejsze i lżejsze, jednak są i o ich istnieniu wie może jedna, może dwie osoby. Jest w końcu ostatni bagaż, ten, który wędruje tylko ze mną, którego nie zna Nikt, który jest mój na wyłączność, który świadczy o mojej tajemnicy!

I, jeśli spotykam na swej drodze, kogoś z podobnym podejściem do życia, z tą cudowną tajemnicą w oczach, to bądź pewien, że nie ważne co powiesz na jego temat, nie ważne co ma, czego nie ma, czy jest “cool” mniej, bardziej czy wcale. Ja się przy Nim zatrzymam, bo od zawsze lubiłam drogę pod prąd!

I zgadzam się z Myśliwskim, że :” Cenię ludzi, o których z góry wiem, że nie dadzą się łatwo odgadnąć, jeśli w ogóle. “