Znaleźć w życiu pasję, to narodzić się na nowo!!

Czy na sport może być za późno…?

Od dzieciaka pamiętam, że najbardziej znienawidzonym przeze mnie przedmiotem (po za matmą rzecz jasna) był w-f. Co prawda, gry zespołowe: palant, kucie, siata, hokej na trawie, to owszem lubiłam, ale, kiedy przychodziły te wszystkie testy coopera, biegi krótkie, średnie, długie, gwiazdy, kozły itp. pierdoły, to przechodziłam drogę przez mękę, żeby zaliczyć.

Moje gabaryty z czasów szkolnych, do opływowych nie należały, zatem siłą rzeczy wysiłek sprawiał mi ból i prowadził do szybszego niż u innych zmęczenia materiału.

Konsekwencją tego stanu, było podkopanie mojego “ego”, które trzy razy w tygodniu przegrywało ze średnio 20 innymi osobami. W-f, zatem w mojej głowie, to nie tylko ból fizyczny, palących mięśni albo, inaczej spalanego tłuszczu. To przede wszystkim psychiczny dyskomfort, to niczym, wymuszony striptiz, bo co prawda w rzeczach, ale przegrana jawiłam się w oczach moich kolegów i koleżanek, no i oczywiście nauczyciela.

To był chyba właśnie ten pierwszy permanentny stan porażki, którą zapamiętałam po dziś dzień.

Im starsza, tym coraz bardziej zaczęłam, myśleć nad tym jak   to pasmo udręczenia przerwać, wpadłam na pomysł, na tamten czas wręcz genialny, zwolnienie lekarskie.

Przy kolacji jakby nigdy nic oznajmiłam, że chciałabym, aby mama załatwiła mi coś takiego, bo, skoro pracuje w Służbie Zdrowia, to niech wreszcie się wykaże.

I ku mojemu zdziwieniu, poszło gładko, wręcz usłyszałam, że   ,   to głupota te wszystkie ćwiczenia, że każdy sam sobie reguluje swój rytm. Nie zastanawiałam się czy, wtedy twierdzenie mojej mamy i babci, było słuszne czy nie. Interesowało mnie, bowiem tylko jedno, osiągnięty cel. I brak kolejnych upokorzeń, od tej nocy czułam się pewniej.

I, jeśli chodzi o szkołę, to na takich ciut bezpodstawnych zwolnieniach przewegetowałam, udzielając się w grach zespołowych, szerokim łukiem, omijając te potyczki z sobą samą.

Jednak jak   to mówią, życie bywa przewrotne.

I faktycznie moje przewróciło się nieźle.

Na początku studiów postanowiłam sobie, że chudnę, cokolwiek i ktokolwiek, by mi na ten temat nie powiedział, chudnę i już.

Zaczęłam od diety, szybko jednak dołączyłam małą aktywność fizyczną, jakieś brzuszki, skakanka, niby nic, ale przynosiło efekt, aż w końcu przyniosło efekt totalny, schudłam i było mi po   prostu wyśmienicie!

Jednak to był tylko jakiś mały impuls do zmian, które miały dopiero zajść.

Na dobre sportowego bakcyla, załapałam jakieś dwa lata temu.

Pierwsze treningi cardio z instruktorem, siłownia, fitness, bieganie, podobały się, jednak dalej nie dawały tego konkretnego uczucia spełnienia, nie były też na tyle silnym bodźcem, by wykonywać je non stop. Zatem trochę jak sinusoida wyglądał, też mój trening, 3 miesiące totalnej harówki i wyrzeczeń i jakiś podszept typu impreza, grill, pizza, a zapominałam o samokontroli.

Dalej szukałam swojej niszy, by wreszcie czemuś się oddać tak na maxa, tak   jak ja lubię.

Spontanicznie w czerwcu, gdy byliśmy z mężem na wakacjach w moich rodzinnych stronach, stwierdziłam, że w ramach czegoś nowego skoczymy na ściankę do Inowrocławia.

Góry kocham, mogłaby po nich łazić godzinami, a   że Kujawy to nie góry, to ściana brzmiała sensownie. No i ruszyliśmy w pewien wtorek na tą ścianę kompletnie nie wiedząc, czego się spodziewać. Gdy minęliśmy magiczne zielone drzwi, gdy ekipa zobaczyła jakieś dwa nowe niedobitki, chciałam się ewakuować, ale doszłam do wniosku, że   co tam i tak Nas nie znają, więc nawet jak się zbłaźnimy, zapewne nasze drogi więcej się nie skrzyżują.

Wymieniliśmy uściski dłoni, przedstawiliśmy się i zaczął się młyn.

Na dzień dobry wiązanie ósemki, byłam w harcerstwie uczyliśmy się nie tylko tego węzła, ale, gdzie ja teraz miałam, to sobie przypomnieć, gdy drżałam o własne życie.

Z pomocą Konrada i Piotra, dumnie zapięci w uprzęże, z pięknie związanymi linami ruszyliśmy wspinać się po najprostszej z tras, czyli żółtej. Oczywiście, że pierwsza ruszyłam do boju i tak się pięknie spięłam, że w połowie tego serio prostego odcinka, wręcz darłam się, że chcę blok i na dół, oczywiście nieco ściemniłam, że ręce mnie bolą, ale guzik za pierwszym razem nie ten ból mnie zahamował, a panika, że robi się wysoko i, że   jak niby Gość, który nawet nie patrzy, gdzie ja jestem tylko gada odwrócony bokiem do mnie, ma mi pomóc.

Na dole nieco ochłonęłam, kolejne próby przejścia żółtka faktycznie już blokowały ręce i tzw. buła.

I, choć wakacje mignęły niemal jak jeden dzień, to fascynacja ścianą, została.

Zaraz po powrocie, zaczęłam szukać w Norwegii podobnego miejsca, gdzie będę mogła znów tak bosko panikować, po   czym oswajać ten strach. Niestety, Norwedzy sport postrzegają nieco, inaczej i trochę, inaczej zaczyna się swoją wspinaczkową karierę, ale nie zrażona tym faktem, postanowiłam ponownie zawitać do Inowrocławia, pobyć trochę w Polsce, by znów podładować swój akumulator.

I ten ostatni czas na ścianie, kolejne przejścia, kolejne odpadnięcia i buły uświadomiły mi, że   to jest   to, że chcę nie z doskoku, tylko systematycznie i regularnie doskonalić siebie. Chcę na tej ścianie dalej łazić, dalej błądzić, odpadać, by wiedzieć co zrobić, aby kolejny raz było lepiej.

To jest   to miejsce, gdzie potrafię z pokorą przyjąć porażkę, bo wiem, że tylko dzięki takiemu potknięciu za chwilę będę na wymarzonym stopniu, zrobię dobry przechwyt, itd.

Tam niczym w górach potrafię nie myśleć o niczym innym, jak o tym co robić, by iść naprzód.

I wiem, że znajomi mają czasami mnie dość, kiedy po raz kolejny odmawiam pizzy, kebaba czy piwa, bo wiecie dieta, ściana, forma.

Ale wiem, że Ci prawdziwi, zrozumieją, bez zbędnych słów moją postawę.

A ja z kolei wiem, że cokolwiek, by się nie działo, to mam swój mały wspinaczkowy świat, w   którym czuję co znaczy żyć

TURKEY

Wybraliśmy się na wakacje do Turcji. Od dłuższego czasu trwały poszukiwania najfajniejszego miejsca. Odwieczne pytanie brzmiało, którą część kraju wybieramy: Turcję Egejska czy Riwierę Turecką? Zaczęliśmy przeglądać katalogi i bloogi podróżnicze w Internecie. Z każdym kolejnym obejrzanym zdjęcie umacniałam się w decyzji, że musi to być Turcja Egejska. Dlaczego? Powodów było kilka:

- ta część jest bardzo zielona, góry spotykają się z morzem – można poczuć się jak na Hawajach :)

- hotele są mniejsze, bardziej kameralne, nierzadko prowadzone przez rodziny, co za tym idzie atmosfera w nich jest rodzinna i daleka od tej w ogromnych molochach Riwiery Tureckiej

- kusi bliskość greckich wysp i bogactwo zabytków m.in. Efezu, Troi czy Pergamon,

- zauroczył mnie Park Narodowy Mili Park w Guzelcamli niedaleko Kusadasii,

- zaintrygował mnie Izmir – miasto o którym mówi się, ze jest najbardziej europejskie w całej Turcji i gdzie „ nikt nikomu do niczego się nie miesza”.

Skoro region geograficzny został już określony, czas na konkretne miasto. Po burzliwych dyskusjach, próbach kupna kilku kolejnych wycieczek, nasz wybór padł na małą miejscowość o wdzięcznej nazwie Guzelcamli, oddaloną o około 25 km od Kusadasi i 100 km od Izmiru. Wybraliśmy hotel Akbulut, co w języku tureckim oznacza białą chmurę.

Hotel ma nowoczesną bryłę, która harmonijnie wtapia się w krajobraz nie szpecąc go. Budynek został oddany do użytku w 2009 roku i oferuje swoim gościom 84 pokoje, dwa baseny: kryty i otwarty, wielofunkcyjne boisko, hammame i SPA. Dookoła rozpościera się zadbany ogród, który został podzielony na kilka części tematycznych, dzięki temu każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Na plaży jak i przy basenach leżaki, parasole i ręczniki są darmowe, z tym że tych ostatnich często brakowało, zwłaszcza w godzinach popołudniowych. Obsługa była przesympatyczna, pan który pełnił rolę animatora mówił łamaną polszczyzną, ponieważ jego żona podobno pochodzi z Gdańska i z dużą dozą pozytywnej energii zabawiał nas wieczorami przebojami takimi jak: Ona tańczy dla mnie czy Bałkanica. Kelnerzy w mig sprzątali brudne naczynia z jadalni, czasami wystarczyło pójść po herbatę, człowiek wraca i nie ma już kolacji :P Byli przy tym zawsze schludnie ubrani i uśmiechnięci. Menager, który był jednocześnie właścicielem hotelu, przebywał w nim od świtu do nocy, by zapewnić gościom wypoczynek na odpowiednim poziomie.

Ale nie samym hotelem człowiek żyje. Pierwszego dnia poszliśmy na plażę hotelową i oboje korzystaliśmy z tego, co mieliśmy – morze było super ciepłe, jednak czuliśmy mały niedosyt. Plaża była kamienista i wąska. Postanowiliśmy, że nazajutrz ruszymy do Mili Parku, po drodze zatrzymując się w jaskini Zeusa (Zeus Magarasi).

Jaskinia Zeusa skrywa w sobie podziemne jezioro, w którym wody słodkie mieszają się ze słonymi. Woda jest tutaj zimna, co jednak nie odstrasza śmiałków przed kąpielą mimo zakazu wchodzenia do wody. Zbiornik ma głębokość 10-15 m, a podczas pływania można sobie odpocząć siadając na jednej z kilku skalnych wysepek rozsianych po całym jeziorze.  Historia z wiązana z tym miejscem nie jest jednoznaczna. Istnieją trzy legendy tłumaczące powstanie jaskini. Według pierwszej z nich w jaskini tej ukrywał się Zeus i sprowadzał sobie do niej wiejskie dziewczęta, które uwodził w tajemnicy przed Herą. Drugi mit mówi, że w jaskini tej ukrywał się Zeus, tyle tylko, że chroniąc się w niej przed sztormami, do dziś z resztą ludzie przychodzą się tutaj kąpać zwłaszcza wtedy, gdy morze jest wzburzone. Dla chrześcijan jaskinia Zeusa jest w końcu miejscem, gdzie według legendy przychodziła się kąpać Matka Boska. Jak widać ile osób tyle pomysłów na wytłumaczenie fenomenu tej jaskini.

Przed wejściem do jaskini rośnie tzw. drzewko życzeń.  Według tureckiej tradycji jeśli wypowiemy życzenie i zawiążemy na nim kawałek materiału, marzenie powinno się spełnić. Podobna ściana życzeń znajduje się również obok kościoła w Efezie, ale o tym później ;) Jedni zachwycają się tą jaskinią, inni przechodzą obok niej obojętnie, ale co by nie mówić, mieszkając w Guzelcamli trzeba tam po prostu pójść. Z niej już tylko rzut beretem do Parku Narodowego Półwyspu Dilek i Delty Rzeki Büyük Menderes (tr. Dilek Yarimadası – Büyük Menderes Deltası Milli Parki), nazywany przez mieszkańców okolicy w skrócie Milli Park.

Pólwysep Dilek jest miejscem, gdzie masyw gór Samsun schodzi do Morza Egejskiego. Najwyższym punktem półwyspu (1237 metrów n.p.m.) jest góra Dilek, która  w czasach antycznych znana była jako Mykale. Na terenie półwyspu Dilek został wytyczony szlak wędrowny o całkowitej długości 15 km, prowadzący przez kanion Olukludere. Szlak rozpoczyna się w punkcie oddalonym o 6 km od bramy wjazdowej na teren Parku Narodowego, a kończy w Doganbeygdzie znajduje się centrum dla gości Dilek Yarimadası – Büyük Menderes Deltası Milli Parki. Wzdłuż głównej drogi wiodącej północnym wybrzeżem półwyspu Dilek rozmieszczone są zadaszone tarasy widokowe. Warto się przy nich zatrzymać i ancieszyć oko pięknymi widokami na przepiękne plaże, które pozwalają przenieść się choć na chwilę do raju. Zwłaszcza tak zwana pierwsza plaże kusi swoim piaszczystym brzegiem i płytkim równym dnem Morza Egejskiego, gdzie nawet dzieci mogą czuć się bezpiecznie. Warto również na chwilę skupić wzrok na widocznej w oddali greckiej wyspie Samos.

Cdn.  :-)

morze cudów…

Wspólne wakacje daleko od domu, w obcym kraju, bez możliwości spakowania walizki i powrotu w dowolnym momencie … pierwsze wspólne wakacje za granicą tylko we dwoje… Kiedy termin wyjazdu był odległy wmawiałam sobie, że będzie wspaniale, że w końcu sobie odpoczniemy, że czym mniej ludzi tym fajniej, bo nie musimy się nikomu podporządkowywać, ale… czas leciał i do wyjazdu zostało bardzo mało czasu, a ja zaczęłam lekko panikować.

Niby znam Go jak własną kieszeń, niby wyjeżdżaliśmy wcześniej razem na kilka dni już nieraz, ale to zawsze była Polska – miejsce gdzie czuję się bezpiecznie, gdzie wszędzie się dogadam i skąd w każdej chwili mogę wrócić.  Tym razem bałam się lotu, bałam się, że z naszym angielskim nie dogadamy się na lotnisku i w hotelu, że może zgubimy się gdzieś na pustkowiu, kiedy ruszymy na wojaże, jak na powsinogów przystało, że zwyczajnie sobie nie poradzimy.

Tak naprawdę jednak bałam się czegoś zupełnie innego i te wszystkie wcześniejsze obawy były tylko czymś pośrednim, czymś zastępczym, czymś czym próbowałam przykryć mój największy lęk.  Te wakacje to było spełnienie jednego z marzeń. Dziki kraj, inna kultura, piękna przyroda – istna bajka, a w tym wszystkim my – młodzi, pełni energii gotowi zdobyć świat, tylko że…

Jest ktoś, kto za wszelką cenę chciałby popsuć nam ten czas. Już nie raz i nie dwa spowodował, że czas, który chcieliśmy spędzić na zwiedzaniu i na odpoczywaniu okazywał się czasem dołowania się i przeżywania bólu i rozdrapywaniu starych ran daleko od domu. Tak bardzo się bałam że i tym razem wydarzy się coś złego, że choć będziemy tysiące kilometrów od tego co tutaj, On będzie obecny tylko ciałem a myślami, mentalnie będzie bardzo daleko ode mnie.

Mijał dzień za dniem, a nic złego się nie działo i co więcej nic nie zapowiadało, że coś takiego może się wydarzyć. Telefon milczał, Facebook również – to było tak nierealne, że aż nie pozwalało się w pełni zrelaksować, tak jakby mój organizm nie mógł zaakceptować tego, że może być dobrze, że w końcu mamy święty spokój, na który tak bardzo oboje zasłużyliśmy i ciągle podświadomie czekał na jakąś katastrofę.

On tymczasem miał dobry humor, korzystał z przepięknych plaż, cieplutkiego morza i używał życia.W końcu było normalnie, oboje zaczęliśmy się śmiać. Nie pamiętam kiedy było nam tak dobrze… Co więcej troszczyliśmy się o siebie na wzajem, pomagaliśmy i słuchaliśmy swoich potrzeb. Kiedy padło: ” Co chciałabyś dziś robić, na co masz ochotę? ” byłam w niebie. Takie banalne a ile znaczy, tym bardziej, że nie było to niczym wymuszone, czy czymś kalkulowane. Po prostu spontaniczna reakcja. Obojętne mi wtedy było, czy ten dzień przeleżymy na plaży, czy pojedziemy zwiedzać starożytny Efez, czy robić zakupy w Kusadassi… uwierzcie poczułam się wtedy szczęśliwa… :)

Było pięknie :) SAM_0854

Moralność o stu twarzach

Moralność o stu twarzach

      Coraz gorętsza robi się sytuacja polskiego Kościoła, który jest numerem 1 różnych artykułów.

Pedofilia, molestowanie, dziwnie pozyskiwane środki finansowe, majątki księży itd.…, to tematy, o których można poczytać w prasie, na portalach społecznościowych, usłyszeć w TV.

Wydawać, by się mogło, że to trochę przegięcie, szargać imię, tak poważnej, celowo użyję tego słowa Instytucji.

Jednak czy, aby na pewno?

    Mimo młodego wieku, trochę dziwnych akcji serwowanych, przez Kościół i księży widziałam.

Więc dziś, kiedy, widzę, że okręt, który do tej pory skutecznie lawirował po morzu kłamstw i oszustw, nie w imię wiary, a maksymalnych korzyści dla siebie, tonie,to jakoś nie żal mi, że przyszedł czas na solidną burzę.

    Choć silnie rozgraniczam tutaj kwestie wiary i kwestię głosicieli tej wiary.

Albowiem wierze i mówię o tym otwarcie, jednak wiarę mą chcę wyznaczać sobie sama, przez własne doświadczenia życiowe, przez wzloty, upadki, a przede wszystkim przez własną świadomość, która wprost proporcjonalnie do wieku i bagażu doświadczeń, w którym przybywa kolejnych sytuacji, rośnie.

    W młodzieńczych czasach dość mocno udzielałam się w tym przysłowiowym życiu Parafii.

Czynników było wiele:

Rodzina, która wierzyła, chodziła do Kościoła, więc czemu ze mną miałoby być inaczej?

Mała miejscowość, w której nie działo się nic co było, by na tyle ciekawe, by mnie porwać, imprezy, bowiem to żaden wabik dla mnie.

ZHR, który był ciekawą alternatywą spędzenia wolnego czasu. Wyjazdy, obozy, zabawy, tam wiecznie coś się robiło, więc moja nie cierpiąca nudy natura, znalazła miejsce idealne.

Istotny jest też aspekt wychowania w rodzinie z tradycjami, gdzie Kościół po prostu jest.

A moje dorastanie, to lata 90, w których mimo wszystko zasady coś znaczyły.

    I tak, o to w odróżnieniu od większości moich rówieśników, niedzielna Masza nie stanowi problemu, lekcje religii to lekcje jak każde, nie mam ochoty szydzić z ks. tylko po, to , by umocnić swoją pozycję w klasie. Zresztą jak można szydzić z kogoś, kogo uważasz za kumpla, przynajmniej, wtedy tak myślałam. Wszystkie akcje ZHR, które połączone były z Kościołem, też wypełniałam z chęcią i zaangażowaniem, bo prócz chęci dynamizmu życia, króluje we mnie również chęć pracy w grupie, z ludźmi. Jednym słowem ma się dziać, wtedy jestem szczęśliwa.

   No i długo się działo, tylko nie wiem czy dobrze. Bo dziś z perspektywy czasu, wiem, że sytuacje, które uważałam za możliwe do zaakceptowania, takimi nie były.

Np., skoro marzliśmy cały grudniowy dzień, by sprzedać chlebki, świeczki czy inne rzeczy i zarabialiśmy nie dla siebie a dla Proboszcza, problemem było wzięcie nas na ciepły obiad.

Czy kupienie hamburgerów (kebaby to nie te czasy jeszcze :))?

Albo dlaczego, gdy byliśmy potrzebni, zawsze się o Nas pamiętało, a kiedy był wypad na wakacje dla lektorów, byliśmy zbędni.

Tych sytuacji mogłabym mnożyć jednak nie o to mi chodzi, błądzić, bowiem jest rzeczą ludzką.

I tak dalej ZHR pamiętam jako zajebisty kawałek mojego życia, który nauczył pokory, życia, zabawy, odpowiedzialności.

    Irytację we mnie jednak wzbudza podejście księży, którzy nie potrafią przyznać się do błędów, którzy wmawiają wiernym, że są godni naśladowania, tym czasem wystarczy spędzić chwilę na zapleczu Kościoła, by wiedzieć, że błądzą jak ja czy, Ty…

I prawa do robienia źle Nikomu nie odmówię, ale, za to, też nie przyznam Nikomu prawa do hipokryzji.

I nie raz już słyszałam teksty w stylu: “W imię dobra Kościoła, przyjmiemy każdy rzucony kamień”. Pięknie, górnolotnie i wzruszająco, tylko nie Mnie.

Albowiem, ja nie boję mierzyć się z opiniami innych na mój temat, nie uciekam w litość, by zamknąć komuś usta. Prawo, bowiem do dyskusji ma każdy.

Tylko czego mam się bać, skoro ja wiem, co myślę, skoro umiem wybronić swoje racje, nie emocjami, a argumentami.

    I myślę sobie, że właśnie tego najbardziej brakuje współczesnemu Kościołowi pewności siebie i przekonania w słuszność głoszonej idei. Istnieje, bowiem niedzielna, kazaniowa prawda i ta z dnia codziennego, w której Ksiądz chce w pełni korzystać z życia, rozrywek i pieniędzy nie zawsze swoich.

   Dlatego, gdy czytam, że jakiś Ksiądz zrzucił sutannę, wyjechał na misję, zmienił wiarę, to biję mu brawo i doceniam szczerość. A wszystkich tych drżących o swoje dobra Księży tak bardzo niby zaszczutych przez współczesny czas najzwyczajniej w świecie ignoruję i nie żałuję, że ludzie zaczynają widzieć i analizować więcej!

… i żyli długo i szczęśliwie.

Czy nie było by wspaniale, żeby życie układało się jak w bajkach? Że po spotkaniu tego jedynego/ jedynej po prostu się wie, że to prawdziwa miłość. Magiczna siła rozpiera cię od środka i po prostu wiesz, że to to, że warto o tą miłość walczyć. Jak byłam mała wierzyłam, że każdemu przysługuje idealna połówka, twoja zagubiona dusza, która szuka ciebie, aż cię znajdzie, by żyć długo i szczęśliwie. Ale im dłużej żyje, zaczęło mi się to wydawać wcale nie takie fajne. Przecież wypadki się zdarzają, i jeśli coś się stanie tej mojej drugiej połówce, czy to musi oznaczać, że do końca życia będę sama? Niezbyt to optymistyczna wizja.

Z biegiem lat, zaczęłam się zastanawiać skąd w ogóle mam wiedzieć, że to ten. Czy nie powinno to być zauroczenie od pierwszego wejrzenia? Przecież tak to jest, że spojrzysz na kogoś i po prostu wiesz, a nie, że znacie się ileś tam czasu, i w sumie jest miły, i nic mu nie brakuje, ale gdyby nie to że on zrobił ten pierwszy ruch, i drugi …i dziesiąty to by nic z tego nie było. Czy to może być prawdziwa miłość?

W ogóle czym jest miłość? Czy to, że od pierwszego momentu jak go zobaczyłam, nie mogłam oderwać od niego oczu, świadczyło by, że będziemy w stanie przejść przez życie razem? Będziemy stawiać czoła problemom i zawsze na siebie będziemy mogli liczyć? Z moich obserwacji, coś mi się wydaje, że nie bardzo…

Jestem teraz w tym wieku, że co się obejrzę to widzę zaręczynowe fotki na fb, albo weselne sesje zdjęciowe koleżanek ze studiów czy podstawówki. Nawet te, których nikt nie podejrzewał o znalezienie chłopaka, zajęte są teraz wybieraniem idealnej sukni ślubnej. A ja, mimo, że jestem w tym samym związku od kilku ładnych paru lat nadal czekam na ten moment. Ale czy faktycznie JA czekam? Czy to raczej presja otoczenia? Przecież na razie niespieszno nam do zakładania rodziny, nadal szukamy naszej pasji i kariery, ciągle się uczymy. Ani ja nie mam ochoty na bycie w centrum uwagi, ani on, nawet przez ten jeden dzień. A już nie wspomnę o oszczędnościach jakie byśmy musieli mieć na wyprawienie takiej imprezy. Wiec czemu, wiedząc, że ślub w sumie nic nie zmieni, bo teraz to i tak żadna gwarancja bycia razem, zaprzątał mi  on ostatnio głowę? Może, skoro nie prosi o rękę to mu już nie zależy? Do tego słowa mamy ‘wy to już nigdy się nie pobierzecie’ tylko pobudziły moja paranoje.

Miałam urodziny. Było super, spędziliśmy cały dzień razem, zwiedzając miasto a wieczorem poszliśmy do najlepszej restauracji jaką mogłam sobie wyobrazić. Idealny wieczór. Następnego dnia, dziękując rodzinie za życzenia, odpisałam też jego babci opisując nasz piękny dzień. W odpowiedzi dostałam smsa: ”Wieczór musiał być niezapomniany. Sceneria idealna na zaręczyny! Czy może jeszcze nie..?” Ten sms, mimo, że w sumie niewinny, przelał szalkę mojej paranoi. Wszystko zlało się na mnie w przeciągu paru dni – kryzys poszukiwania sensu w życiu zawodowym, brak pracy i wizja braku planów na najbliższa przyszłość mnie załamała. Może to teraz brzmi idiotycznie, ale brak pewnej ogólnej satysfakcji i wizji rozwoju spowodował, że zwątpiłam w tą jedną osobę, która zawsze przy mnie była. Nie mówię, że zawsze było idealnie. O nie. Ale jeśli coś się działo, na niego zawsze mogłam liczyć. Przez tyle lat. W dniu desperacji zwątpiłam czy MY mamy nadal sens? Czy warto o nas walczyć, skoro nawet nie wiem czy mu tak na dobrą sprawę zależy. Może faktycznie, prawdziwa miłość jest jak w bajce, na tyle silna, że jak cię spotka to wiesz to od razu. Po prostu to czujesz. A co ja czuję? Już sama nie wiem. Wylałam swoje żale, a on zapytał czy chcę z nim być. A ja zamarłam. Chcę? Nie chcę? Nie wiem! Skąd mam wiedzieć czym jest prawdziwa miłość? Niestety, nie wiem jest mało pocieszającą odpowiedzią. Co ja bym zrobił jakby na moje pytanie odpowiedział mi ‘nie wiem’? Więc nic nie odpowiedziałam. Okazało się, że cisza może być równie bolesna…

Ok, już sama nie wiedziałam co robię, ale skoro twierdzi, że jakbym go kochała to bym wiedziała co odpowiedzieć, to może faktycznie pora od siebie odetchnąć. Słowa padły, nie ma już odwrotu. Pora spakować torby i rozpocząć nowy rozdział, a raczej rozdziały… osobno.

Gdy ktoś jest na wakacjach razem, jest zmuszony spędzić czas razem. I to nas uratowało. Bo telefon nie odbierał, bo nic już się dzisiaj nie załatwi. Byliśmy na siebie skazani przez jeszcze jakiś czas. Czas wystarczający, by emocje opadły, by nie wybiec w złości, i by z dumy i skrzywdzonych uczuć się już do siebie nie odezwać. Mimo, że wiele czasu spędzaliśmy razem i rozmawialiśmy codziennie, tego wieczoru rozmawialiśmy pierwszy raz od długiego czasu… tak naprawdę od serca. O tym co nas boli, czego pragniemy, czego się boimy. Po tej rozmowie, zrozumiałam, że prawdziwa miłość nie przygalopuje do ciebie na białym koniu i nie oślepi cię blaskiem pierścionka zaręczynowego. Prawdziwa miłość będzie o ciebie walczyć, jeśli nawet ty zwątpisz. Nie podda się przy chwili zwątpienia, tylko będzie drążyć co jest nie tak i zrobi wszystko, żeby było lepiej. I mimo, że nie zawsze jest idealnie, wiem, że to ,że się na przykład nawzajem wkurzamy, nie jest dlatego, że mamy siebie dość, tylko wynika z tego, że nam nadal zależy, i że chcemy dla drugiej osoby jak najlepiej. Tej nocy to on o nas zawalczył, a to lepszy dowód miłości niż pierścionek zaręczynowy…