Prezent – stres czy przyjemność?

Święta, urodziny, imieniny, rocznica ślubu i dziesiątki innych okazji, gdzie nie wypada pójść bez prezentu.  Pozornie wydaje się, że to fajna okazja, by się spotkać z rodziną i przyjaciółmi, by posiedzieć przy wspólnym stole i w końcu na spokojnie sobie pogadać. Tylko dlaczego na samą myśl boli Cię brzuch, nie śpisz po nocach i pół nocy siedzisz w Internecie przeglądając strony internetowe?

Powodów może być kilka:

- nie masz pomysłu co kupić

- boisz się, że prezent będzie nietrafiony

- obawiasz się, że ludzie Cię obgadają

- może zwyczajnie zależy Ci, by prezent sprawił przyjemność osobie obdarowanej i dlatego chcesz by było to coś wyjątkowego?

Nie ukrywajmy, najłatwiej kupić coś w sklepie, bo cały wysiłek to wyjście z domu lub włączenie komputera i zrobienie przelewu czy zapłata kartą płatniczą. Przy odrobinie szczęścia miła pani w sklepie zaoferuje się, że dodatkowo sama z siebie zapakuje nam nasz prezent. Proste prawda? Sama nie raz tak postąpiłam, ale…

Od razu  powiedzmy, że dla mnie prezenty zwłaszcza te materialne mają mniejsze znaczenie, dużo bardziej od nich wolę, kiedy ktoś poświęci mi swój czas. Ale nie wybrzydzajmy, prawda?

Masz urodziny, zaprosiłaś najbliższych i…

… i chciałabyś, by ktoś Cie zaskoczył, by zrobił coś ekstra. Może spacer taki wiecie, zwyczajny po parku z kawą i ciachem, może własnoręcznie przygotowana kolacja z kieliszkiem wina i dobrym filmem, a może piknik? Bo nie chodzi o rozmach, o wielką kasę i ekskluzywne zachcianki, tylko o poczucie, że ktoś poświęcił swój czas, że włożył mnóstwo pracy w przygotowanie takiej niespodzianki i co najważniejsze, zrobił to myśląc o osobie obdarowanej, a to oznacza, że mu na niej zależy, że ją personalizuje i indywidualizuje. A to w tym naszym szalonym świecie, ceni się podwójnie. Każdy człowiek chce być choć przez chwilę jednostką a nie zbiorowością.

Dostałam ostatnio coś zrobionego ręcznie, może i nie jest idealne, ale jest wyjątkowe bo zrobione tylko dla mnie :)

Profesor

Jakoż, że mamy czas wakacji, a co za tym idzie mniej lub więcej podróżujemy,
wywołam do tablicy pewną historię, w której przyszło mi odegrać główną rolę, aczkolwiek całkowicie niezamierzenie.
Historia wydarzyła się w drodze powrotnej ze stolicy, żeby było dowcipniej, to w pociągu.

Otóż jak każda kobieta nie potrafię na 4 dniowy wyjazd zabrać jedynie plecaka…
Zatem nieodzownie zawsze towarzyszy mi walizka, mniejsza, większa, to już tylko kwestia zależna od aury za oknem. Jednak tym razem padło na większą, gdyż po pierwsze, to był początek Maja i pogoda odrobinę szalała, a po drugie mówimy o Stolicy, co za tym idzie zakupach, którym czasami ulegam. Do tego jeszcze ze 2 książki, torebka, coś do jedzenia, jednym słowem niczym obładowany wielbłąd wyczekiwałam rzeczonego pociągu.

Stolica od moich rodzinnych stron oddalona jest o jakieś 250 km zatem, nie spodziewałam się spotkać nikogo znajomego. Okazało się jednak , że całkiem niedaleko mnie znajdował się mój wykładowca, w sumie to były wykładowca, bo studenckie czasu, to trochę zamierzchła historia. Jednakoż, iż ów Profesor był strasznie lubianą Jednostką rozpoznanie nie stanowiło większego problemu. Jednak jak On miał, to w zwyczaju nie potrafił usiedzieć spokojnie na miejscu, tak było na wykładach i seminariach, tak też było na peronie. Kręcił się to tu to tam, więc nie było nawet szansy na zwykłe “Dzień dobry”, a co dopiero małą dyskusję o uczelnianych sprawach.
do tego zawsze szarmancki, mimo 50 na karku podobał się większości żeńskiej, która na filologii polskiej stanowiła grupę znaczną.

I, gdy już miałam otworzyć buzię, by wydobyć coś w stylu : “Dzień dobry Profesorze”, rozegrała się sytuacja, która wywróciła nieco mój światopogląd.
Otóż pewnie każdy, choć raz podróżując pociągiem zastanawiał się, jak upchnąć walizkę, gdy przestrzeń bagażowa jest zajęta? W tamtej ów chwili również i ja stanęłam przed owym wyzwaniem. Moje skromne 160 cm utrudnia bardzo wrzucanie walizek, na te półki najwyższe, a co dopiero na walizki tam się znajdujące. Nom, ale cóż podjęłam się tej  z góry skazanej na niepowodzenie czynności. I, wtedy usłyszałam, jak przechodzący mężczyzna, rzucił w kierunku Profesora, zdanie : “Gościu masz 2 m a ciężko pomóc Ci tej Pani?! I w rzeczy samej Profesor do najniższych nie należał. I wiecie co? Spodziewałabym się wszystkiego, tylko nie takiej odpowiedzi ze strony człowieka wykształconego, z tytułem prof. zwyczajnego.
Stwierdził, bowiem, iż on jest zbyt wykształcony, by do niego mówić “Gościu” i, jeśli go mężczyzna zaraz nie przeprosi złoży zażalenie ochronie kolei, że spotkał się z molestowaniem słownym. Gdy zakończył swój monolog, który przypominał teoretyczne podejście do literatury, a nie do człowieka, wszyscy wybuchnęli śmiechem, poza mną. Ja, bowiem trwałam w osłupieniu i konsternacji. Nawet nie zauważyłam, że walizka już dawno leży na górze, a wrzucił ją zręcznie ów młodzian załadowany bardziej ode mnie jak tylko uporał się ze swoim bagażem.

I tak w jednej chwili, w jednej zwykłej sytuacji poznałam prawdziwą twarz człowieka, który na uczelnianych korytarzach jest przykładem klasy, obycia i empatii.

Miałam jeszcze ochotę, po całej sytuacji rzucić : “Dziękuję Profesorze za pomoc”, ale stwierdziłam, że nie ma sensu. W końcu cham pozostanie chamem. I może założyć milion przyzwoitych masek, może skutecznie budować swój wizerunek w oczach innych, to jednak przyjdzie moment, w którym przestanie się kontrolować i, kiedy pokaże kim jest naprawdę !