Kulturalna LemOniada

Dziś trochę szeroko pojętej kultury. Zdarza mi się od czasu do czasu pójść na spotkanie autorskie. Nie macie pojęcia, ile ciekawych wiadomości może się człowiek dowiedzieć o osobach znanych dotąd wyłącznie ze szklanego ekranu. Nie inaczej było podczas spotkania z Mariuszem Szczygłem. Dziennikarz i reporter podzielił się swoją miłością do Czech i Czechów, opowiedział o swoich początkach w mass mediach i o tym dlaczego nie lubi, gdy ludzie mówią o nim jak o pisarzu. Na pytanie pana, który prowadził spotkanie o to, dlaczego tak bardzo otworzył się na naszych południowych sąsiadów, odpowiedział, że Czechy to dla niego azyl, schronienie przed mentalnością PiSiorów. Kiedy przekracza granicę, wszystko nabiera dla niego czeskiego wymiaru, bo tam dają mu prawo do grzechu, prawo do słabości, prawo do wolności.

Coś w tym musi być skoro to własnie w Czechach jest bardziej rozpoznawalny niż w swojej ojczyźnie. Prawda taka, że my pokolenie lat 80-tych kojarzymy go głównie jako prowadzącego pierwszy talk show Na każdy temat. Kto nie pamięta tej pierwszej polsatowskiej superprodukcji z helikopterem lądującym na dachu wieżowca??? Jednak już nie każdy wie, że ten sam dziennikarz, który do swojego programu zapraszał ludzi często przez ogół społeczeństwa wypchniętych na jego margines tj, prostytutki, osoby niepełnosprawne, morderców został Dziennikarzem Roku 2013 w konkursie Grand Press. Jego książka Gottland, to jak czytamy wybór znakomitych reportaży poświęconych Czechom, uwikłanym w czasy, w jakich przyszło im żyć. Czechosłowacja i Czechy – Gottland – to kraj horroru, smutku i groteski. Gottland Mariusza Szczygła nie ma nic wspólnego ze stereotypową opowieścią o kraju wesołków, zabijających czas przy piwie.
Aktorka Lida Baarova – kobieta, przez którą płakał Goebbels; rzeźbiarz Otakar Szvec – twórca największego pomnika Stalina na kuli ziemskiej, który nim skończył dzieło, postanowił się zabić, autentyczna siostrzenica Franza Kafki, która do dziś żyje w Pradze; piosenkarka Marta Kubiszova, której komunistyczny reżim na 20 lat zabronił śpiewać i skasował nagrania z radiowych archiwów; legendarny producent obuwia Tomáš Bata, który stworzył kontrolowane przez siebie miasto na 10 lat przed pomysłami Orwella; pisarz Eduard Kirchberger, który stworzył siebie na nowo i został Karelem Fabianem oraz wielu innych – to bohaterowie tej książki. Poprzez ich barwne życiorysy Mariusz Szczygieł opowiada o czasach, w jakich przyszło im (i nam) żyć. Opowiada o wygórowanej cenie, jaką musieli zapłacić za pozornie nieważne decyzje, o tragicznym splocie przypadku i przeznaczenia, kształtującym życie całych pokoleń.

Nie dość, że zdolny to jeszcze pogodny i z dużym dystansem do siebie, potrafi przekonać do siebie nawet tych, którzy początkowo przyglądali mu się nieufnie. Po spotkaniu z nim chciałoby się powiedzieć Ahoj!

Dla równowagi geograficznej mojej psychiki postanowiłam wybrać się na koncert zespołu Lemon. Chyba nie ma dziś w Polsce człowieka, który choć raz nie usłyszałby o Lemonie. Zespół powstał zaraz po telefonie informującym o zakwalifikowaniu się do Must Be The Music. Pomysł na wspólne granie powstał w głowie Igora – Łemka, który był wychowany w łemkowskiej rodzinie. Śpiewał od zawsze, a obecnie studiuje wokalistykę jazzową.

„Na casting we Wrocławiu trafiliśmy ponieważ poszedłem do mojego kuzyna Adama i powiedziałem, że skoro ten casting odbywa się obok nas, to może byśmy wzięli w nim udział” - opowiadał w RMF FM wokalista i kompozytor grupy Igor Herbut. „Zagraliśmy tam trzy numery, dwa po łemkowsku i jeden po angielsku z gitarą i to się przyjęło. Półtora miesiąca później dostaliśmy wiadomość, że zakwalifikowano nas do castingu głównego. I wtedy pomyślałem o tym, żeby rozbudować skład. Zadzwoniłem do najlepszego skrzypka jakiego znam, Ukraińca Andrzeja Olejnika, później do perkusisty Piotr Budniaka, który potrafi grać na perkusji tak, jakby śpiewał i w końcu do basisty Piotr Kołacza, którego znałem z innego projektu. I tak powstał Lemon. Na castingu w Warszawie spotkaliśmy się po raz pierwszy” - zdradza kulisy powstania zespołu. Grupa w programie urzekła jurorów swoimi przejmującymi balladami (m.in. „Dewiat”, „Tepło”) pokochała ich także publiczność, która dzięki poparciu w głosowaniu SMS-owym doprowadziła do zwycięstwa.

Koncert w Toruńskiej Od Nowie był bez wątpienia muzyczną ucztą dla wszystkich sympatyków zespołu, tym bardziej, że koncert odbywał się w czasie, gdy na ukraińskim Majdanie walczono z rosyjskim systemem politycznym. W końcu Lemon to także ukraińskie dusze. Charyzma Igora i duży warsztat muzyczny pozostałych członków zespołu spowodował, że nie raz miało się przysłowiowe ciary. A gdy ze sceny popłynęły pierwsze dźwięki piosenki Nie ufaj mi z filmu Wkręceni, cała sala oszalała i śpiewała razem z zespołem, który siłą rzeczy musiał bisować. O ile koncert przebiegał bez zarzutów, to mam małe „ale” do samego zespołu, który nie uszanował wszystkich swoich fanów i nie rozdał autografów wszystkim, którzy na to specjalnie czekali po koncercie. No cóż nie każdy potrafi się zachować tak jak kilkanaście tygodni wcześniej zachowała się Ania Dąbrowska, która mimo widocznego zmęczenia, dzielnie podpisywała płyty i rozdawała autografy do ostatniego fana.

Życie jest małą ściemniarą,
wróblicą, wygą, cwaniarą.
Plącze nam nogi i mówi idź!
Nie wierz, nie ufaj mi!
Życie jest małą ściemniarą,
francą, wróblicą, cwaniarą.
Plącze nam nogi i mówi idź!
Wkręceni w zgubną nić, w zgubną nić
Wkręceni w zgubną nić, w zgubną nić, w zgubną nić.

8 liter przyjaźni

Masz przyjaciół? Ja mam, przynajmniej chcę tak myśleć, bo to ważna część mojego życia. Ale naszło mnie na przemyślenia i doszłam do wniosku, że mogę ich podzielić na kilka grup. Niby wszyscy są dla mnie ważni, ale mam wrażenie, że to oni różnie traktują moją osobę.

Znajomi to chyba najbarwniejsza z grup. Odzywają się raz na bardzo długi czas z pytaniem co słychać? Hmm… dobre pytanie, bo najpierw człowiek musi sobie przypomnieć kiedy ostatni raz z nimi rozmawiał i ile rzeczy od tamtej chwili się wydarzyło.  Po namyśle, najczęściej odpowiadam: dzięki u mnie wszystko w porządku, a co u ciebie? Choć często wcale nie jest w porządku, ale wiem, że nawet nie zdążyłabym zacząć tematu, a ten ktoś po drugiej stronie słuchawki stwierdziłby, że musi lecieć, że ma drugi telefon, albo że musimy się umówić na kawę… kiedyś….

Druga grupa to ludzie, których mogłabym nazwać kolegą, koleżanką. Z nimi spotykam się w miarę regularnie, zdarza się nam wyjść razem na imprezę, do kina czy na kawę. Wiemy z grubsza, co się u nas nawzajem obecnie dzieje, ale staramy się nie wchodzić w zbędne szczegóły. Zdarza się jednak, że rozmawiamy o wszystkich i o wszystkim dookoła, żeby tylko nie musieć przyznać się do swoich niepowodzeń czy obaw. Przecież ja muszę być ta fajna, zawsze uśmiechnięta, pozytywnie zastawiona do życia. Nie wypada mi mieć gorszego dnia, zawsze powinnam podzielać zdanie tej drugiej osoby, bo przecież jestem sympatyczna i dobrze wychowana. Nie wolno mi nikogo skrytykować, bo jeszcze się ktoś obrazi i będzie kwas. Wiem też, że z tej grupy osób nikt nie powie mi wprost, że robię coś źle, bo po co się mieszać w nie swoje sprawy, prawda?

Trzecia grupa to krąg osób, których teoretycznie mogę nazwać przyjaciółmi, bo jak się okazuje czas bardzo weryfikuje to określenie. Wiem, że listę kontaktów do osób z tej grupy mogę mieć zawsze pod ręką. Wiem, że gdyby coś się stało mogę teoretycznie na nich zawsze liczyć chyba, że: jest już późno, ktoś jest zmęczony, bo właśnie wrócił z pracy, umówił się ze znajomymi na piwo i właśnie siedzi w pubie, albo pomoże mi ale… No właśnie, można z nimi o wszystkim porozmawiać, nawet czasami sensownie coś doradzą, można się wyżalić czy powspominać stare dobre czasy. Miło spędza się z nimi czas i idzie przez życie, ale jednak nie zawsze ufa się bezgranicznie…

I ostatnia grupa, której nazwać nie potrafię. Bo jak nazwać relację którą śmiało można nazwać dziwnym rodzajem miłości, bez podtekstu erotycznego czy jakichkolwiek oczekiwań ze strony tej drugiej osoby. Możesz z tą drugą osobą  porozmawiać o wszystkim, bez obawy, że będzie cię oceniać czy krytykować. Co więcej wiem, że jeśli przeholuję, to ten ktoś zwróci mi uwagę i przywoła mnie do porządku, nie pozwoli mi świrować i zrobić głupoty, której mogłabym później żałować. Chwila ciszy w obecności tej osoby nie powoduje zakłopotania, ani nagłej paniki: o rany myśl kobieto szybko o czym byś mogła zagadać. Empatia, zrozumienie, bezwzględne zaufanie i bycie na dobre i na złe, wspieranie się i świadomość, że zawsze można na siebie liczyć jest bezcenne. Masz z kimś taką relację? Jeśli nie to żałuj, jeśli też tak czujesz to pielęgnuj tę przyjaźń jak najpiękniejszy kwiat, bo takie cudo nie zdarza się w życiu dwa razy. Zgoda, nie zawsze jest różowo, też się kłócimy i spieramy, trzaskamy drzwiami i wychodzimy, ale potrafimy przyznać się do błędu, przeprosić i wrócić bo potrzebujemy siebie na wzajem.

K. M. P. dziękuje, ze jesteście! :)

Każdy medal ma dwie strony – Święty oprawca cz. II

Większość z nas Dominikanę łączy raczej z egzotycznymi wakacjami i błogim lenistwem, aniżeli Kościołem i skandalem. Niestety, jednak za sprawą polskiego ks. pracującego w tym państwie, po raz kolejny przypomnieliśmy sobie temat wykorzystywania seksualnego nieletnich oraz pedofili. Temat ten do tej pory skrzętnie zamiatany był pod dywan, wyciszany wszelkimi możliwymi sposobami w kręgach kościelnych. Obecnie jednak przekaz informacji jest sprawniejszy, liczne komunikatory, portale, witryny odzierają nas poniekąd z intymności i anonimowości, jednak też dobrze wykorzystane stanowią skuteczną metodę do walki z różnymi patologiami czy dewiacjami. I, jeśli to będzie służyło temu, że jakiś chory psychicznie człowiek zostanie wykryty i ukarany, to w pełni popieram takie kampanie. Oczywiste jest też posiadanie włączonej własnej świadomości, przysłowiowej czerwonej lampki, która mimo wszystko będzie przestrogą, że nie zawsze wszystko, co staje się dziennikarskim hitem jest prawdzie. I tak jak zawsze w życiu i w tej kwestii rozsądek jest na wagę złota.

Jeśli jednak ów wywołany temat jest prawdziwy, to warto, choć chwilę temu zagadnieniu poświęcić, bo nigdy nie wiadomo kiedy naszych najbliższych lub nawet nas samych spotka coś podobnego. Niestety nie jesteśmy w stanie przewidzieć na kogo trafimy w swoim życiu, komu zaufamy, tym bardziej, że coraz częściej wszelkie ideały i jakiekolwiek wartości rozpadają się jak domki z kart.

No właśnie i co, jeśli doświadczamy czegoś takiego…? Z tą tylko różnicą, że nie jesteśmy ofiarą, bo wykorzystanie nas nie dotyczyło lub nie dotyczy. Jednak znamy tą osobę, uważamy ją za autorytet, bo manipuluje nami na tyle świadomie, iż nie widzimy tych niebezpiecznych zachowań. Skupiamy się na pozytywach, całkowicie zatracając się w realności i rzetelnej ocenie.

Czy nie mamy prawa czuć się równie wykorzystani jak sam molestowany…?

W końcu niejednokrotnie broniliśmy tej osoby, mówiliśmy o niej w superlatywach, ufaliśmy tak mocno, że sami dostarczaliśmy jej ofiar, całkiem nieświadomie, bowiem powiększaliśmy jej kręgi znajomych o tych naszych, którzy zafascynowani naszym opisem, chcieli także ją poznać.

O, ile szybko taka sprawa ujrzy światło dzienne, to jest szansa, że krzywdy psychiczne i moralne nie będą, aż tak rozległe.

Co jednak, jeśli w porę się nie zorientujemy, o co w tym wszystkim chodzi. Co, jeśli miną lata, a my z dzieci, staniemy się dorosłymi i nagle dowiemy się o wszystkim…? Co, jeśli najmilsze chwile naszego młodzieńczego życia w jednym momencie stają się puste i bez wartościowe….?

Czujesz się wtedy jak w słabym filmie, nie umiesz do końca uwierzyć, nie umiesz też jednoznacznie ocenić, bo czas zrobił swoje, wybielił jeszcze bardziej potknięcia, rozmazał konkrety. W jednej chwili dociera do Ciebie, że nie można nikogo poznać do końca. Zaczynasz głupie analizy w stylu, a co, jeśli mój chłopak/partner/mąż mnie zdradza, w końcu chyba łatwo mnie oszukać, skoro już raz się udało.

Zapętlasz się w gąszczu własnych retorycznych pytań, bo nigdy nie znajdziesz już na nie odpowiedzi. Nigdy nie staniesz się na powrót młody, by jeszcze raz wszystko przeżyć i zmienić. Czujesz bezsilność, gniew i strach, że sytuacja może powrócić, że ktoś inny znów tak skutecznie zrobi z Ciebie durnia.

W jednej chwili stajesz się o te wszystkie lata, które przeżyłeś głupszy. Zdobyte doświadczenie nie pomoże w niczym. Nawet partner/ mąż nie pomoże, w końcu często jeszcze nie miałeś/ -aś pojęcia o jego istnieniu. Dla niego to tylko jedna z wielu informacji, dla Ciebie cały twój świat.

Starasz się ignorować tą wiedzę, żyć normalnie, choć dalej to w Tobie tkwi i boli, bo, gdy tracisz swój młodzieńczy ideał, tracisz cząstkę siebie.

Jedno pytanie już tylko krąży po mojej głowie, czy ta osoba ma świadomość swojej podłości, czy rozumie, iż krzywdzi nie tylko fizycznie, ale także psychicznie?

Czy zdaje sobie sprawę, że nie tylko molestowaniem spaprała życie, że tą chorą  grą pozorów z innymi teoretycznie tylko niedotkniętymi problem wykorzystania, także zafundowała traumę.

Bo w końcu jeden pogodzi się z faktami, ale ktoś mniej odporny, bardziej samotny może tą informacją zacząć żyć. I co wtedy…? Kolejna tragedia wisi w powietrzu…

Zatem, jeśli znasz kogoś, kogo ten problem dotyczy nie zostawiaj go samego, pomóż na tyle na, ile jesteś w stanie. Przytul, porozmawiaj i nie oceniaj bądź, bo nigdy nie wiesz, kiedy będziesz potrzebował, tego bycia Ty.

Wiara, że nas to nie spotka powoli staje się podobna do wygrania miliona w totka.

To, że o tym nie wiesz nie znaczy, że nie doświadczyłeś, może po prostu w Twoim przypadku kurtyna prawdy jeszcze nie opadła, a przedstawienie pt. ”Pozory” trwa w najlepsze, choć wcale w tym spektaklu nie chciałeś brać udziału!

 

Święty oprawca

Media ciągle rozgłaszają sprawę ks. Wojciecha G., ale mam wrażenie, że nikt nie interesuje się losem dzieci przez niego skrzywdzonych. W końcu Dominikana jest tak daleko, sex biznes jest tam na porządku dziennym i większą oglądalność osiągnie się pokazując dużego faceta skutego kajdankami, prowadzonego przez dwóch rosłych policjantów w kominiarkach z zakrytą twarzą i ukrytymi danymi osobowymi, choć do niedawna ks. Wojciech dobrowolnie udzielał wywiadów, niż zrobienie rzetelnego wywiadu z psychologiem, który latami pracuje z ofiarami pedofilów czy przestępstw na tle seksualnym.

Przedstawiciele władz kościelnych za wszelka cenę starają się bronić każdego księdza podejrzanego o pedofilię,  próbując wmawiać wiernym, że trwa jakaś wojna podjazdowa z kościołem katolickim i lada moment przyjdzie nam ginąć za „wiarę”. Może i Bóg jest łaskawy i miłosierny, ale jeśli pozwala na takie okrucieństwo „na swoim podwórku”, to coś tu zaczyna do siebie nie pasować. Dorosły facet kryjący się za sukienką nietykalności, wręcz świętości, sprytnie usypia czujność dorosłych jednocześnie perfidnie manipulując dziećmi, częściej chłopcami niż dziewczętami. A wszystko najczęściej zaczyna się tak niewinnie…

Ksiądz zaczyna prowadzić tzw. otwarty dom. Zjawisko to polega na zaprzyjaźnianiu się z całymi rodzinami, na odwiedzaniu ich w domach, na organizowaniu zajęć dla ich dzieci. Dziecko czy nastolatek z przyjemnością chodzą na spotkania organizowane przez tego księdza, w końcu to on rozumie ich problemy jak nikt inny, to on słucha tej samej muzyki, to on rozumie młodzieżowy slang nierzadko lepiej niż ich rodzice. W końcu to do niego można wpaść o każdej porze dnia, kiedy jest im źle, bo nikt nie słucha tak dobrze jak on. A szczęśliwi rodzice są przekonani, że ich dziecko jest pod jak najlepszą opieką. W końcu gdzie będzie lepiej formowana jego osobowość niż na plebanii?

Ksiądz z każdym kolejnym dniem zbliża się coraz bardziej do swojej ofiary, zyskuje jej pełne zaufanie… W pewnym momencie dziecko nie czuje skrępowania, gdy ksiądz w końcu jego najlepszy przyjaciel, czasami je przytuli czy pocałuje. Przecież mama i tata też tak robią prawda? Nastolatek natomiast myśli sobie, ze może to trochę dziwne, ale przecież zawsze dostaje od księdza wszystko o czym tylko głośno pomarzy. Ksiądz zabierze go na basen, na koncert  ulubionej kapeli, na obóz czy wakacje, w końcu kupi mu jakiś popularny gadżet elektroniczny, na który rodziców nie zawsze byłoby stać.  Nawet nie zauważa, kiedy zwykłe przytulenie czy pocałunek w policzek księdzu zaczynają nie wystarczać. Pewnie wpada w panikę kiedy ręka księdza ląduje w jego spodniach, ale na konkretną reakcję jest już za późno, tym bardziej jeśli ksiądz wmawia mu, że każdy tak robi, że to normalne, że przecież nie robią nic złego, że przecież nikogo nie krzywdzą…

Ten jeden moment przyjemności księdza niszczy całe życie tego młodego człowieka, który dopiero co wkracza w dorosłe życie, który poznaje świadomie piękno świata, jest pełen entuzjazmu i ideałów.  I nagle to wszystko znika… Ofiara, próbuje uciekać, unikać kontaktu z oprawcą, ale przecież rodzice na siłę wpychają ją w sidła potwora. Jak to nie chcesz iść na to spotkanie? Dlaczego miałbyś/miałabyś nie pojechać na ten obóz? Nie wolno ci źle mówić o tym księdzu, przecież to taki poczciwy człowiek! Wstyd miesza się z poczuciem winy i brakiem zrozumienia ze strony najbliższych.  Ofiara myśli sobie, że może to jej wina, że to może ona swoim zachowaniem sprowokowała księdza, że przecież ksiądz to ktoś święty, że w końcu nie wolno o nim mówić źle. Zamyka się w sobie, udaje, że nic się nie stało, posłusznie idzie na kolejne spotkanie „przy herbatce” na plebanie, bo tego wszyscy od niego oczekują.  Krzyczy tak strasznie do całego świata, ale nikt go nie słyszy, bo nikt usłyszeć go nie ma prawa… Ten młody człowiek dorasta z brzemieniem okrutnej tajemnicy, uśmiecha się do każdego, żyje niby pełnią życia a tak naprawdę tylko wegetuje. Nie potrafi stworzyć normalnego związku, nie wierzy w swoje możliwości, ma niską samoocenę i albo w końcu z kimś podzieli się swoją tajemnicą albo doprowadzi się do samozagłady.

FAN(atycy)

Uwielbiam śledzić różne portale społecznościowe, czerpię z nich nie tylko inspiracje do pisania, ale dzięki, nim zyskuję też “wiedzę” na temat otaczającego mnie świata.

Takie eksploracje pomagają pozostać człowiekowi na bieżąco ze światem, na bieżąco z trendami międzyludzkimi. Tym bardziej wycofanym (jak ja), pokazują jak się komunikujemy, jednoczesnie uświadamiam sobie, wtedy bolesną prawdę, iż nie potrafię być taka modna. Coraz to nowsze możliwości wyrazu według mnie powinny rozwiajać, tymczasem przeciwnie, wręcz uwsteczniają.

No, bo jak nazwać te wszystkie prania brudów przez dorosłych ludzi na różnych forach. I nawet, jeśli to mój znajomy/ -a, to nie koniecznie mam ochotę poznawać jej pikantne szczegóły życia z mężem, kochankiem, matką, ojcem i Bóg wie kim jeszcze…

Jeszcze bardziej przeraża mnie jednak mieszanie przez dorosłych ludzi (30,40- latków),

życia fikcyjnego z tym codziennym. Przez to fikcyjne rozumiem, to, które oglądamy w różnych serialach bądź filmach, które jednak przez swój fakt jednorazowości, nie odbijają się, aż takim echem, jak te serialowe fascynacje.

Oczywiście nie krytykuję seriali, sama je oglądam. Jedne traktuję jako papkę, przy, której mogę totalnie wyłączyć myślenie, inne potrafią skłonić do refleksji, zastanowienia, te siłą rzeczy wybieram częściej, choć niestety jest ich, jak na lekarstwo.

W głównej mierze za powodzenie serialu czy filmu odpowiedzialni są aktorzy.

Ci charyzmatyczni potrafią nawet ze zwykłej szmiry zrobić “coś”. Ci mniej uzdolnieni lub co gorsza pseudo- aktorzy, potrafią nawet najlepszy scenariusz spłycić do minimum.

Jednak skupię się na tych dobrych, którzy przez ekran telewizora, potrafią sprzedać nam tak skutecznie swoją postać i siebie, że niemalże z miejsca ich kochamy.

Wtedy, też rozpoczyna się cały proces śledzenia takiej osoby.

Facebook, Twitter, Instagram pozwala namierzyć nam ulubieńca, jeśli odnajdziejmy profil, który prowadzony jest przez samego Aktora/ -kę, to sukces mamy w garści.

Teraz już tylko wystarczy zalajkować naszego ulubieńca. I oto Pan X, Y, Z staje się nam bliższy.

W końcu widzimy co lubi, co robi, jeśli lubi taką formę komunikacji, to nawet jest szansa, że na wysłaną przez nas wiadomość odpowie.

I do tego momentu wszystko dla mnie jest normalne.

Niestety, wiele osób idzie o krok dalej. Krok ten jest jednak często próbą osaczenia danej osoby. Zaczyna się męczenie naszego “Pupila”. Każdy publikowany post przypada nam do gustu, więc lajkujemy, każde wydarzenie gorliwie komentujemy. Każdą informację rozstrząsamy i czujemy się zawiedzeni, iż temat nie został podchwycony.

Jednym słowem wielu fiksuje na tle swojego idola. Ci z łagodnymi objawami są mało groźni, jednak jest też grupa bardziej radykalna i niebezpieczna. Ta niestety oprócz chęci ciągłej kontroli, uzurpowuje sobie prawo komentowania życia prywatnego. W końcu wiedzą wszystko najlepiej, tyle o tym poczytali na Kundelku, Pudelku i tym podobnych portalach….

Ostatnio właśnie przypadkowo natknęłam sie na wpis pewnej fanki. Kierowała go do żony swojego Ulubieńca. Owa pani tak bardzo zaufała papierowym rewelacją, że zaczęła pouczać ową Małżonkę, jak powinna traktować męża. Oczywiście nie obyło sie bez ochów, achów, na temat mężczyzny, a ja czytając tą wypowiedź trwałam w absolutnym szoku. No, bo przyznajcie sami, w imię czego ktoś pcha się po pierwsze z buciorami w czyjeś życie, po drugie wypowiada sie na temat osoby, której nie zna, a której jedynie KREACJĘ aktorską ogląda? Przecież idealny mąż z ekranu wcale taki krystaliczny w życiu prywatnym być nie musi.

I co najważniejsze, czy to powinna być nasza sprawa, czy nawet, jeśli owa separacja, zdrada, rozwód jest prawdziwy, to jako obcy ludzie nie powinniśmy w to brnąć. Nawet, jeśli toczyliśmy zawziętą korespondencję z danym Aktorem/ ką to czy ona dotyczyła prywatnych spraw…?
Szczerze wątpię!

Zatem korzystajmy z udogodnień, ale z głową.
Pokazać sympatię to coś fantastycznego dla danego aktora/ki to uwieńczenie cięzkiej pracy, to rekompensata gorszych lat w tym zawodzie. Jednak sympatia, niech nie bedzie dewiacją.

Skrajnością, która dobija, a nie cieszy!!!!

Niech będzie tylko pozytywną emocją, nagrodą przyznaną, za dobrze wykonaną pracę!

Z dedykacją dla wszystkich, którzy rozumieją pojęcie dystansu!!

X Muza

W ciągu ostatnich kilku dni wpadłam w narkotyczny ciąg chodzenia do kina. Zaliczyłam trzy polskie filmy: Facet (nie) potrzebny od zaraz, Wkręceni i Pod mocnym aniołem. I jestem rozczarowana tym, co zobaczyłam. Ale wszystko po kolei…

Kino nie od dziś jest nazywane X muzą, a to oznacza, że ma służyć nie tylko rozrywce ale także nieść ze sobą jakiś przekaz, ma skłaniać do myślenia i refleksji. Już w 1924 roku Karol Irzykowski wydał książkę, w której po analizie filmów niemych sformułował swoją własną definicję kina: „jako widzialność obcowania człowieka z materią”. W ostatnich latach polskie filmy zaczęły zdobywać prestiżowe nagrody na europejskich festiwalach i uznanie krytyków filmowych. Mam jednak wrażenie, że im bardziej film odbiega swoją tematyką od wielkich wydarzeń związanych z historią naszego narodu, bądź jego bohater nie jest postacią znaną i rozpoznawalną w świecie, przez to jak żył i co zrobił, tym film jest płytszy i pusty w swoim przekazie. Jednocześnie coraz częściej widać jeden, sprawdzony zabieg marketingowców odpowiedzialnych za promocję danego filmu. Z kolorowych plakatów biją twarze i nazwiska osób rozpoznawalnych i lubianych, powszechnie szanowanych przez widzów, za swoje wcześniejsze wybitne role. I nie ważne, że aktorzy ci, tak jak w filmie Facet (nie)potrzebny od zaraz pojawiają się na ekranie przez 30 sekund. Ważne, że ich nazwisko znalazło się w obsadzie danego filmu.

Wspomniany przeze mnie przed momentem film z założenia twórców jest komedią romantyczną, nie ma jednak z tym gatunkiem filmowym wiele wspólnego. Jak podaje Wikipedia, komedia romantyczna to gatunek filmu o  charakterze komediowym, głównie o tematyce miłosnej. Komedia romantyczna ma przeważnie szczęśliwe zakończenie. Jest to połączenie komedii i melodramatu, z pełną humoru akcją, dowcipnymi dialogami oraz z charakterystyczną parą bohaterów. Podczas seansu tego filmu publiczność zgromadzona na sali śmiała się może dwa razy… Cały film to kolaż kilkunastu oddzielnych scen, połączonych osobą głównej bohaterki, która nie chcąc przegrać zakładu jeszcze z liceum, postanawia odnaleźć swoich byłych chłopaków by z którymś z nich spróbować ułożyć sobie życie na nowo, stanąć na ślubnym kobiercu i wygrać zakład z nielubianą koleżanką. Jeden z nich okazał się gejem, drugi zaćpał się na śmierć, a jeszcze inny ma żoną i gromadkę dzieci. Jak na film, którego premiera odbyła się w Walentynki, zakończenie bardzo rozczarowuje. Nie ma typowego dla komedii romantycznej happy endu, Zosia nie spotyka księcia na białym koniu a widzowie nie mają szansy usłyszeć dźwięków marsza Mandelsona. Jak dla mnie bardziej trafnym posunięciem producentów filmu, byłoby zaliczenie go do gatunku filmu obyczajowego. Jedynym plusem tego filmu jest nieprzeciętna muzyka i jej kompatybilność do akcji filmu. Do teraz w uszach brzmią mi słowa:

Panie losie daj mi kogoś, kto nie zmąci wody  w mym stawie.
Kogoś, kto nie pryśnie jak zły sen,
gdy ryb w mym stawie zabraknie.

Gdzie znajdę takiego
pięknie dobrego?
Gdzie znajdę takiego
pięknie dobrego?

Daj chłopaka
nie wariata,
daj nie palacza,
nie biedaka,
daj nie pijaka,
nie polaka,
daj nie brzydala.

Ze sporymi oczekiwaniami szłam na seans filmu Smarzowskiego, Pod mocnym aniołem. Nazwisko tego reżysera kojarzy się od zawsze tylko dobrze. Smarzowski to w końcu kino realistyczne, poruszające tematy tabu, ważne społecznie i nie bojące się zmuszać widza do przemyśleń nad tym, co właśnie zobaczył na dużym ekranie. O ile film ten porusza trudny temat alkoholizmu i ukazuje go bez żadnych zabiegów upiększających, to jednak sam film chwilami stawał się nudnawy. Zastosowany tutaj zabieg powtarzania motywu leczenia w szpitalu psychiatrycznym głównego bohatera spowodował, że widz mógł poczuć się przytłoczony i lekko znudzony.

Mnie podczas oglądania tego filmu bardziej niż sam film, zainteresowało zachowanie osób siedzących obok mnie w kinowych fotelach. Mam wrażenie, że albo ludzie idąc na film, nie wiedzą o czym będzie opowiadała jego fabuła, albo też mają problem i nie potrafią zachować się w sytuacji trudnej psychicznie w odbiorze. Bo jak inaczej wytłumaczyć wybuchy śmiechu, gdy na ekranie ukazuje się kobieta leżąca w łóżku pełnym własnych wymiocin, czy scena podczas której mąż gwałci żonę, za to, że ta ukradła mu z portfela 50 zł.

P. twoja recenzja tego filmu była bardzo trafna!

Najlepszym filmem jak dla mnie  była jednak komedia Piotra Wereśniaka z lubianą piosenką Igora z Lemona Wkręceni. Franczesko, Fikoł i Szyja znają się od lat, razem pracują i razem spędzają wolny czas. Kiedy tracą pracę w lokalnej fabryce, postanawiają spędzić szalony weekend w stolicy. Jednak prawdziwa przygoda ma się dopiero zacząć, gdy – podczas przymusowego postoju w urokliwych okolicach Zarzecza – trzech kumpli zostaje omyłkowo wziętych za niemieckich inwestorów. Jeśli do tego dochodzi jeszcze stereotypowe patrzenie na stosunki polsko-niemieckie, rodzące się romanse i prawdziwe uczucia, film musi oglądać się nieźle. I tak faktycznie jest.

A na deser słów kilka o filmie, który widziałam ostatnio w domowych pieleszach, w kapciach pod kocykiem. Supermarket, to polski thriller Macieja Żaka, opowiadający o 12-godzinnej zmianie pracy ochroniarzy jednego z polskich supermarketów. Głównego bohatera spotykamy w chwili, gdy w jego aucie na parkingu pod wspomnianym supermarketem, ktoś ukradł akumulator. Z racji tego, że jest Sylwester, Michał Warecki wraz z żoną Bogusią, chcą jak najszybciej dostać się na miejsce imprezy. Zwyczajna z pozoru wizyta w sklepie przeradza się w dramat dwójki głównych bohaterów. Warecki wchodzi do supermarketu, by już nigdy z niego nie wyjść. Kiedy pada ofiarą psychopatycznego szefa ochrony sklepu, jego żona niczego nie świadoma, próbuje odnaleźć męża w dżungli współczesnej konsumpcji. Jak na polską produkcję, podczas oglądania tego filmu, widz nie powinien się nudzić.

Z filmem od zawsze tak było, że jednym się podoba a innym nie, ale ważne, by każdy film, zwłaszcza taki, za którego obejrzenie trzeba zapłacić kilkanaście złotych, niósł ze sobą coś więcej niż tylko przesuwające się na ekranie kolejne obrazy, bo nie ma nic przyjemniejszego jak wyjść z kina i móc podyskutować o tym, co się przed chwilą  widziało.

Zmiana warty

Igrzyska Olimpijskie rozkręciły się na dobre, a wraz z nimi nasze oczekiwania medalowe pną się ku górze. Po fenomenalnym zwycięstwie Kamila Stocha na skoczni normalnej, już układamy piękny scenariusz na skocznię dużą. Mniej lub bardziej pewnie słychać głosy, że i na tym drugim obiekcie będziemy górować jako biało – czerwoni. Również drużynowo jesteśmy mocni jak nigdy, także i w tym konkursie upatrujemy swoich szans.  Nie mam nic przeciwko 3 medalom dla chłopaków! Takie sukcesy normalnych ludzi cieszą najbardziej. Nie umiem natomiast totalnie zaakceptować tonu wypowiedzi niektórych dziennikarzy czy kibiców, którzy w jednym momencie znaleźli sobie nowy obiekt westchnień, spychając jednocześnie postać Adama Małysza do podziemia. Jeszcze nie tak dawno wszystko, co było związane z Adamem było piękne, wspaniałe, genialne. Nagle po niedzielnym, niewątpliwie olbrzymim sukcesie Kamila stało się przeciętne. Szczerze, nie rozumiem?! Nie znam się na skokach, za to oglądam je od początku „Małyszomani”, aż do teraz. Polubiłam jakoś tą dyscyplinę sportu i mimo upływu lat i mojego wręcz dorastania wspólnie ze skokami nadal uwielbiam ten 2 godzinny spektakl. I w mojej ocenie Małysz dalej jest wielki. Nie tylko jako sportowiec, ale jako człowiek. Mimo pieniędzy, tego ogromnego zamieszania związanego z jego osobą, jest cały czas taki sam. Oczywiście dojrzał, co widać. Teraz rozmowa przed kamerą nie stanowi już takiego wyzwania jak kiedyś, nie ma już tych nerwów i nieporadności, którą można było obserwować na początku kariery. Sam też czuje się spełniony w skokach, choć jak otwarcie mówi brakuje tak zwyczajnie po ludzku tego Olimpijskiego Złota. Mimo to nie kombinuje, nie ciągnie na siłę, nie wraca na nowo do skoków, by coś udowodnić. Świadomie przekazał pałeczkę kolegom i daje spokojnie, Im piąć się na szczyty. I tym zachowaniem, po raz kolejny zyskuje w moich oczach. Kiedy gratulował Kamilowi, gratulował szczerze, nie było słów  “ ja Małysz” Ci pomogłem, mimo takich sugestii ze strony dziennikarzy, podkreśla niemal nagminnie fakt, iż to ciężka praca Kamila wyniosła go na szczyt. Więc może warto byłoby zaprzestać tej chorej nagonki na Małysza i wbijania jego osoby w ziemię, a na chłodno ocenić to co mówi i w jaki sposób, to mówi. Chciałabym wreszcie posłuchać lub przeczytać normalny wywiad, w którym dziennikarz nie będzie tendencyjny, w którym nie będzie w zawoalowany sposób próbował pokazać Małyszowi, że właśnie oto od niedzieli jest gorszym sportowcem niż Kamil, bo nie ma Olimpijskiego Złota. Pogódźmy się z faktem, że sport już taki jest, że zawodnicy na przestrzeni lat pną się ku górze. Że to co kiedyś było najlepsze, jest zamieniane jeszcze lepszym. Świat, technika idą do przodu, zatem sport również. Nie warto porównywać tego co było z tym co jest. Za to warto cieszyć się z tego co mamy. A mamy 4 medale IO wywalczone przez Małysza, mamy Złoto Kamila i apetyty na więcej. Bądźmy dumni z tego, co obaj Ci sportowcy osiągnęli, bo naprawdę warto.

A wszystkim tym dziennikarzom, którzy dalej uprawiają amatorszczyznę, a nie prawdziwy dziennikarski warsztat, życzę, żeby choć raz w swoim życiu wspięli się na taki szczyt w swojej pracy, na jakim był Małysz w swojej karierze. By spod ich pióra wyszedł materiał, który zdobędzie poważną dziennikarską nagrodę, a nie Telekamerę, którą dostaje się za  popularność, a nie za umiejętności. Może wtedy zrozumieją co znaczy wielkość…!!

I super było usłyszeć w poniedziałek  w pracy od norweskich kolegów, ech znowu jesteście nie do pokonania. Najpierw Małysz teraz Stoch, możecie być dumni!

Zatem bądźmy!!

Zamioculcas – zielone zagrożenie dla dzieci

 

Od kilku lat coraz częściej roślinę tę możemy zauważyć w miejscach publicznych: biurach, urzędach, galeriach handlowych, restauracjach czy w końcu w naszych domach. Nic w tym dziwnego w końcu nie dość, że dobrze wygląda to jeszcze jest mało wymagający i odporny na niekorzystne warunki.

Przywędrował do nas z Tanzanii i Zanzibaru, gdzie w klimacie podzwrotnikowym rośnie na glebach raczej ubogich. Często też bywa wystawiany na próbę suszy, a dostęp do światła ograniczają mu wyższe rośliny. Zahartowany w tak trudnych warunkach, zyskał sobie miano „rośliny żelaznej”. w warunkach panujących w naszych pomieszczeniach, w okresie zimowym wystarczy, że będziemy pamiętać o podlewaniu raz w miesiącu a w okresie wiosenno – letnim raz na dwa tygodnie.

Niestety mało kto wie, albo chce wiedzieć, że jego liście są szkodliwe dla zdrowia dzieci, które często chcą po nie sięgnąć, w końcu coś co ma ładny ciemnozielony kolor i do tego pięknie błyszczy musi zaciekawić dziecięce umysły. A że dziecko poznaje świat głównie przez dotyk i smak, większość przedmiotów wkłada do buzi. I tutaj może zacząć się problem. Będąc ostatnio w galeriach handlowych, zauważyłam, że rośliny te są tak umieszczane, że dosięgnięcie ich przez małe dziecko nie jest żadnym problemem. A zjedzenie liści może spowodować reakcję alergiczną czy długotrwałe szczypanie języka z jego opuchnięciem włącznie. W nielicznych przypadkach, nie obędzie się bez pomocy lekarskiej.

W trosce o zdrowie i bezpieczeństwo naszych dzieci, warto zwrócić uwagę na tą z wyglądu niepozorną roślinę, by mogła ona cieszyć nasze oko bez lęku o innych. Wystarczy ustawić doniczkę z rośliną na wysokości gdzie dziecięce rączki jej nie dosięgną, a w miejscach publicznych pilnować co nasze dziecko wkłada do buzi.

Pozdrawiam wszystkie mamy i ich pociechy :)