(w)inna/y

Przeglądając dzisiaj strony w Internecie przypadkowo natrafiłam na notkę o pobiciu Michała Piróga. Sam celebryta umieścił na swoim profilu zdjęcie z podbitym okiem i rozciętym łukiem brwiowym. Jak sam pisze, został zaatakowany, ponieważ pił wódkę w barze. Prawda, że to ciężkie przestępstwo? Komuś jednak bardzo  nie spodobało się to, że obok niego siedzi Żyd i to na dodatek pijący wódkę.  I co gorsze, sam postanowił wyrazić to swoje niezadowolenie przy użyciu butelki. Wynik tej „konwersacji” można było bardzo dokładnie obejrzeć na kilku zdjęciach z Pirógiem w roli głównej.

Ta sytuacja skłoniła mnie do zastanowienia się nad naszym polskim pojęciem tolerancji, bo wydaje mi się ono jakieś bardzo odległe od tego zachodnioeuropejskiego.  Kiedy starałam się o staż, okazało się, że jedynym miejscem, gdzie mogę go odbyć jest szkoła specjalna. Pomyślałam wtedy „matko, za jakie grzechy”. Nigdy wcześniej tam nawet nie byłam, ale do tej pory o tym miejscu nie słyszałam żadnej pozytywnej opinii. Jeszcze z liceum pamiętam slogan: O!!! Idą esy!!! albo Dziecko ucz się, bo jak tak dalej pójdzie trafisz do „Oxfordu”. Tym „Oxfordem” straszyli nas zawsze nauczyciele, wydawałoby się ludzie obyci w świecie, a dzieciaki uczęszczające do szkoły specjalnej nie miały w naszym mieście życia, zawsze byli uważani za kogoś gorszego. Kiedy w końcu nastała godzina zero i musiałam iść pierwszy dzień do pracy, byłam przerażona.  I co… I oczywiście okazało się, że to miejsce nie jest takie straszne jak o nim mówiono. Owszem praca z dziećmi z licznymi dysfunkcjami nie należy do łatwych i nie od razu potrafiłam się tam odnaleźć, ale te dzieciaki były takie same jak ja, kilka lat wcześniej. Chodziły do szkoły, odrabiały lekcje, miały swoich znajomych, hobby i marzenia.  Jedyną ich innością było to, że czasami trochę wolniej coś zapamiętywały albo trudniej było im się przez dłuższą chwilę skupić na jednej czynności.  Ale jaka w tym była ich winna…? W czym komuś przeszkadzały…?

Na studiach w mojej grupie była dziewczyna, która była Świadkiem Jehowy i wiecie co? Też nie miała życia. Do chwili, gdy nikt nie wiedział, że nie należy do zacnej grupy polskich katolików,  była lubiana, zapraszana na imprezy i szanowana. Tak się jednak stało, że kiedyś przy okazji jej choroby ta sprawa wypłynęła na powierzchnię i nagle wszyscy się od niej zaczęli odsuwać i zaczęto ją uważać za dziwaka, odludka. Nie powiem, lekko to ona nie miała.

Nie łatwiej mają osoby niepełnosprawne ruchowo, niewidome czy niesłyszące. Czekając na przystanku na autobus, widziałam jak kobieta o dwóch kulach inwalidzkich próbowała wsiąść do busa a później jeszcze utrzymać w nim równowagę, bo nikt tej pani nie ustąpił miejsca, by mogła usiąść.  A rynek pracy i szanse znalezienia pracy przez osobę niepełnosprawną? Myślę, że są bliskie zeru. Taka prawda, że potencjalny pracodawca widząc osobę np. na wózku inwalidzkim od razu wie, że jej nie zatrudni, bo na pewno nie tylko nogi ma chore, ale także mózg. I nie ważne, że ten człowiek może mieć kwalifikacje wyższe niż ten potencjalny pracodawca, że ma skończone 2-3 fakultety, że zna kilka języków obcych i genialnie zaprzyjaźnił się z najnowszą technologią. On jeździ na wózku, więc się nie nadaje i już!

A co z gejami i lesbijkami? Niby uważamy się za takich tolerancyjnych, a większość z nas nie chciałaby, by osoby o innej niż nasza, orientacji seksualnej mieszkały tuż obok nas, za przysłowiową ścianą. Bo jak zobaczymy dwóch facetów trzymających się za ręce, to na bank będą zaraz molestować nasze dziecko, a jak dwie dziewczyny pozwolą sobie na luksus i pocałują się w miejscu publicznym to od razu sieją zgorszenie. Tak luksus swobody, nie przesłyszałeś się drogi czytelniku. Sami jako społeczeństwo spowodowaliśmy, że ludzie ci mają ograniczone prawa przysługujące każdemu obywatelowi naszego kraju. Mają prawo do bycia szczęśliwym, do okazywania sobie uczuć na ulicy, do wspólnego zamieszkania, ba nawet do normalnej pracy i życia każdego dnia bez ciągłego ukrywania się. Problem z tolerancją tkwi w nas a nie w nich.

Nawet szukając pracy zauważyłam dużą dyskryminację ze względu na płeć. Często zdarzają się ogłoszenia, w których pracodawca z góry zakłada pracownika jakiej płci chciałby zatrudnić. OK, rozumiem do pracy w kopalni, pod ziemią raczej nikt nie zatrudni kobiety, bo ona tam zwyczajnie w świecie sobie nie poradzi fizycznie, albo facet nie będzie chciał pracować w szwalni, przy maszynie do szycia. Ale już np. praca w biurze, sekretariacie, sklepie czy w kawiarni może być wykonywana przez przedstawicieli obu płci i nie można z góry skazywać jednej z nich na przegraną. Nie odkryję też Ameryki jeśli napiszę, że do dziś często dwie osoby pracujące na tym samym stanowisku otrzymują różne wynagrodzenie i to najczęściej facet dostaje wyższą pensję, tylko dlatego że jest facetem.

Od kilkunastu tygodni ciągle słyszę o Gender. W Kościele księża grzmią z ambon, w Sejmie posłowie krzyczą, by ratować polskie dzieci od zagłady, a tak naprawdę chyba żaden z nich nie próbował się nawet dowiedzieć czym do „Dżender” jest.  Mam na to proste rozwiązanie, bądźmy tolerancyjni i szanujmy się nawzajem, doceńmy „inność” osób wokół nas i dajmy im żyć w spokoju, bo żadna w tym ich wina, że są „inni” i celowo biorę ten wyraz w cudzysłów, bo nie cierpię tego określenia.

Papierkowy syf!

Niby zwykła rozmowa telefoniczna z urzędnikiem, a potrafi zepsuć człowiekowi humor na cały dzień. Nie rozumiem tych Pań siedzących w urzędach i wychodzących z założenia, że petent, który do nich dzwoni zna się na wszystkim. Przykro mi, ale nie interesuje mnie śledzenie ustaw, które są tak zawiłe i nie jasne, że i tak z nich nic nie zrozumiem. Dzwonię, po to, żeby uzyskać interesującą informację, a tym czasem usłyszałam 15 minutowy wykład na temat terminologii jakiegoś świstka.

Przebywając za granicą logiczne dla mnie jest, że rozliczę się w kraju, w którym pracuję. Jednak w Polsce muszę złożyć również Pit, w którym będzie informacja, że nie zarobkowałam w kraju i nie mam od czego odprowadzić podatku, czy też uzyskać ewentualnego zwrotu. I wszystko byłoby proste i przyjemne, gdyby nie fakt, że dzwonię dzisiaj do US z pytaniem, w jaki sposób można taki Pit-0 uzyskać. Nazwę powtórzyłam po osobie, która udzieliła mi informacji o tym picie. I wiecie co, to był błąd. Na moją rozmówczynię słowo „pit-0″ podziałało jak płachta na byka, zaczęła się 15 minutowa przemowa, z której dowiedziałam się, że nie ma czegoś takiego jak „pit-0″, że jeśli mnie dobrze rozumie, chciałabym dostać od nich jedynie zaświadczenie, że w minionym roku, którego deklaracja będzie dotyczyć nie zarobkowałam w Polsce.

W duchu pomyślałam sobie „wow” dedukcja godna pozazdroszczenia. Przecież o tym cały czas mówię, a to, że źle coś nazwałam nie powinno stanowić, aż takiego problemu, w końcu w moim odczuciu jasno sprecyzowałam swoją sytuację.

Mimo irytacji, starałam się być uprzejma, niestety pani już mniej. W końcu zabieram jej cenny czas. Naiwne myślenie, że owe zaświadczenie można odebrać listowne, szybko zostało rozwiane. Na samo zaświadczenie czeka się 2 tyg. (wiecie mocy urzędowej musi nabrać) a później trzeba je osobiście odebrać i na jego podstawie wypełnić Pit, w który w każdej rubryce mam wpisać 0. Choć terminologicznie nie jest zerowym.

I powiedzcie sami, gdzie tu logika…?

Pozdrowienia dla wszystkich, którzy mieli do czynienia z urzędniczymi absurdami!!!

Ograniczona widoczność

Dlaczego tak się ostatnio dzieje, że ludzie przypominają sobie o mnie wtedy, gdy mają kłopoty, gdy dzieje się im źle, czy gdy zwyczajnie w świecie chcą się przed kimś wygadać???

Ludzie ja zawsze próbowałam wam  pomóc, gdy tylko tego potrzebowaliście… Często stawałam na rzęsach, by sprawić wam przyjemność…

Wtedy byłam przez was zauważana, dla każdego widoczna, a kiedy ja potrzebuję chwili uwagi, zainteresowania, tego  by to w końcu mi ktoś sprawił jakąś małą przyjemność, ofiarował mi swój czas, swoją uwagę, zaprosił mnie do kina czy na piwo, w końcu sprawił by ten parszywy dzień był choć mniej parszywy, nagle staję się dla was niewidoczna, przejrzysta jak powietrze.

Żebranie o waszą uwagę sprawia, że jeszcze mocniej naciągam koc na głowę, by zniknąć choć na chwilę  z tego świata, w którym nie czeka na mnie nic dobrego. Chcę zasnąć i śnić o szczęściu spotkań z przyjaciółmi, którzy rozjechali się po świecie, o ich zwykłym: „Głowa do góry, wszystko będzie dobrze! Zaparzę herbatę, zjemy ciacho a ty powiesz mi, co leży ci na wątrobie”

Szkoda, że czas między świętami płynie tak wolno…

Pozorny obiektywizm

Będąc szczęśliwą posiadaczką psiaka rasy Amstaff niemal codziennie mam do czynienia z szeroko pojętą “tolerancją”. Uważamy się za społeczeństwo tolerancyjne. Tak wiele nowych zwyczajów, świąt, zachowań przejmujemy od naszych zachodnich znajomych. Niekiedy zapominając o naszych, równie barwnych i atrakcyjnych, jednak nie tak modnych, jak te amerykańskie, hiszpańskie itp. I generalnie nic w tym złego, że poszukujemy czegoś nowego, że potrafimy otworzyć się na inność, różnorodność. Jednak, dlaczego tak wyzwoleni i modni jednocześnie jesteśmy tak łatwowierni, tak szybko akceptujemy utarte stereotypy? Dlaczego tak łatwo wierzymy w papkę, którą serwują media? Tak bezkrytycznie ufamy osobie, która ze zwykłej ulewy jest w stanie zrobić powódź, o której będziemy rozmawiać przez najbliższe dni. Nie winię dziennikarzy, bo wiem jak jest, jeśli nie przyniesiesz artykułu, który z miejsca stanie się hitem na rozkładówkę, giniesz. A niezauważalny dziennikarz nie ma czego szukać w radiu, gazecie, telewizji. A w końcu Oni też mają potrzeby, rodziny, muszą się za coś utrzymać, coś jeść. Zatem ciężko się dziwić, że ten zawód wyzwala w ludziach pierwotne instynkty, że nie istnieją żadne świętości, że po trupach dąży się do celu.

Dlatego na potęgę powstają średnio rzetelne materiały, których jedynym zadaniem jest spredaż, dobra sprzedaż, bo jak nie wiadomo o co chodzi, chodzi o zysk.

I między innymi stąd właśnie bierze się ta nagonka na różne zjawiska. Nie, inaczej jak dzięki “rzetelnym” materiałom dowiedzieliśmy się, że istnieje demoniczna i krwiożercza rasa jaką jest Amstaff czy Pit Bull, gdyż dla wielu to,to samo, a jednak, to są dwie różne rasy, choć według cech kynologicznych bardzo podobne.

Kilka nagłośnionych przypadków ataków ze strony tej rasy wystarczyło, by znalazła się na celowniku. Z miejsca przypisano każdemu jej przedstawicielowi łatkę “agresywny”.

I tak spacerując po osiedlu ze swoim czworonożnym przyjacielem, jesteś nagle świadkiem dziwnych zachowań. Mimo, iż pies idzie grzecznie przypięty na smyczy i w kagańcu, ludzie gotowi są wejść na drzewo, przebiec przed rozpędzonym samochodem i spowodować wypadek, byle tylko nie minąć psiaka. Są jednak sytuacje, kiedy nie ma pola manewru i trzeba z bestią się skonfrontować, wtedy też niemalże natychmiast przechodzimy do pojedynku wzrokowego. Uporczywie wpatrujemy się w biednego psa, jakbyśmy chcieli zabić go zwrokiem. No i jest też oczywiście jeszcze jedna grupa ludzi, zazwyczaj starsi, którzy wyszli rano po bułki do sklepu i w myślach teraz dziękują Bogu, że mają tą bezceną reklamówkę, która stanowi tarczę. Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy mój pies niby niechcący dostał taką reklamówką w nos lub łepek. Ile razy spoglądał, wtedy na mnie smutnym wzrokiem, jakby chciał zapytać; “za co”. I zawsze, wtedy głaszcząc jego mordkę szukałam odpowiedzi. I szczerze jej nie znalazłam. Nie wiem, dlaczego nie można spokojnie obok takiego psa przejść! Żeby było śmieszniej, Amstaff nie był moim jedynym pupilem miałam jeszcze Owczarka Podhalańskiego. Stąd, też nasze spacerowanie zawsze było we trójkę. I wiecie nie było dnia, żeby ktoś nie chciał wytarmosić Owczarka, bo z wyglądu przypominał utuczonego Labradora, a do Amstaffa zawsze był dystans i chłód. I największy paradoks polegał na tym , że znając swoje psiaki, wiedziałam, że pieszczochem jest Amstaff, taka trochę pierdoła tylko z wyglądu “groźna”. Natomiast nasz Podhalan obcych wręcz nie tolerował, nie lubiła też nadmiernej adoracji, więc machające ręce obcych ludzi nie były pożądaną rzeczą. I, choć nie była agresywna, nie można było pozwolić na taki kontakt. Więc nagle na takim spacerze stawałam się dla tych wszystkich ludzi podwójnie nie lubiana. Po pierwsze mam Amstaffa, po drugie nie pozwalam bawić się “z tak rozkosznym pieskiem”.

Zatem, to nasze codziennne spacerowanie bardzo dobrze pokazało mi, jak bardzo ludzka natura jest przewrotna. Dzięki klku materiałom o agresywnych psach, Amstaffy dla wielu stały się wrogami. I nie ważne jak bardzo nieprawdziwe słyszeliśmy o nich słowa. Chyba największym mitem jest ich siła pyska, a dokładniej siła uścisku szczęki, która według wielu powinna wyrażona być w tonach, a tym czasem wartość jest taka sama, jak u owczarka niemieckiego. Zresztą wystarczy trszkę wyobrźni, żeby wyczuć przekłamanie. Z czego ten biedny pies musiałby mieć zęby, nie wspominając już o licznych zakatowanych psiakach tej rasy, gdzie jedynym narzędziem oprawcy był kij czy noga.

Natomiast liczne prośby z mojej strony, by nie głaskać Podhalana, by nie zwracać na nią uwagi, spełzały na niczym albo kwitowane były, że widać po niej, że to lubi. Tak jak bym swojego psa nie znała.

Zatem, jeśli spotkasz kiedyś Amstaffa nie odskakuj, zachowaj spokuj i po prostu go miń.

Oczywisty jest też fakt, że istnieją jednostki agresywne. Są agresywne jamniki, owczarki, labradory, są i też amstaffy.

Tylko pamiętajmy zawsze, że to człowiek odpowiedzialny jest, za to, jaki będzie jego pupil.

Kolęda – odwiedziny duszpasterskie czy przyjście po coroczny haracz?

Przełom grudnia i stycznia to tradycyjnie czas kolędowania i nie mam tutaj na myśli kolędowania barwnie ubranych dzieci, chodzących z kolorową gwiazdą czy grup przebierańców zwanych Herodami. Jakkolwiek był to piękny ludowy zwyczaj, to zachował się do dziś w nielicznych zakątkach naszego kraju. A szkoda bo takie rymowane życzenia, śpiewane kolędy, ogólna wesołość i życzliwość była dowodem na to, że ludziom chciało się chcieć, że chciało się im spotykać i wspólnie spędzać czas, nie tak jak dziś lajkować co najwyżej posty na fb.

Ale dziś chciałam o czymś zupełnie innym, chciałam napisać o czymś co oficjalnie nazywa się odwiedzinami duszpasterskimi. Pamiętam jak będąc małą dziewczynką cala rodzina już od rana odświętnie ubrana oczekiwała z niecierpliwością nadejścia księdza z ministrantami, ubranymi w białe komże. Czuło się, że ten dzień jest ważny, że dzieje się coś wyjątkowego. Ksiądz był osobą powszechnie szanowaną, nie rzadko czczoną jak bóstwo, czuło się bijące od niego dostojeństwo i jakiś dziwny dystans. Dorosłym to widocznie nie przeszkadzało, bo zawsze chciano go ugościć najlepiej jak to tylko było możliwe.

Na szczęście dorosłam, zaczęłam poznawać świat swoimi oczami i wyrabiać własne poglądy na różne kwestie. Moja tegoroczna kolęda zaczęła się dobre dwa tygodnie przed planowanym przyjściem księdza. Proboszcz podczas ogłoszeń parafialnych grzmiał z ambony, ze parafianie powinni wziąć na swoje barki ciężar sfinansowania renowacji ołtarza, bagatela kilkadziesiąt tys. zł. Ot, taki drobny wydatek na parafię, która liczy pewnie nie więcej niż 2500 rodzin. A żeby nikt z parafian nie mógł się tłumaczyć, że nie miał czasu dotrzeć z odpowiednią kwotą do biura parafialnego, ofiary na remont będą zbierane także podczas odwiedzin duszpasterskich.

Ok, przyjęłam do wiadomości, czekając do wtorku na kolędę.

Przychodzi ksiądz i dwóch ministrantów, którzy nie wchodzą nawet do pokoju, tylko już z korytarza odśpiewali jedną zwrotkę Przybieżeli do Betlejem i wychodzą, by jak najszybciej iść do kolejnej rodziny. Ksiądz też nie przemęcza się modlitwami za mieszkańców domu, których przyszedł odwiedzić, za ich szczęście i powodzenie w nowym roku.  Siada, wpisuje szybko coś w kartotekę i zagaduje o pogodę. Niestety temat nie został pociągnięty, bo cóż nadzwyczajnego jest w tym, że w styczniu w Polsce jest zimno. Próbuję więc sama nawiązać rozmowę mówiąc, że w naszej parafii mamy chyba jakiś problem, że ludzie chodzą na mszę do innych kościołów, że ławki świeca pustkami, a kazań  nie da się słuchać, bo księża traktują wiernych jak imbecyli i analfabetów, niczym ociemniały lud rodem z średniowiecza, który „łyknie” wszystko, co mu się powie w ciągu 10 minut przeznaczonych w liturgii Mszy Świętej na pogłębianie Słowa Bożego. W końcu ja, jako osoba wykształcona i oczytana wymagam od księdza, by łaskawie przygotował się do homilii, a jeśli ściągnie już sobie gotowca z Internetu, by chociaż raz przeczytał go sobie przed mszą, by się nie jąkał i nie chrząkał przy co trudniejszych wyrazach.

Ksiądz ze stoickim spokojem wysłuchał moich skarg i zażaleń, po czym najspokojniej w świecie stwierdził: „Widzi pani, wszędzie tak jest, z większości parafii ludzie uciekają gdzieś indziej. Po prostu tak już jest.” Po czym wstał, grzecznie się pożegnał, wziął kopertę i poszedł dalej z wizytą duszpasterską.

Pewnie się zdziwił, gdy przyjrzał się dokładniej kopercie, którą bardzo dokładnie opisałam: OFIARA NA POKRYCIE KOSZTÓW RENOWACJI OŁTARZA GŁOWNEGO”. Zgodnie bowiem z prawem kanonicznym jeśli wierni napiszą na kopercie dokładny cel, na który chcą przeznaczyć swój datek, ofiara ta musi być na niego przeznaczona. Gdyby każdy tak postąpił i dał tylko jedna kopertę i to właśnie z przeznaczeniem na renowację ołtarza to nasi „biedni” księża nie mieliby tradycyjnej ekstra premii pokolędowej i nie zmienialiby samochodów czy nie wyjeżdżali tak często na luksusowe wakacje pod palmy.

Coraz częściej skłaniam się ku stwierdzeniu, że współczesna kolęda to mieszanka komornika z żebrakiem a nie odwiedziny duszpasterskie.

Czy można wszystko nazwać…?

Niby jesteś z kimś, niby jesteś szczęśliwy,  jednak są dni, że czegoś Ci brak, że uciekłbyś ze spakowanym plecakiem gdzieś w świat.

Masz takie dni…?

Ech… Bo ja je mam…

I zawsze wtedy zastanawiam się po co jest to wszystko, po co jest miłość, przyjaźń i wszystkie te wielkie słowa o uczuciach, których i tak nie można nazwać, bo ile ludzi tyle de facto definicji miłości. A już w ogóle dziś w świecie, gdzie rzadko doświadczamy czegoś wzniosłego, gdzie zazwyczaj trafiamy w centrum jakiegoś układu, sieci powiązań. Choć często nawet  nie świadomie odgrywamy rolę. Choć uciekamy to i tak dalej i dalej taplamy się w bagnie.  A miłość czy przyjaźń to przykrywka interesu, transakcji, albo jeszcze czegoś, co zdefiniować jest ciężko…

No właśnie, tylko w sumie po co nazywać miłość…? Po co ją definiować? Czy kochać trzeba zawsze, tak bezgranicznie poprawnie, tkwiąc w stereotypie idealnego małżeństwa z obraczką na palcu, brzydzącego się kłótnią, wpatrzonego idealnie w jeden punkt, gdzie ilustracją mógłby być ckliwy screen sceny z Titanica…?

Czy naprawdę tak właśnie wygląda miłość …?

Naoglądałam się takich poprawnych par na studiach, w pracy i Wiesz co, nie kupuję tego.

Żadna z tych par nie była szczera, pod tą otoczką idealności krył się prawdziwy, brudny świat.

Nawet będąc sama nie chciałam takiej miłości.

Choć nie powiem parę razy wypowiedziałam coś w stylu: “ zazdroszczę Ci twojego mężczyzny, bo jest taki zaradny, albo taki czuły.”

Wiesz, jednak nigdy w odpowiedzi nie usłyszałam: “ Ja też go sobie zazdroszczę”. Nigdy!! Przeważnie był delikatny uśmiech, będący wymownym przecinkiem, za którym można by napisać już tą prawdziwą historię.

Nomen omen ile razy poznawałam Ów delikwenta bliżej czar pryskał. Jego pozytywy nagle uwypuklały negatywy i nic już nie było tak idealne.

Niczego już nie zazdrościłam …

Zatem co to jest miłość…?

A może miłość, to też nasze słabości, albo przede wszystkim one. W końcu nie jesteśmy idealni, mamy swoje zalety i wady, więc może i miłość okazujemy zarówno poprzez nasze mocne, ale też  i słabe strony…?

Nigdy pytana o miłość nie wiem co odpowiedzieć, bo ona jest dla mnie wszystkim tym o czym zazwyczaj ludzie nie mówią głośno…

Dla mnie to zmieniająca się wartość, zmienia się wraz ze mną, dojrzewa, żeby za chwilę odmłodzić się o 10 lat. Ewoluuje tak jak i Ja, moja kobiecość i moja świadomość .

Nie definiuję więc jej, a czuję w upojnym sexie, porannej bitwie o toaletę, nieuzasadnionej kłótni o źle odłożoną gazetę, wyręczeniu z wyjaścia na spacer z pupilem, ciszy we dwoje, wspólnych nerwach o bliskich, wycieczce, zakupach i wielu, wielu przyziemnych rzeczach, które w żaden sposób nie są wyjątkowe, jednak z właściwą osobą stają sie niezapomniane .

Zatem nie precyzuję tego pojecia, nie wciskam na siłę obrączki na palec, bo po ślubie niby tak trzeba… Nie znam, też recepty na szczęście, nie zakładam, że tak będzie zawsze, bo życie nauczyło mnie, że jest nieprzewidywalne…

Za to całą sobą staram się zbudować fundamenty mojej miłości.

Zaufanie i szacunek, to emocje, które celebruję, oswajam i definiuję

I choć gnam za marzeniami i tęsknie za przygodą, to wiem, gdzie się wszystko zaczyna, co mnie motywuje do działania i gdzie mogę powrócić …

Rozmowa o staż – oczekiwania vs rzeczywistość

Rozmowa o staż. I to nie byle jaki bo w radzie miasta. Po bardzo formalnej rekrutacji na rozmowę, wielokrotnej wymianie listów: podań z cv, potwierdzeń otrzymania korespondencji i zaproszenia na rozmowę, potwierdzeń przybycia na rozmowę i potwierdzeń potwierdzeń, moje oczekiwania były nie małe. W końcu nie robili by tyle zachodu o nic. Asystent – projektant i desainer eventow. Super brzmi, pytanie co bym miała robić. Ale to mało ważne, ważne jest żeby się zaczepić w dobrym miejscu, poznać ludzi, zaistnieć, pokazać ze cos umiem i ze z chęcią podzielę się moimi umiejętnościami a reszta jakoś się potoczy. W końcu nie po to studiowałam tyle lat żeby teraz siedzieć w domu. Chęci – są! Wiedza – jest! Umiejętności – Są! No powiedzmy są, ale w końcu to staż a nie praca wiec nie mogę być od razu ekspertem… wiec tylko potrzebna jest szansa, szansa żeby się wykazać. I właśnie oto ona – zawitała do mnie na portalu z ogłoszeniami o prace. 10. Stycznia, godzina 11:50 i moja kariera może się w końcu zacznie. Nawet zainwestowałam w nowa koszule żeby jakoś się zaprezentować…

Dzień rozmowy, godz. 12: 40, Rada miasta, ‘pokoj przesluchan’

Zaprezentowałam się chyba nieźle. Przez 40 minutowy nawał pytań odpowiadałam nawet rzeczowo, a jak na mnie to cud. W końcu ciężko mi się otworzyć, ściemniać nie umiem a czasami pytania nie są najłatwiejsze… Rekrutacyjny standard przepytywana o moje doświadczenia zawodowe, umiejętności techniczne, znajomości oprogramowania, zdolności zarządzania zasobami ludzkimi, prace w zespole, prace samodzielna, i np. ‘Co sprawia ze rano wstaje pani z łóżka?

-Budzik? Cham drze się rano i nie daje mi spać do 11 jak lubię – no ale tego im nie powiem – oh, nie ma nic bardziej motywującego do wstania niż możliwość twórczego spełnienia się, stworzenia czegoś nowego. – chyba sama w to uwierzyłam. Jak teraz się zastanowię, to głownie wstaje bo chce mi się siku…ale to tez kiepska reklama mojej osoby. Dobrze, ze zostałam przy wersji twórczej.

Pytania spadają na mnie bez przerwy. W sumie są nawet mili, pytają czy mam cos do pokazania… Mam. Protfolio nad którym ciężko pracowałam, pokazuje omawiam projekty. Wszystko niby ok ale ich miny nagle jakieś dziwne.

- Dziękujemy Pani za przybycie, projekty bardzo ciekawe. Może teraz powiemy cos o praktyce.

Super. W końcu się dowiem co ten Projektant/ designer eventów takiego ciekawego robi.

- Poszukujemy osoby która zajęła by się promocja eventów w naszym mieście, nowych inicjatyw, tworzeniem nowych kontaktów… Przez chwile  tłumaczył jeszcze role asystenta a gdy skończył jego towarzyszka wspołrekrutujacą zwięźle dodała – szukamy kogoś kto będzie dodawał posty na nasze social media. Materiały będzie miał dostarczone, najwyżej będzie trzeba je skrócić. No i czasami będzie trzeba podzwonić do ludzi. Zdobyć informacje o eventach.

Hmm… A gdzie ten projektant? Dobra nie wybrzydzaj…wytrzymasz trochę dodajac posty na fb przez 8h dziennie, ale poznasz ludzi, ludzi z branży, może ci się uda jeszcze jakoś wykazać a jak dostaniesz prace na stale, to wtedy mi zapłacą i będzie już nieźle. W końcu niezależność.

- Tak, no wiec praktyka trwała by 9 miesięcy. Oczywiście jest bezpłatna.

Oczywiście, to żadna niespodzianka. Ale 9 miesięcy? Dodawania postów? Myślałam, że staże są po to żeby się uczyć nowych rzeczy a nie robić to samo dzień w dzień. Ale spoko. Damy rade.

- Aha, i oczekujemy 30 godzinnego tygodnia pracy…

O 30 brzmi nieźle. W końcu jakiś pozytyw.

- Oczywiście rozumiemy ze potrzebujecie trochę czasu.

- Czasu?

- No tak rozumiemy sytuacje, ze ciężko jest i poszukiwanie pracy zajmuje czas. Dlatego stażysta sam decyduje jak chce rozłożyć te 30h w tygodniu żeby miał czas na ‘job hunt’

- ??                        

- No tak, my jako rada miasta, nie możemy zaoferować pani pracy po ukończeniu stażu. Dlatego ma pani 30 godzina nie 37 – na jego twarzy pojawił się uśmiech zrozumienia.

…. F**k my life… – teraz moja mina jest jakaś dziwna…

 

Parę minut później, po uściśnięciu rąk, pożegnaniu się z uśmiechem na ustach wyszłam z budynku. Minęłam też kilka zdenerwowanych twarzy, siedzących przed ‘pokojem przesłuchań’. Czy mówić im ze te portfolio razmiaru A1 które to przytachali jest nie potrzebne? Ze ich ‘desinign skills’ na nic się  tu nie przyda bo skopiować tekst, wrzucić go na fb i klikać ‘Post’ umie nawet 6latek?Nie, niech żyją w błogiej nieświadomości jeszcze kilka chwil, uśmiechnęłam się tylko i poszłam do domu, zdjąć te głupie obcasy…

 

magnatKA

 

Słów kilka o miłości… Miłości dwojga dorosłych ludzi… Ludzi mających nadzieję spędzić ze sobą całe życie. O naszej miłości…

Słów kilka o miłości… Miłości dwojga dorosłych ludzi… Ludzi mających nadzieję spędzić ze sobą całe życie.  O naszej miłości…

Na początku była dzika chemia,  namiętność i świat widziany w różowych okularach. Nie było dla nas rzeczy niemożliwych, byliśmy w stanie góry przenosić, a dla akceptacji swojej miłości gotowi wałczyć z całym światem, bo miłość cierpliwa jest, łaskawa jest, miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, jak pisze w swoim liście święty Paweł.

Szybko się jednak okazuje, że taka sielanka nie trwa wiecznie, a związek okazuje się czymś o co trzeba dbać, co trzeba pielęgnować każdego dnia i ciągle na nowo uczyć się kochać i być kochanym. Świat byłby piękny i przyjazny, gdyby nie paradoks, że od miłości do nienawiści dzieli nas tylko jeden krok. Przychodzi taki dzień kiedy przestaliśmy nadawać na tych samych falach. Do kontaktowania się między sobą nagle niezbędne staja się słowa, często słowa które ranią, bo kiedy patrzymy w swoje oczy, nie potrafimy już  z nich nic wyczytać a jeszcze tak niedawno komunikowaliśmy się niewerbalnie, potrafiliśmy czytać  w swoich myślach.

Zaczynają się spięcia i kłótnie. Oddalamy się od siebie każdego dnia coraz bardziej… Ranimy się, a to tak bardzo boli…

Pozwól  mi odejść kiedy chcę jeszcze pamiętać dobre chwile, kiedy na wspomnienie naszych wspólnych dni na mojej buzi pojawia się nadal nieśmiały uśmiech. Pozwól mi odejść zanim przedstawisz mi kogoś, kto ma zająć moje miejsce w twoim sercu, w twoim domu…

Mówisz tak bardzo cię kocham, zawsze będę cię kochał… Już ci nie wierzę, już  ci nie ufam… Jeśli ktoś kocha to nie rani, jeśli ktoś kocha to nie poniża, jeśli ktoś kocha pozwoli odejść, by dać szczęście… Mimo iż to tak bardzo boli…

 

magNATka