moje ŚDM…

 Swoją decyzję o wzięciu udziału w Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie podjęłam trzy lata temu, kiedy to Papież Franciszek ogłosił w Brazylii decyzję o przyznaniu nam organizacji kolejnych ŚDM. W tamtej chwili nie zastanawiałam się co będę robić za trzy lata, w którym momencie życia będę, wiedziałam jedno – muszę tam być. Tak naprawdę wtedy nie chodziło o to, że będę mogła wziąć udział w spotkaniu z Papieżem, czy przeżyć coś w wielokulturowej wspólnocie – chciałam po prostu tam być. Tam, czyli w Krakowie. W miejscu gdzie dla mnie dzieją się magiczne rzeczy…

Czas płyną, moje życie także się zmieniało. Nie raz i nie dwa coś mi mówiło, że decyzja, którą podjęłam była pochopna, że przecież nie dostanę urlopu, że nikt z znajomych ze mną nie pojedzie, że jestem za stara na takie „atrakcje”. Realne obawy zaczęły mnie dopadać po licznych zamachach terrorystycznych w Europie. Niby myślę pozytywnie, ale takie skupisko ludzi to idealna okazja na pokazanie swojej siły przez terrorystów. Z drugiej strony strach to coś, z czym trzeba walczyć. Nie wolno pozwolić na to, by to on rządził naszym życiem i naszymi decyzjami. Poza tym jechałam do Krakowa jako osoba odpowiedzialna za grupę młodych osób i to właśnie ten fakt spowodował, że się nie wycofałam. Czy żałuję? Nie! Mimo, iż nie ukrywam, że było ciężko.

Piątkowy wieczór, godzina 19.30 ruszamy pociągiem z Mogilna do Krakowa. Elfy są bardzo estetyczne, wszystko pachnie nowością, ale niestety zupełnie nie funkcjonalne na tak długą podróż. Nie ma możliwości się zdrzemnąć. Nagle światełko w tunelu – dostrzegam kawałek wolnej podłogi :) Tak oto zaczęła się moja przygoda bycia przez trzy dni osobą bezdomną i to dosłownie. Kawałek karimaty i kurtka i śpi się jak w gwiazdkowym hotelu. Około 3.30 docieramy do celu – Kraków Bieżanów. Wysiadamy z pociągu w środku nocy na odludziu, bez wiedzy gdzie dokładnie mamy iść dalej. Krążąc docieramy do jednej z parafii, która umożliwiła nam odprawienie Mszy Św. Dziwna to była Msza, bo taka pomiędzy Pasterką a Rezurekcją. Chwilami zmęczenie brało górę… A przed nami była jeszcze 6-cio kilometrowa droga na Pola Miłosierdzia w Brzegach. Wraz ze świtem ruszyliśmy w trasę. Tuż przed godziną 7.00 rano dotarliśmy na miejsce. Właściwie prawie na miejsce i w tym wypadku to „prawie” robiło naprawdę kolosalną różnicę. Ochrona zatrzymała nas tuż przed bramą wejściową na Campus Misericordiae. Okazało się bowiem, że pola nie są jeszcze przygotowane na przyjęcie pielgrzymów… Po za tym poinformowano nas, że do chwili kiedy nie odbierzemy tzw. pakietów pielgrzyma nie zostaniemy wpuszczeni. Zmęczeni nieprzespaną nocą koczowaliśmy kilka godzin na skarpie w coraz większym upale. Tak naprawdę nie do końca wiedzieliśmy, co się dzieje. Nie docierały do nas żadne informacje. Wiele grup zostało odesłanych do drugiej śluzy znajdującej się po przeciwnej stronie 200 hektarowego pola. W końcu kierowników grup poproszono o udanie się w wyznaczone miejsce po pakiety. I co? Okazało się, że wolontariusze odpowiedzialni za wydawanie pakietów – czytaj wydawanie wejściówek na Pola – zaspali. Dotarli na miejsce z półtoragodzinnym opóźnieniem, a co za tym idzie nie byli w stanie obsłużyć w kilka osób kilkadziesiąt tysięcy pielgrzymów, którzy przez ten czas dotarli do bram Campusu. Najdziwniejsze było to, ze organizatorzy jakby tego nie chcieli zauważyć. Wszystkim puszczały nerwy. Zmęczenie, upał, dezorientacja chwilami brały górę. Po małej awanturze dotarli kolejni wolontariusze i bardzo wolno, z naciskiem na bardzo zaczęto wydawać pakiety. W Końcu po kilku godzinach koczowania udało się nam dostać do swojego sektora.

Sektor jak sektor, ani blisko, ani daleko od miejsca celebry. Najbardziej na początku przeszkadzała nam wysoko trawa, która spokojnie mogła być skoszona jeszcze raz przed ŚDM. Każdy sektor został zaopatrzony w namioty po dach wypełnione butelkowaną wodą mineralną i toalety. Tak naprawdę najbardziej w kość dał nam się żar lejący się z nieba. Nie było skrawka cienia, w którym można by przetrwać najgorętszą część dnia. Średnio pomagały parasole czy folie termiczne. Upał i zmęczenie powodowały dość niebezpieczne mieszanki dla zdrowia, jednak pod względem medycznym ŚDM były przygotowany perfekcyjnie. Wzdłuż sektorów parkowały dziesiątki karetek pogotowia, między sektorami poruszali się ratownicy za pomocą quadów z „saniami” na nosze, zaś w samych sektorach spacerowali ratownicy obserwując, czy ktoś nie poczuł się źle. Również pod względem bezpieczeństwa nie czuło się zagrożenia. Sam pociąg, którym jechaliśmy był bardzo szczegółowo sprawdzony przed podróżą przez Straż Ochrony Kolei i policjantów z psami. Jedyne co napawało pewnym niepokojem to odczuwalny wszędzie brak jakichkolwiek informacji. Czuło się, że organizatorów w pewnym momencie sytuacja lekko przerosła. A wystarczyło chociażby przy toaletach ustawić kilak przebieralni, choćby takich, jakie stoją na naszych plażach, co spowodowałoby, że ludzie nie musieliby rano w niedzielę stać po 2-3 godziny w kolejce do toalety, tylko po to, by po nocy spędzonej pod gołym niebem zmienić ubranie. Czy też zorganizować w każdym sektorze choć po jednym punkcie, gdzie można by kupić coś ciepłego do zjedzenia czy napić się gorącej kawy czy herbaty.

To wszystko było jednak nieważne, kiedy do Brzegów dotarł Papież Franciszek na wieczorne czuwanie modlitewne. To właśnie prostota przekazu Franciszka spowodowała, że Pola Miłosierdzia co chwilę wypełniały się gromkimi brawami. To także jego fenomen powodował, że w chwili adoracji Campus trwał w ciszy, skupieniu i modlitwie. W naszym sektorze zabawa trwała jeszcze długo w nocy po wyjeździe Papieża, a to wszystko za sprawą młodych z Włoch i Hiszpanii. Trzeba przyznać, że na lepszych współlokatorów trafić nie mogliśmy ;)

Ostatni dzień spotkania rozpoczął się wraz ze świtem, kiedy to wierni spokojnie zaczęli przygotowywania do udziału w Mszy Świętej z Papieżem. I mimo że spaliśmy na ziemi, bez dachu nad głową, dawno nie spałam tak dobrze, jak tamtej nocy, bo cóż może być piękniejszego jak zasypiać mając przed oczami rozgwieżdżone niebo…

Franciszek powiedział: Sądzimy, że abyśmy byli szczęśliwi, potrzebujemy dobrej kanapy. Kanapy, która pomoże nam żyć wygodnie, spokojnie, całkiem bezpiecznie. Kanapa na wszelkie typy bólu i strachu”. Papież, ostrzegał, że również taka postawa paraliżuje i odbiera nam wolność. “Kochani młodzi, nie przyszliśmy na świat, aby «wegetować», aby wygodnie spędzić życie, żeby uczynić z życia kanapę, która nas uśpi; przeciwnie, przyszliśmy z innego powodu, aby zostawić ślad”.Dlatego warto, było zamienić na te kilka dni kanapę na karimatę…

Droga powrotna na Dworzec Kolejowy to była prawdziwie ekstremalna wyprawa. Ponad dwumilionowy tłum ruszył do domów. Wszystkie drogi zostały zalane morzem ludzi, a pogoda nie ułatwiała zadania, ponieważ przechodzące burze nie tylko moczyły nas bardzo, ale także powodowały, że drogi zamieniały się w rwące potoki. Tym radośniej doszliśmy do celu i nikomu nie przeszkadzał fakt, że do odjazdu pociągu mieliśmy jeszcze ponad 3 godziny. Tak naprawdę cała ta wyprawa to było ciągłe czekanie na coś… Uczyliśmy się cierpliwości, a przy okazji docieraliśmy się jako grupa, próbując poznać siebie nawzajem.

Tym razem również dane nam było poczuć ogromną gościnność i dobroć serca Krakowian. Trzynaście lat temu podczas obozu Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia w Krakowie, spotykałam się z życzliwością mieszkańców miasta na każdym kroku i jedno jest pewne – w tym temacie nic się nie zmieniło. Ledwo zdążyliśmy rozłożyć karimaty przed blokiem nieopodal Dworca, a starsza Pani już krzyczała z okna z pytaniem, kto ma chęć na kawę albo herbatę. Za chwilę cała rodzina pojawiła się z talerzami pełnymi kanapek, dzbankami ciepłych napojów i kubkami gorącej zupy. Podczas ulewy przechowano nas na klatkach schodowych, otwierano przed nami mieszkania, by skorzystać z toalety i umyć się w ciepłej wodzie. Po co Ci ludzie to robili? Przecież nic z tego nie mieli oprócz zlanych schodów, od wody, która ściekała z naszych przemoczonych płaszczy, zadeptanych trawników i zapewne potwornego zmęczenia… Mam na to tylko jedną odpowiedź – postąpili tak, bo właśnie tego uczy Papież Franciszek. Miłosierdzie w stosunku do drugiego człowieka, to podstawa funkcjonowania dzisiejszego społeczeństwa, bo jeśli o nim zapomnimy sami doprowadzimy do własnej zagłady. Żądza pieniądza pozbawi nas człowieczeństwa, a mieszkańcy Krakowa, doskonale pamiętają, co działo się w pobliskim Oświęcimiu podczas wojny, gdy jeden naród postanowił decydować kto na to człowieczeństwo zasługuje, a kogo jego pozbawić. Tej Rodzinie dziękuję za to, że w Krakowie kolejny raz działy się magiczne rzeczy…

Czy dziś wypoczęta po trudach tych kilku ostatnich dni podjęłabym taką samą decyzję i pojechała na ŚDM? Tak, gdyby cofnięto czas, ponownie pozałatwiałabym wszystkie swoje sprawy, porozmawiałabym z przyjaciółmi, pożegnała z rodziną i pojechałabym z realną obawą, że jednak nie wszystko da się przewidzieć, że jednak może nas tam ktoś zaatakować, że mogę nie wrócić… Ale wiem, że moim życiem nie może kierować strach… trzeba ufać i iść przed siebie, a obawy zostawić na „kanapie”

Klucz do szczęścia – Sekret – prawo przyciągania

Tak, moja zmiana zaczęła zachodzić od obejrzenia Sekretu (film powstał na podstawie książki Rhondy Byrne o tym samym tytule). I choć nigdy nie wierzyłam w tego typu literaturę czy filmy, stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia i warto spróbować, bo gorzej chyba i tak już nie może być. W czasie w którym obejrzałam sekret, dużo się działo w moim życiu, i psychicznie nie miałam siły stawić tym zmianom czoła i wykorzystać ich jako szanse na pozytywna zmianę. Było wręcz przeciwnie, nic mi się nie chciało, a moje myśli kołowały 100km na godzinę zadając mi te same bezsensowne pytania. Te same pytania i przygnębiające myśli krążyły po mojej głowie…i im bardziej miałam ich dosyć z tym większą silą wracały. I choć wiedziałam jak bezsensowne jest takie myślenie…nie mogłam się ich pozbyć…jakby zadręczanie siebie samej było nieuniknione.

Miałam ich tak szczerze dosyć… więc gdy dwie osoby które się nie znają w jednym tygodniu kazały mi obejrzeć Sekret (to znak od siły wyższej!) postanowiłam sprawdzić czy mi pomoże!

sekret

Sekret, opowiada o prawie przyciągania (the law of attraction). Według tego prawa nasze myśli to fale które wibrują na różnych częstotliwościach i to co nam się przytrafia, czy osoby które spotykamy na naszej drodze są odpowiedzią na te wibracje. Wibracje wokół nas dostosowują się do naszych myśli, wiec jeśli myślimy negatywne myśli, takie tez rzeczy przyciągamy do siebie. Np., Jeśli jesteśmy niezadowoleni ze swojej pracy często w naszej głowie przeżywamy te negatywne chwile, wmawiamy sobie jak nienawidzimy swojej pracy – takim myśleniem wysyłamy te negatywne wibracje i w rezultacie przyciągamy jeszcze więcej negatywnych wydarzeń do naszego życia. Według Sekretu, w takim momencie musimy przestać myśleć czego nie chcemy i wyobrazić sobie to czego pragniemy i jaką prace byśmy chcieli mieć, a wtedy pewnego dnia to się stanie. W pierwszej chwili, po usłyszeniu tej teorii pomyślałam jakie to głupie… przecież to nie takie proste… ale postanowiłam oglądać dalej.

W skrócie ujmując sekretem Sekretu i prawa przyciągania jest to, że przez myślenie pozytywnie i wizualizowanie tego czego naprawdę chcemy otwieramy się na nowe możliwości i wiemy do czego dążymy nie tracąc czasu i energii na to co nas dołuje i zniechęca do działania. Ale żeby Sekret zadziałał, nie możemy tylko siedzieć i myśleć pozytywnie, musimy tez działać w zgodzie z tymi myślami a wtedy sami zdziwimy się ile jest możliwe! Jeśli mi nie wierzycie, spróbujcie tej teorii w praktyce, przez tydzień i zobaczcie czy coś się zmieniło.

Patrząc 8 miesięcy wstecz, widzę dziewczynę, której niedługo stuknie 30ka a musi zacząć nowe życie… sama, z dala od rodziny, która nie ma pracy już tyle lat po studiach, która straciła co wydawało się być jej miłością życia; która wydała fortunę, i to jeszcze nie swoją na następne studia które wygląda na to nic nie zmienią bo jak tu skończyć pisać pracę magisterską gdy nawet niema się siły wstać z łóżka…

Patrząc 3 miesiące wstecz, widzę dziewczynę która choć nie pewna co przyniesie jutro („tak, mamo za chwilę kończę praktyki.. nie, nie wiem co z pracą…”) patrzy w przyszłość z nadzieją i nie zamartwia się niepotrzebnie o ‘a co będzie jutro’; Dziewczynę, która choć nienawidzi pisać, przed snem wmawia sobie „Napiszę tą prace ze spokojem, na czas i na dobrą ocenę!”  i dziewczynę, która choć nieśmiało, zaczyna wierzyć, że najlepsze jeszcze przed nią.

Patrząc na nią teraz, widzę dziewczynę w najlepszym okresie jej życia, nadal młoda ale już wie czego chce, i zna swoją wartość. Dziewczynę, która nie potrzebuje pierwszego lepszego faceta, który się nią zainteresuje żeby się czuła pełnowartościowa. Dziewczynę, która jest szczęściarą bo ma dwa domy (niektórzy nie mają żadnego miejsca na ziemi!), ten jej nowy tutaj, i rodzinny w Polsce. Dziewczynę która skończyła studia (tak! Napisała tą prace na czas i na dobrą ocenę), ma stała i dobrze płatna pracę (i to bez wysłania nawet jednego CV i przejścia rozmowy kwalifikacyjnej), plany na wakacje (rozmóki włoskie już kupione… uno due tre…) i wiele pomysłów na przyszłość. Dziewczynę która z wiarą patrzy w przyszłość bo WIE że najlepsze jeszcze przed nią.

Obejrzenie sekretu było dla mnie tylko początkiem, impulsem by zacząć myśleć inaczej. I nie zrozumcie mnie źle, Sekret to nie magiczna pigułka którą połkniesz i marzenia zaczną się spełniać. By prawo przyciągania działało w praktyce potrzebna jest ciężka praca w każdej chwili w której twoja świadomość jest przytomna. Ja ciągle się uczę jak myśleć pozytywnie, i jak pozbyć się negatywnych myśli… i tutaj raz jeszcze, w odpowiednim momencie odkryłam coś co pomaga mi codziennie toczyć tą walkę moich myśli… ale o tym następnym razem ;)

magnatKA

 

 

Dziś krótko, zwięźle i na temat: jak nie lubię jak ludzie nie odpisują mi na czas! Dziwne to czasy, że pomimo dostępu do sieci, telefonów komórkowych i całej reszty nowej technologii tak ciężko jest się z niektórymi osobnikami skontaktować. A jeszcze bardziej irytujące jest to, że i bez szklanej kuli wiem, że później będziemy wszyscy żałować , że wiadomość nie została odczytana na czas.

Ok wylałam swoją frustrację i mogę iść spać :)

Każdy dzień to walka cd – Wszystko powstaje w naszej głowie.

Ostatni rok nauczył mnie inaczej patrzeć na to co nam się przytrafia. Gdy na naszej drodze pojawiają się trudności, coś nam nie wyjdzie, pierwsze co nam pojawia się w głowie to złość i żal; „czemu to akurat mi się przytrafia? Dlaczego ja?” itp. Wszystko odbieramy bardzo osobiście, a często zachowanie innych, które nas tak rani, jest tylko przypadkowe i nie ma nic wspólnego z nami. Każdy przeżywa własne życie i widzi wszystko z innej perspektywy, i  często te raniące nas zachowania są zupełnie nieświadome … Ale o tym też nie dzisiaj.

Jeszcze parę miesięcy temu, wszystko musiałam mieć zaplanowane, przynajmniej na kilka kroków na przód, a każdy dzień bez takiej czystej wizji co stanie się następne napawało mnie niepokojem. Podstawówka, Gimnazjum, Liceum, później studia, jakieś praktyki i praca, trochę odłożyć, ślub, dzieci… W końcu o to chodzi w życiu, prawda? Żeby zakładać rodzinę i harować do wieczora żeby ją utrzymać. Ale gdy ten genialny plan utknął w miejscu, niewiedza co się stanie z moim życiem wpływała nie tylko na moja psychikę i poziom stresu ale i moje ciało. Mięśnie się spinały a brzuch protestował. To że nie możemy zmienić co nam się przytrafia nie miało znaczenia… tylko pogrążało moją bezsilność. Do tego zmartwione głosy rodziców „a co teraz zrobisz? Gdzie będziesz mieszkać? Jak się utrzymasz? Przynajmniej do tej pory ktoś ci pomagał, a teraz? Jesteś tam zupełnie sama!” wcale nie dodawały mi otuchy. Ale pewnego dnia, ktoś powiedział mi: ”może nie możesz kontrolować co ci się przytrafia, ale możesz zadecydować jak na to zareagujesz” i podesłał mi kilka linków do obejrzenia na YouTubie. I choć sceptycznie do nich podeszłam, stwierdziłam, ze warto je obejrzeć. Tym bardziej, że w ciągu tygodnia następna osoba poleciła mi obejrzeć ten sam film. I od tego momentu zaczęła się walka w mojej głowie.  Że też mogę zacząć inaczej spoglądać na rzeczywistość i zostawić za sobą żal, złość, smutek, niepokój i stres. Minęło już ponad pół roku, i wiem że nadal się uczę takiego spostrzegania świata ale już widzę efekty w samej sobie… a co więcej dostrzegam jak inni są pełni negatywnych myśli. Nauczyłam się, że paradoksalnie coś może boleć czy doprowadzać mnie do łez, ale jednocześnie czuję, że tak jest lepiej.  Nie wszystko jest czarne czy białe, pozytywne czy negatywne. Wszystko nas czegoś uczy, i to od nas zależy co z tego wyniesiemy.

Po zakończeniu wieloletniego związku, nie raz słyszałam od innych ze ‘zmarnowałam najlepsze lata’, ale ja wcale tak nie myślę. Przeżyliśmy wiele pięknych chwil razem i do póki nie dotknie mnie skleroza, nikt mi ich nie odbierze. Co więcej, teraz też wiem, czego chcę, i co sama muszę u siebie naprawić, nad czym popracować. Więc przynajmniej jak spotkam „Mr. Right” to będę wiedzieć jak tego nie spieprzyć;) Oczywiście, były dni że smutek i zazdrość brały górę i przesiedziałam cały weekend smarkając… Aż w pewnym momencie zrozumiałam, że nie ma o co płakać czy być zazdrosną. Bo po głębszym zastanowieniu, wiem, że to o co czułam teraz zazdrość wcale wtedy mnie nie uszczęśliwiało, wcale nie chciałam tam być, i tylko z przyzwyczajenia moje ciało kazało mi płakać nad ‘utraconym’.  To, że on teraz trzyma nie moją rękę, wcale nie znaczy że bym chciała żeby  trzymał właśnie moja.  I choć czasami mi tęskno, i  oczy mi się zaszklą to nie ze smutku lecz tylko tak po prostu, bo życie nie jest czarno-białe, smutne lub wesołe. Raz jeszcze paradoks się ujawnia we mnie, i sobie popłacze ale jednocześnie wiem, że jest ok, ale co ważniejsze, że lepsze jest jeszcze przede mną. Teraz  wierze, ze wszystko dzieje się po coś, by dać nam szansę żebyśmy przejrzeli na oczy i nauczyli się o co to chodzi.

Moja walka myśli nadal trwa, ale teraz umiem już wyłapać chwile słabości i reagować zawczasu. Gdy dopada mnie przysłowiowy dół, chwytam po książkę czy słucham wykładu na YouTube. Ale co się z nich nauczyłam, może zostawię już na następny raz…

Każdy dzień to walka…

Każdy dzień to walka a bój jest zaciekły i toczy się non stop. Jedyne chwile wytchnienia przynosi mi sen. A czasem nawet i we śnie prowadzę tę walkę… walkę moich myśli… Miniony rok był niewątpliwie rokiem zmian. Co by było gdyby te zmiany się nie dokonały? Jakby wyglądało moje życie gdybym nadal budziła się rano i widziała jego twarz a nie biel nowej ściany? Czasami łapie siebie samą trwoniącą czas na takim rozmyślaniu… bo co to da, takie zastanawianie się? Raczej nic dobrego. Nic to nie zmieni a tylko wprowadza mnie w ten dziwny melancholiczny nastrój…

Paradoks… paradoks to chyba najlepsze słowo na opisanie roku 2015 i rzeczywistości, przynajmniej mojej, tej obecnej i mojego świata. Bo jak to możliwe, że można kogoś kochać tak szczerze ale czuć jakąś wewnętrzną ulgę słysząc, że nie będziemy już razem…? Takich paradoksów ostatnio doświadczam non stop, ale dzisiaj nie o nich… Zostanie singielka po tak długim czasie, to nie była największa zmiana jaka się wydarzyła w zeszłym roku. Największa zmiana zaszła w mojej głowie… a raczej zachodzi… bo nadal nie jestem pewna czy pojęłam o co tu tak naprawdę chodzi… po co to wszystko, po co się staramy i toczymy walkę każdego dnia… i dlatego, że dla mnie to nadal walka, widzę że chyba nadal nie do końca dotarłam gdzie mam być… ciągle odkrywam, szukam ale czuję, że te zmiany które ostatnio zaszły w moim życiu, i w mojej głowie, naprowadzają mnie na odpowiedni szlak. Że

pewnego dnia obudzę się i nie będzie już gonitwy myśli… nie będzie walki w mojej głowie i po prostu będzie jak ma być, dobrze… szczęśliwie… będę spełniona, pełna pasji  i miłości…

Rok 2015, a przynajmniej jego druga połowa, była dla mnie ważną lekcją… ale lekcją która nadal trwa.  W końcu zrozumiałam, że żeby mieć chociaż najmniejsza szansę na szczęście trzeba być szczęśliwym z samym sobą… i póki nie uwierzę w siebie i nie nauczę się przysłowiowego „kochać, lubić i szanować” samej siebie, nie znajdę szczęścia i nikt inny mnie też nie uszczęśliwi… a co najważniejsze, nie mogę oczekiwać, że bycie z kimś odwali ze mnie brudna robotę i jak na romantycznym filmie będę najszczęśliwszą kobietą na planecie trzymając jego rękę i patrząc mu w oczy 24h na dobę…  Jasne, nie ma nic bardziej uszczęśliwiającego niż bycie zakochanym…( w wzajemnością oczywiście) ale zakochanie przemija, a ludzka złożona istota na dłuższą metę potrzebuje czegoś innego, czegoś więcej… Teraz już, a w sumie dopiero teraz, to wiem.  Więc mam plan… w roku 2016 muszę się zakochać ale w samej sobie… Ale jak to zrobić? Jak mam odkryć samą siebie i wygrać tą bitwę moich myśli stojąc samotnie im naprzeciw..? Może jakiś paradoks pomoże mi to odkryć…

CDN

czas cudów

Boże Narodzenie ubiegłego roku…

wieczór….

Tak bardzo mi źle…

nie widzę Bożej Dzieciny narodzonej w stajence, nie czuję radości bijącej z Betlejem, nie mam nadziei na lepsze jutro…

Wszystko straciłam, mój świat runął, a fundamenty mojego życia mocno się zachwiały. Nie mam pracy, pieniędzy, nikt nie docenia tego, jak bardzo chcę pracować, bo to praca daje mi poczucie wartości. Tylko praca mi została, trzymałam się jej kurczowo jak rozbitek tratwy na rozhulanym sztormem morzu, a w końcu także jej zostałam pozbawiona.

Kiedyś znałam swoją wartość, pomimo licznych kompleksów czułam, że coś sobą reprezentuję, że mogę dać coś z siebie innym.

On wszystko mi zabrał: radość życia, przyjaciół, pewność siebie i moją wartość. Jego słowa raniły jak sztylet, Jego zachowanie powodowało, że zamykałam się w sobie z każdym dniem coraz bardziej. Budowałam misterną skorupkę, w której chowałam się coraz głębiej…

Nie czuję już nic, leżę z wzrokiem wbitym sufit, zastanawiając się czy ktokolwiek by zauważył gdybym nagle zniknęła… Może prościej dla wszystkich byłoby, gdyby mnie nie było… Nie próbuję tego sprawdzić tylko dlatego, że jestem tchórzem by to sprawdzić. Nawet tego nie potrafię … Skończyć z sobą…

W tej chwili beznadziei, w dniu gdy narodził się Bóg głoszący dobrą Nowinę, dociera do mojej świadomości dźwięk dzwoniącego telefonu. Ostatkiem sił odnajduję komórkę i odruchowo odbieram połączenie. Nie padło żadne słowo przywitania… Jednak do moich otępiałych zmysłów docierają słowa kolędy, którą zacząłeś śpiewać:

Cicha noc, święta noc
Pokój niesie ludziom wszem,
A u żłóbka Matka święta
Czuwa sama, uśmiechnięta,
Nad Dzieciątka snem,
Nad Dzieciątka snem…

Nie umiem wytłumaczyć, co się wtedy stało. Dlaczego właśnie w tym momencie zadzwoniłeś, ale wiem jedno. Ten jeden telefon odmienił całe moje życie. W tej chwili zrozumiałam jedno: Muszę żyć!Chcę żyć! I chciałabym, żebyś wiedział, ze to dzięki Tobie!

Dziś z perspektywy czasu wiem, że Boże Narodzenie to magiczny czas cudów. Dziś jestem szczęśliwa, spełniam marzenia, osiągam sukcesy, żyję pełnią życia!

Za kilka dni znów będzie ten magiczny czas, z radością go oczekuję :)

rozrachunek z losem

Wciąż walczę z losem… z moim losem… czy aby na pewno to moje przeznaczenie? Czy ten scenariusz został napisany właśnie dla mnie? Czy ktoś się nie pomylił? Jaką rolę w tej sztuce zwanej życiem mam odegrać? Czy moje życie ma być monodramem, w którym jedyną postacią mającą coś do powiedzenia jest los, czy może zasłużyłam na spektakl, w którym do głosu dochodzi dialog człowieka z losem, Bogiem, przeznaczeniem. Spektakl, w którym postaci są sobie równe, w którym oba głosy wybrzmiewają równie mocno?

Jaki jest sens przeciwstawienia się temu, co niesie nam los? Po co tracić siły w walce, skoro z góry wiadomo, że jest się na straconej pozycji? Jakże prosta wydaje się odpowiedź – trzeba walczyć, bo to właśnie ta nieustanna walka stanowi sens naszego istnienia!

Po co całe życie się starać, po co być uczciwym i godnie przeżyć każdy kolejny dzień, po co się męczyć i znosić przeciwności losu, jeśli życie z każdym kolejnym dniem rzuca nam kłody pod nogi? Może po to by czuć cokolwiek, po to by czuć ból istnienia, bo jeśli odczuwa się cokolwiek, ma się jedną, niezachwianą pewność – jest się nadal żywym… Może chodzi po prostu o to, że ja i ty jesteśmy cholernymi farciarzami, bo dostaliśmy życie, choć może nie zawsze na nie zasłużyliśmy…

Stojąc w zimnej kaplicy, na cmentarzu jakich setki w Polsce, przy maleńkiej białej trumience zadałam sobie tylko jedno pytanie: „Dlaczego?” Jaki sens był w śmierci maleńkiego dziecka, które ktoś pozbawił prawa, by poznało ból istnienia. Ono nie miało szansy, by zdecydować czy poddaje się losowi czy też dzielnie staje z nim w szranki w ringu zwanym życiem…

Patrzyłam z podziwem na rodziców tego maleństwa, którzy w obliczu tak wielkiej tragedii nadal wierzyli w Coś, Kogoś… Chcieli, by ich dziecko miało katolicki pogrzeb, bo mają nadzieję, że tam, gdzieś jest lepszy inny świat…

W życiu nie można się poddać. Trzeba upaść, podnieść się i iść dalej… Wierzyć w lepszy czas… znów upaść i znów się podnieść z wiarą, że każdy kolejny upadek wzmacnia nas, dodaje nam sił do dalszej walki z przeciwnościami losu. Należy szczerze wierzyć, że mamy wpływ na swoje życie, że nasz los leży w naszych rękach, że jest jakiś sens w tym naszym szarym, często burym życiu.

Zaniechanie walki z losem oznacza tylko jedno – nasz szybki koniec. Prowadzi do destrukcji i samozagłady człowieka. Tak często cytuje się myśl, że to nadzieja umiera ostatnia, a człowiek pozbawiony nadziei to tylko organizm z krwi i kości, w którym umarła dusza. A to właśnie dusza i nasza wolna wola determinują nasze człowieczeństwo…

 

Kraków <3 – moje miejsce na ziemi – cz. II wakacji

22 z minutami – moja noga stanęła na krakowskiej ziemi po trzech godzinach podróży z Warszawy. Nie rozumiem fenomenu budowania dworca w samym centrum galerii handlowej czy może galerii handlowej na dworcu, tak czy siak to jakaś nasza polska paranoja, która znacznie utrudnia życie pasażerom. Kraków to kolejne miasto, które niestety poddało się tej modzie. Tak czy siak z niewielkimi problemami udało się nam wydostać na powierzchnię i ruszyć w stronę hostelu. 15 min spacerkiem wzdłuż Plant i jesteśmy na miejscu. Mimo późnej pory pani szybko nas melduje i możemy zaaklimatyzować się na nowej miejscówce, tym bardziej, że na ten odcinek podróży dołączyła do nas Dominika.

Szybka burza mózgów związana z planem na jutrzejszy dzień i decyzja: nasz plan dnia na jutro to… brak planu, idziemy na żywioł :) Osobiście byłam tak zmęczona atrakcjami jakie zapewniła nam stolica, ze padłam w ciągu trzech minut. Chyba podświadomie wmówiłam sobie, że muszę jak najszybciej się zregenerować, by nie stracić ani minuty z pobytu w Krakowie.

Rano głodne tak, że zjadłybyśmy wilka z kopytami ruszyłyśmy na poszukiwania czegoś, co da się nazwać śniadaniem. Wystarczyło przejść się 50 m, by dotrzeć do baru mlecznego „U Jędrusia”, gdzie za 6 zł można było zjeść smaczne i pożywne śniadanie: jajeczniczkę z 2 jajek, masełko, bułkę i dżemik a do tego herbatę z cytryną. Najedzone i zadowolone pierwsze kroki skierowałyśmy na Stary Rynek.

DSCN5951

Byłyśmy w ciężkim szoku, kiedy się okazało, że droga z hostelu na Rynek zajmuje nam mniej czasu niż czas potrzebny na zjedzenie loda – osobiście sprawdziłam ;)   Krakowski Rynek Główny jest jednym z największych tego typu placów w Europie o wymiarach 200 X 200 m. Został wytyczony w 1257 r. podczas lokacji Krakowa na prawie magdeburskim. Początkowo rynek pełnił funkcje przede wszystkim handlowe, z biegiem czasu doszły do tego również funkcje administracyjne, a także sądownicze, gdy zaczęto tu wymierzać kary oraz wykonywać wyroki śmierci. Cała obszar podzielony był na poszczególne place handlowe, czyli targi: solny, węglowy, kurzy, ołowiowy oraz żydowski. Krótko po dokonaniu lokacji, na osi północ – południe usytuowane zostały Sukiennice, czyli podwójny rząd kramów kupieckich, które z biegiem czasu utworzyły jeden budynek, nakryty zadaszeniem. Po pożarze z połowy XVI w. Sukiennice zostały odbudowane w stylu renesansowym.

DSCN6102

Nowy, dwukondygnacyjny gmach został zwieńczony wspaniałą attyką z grzebieniem upiększonym maszkaronami i ozdobiony loggiami od strony północnej i południowej. Współczesny wygląd Sukiennice otrzymały jednak w latach 70-tych XIX w. Głównym gmachem administracyjnym był na Rynku Ratusz. Budynek stanął tu zapewne już na przełomie XIII i XIV w., a przez kolejne stulecia był rozbudowywany. Z początkiem XIX w., wskutek fatalnego stanu technicznego gmach wraz ze spichlerzem został zburzony. Przed zniszczeniem uchroniono jednak wieżę ratuszową, która stanowiła doskonałą przeciwwagę dla wież Bazyliki Mariackiej, usytuowanej w północno – wschodnim narożniku rynku. Dziś na uwagę zasługuje przede wszystkim wejście do wieży, otoczone parą pięknych XIX-wiecznych lwów.

DSCN6111

We wschodnim narożniku płyty Rynku stoi kościół św. Wojciecha, wybudowany tu najprawdopodobniej jeszcze przed lokacją miasta. Według przekazu Jana Długosza świątynia stanęła w miejscu, gdzie kazania głosił sam św. Wojciech. Po tej samej stronie stoi również pomnik Adama Mickiewicza, odsłonięty w 1898 r. Zapewne już w średniowieczu Rynek został otoczony okazałymi pałacami i kamienicami. Dziś do najsłynniejszych należą Pałac pod Krzysztofory (siedziba Muzeum Historycznego Miasta Krakowa), Szara Kamienica, Pałac pod Baranami (siedziba słynnej Piwnicy pod Baranami) oraz Kamienica Hetmańska.

Dla mnie Rynek Główny to miejsce z którym są związane najwspanialsze wspomnienia z dzieciństwa. To tutaj nawiązywałam najlepsze przyjaźnie, poznałam wartościowych ludzi i uczyłam się dużego miasta. Godziny spędzone pod pomnikiem „Adasia” słuchanie koncertów Krzyśka pod sukiennicami czy okupowanie murków pod kościołem św. Wojciecha to chwile radości, które z sentymentem wspominam do dziś po 12 latach od pierwszego obozu Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia w Krakowie. Tutaj wszystko było naj! Najlepsze jedzenie, miejscówka noclegowa, kierownik, kadra wychowawców, ludzie i mega życzliwi mieszkańcy miasta :) Każdy kamień na Rynku, każda uliczka, pomnik czy nadwiślane bulwary powodują uśmiech na mojej buzi :) Tym bardziej jeśli macha do mnie pan hejnalista ;)

DSCN6105

Obok katedry na Wawelu Kościół Mariacki stanowi najważniejszą świątynię Krakowa. Przez wieki kościół otoczony był opieką bogatych rodzin mieszczańskich, dzięki czemu dziś budowla ta należy do grona najznakomitszych obiektów architektury sakralnej w Polsce. Kościół Mariacki znajduje się w północno – wschodnim narożniku Rynku Głównego, a jego ukośne ustawienie względem osi rynku świadczy o tym, że pierwsza świątynia romańska wzniesiona została w tym miejscu jeszcze przed lokacją miasta (1257) r. Obecna, trójnawowa bazylika utrzymana w stylu gotyckim powstała pod koniec XIV w. W XV w. do naw bocznych dobudowano jeszcze kaplice i od tego czasu główna bryła kościoła niewiele się zmieniła. Przeprowadzane w następnych wiekach prace renowacyjne dotyczyły głównie wystroju wnętrza. W XVIII w. pod kierownictwem Franciszka Placidiego świątynia uzyskała styl barokowy, jednak już wiek później doszło do regotyzacji wnętrza. W pracach tych brali udział znani artyści, tacy jak Jan Matejko, który wykonał w kościele wspaniałe polichromie oraz Stanisław Wyspiański i Józef Mehoffer, którzy zaprojektowali ozdobne witraże. Z zewnątrz najbardziej charakterystycznym elementem bazyliki Mariackiej są dwie, nierównej wielkości wieże. Według legendy budowa wież powierzona została dwóm braciom, a każdy z nich pragnął stworzyć obiekt wyższy i piękniejszy. Rywalizacja ta doprowadziła do tego, że starszy brat zabił młodszego, a następnie z powodu dręczących go wyrzutów sumienia sam popełnił samobójstwo. Narzędzie zbrodni – nóż – do dziś wisi pod jedną z arkad Sukiennic. Co godzinę z wyższej wieży wygrywany jest na cztery strony świata hejnał mariacki. Sygnał za każdym razem urywa się, a zjawisko to tłumaczy doskonale kolejna krakowska legenda.

DSCN5955

Otóż w średniowieczu, w czasie jednego z najazdów tatarskich, czuwający na wieży strażnik zagrał hejnał, który miał ostrzec mieszkańców przed zbliżającym się wrogiem. Jeden z Tatarów dostrzegł jednak strażnika i zabił go strzałą wypuszczoną z łuku. Choć legenda ta została wymyślona dopiero w latach 30-tych XX w. przez amerykańską Polonię, to i tak została ona entuzjastycznie przyjęta przez Krakowian i jest przez nich chętnie opowiadana. Sprzedam Wam, drodzy czytelnicy patent na dwukrotne odmachanie hejnaliście. Najpierw trzeba stanąć przed wejściem głównym do Kościoła Mariackiego i po pierwszej części hejnału szybko przetransportować się w okolicę Wikarówki Kościoła Mariackiego, gdzie hejnalista kończy swój występ i długo macha w kierunku ludzi stłoczonych na dole :) Prawdziwym skarbem kościoła Mariackiego jest ołtarz autorstwa Wita Stwosza – największy tego typu gotycki obiekt w Europie. Ołtarz składa się z nieruchomej szafy środkowej, która ukazuje zaśnięcie Matki Bożej w otoczeniu apostołów oraz Wniebowzięcie, dwóch ruchomych skrzydeł prezentujących sceny z życia Chrystusa i Marii oraz zwieńczenia, przedstawiającego Koronację Marii przez Trójcę Świętą. Całość wykonana została z drewna dębowego liczącego obecnie ponad 1000 lat, a wszystkie postacie zostały przedstawione w sposób nadzwyczaj realistyczny. Nacieszywszy oczy widokami,  za którymi tęskniłam cały rok postanowiłyśmy zjeść coś nam obcego, z czym do tej pory nie miałyśmy do czynienia. Nasz wybór padł na restaurację gruzińską Chaczapuri.

DSCN5983

To jedyne w Polsce miejsca o tak nietypowym asortymencie, które wysoką jakość podawanych dań łączą się z niską ceną. W Krakowie, tuż przy Rynku Głównym mieszczą się trzy takie lokale. Zjadłyśmy tam pyszne zupy, kawałki sera, pierożki chinkali, chaczapuri z serem i roladki z bakłażana z masą orzechową. Do tego pyszne różowe gruzińskie winko. Byłam w kulinarnym raju!

DSCN6032

 

Rozleniwione ruszyłyśmy żółwim tempem w stronę Wawelu. Spacerując Plantami stwierdziłyśmy, że życie w Krakowie płynie innym tempem niż to w Warszawie. Tutaj nikt się nie spieszy, za niczym nie goni… Zamek Królewski na Wawelu przez całe wieki stanowił centrum państwowości polskiej. Dziś wizyta w dawnej rezydencji królewskiej to fascynująca podróż w głąb historii Polski, w czasy zarówno jej świetności jak i upadku. Zamek Królewski położony jest na Wzgórzu Wawelskim – wapiennej skale jurajskiej majestatycznie wznoszącej się na lewym brzegu Wisły, w samym sercu Krakowa. Od ok. VII w. n.e. w jego okolicy zaczęli się osiedlać Słowianie, a za panowania pierwszych historycznych władców Polski z dynastii Piastów Wawel stanowił już jedną z głównych rezydencji monarszych. Prawdziwa królewska siedziba powstała tu jednak dopiero z początkiem XIV w., wraz z koronacją i osiedleniem się na Wawelu Władysława Łokietka. Na wzgórzu zbudowana wtedy została gotycka katedra, w miejscu drewniano – ziemnych fortyfikacji wzniesiono solidne mury, a sam zamek został znacznie rozbudowany. Lata świetności zamku przypadły na czasy panowania Jagiellonów, zwłaszcza ostatnich z rodu Zygmunta III Starego i Zygmunta Augusta. Zafascynowani rozwojem renesansu w Europie Zachodniej królowie pragnęli nadać swojej rezydencji prawdziwie nowoczesny charakter. Sprowadzeni z Włoch do Krakowa mistrzowie Franciszek zwany Florentczykiem i Bartłomiej Berrecci przekształcili gotycką budowlę w piękny renesansowy pałac, z przestronnym, arkadowym dziedzińcem, o wybitnie reprezentacyjnym charakterze.

Od początku XVII w., czyli po przeniesieniu stolicy z Krakowa do Warszawy, znaczenie Zamku na Wawelu zmalało. Pałac trawiły liczne pożary, a rezydujący w Warszawie królowie nie troszczyli się zbytnio o jego odbudowę. Po trzecim rozbiorze Polski do Krakowa wkroczyli Austriacy, którzy przez niemal cały XIX w. wykorzystywali wzgórze do celów wojskowych. Polacy przejęli zarząd nad zamkiem dopiero na krótko przed wybuchem I wojny światowej. Przez następne kilka dziesięcioleci, z przerwą w okresie II wojny światowej, na Wzgórzu Wawelskim trwały zakrojone na szeroką skalę prace konserwatorskie. W 1978 r. Wawel, wraz ze Starym Miastem, Kazimierzem i Stradomiem, znalazł się na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Na zwiedzanie Zamku Królewskiego trzeba sobie zostawić przynajmniej jeden dzień. Na parterze i II piętrze znajdują się Reprezentacyjne Komnaty Królewskie, ozdobione oryginalnymi arrasami, sprowadzonymi przez Zygmunta Augusta z Brukseli. Na uwagę zasługuje przede wszystkim największa na zamku Sala Senatorska oraz Sala Poselska, ze stropem kasetonowym ozdobionym XVI-wiecznymi rzeźbami męskich i kobiecych głów. Na I piętrze mieszczą się Prywatne Apartamenty Królewskie. Pozostałe ekspozycje znajdujące się na zamku to Skarbiec Koronny i Zbrojownia (zawierająca m.in. trofea z odsieczy wiedeńskiej 1683 r.) oraz Sztuka Wschodu. Natomiast z ekspozycji znajdujących się poza zamkiem na szczególne wyróżnienie zasługuje Wawel Zaginiony. Można tu zobaczyć najstarsze obiekty, jakie powstały na Wzgórzu Wawelskim, w tym m.in. Rotundę Najświętszej Marii Panny, fundamenty zamku gotyckiego i pozostałości renesansowych kuchni królewskich. Warto także zajrzeć do Smoczej Jamy, jaskini usytuowanej w zachodniej części wzgórza, w której, według najbardziej znanej krakowskiej legendy żył niegdyś okrutny smok. Niestety zbyt późno dowiedziałyśmy się o możliwości zejścia do Smoczej Jamy, w związku z tym to jeden z punktów kolejnych odwiedzin Krakowa :)

DSCN6227

Po bardzo intensywnym dniu przyjemnie było siąść wieczorem w jednym z licznych ogródków na Rynku Głównym i nacieszyć oczy widokiem radosnych ludzi :) tym bardziej, że nazajutrz miałyśmy na kilka godzin stać się istotami podziemnymi ;) Gdzie? oczywiście w Kopalni Soli w Wieliczce.

DSCN6173

Wykute w soli piękne komory, niesamowite podziemne jeziora, majestatyczne konstrukcje ciesielskie i unikalne solne rzeźby. Blisko 3 kilometry krętych korytarzy, 800 schodów do pokonania i zejście na głębokość 135 metrów pod ziemię. Nic dziwnego, że do tej pory uroki trasy turystycznej, głównego szlaku Kopalni Soli „Wieliczka”, podziwiało już 38 milionów spragnionych przygody turystów z całego świata. A jej początek zaczyna się w szybie Daniłowicza. To tutaj zwiedzający poznają swojego przewodnika, który podczas wędrówki opowie im o historii i tajemnicach Kopalni. O rządzących nią siłach przyrody i etosie ciężkiej pracy wielu pokoleń górników. Schodząc coraz niżej turysta odwiedzi niezwykłe miejsca, solna skała poddała się mocy ludzkich rąk. Zobaczy wspaniałe maszyny i narzędzia górnicze. Pozna także inną stronę Kopalni. Legendę księżnej Kingi, która przyniosła bogactwo soli na polską ziemię. W połowie szlaku ujrzy dedykowaną jej cudowną kaplicę i zdobiące ją jedyne w swoim rodzaju solne dzieła sztuki. Wpadnie w zadumę słysząc kompozycję Fryderyka Chopina towarzyszącą świetlnemu spektaklowi nad brzegiem jednego z solankowych jezior. A gdy posmakuje na koniec specjałów podziemnej karczmy, na powierzchnię wyniesie go górnicza winda. Jak mówi się w Kopalni - na świat. Niestety tego dnia sala restauracyjna w Kopalni byłą zarezerwowana dlatego na obiad poszłyśmy na Krakowski Kazimierz i jak zwykle tam, nie zawiodłyśmy się kolejny raz :) Czulent do danie pochodzące z kuchni żydowskiej. Przygotowywało się je na szabat czyli sobotę uznawaną za dzień odpoczynku. Ortodoksyjni Żydzi nie mogą tego dnia wykonywać żadnych czynności uznawanych za pracę czyli nawet samodzielnie rozpalać ognia pod kuchnią.  Pascha wielkanocna, to tradycyjna potrawa rosyjska lub ukraińska, przygotowywana z twarogu, mleka, śmietany, masła, z dodatkiem jajek, wanilii i bakalii. Te ostatnie mają symbolizować bogactwo i dobrobyt. Ta na Kazimierzu byłą przepyszna :) do tego wszystkiego wyśmienite koszerne winko i nic więcej nie było mi do szczęścia potrzebne :) Żal tylko, że to właściwie nasz ostatni dzień w tym mieście, bo nazajutrz ruszamy na podbój Wrocławia. Może uda się nam odkryć Złoty Pociąg? :P

Warszawa da się lubić – cz. I relacji z wakacji

Poznań 8.00 rano, szaro – buro, pewnie będzie padać. Wsiadamy w busa i obieramy kierunek: Warszawa… w końcu zaczynam upragniony urlop! Liczę na mnóstwo atrakcji :)

Podróżowanie PolskimBusem to niewątpliwie najtańszy sposób na przemieszczanie się między większymi polskimi miastami. Za kilkanaście złotych można dotrzeć z Poznania do Warszawy czy z Krakowa do Wrocławia. Mój najdroższy bilet kosztował całe 15,00 zł plus 1,00 zł opłaty za rezerwację biletu. Jedynym minusem jest mało miejsca między fotelami, co przy dłuższej podróży jest uciążliwe. Mała niespodzianka czekała na nas w trakcie podróży z Warszawy do Krakowa, ponieważ każdy z pasażerów w cenie biletu ( całych 11,00 zł) dostał drożdżówkę, kawę, herbatę czy wodę do picia.

Mój pierwszy kontakt z Warszawą to „Młociny”, czyli ostatnia stacja M1 metra w Warszawie, zlokalizowana na Bielanach, niedaleko Huty Warszawa. Jazda windą w górę i w dół, w górę i w dół i szukanie biletomatu było ciekawą zapowiedzią kilku najbliższych dni. O dziwo na miejsce docelowe dotarłyśmy półtorej godziny wcześniej niż pierwotnie planowałyśmy, okazało się bowiem, że w stolicy nie ma korków. Oczywiście tylko do godzin popołudniowych, bo o 16.00 miasto stanęło i to dosłownie. Jeśli już jesteśmy przy komunikacji miejskiej to Warszawa okazała się w tej materii najdroższa. Najtańszy bilet 20-minutowy kosztuje 3,40 zł, 75-minutowy 4,40 zł. Nie ma biletów kilkudniowych, dlatego byłyśmy zmuszone korzystać z biletów całodobowych w cenie 15,00 zł.

Oswajanie się z miastem, zaczęliśmy od wieczornego spaceru. Jak się okazało była to jedna wielka ściema! W jeansach, koszulce i trampkach ruszyłam w drogę. Nie zdziwiłam się za bardzo, gdy nasi przewodnicy w postaci Ani i Kuby zaczęli zwiedzanie od Pałacu Kultury i Nauki, który został zbudowany w 1955 roku jako „Dar narodów radzieckich dla narodu polskiego” i choć pasuje swoim stylem architektonicznym do reszty otoczenia jak przysłowiowy kwiatek do kożucha, to trudno sobie wyobrazić dzisiejszą Warszawę bez niego. Całe szczęście, że mimo zmian ustrojowych budynek przetrwał i ma się dobrze, a w jego pomieszczeniach rozwija się kultura, sztuka i nauka. Zdziwiłam się kiedy padła propozycja zobaczenia wystawy egzotycznych pająków, bo było już późno, ale grzecznie z resztą grupy udałam się do czeluści Pałacu, by po chwili wylądować na teatralnym krześle, wśród elegancko ubranych ludzi (wiadomo „warszafka”). Znajomi zrobili mi super niespodziankę… tylko dlaczego ja byłam w trampkach???

DSCN5793

Teatr 6. Piętro mieści się na szóstym piętrze PKiN przy Placu Defilad w zaadoptowanej Sali Koncertowej. Został założony w 1009 roku przez Michała Żebrowskiego i Eugeniusza Korina i od samego początku przykłada wielką wagę do wyboru sztuk tworzących repertuar i do obsady aktorskiej pod hasłem „Wyższy poziom teatru”. To właśnie połączenie tradycyjnych wartości teatru literackiego ze śmiałymi poszukiwaniami interpretacyjnymi i aktorstwem najwyższej próby przyczyniło się do powstania zaskakującego repertuaru i szybkiego sukcesu frekwencyjnego.

„Zagraj to jeszcze raz, Sam” to historia poszukiwania miłości swojego życia przez krytyka filmowego Allana Felixa (granego przez debiutującego w teatrze Kubę Wojewódzkiego), porzuconego przez swoją żonę Nancy – Barbarę Kurdej – Szatan. Allan przypadkiem zakochuje się w żonie swojego najlepszego przyjaciela, przystojnego biznesmena Dicka ( Michał Żebrowski) w ślicznej i znerwicowanej Lindzie ( Aleksandra Hamkało), którą uwodzi przy pomocy i według wskazówek swojego filmowego idola, legendarnego amanta czarnych kryminałów Humphreya Bogarta, schodzącego do niego w tym celu z ekranu kina (Daniel Olbrychski). Dawno nie widziałam tak gorącej owacji po spektaklu, jak po tej sztuce.

Rozbawieni sztuka w dobrych humorach ruszyliśmy na podbój Nowego Świata. To jedna z bardziej znanych ulic w Polsce, idąca od Placu Trzech Krzyży do Krakowskiego Przedmieścia. Kiedyś był to trakt stanowiący przedłużenie Czerskiego, później Krakowskiego Przedmieścia prowadzący od Starej Warszawy do Ujazdowa. Dziś to tętniące życiem centrum handlowo – usługowo – gastronomiczne. Nazwa Nowy Świat powstała około 1640 roku i była związana z nowym osadnictwem. Przy NŚ mieszkała pierwotnie ludność rolnicza oraz ogrodnicy i rzemieślnicy w niewielkich drewnianych domach. W czasach Królestwa Kongresowego NŚ uległ zasadniczym zmianom. Na miejscu rozebranych drewnianych domów wzniesiono ponad 30 klasycystycznych dwupiętrowych kamienic, co nadało ulicy jednolity charakter. W okresie 20-lecia międzywojennego NŚ stał się ulicą o niezwykłym natężeniu ruchu pieszych. W podwórzach domów wybudowano liczne kina, a na obu rogatkach Świętokrzyskiej urządzono teatry operetkowe lub rewiowe. Niestety już na początku II wojny światowej większość budynków zostało zbombardowanych, a w czasie powstania warszawskiego NŚ był miejscem zaciekłych walk. Po powstaniu zabudowa ulicy została prawie całkiem spalona przez okupanta, z 71 budynków ocalało tylko 6. Przeprowadzona w latach 1948 – 1950 odbudowa przywróciła NŚ klasycystyczną postać końca XVIII wieku. O tragicznej historii czasów okupacji przypomina nam barykada ustawiona przy pomniku Mikołaja Kopernika.

DSCN5809

Dziś NŚ jest jedną z najpiękniejszych i najbardziej reprezentatywnych ulic Warszawy, która zaprowadziła nas na Krakowskie Przedmieście, gdzie łącznikiem obu ulic jest wspomniany pomnik Kopernika wraz z układem słonecznym. W końcu mogłam stanąć na Księżycu!

DSCN5803

  Przechodząc obok UW z sentymentem wróciłam myślami do wykładu prof. Władysława Bartoszewskiego, który w 2004 roku poświęcił swój czas i właśnie tutaj spotkał się z nami, stypendystami Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia.

DSCN5806

 Między kościołem pokarmelickim Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Józefa Oblubieńca a hotelem Bristol znajduje się chyba najsłynniejszy budynek w Warszawie, zwłaszcza po 10 kwietnia 2010 roku, czyli Pałac Prezydencki z pomnikiem księcia Józefa Poniatowskiego. Moją uwagę przykuł  żołnierz pełniący wartę przed Pałacem, który w pełnym skupieniu przeglądał coś w swoim telefonie, pewnie sprawdzał lajki na facebooku :)

DSCN5814

      W końcu zmęczeni dotarliśmy do Rynku mijając Kolumnę Zygmunta i Zamek królewski. Będąc wielokrotnie w Warszawie nigdy nie widziałam Syrenki. Rzeźba na warszawskim Rynku Starego Miasta została wykonana przez Konstantego Hegla w 1855 roku. Z Syrena związana jest legenda. Dawno, dawno temu przypłynęły z Atlantyku na Bałtyk dwie siostry – syreny. Piękne kobiety z rybimi ogonami, zamieszkujące w głębinach mórz. Jedna z nich upodobała sobie skały w cieśninach duńskich i do tej pory możemy ja zobaczyć siedzącą na skale u wejścia do portu w Kopenhadze. Druga dopłynęła do portu w Gdańsku, a potem Wisłą popłynęła w górę jej biegu. Według legendy u podnóża dzisiejszego Starego Miasta, mniej więcej w miejscu, gdzie obecnie znajduje się pomnik, wyszła z wody na piaszczysty brzeg aby odpocząć, a że miejsce się jej spodobało, postanowiła zostać. Miejscowi rybacy szybko zauważyli, że ktoś podczas ich połowu wzburza fale Wisły, plącze sieci i wypuszcza ryby. Ponieważ syrena ich oczarowała swym pięknym śpiewem, nic jej nie zrobili. Pewnego razu bogaty kupiec zobaczył Syrenę. Podstępnie ją uwięził ją w drewnianej szopie, bez dostępu do wody. Skargi Syreny usłyszał syn rybaka i wraz z przyjaciółmi ja uwolnił. Wdzięczna Syrena obiecała im, ze w razie potrzeby oni też mogą liczyć na jej pomoc. Dlatego Syrena jest uzbrojona i ma miecz z tarczą dla obrony miasta.

DSCN5827

Niestety dalsze zwiedzanie miasta przerwała burza z piorunami, ale jak to w przysłowiu bywa, co się odwlecze to nie uciecze. Tym bardziej, że po powrocie do domu czekały mnie nowe doznania smakowe w postaci produktów kuchni wegetariańskiej.

Następny dzień obfitował w nie mniejszą ilość przygód. Z samego rana ruszyłyśmy na podbój Wilanowa. Posiadłość tą nabył król Jan III Sobieski w 1677 roku i to z jego inicjatywy powstał tu barokowy pałac, piękne francusko – angielskie ogrody, folwark z budynkami gospodarczymi i zwierzyniec. Tarasowy układ terenu oraz obecność zbiorników wodnych pozwalały na uzyskanie ciekawych perspektyw widokowych i powiązanie ogrodu z otaczającym krajobrazem. Obecnie widać wyraźne nawiązania do epoki Jana III Sobieskiego w postaci ogrodów włoskich rozmieszczonych na tarasie górnym i dolnym, między pałacem a Jeziorem Wilanowskim. W założeniu twórców dekoracje parterów na ta tarasie górnym i dolnym miały być kompozycyjnym przedłużeniem apartamentów królewskich. Pod koniec XVIII wieku powstał ogród angielsko – chiński z efektownymi osiami widokowymi, kontrastowaniem samotnych drzew i z otwartą  przestrzenią. W połowie XIX wieku przy południowym skrzydle pałacu powstał neorenesansowy ogród różany, a przy północnym urokliwy Gaj Akademosa z posągami poetów sławiących uroku wiejskiego życia w zgodzie z naturą – Jana Kochanowskiego i Franciszka Karpińskiego.

DSCN5871DSCN5835

Samo muzeum w Wilanowie jest najstarszym polskim muzeum sztuki. Zostało założone w 1805 roku z inicjatywy Aleksandry i Stanisława Kostki Potockich. Całość stwarza idealne warunki do odpoczywania, spacerowania i relaksowania się. Bilet wstępu do ogrodów kosztuje 5,00 zł a do Muzeum 20,00 zł. Jedynym minusem dla nas byłą odległość od mieszkania do Wilanowa, ale z drugiej strony mogłyśmy zobaczyć sporą część Warszawy z okna autobusu.

Tego popołudnia funkcję przewodnika przejął Jarek. Włóczenie się po wąskich uliczkach Starego Miasta, z dala od ulic. Którymi przechadzają się tłumy turystów i rzesze warszawiaków pozwoliło mi na nowo spojrzeć na stolicę i przychylniej uśmiechnąć się do miasta.  W pewnym momencie Jarek uświadomił mi, ze idziemy po dwóch różnych stronach historii miasta i to dosłownie: ja po stronie warszawskiego getta, on z drugiej strony muru.  Granicę tę wyznacza wąska linia w chodniku utworzona z kostki o innym kolorze. Getto to było największym gettem w Europie, w którym w 1941 roku znajdowało się około 450 tys. osób!

Nie powiem, przez chwile poczułam się nieswojo, idąc tamtędy w świetnym humorze z uśmiechem na buzi po pysznej kolacji, zdając sobie nagle sprawę, ile ludzkiego cierpienia skrywa ta ziemia. Po chwili zadumy, tak dla równowagi psychicznej dotarliśmy do Multimedialnego Parku Fontann, gdzie można nacieszyć oko feeria barw i igraszkami wodnych dysz. Miejsce to jest także idealnym punktem widokowym dla Stadionu Narodowego, który całkiem „przypadkowo” był świetnie podświetlony. Uwierzcie mi, jeśli szukacie idealnego miejsca do przypomnienia sobie odmian rzeczowników przez przypadki, to fontanna jest do tego idealną miejscówką. My mieliśmy z tego niezłą frajdę! I nie pytajcie dlaczego wieczorem, w przepięknych okolicznościach przyrody zajęliśmy się deklinacja słowa tort :)

Dalsza trasa zwiedzania wiodła uliczkami, które były planami filmowymi wielu polskich produkcji filmowych i planem teledysku do Jarkowego „Ciao” . piękny ciepły wrześniowy wieczór, czar nocnej Warszawy i „Ave Maria” śpiewana w tych warunkach złożyły się na świetne zakończenie bardzo intensywnego dnia.  Tym bardziej, że naszego ostatniego dnia w Wawie wcale nie miałyśmy mniej wrażeń. Po wieczornej uczcie dla ducha Jarek zadbał o nasze kubki smakowe. Beza z kremem gruszkowym na tyle mnie zaintrygowała, ze musiałam powtórzyć ją w domu. Mówię Wam – niebo w gębie.

Zasłodzeni ruszyliśmy na podbój nadwiślanej części miasta. Musiałyśmy przywitać się z Syrenką i chociaż przejść obok Centrum Nauki Kopernik, niestety do samego Centrum nie poszłyśmy, ponieważ planetarium było tego dnia zamknięte.

DSCN5902

Dotarłyśmy jednak do zaprojektowanego przez architektkę krajobrazu Irenę Bajerską ogrodu na dachu Biblioteki Uniwersyteckiej, który jest jednym  z największych i najpiękniejszych ogrodów dachowych w Europie. Co ważne ogród jest ogólnodostępny, a wejście do niego jest bezpłatne. Ogród składa się z dwóch części: górnej i dolnej, połączonych strumieniem a kaskadowo spływającą wodą. Górny ogród został podzielony na kilka części różniących się formą, kolorem i zapachem. Ogród złoty skomponowany jest z żółto i pomarańczowo kwitnących krzewów, ogród srebrny obsadzony jest srebrzystolistnymi wierzbami, a ogród karminowy składa się z różowo i czerwono kwitnących roślin. Wszystkie ogrody połączone są kładkami, ścieżkami, mostkami i pergolami, przy których rosną różne pnącza. Z mostków z tarasu widokowego można podziwiać panoramę miasta, Most Świętokrzyski i Wisłę. Można też przez szklany dach spojrzeć do wnętrza Biblioteki.

DSCN5922

Niewiadomo kiedy zrobiło się tak późno, ze trzeba było czym prędzej dotrzeć do stacji Metro Wilanowskie, by zdążyć na Busa do Krakowa. Cieszę się jednak z uczucia niedosytu, z niezaspokojenia ciekawości Warszawą, bo to oznacza, że będę chciała tutaj wracać wielokrotnie, a moja dotychczasowa ocena stolicy jako miasta brzydkiego, szarego i okropnie szybkiego zmieniła się i to bardzo na plus.

Wrocław i Gdańsk, Gdańsk i Wrocław

Dwa nieomal przeciwległe miejsca na mapie Polski, dwa weekendy, mnóstwo sytuacji i przypadkiem poznanych osób. Dwa miasta, które łączy historia i zabytki: Gdańsk i Wrocław, Wrocław i Gdańsk.

Stolica Dolnego Śląska przywitała mnie niemiłosiernym upałem, żar lał się z nieba, asfalt topił się pod stopami, a wróble popijały drinki w cieniu kasztanowca ( te wróble to oczywiście efekt udaru cieplnego :P). Jak na powsinogę przystało porzuciłam auto na parkingu i ruszyłam w miasto korzystając  z komunikacji miejskiej. Jestem bowiem święcie przekonana, że tylko w taki sposób można poznać i zrozumieć miasto, w którym w danym momencie przebywam.

Lubię wtopić się w tłum, poczuć klimat danego miasta i poznać mentalność ludzi tam mieszkających, bo uwierzcie mi na słowo, że każde miasto ma swój specyficzny „mikroklimat”.  Pierwszym punktem na liście mojego kilkudniowego pobytu we Wrocławiu było Stare Miasto i słynna fontanna, którą inspirowałam się przez wszystkie lata studiów na architekturze krajobrazu. Są to pionowo ustawione szklane płyty, oblewane strugami wody i podświetlane od dołu. Postawienie fontanny wzbudziło wiele kontrowersji, gdyż inicjatywa była forsowana przez ówczesnego prezydenta miasta Bogdana Zdrojewskiego wbrew wojewódzkiemu konserwatorowi zabytków oraz historykom sztuki. Początkowo fontanna miała być zamontowana na 2 lata, ale istnieje do dziś. Na cześć pomysłodawcy obiekt nazywany jest „Zdrojem”, jednak złośliwi używają innych nazw: pisuar lub mydelniczka.

fontanna

Sam Rynek również mnie nie rozczarował. Klimatyczne knajpki, schludne ogródki piwne i restauracyjne czy odrestaurowane kamieniczki stwarzają przyjemną przestrzeń do odpoczynku. Niestety ceny wszędzie tam są dużo mniej przyjazne. Do teraz nie znalazłam sensownego wytłumaczenia na tak wygórowane ceny posiłków, drinków czy chociażby kawy. Ok. rozumiem, że właściciele lokali gastronomicznych i punktów handlowych z pamiątkami nastawieni są na turystów zza zachodniej granicy, ale jak wtedy wytłumaczyć fakt, że ceny w Gdańsku są dużo niższe? Jedyny duży plus, jeśli chodzi o ceny, to niskie ceny biletów tramwajowych czy autobusowych, które są dużo niższe niż te chociażby w Poznaniu.  Same rozkłady jazdy też są sensownie pomyślane, jednak nagminnym było, iż tramwaje odjeżdżały przed czasem.

Będąc we Wrocławiu trzeba koniecznie udać się do ZOO z afrykarium i do Ogrodu Japońskiego. Oba te miejsca znajdują się po przeciwnych stronach Hali Stulecia, dlatego też można się udać w oba te miejsca jednego dnia. Bilet wstępu do ZOO kosztuje 40 zł, a do Ogrodu Japońskiego 4 zł. Afrykarium to strzał w dziesiątkę. To unikatowy na skalę światową kompleks przedstawiający różne ekosystemy związane ze środowiskiem wodnym Czarnego Kontynentu. W 19 akwariach i basenach o pojemności niemal 15 000 000 l wody prezentowane są zwierzęta zamieszkujące plaże i rafę koralową Morza Czerwonego, rzekę Nil, krainę Wielkich Rowów Afrykańskich, głębię Kanału Mozambickiego, plaże Wybrzeża Szkieletów (Namibia) i Dżunglę dorzecza Kongo. Głębiny Kanału Mozambickiego, gdzie występują rekiny, płaszczki i inne duże ryby pelagiczne można podziwiać z podwodnego, akrylowego tunelu o długości około 18 m. Kolejna ekspozycja poświęcona jest  Wybrzeżu Szkieletów w Namibii, gdzie prezentowane są pingwiny oraz kotiki afrykańskie.

IMG_20150723_133512 IMG_20150723_133633 IMG_20150723_135646 IMG_20150723_135707

Rafa Morza Czerwonego to obecnie około 1 500 bajecznie kolorowych ryb oraz 1 200 sztucznych koralowców.

Mieszkańców Nilu reprezentują hipopotamy nilowe zwane również końmi rzecznymi, gdyż obserwując je pod wodą w ruchu łatwo zauważyć ich grację porównywalną do konia w galopie. Obok mieszkają niezwykłe mrówniki często mylone z mrówkojadami z Ameryki Południowej oraz wzbudzająca duże zainteresowanie kolonia golców – gryzoni, które swoim wyglądem i niezdarnością rozbrajają zwiedzających. Dalej znajdują się dwa akwaria z niezwykłymi rybami z endemicznych jezior Wielkich Rowów Afrykańskich – Tanganiki i Malawi. To jedna z najbogatszych kolekcji gatunków występujących tylko i wyłącznie w tych jeziorach, gatunków zagrożonych przede wszystkim działalnością człowieka. Na koniec spotykamy się z dikdikami, małymi antylopami. W strefie Afryki Wschodniej mieszkają również ptaki – cztery gatunki kaczek egzotycznych, ibisy i waruga. Do tego mamy tu dwa ośmiometrowe wodospady oraz rozsuwany latem dach. Z Afryki Wschodniej schodzimy do Kanału Mozambickiego, gdzie mieszkają rekiny, płaszczki i inne ryby. Kolejna kraina i zagrożony ekosystem, to Wybrzeże Szkieletów w Namibii, gdzie mieszkają pingwiny przylądkowe (tońce) i kotiki. Obserwować je można z dwóch miejsc – nad wodą oraz pod wodą, wystarczy przystanąć na trasie, a następnie zejść pod pokład statku. W podwodnym punkcie widokowym znajdują się również akwaria, gdzie mieszkają mureny, seleny czy rekin rogaty. W dżungli otaczającej rzekę Kongo mieszkają krokodyle i manaty – niezwykłe, roślinożerne ssaki zwane także syrenami. Dołączyły do nich cztery gatunki ptaków.  Resztę musicie zobaczyć sami :)Samo ZOO także jest bardzo praktycznie zaprojektowane, zwierzęta nie znajdują się za wysokimi ogrodzeniami czy na olbrzymich wybiegach, gdzie trudno je dojrzeć, ale podobnie jak to ma miejsce w Oliwie są dosłownie na wyciągniecie ręki zwiedzających.

Ogród Japoński to miejsce wyjątkowe, które powstało z podziwu dla japońskiej sztuki ogrodowej, a w jego tworzeniu brali udział specjaliści z Kraju Kwitnącej Wiśni. Historia tego miejsca liczy już ponad 100 lat i sięga roku 1913, kiedy w Hali Stulecia odbywała się impreza na wyjątkową skalę – Wystawa Światowa. Przez ostatnie stulecie  ogród przechodził liczne przemiany, jednak prawdziwie japońskiego charakteru nabrał dopiero po ostatnich renowacjach, pod koniec XX wieku. Dziś jest on kawałkiem żywej, orientalnej kultury w środku Europy, który pozwala docenić piękno oryginalnych, pochodzących z Japonii roślin. Do położonego w Parku Szczytnickim ogrodu zaglądają chętnie turyści z całej Polski i świata, a sami mieszkańcy Wrocławia uznają go za jeden z najładniejszych punktów w mieście. Uwielbiają go miłośnicy Japonii i jej kultury, cenią wielbiciele  sztuki projektowania ogrodów, lubią osoby poszukujące w głośnym, tłocznym mieście zakątków, gdzie można znaleźć ciszę, wytchnienie i nacieszyć się pięknem natury.

IMG_20150723_124654 IMG_20150723_123331 IMG_20150723_124506

Będąc w Centrum warto zobaczyć najwyższy w Polsce budynek mieszkalno – biurowy Sky Tower. Na jego szczycie jest punkt widokowy, z którego w pogodny dzień można podobno dostrzec Śnieżkę. Mnie osobiście cena 10 zł za sam wjazd na punkt widokowy skutecznie odstraszyła i darowałam sobie znikomą atrakcję.

Polskie_rekordy_naj_5956630

Za to każdemu polecam udać się wieczorem pod Pergolę, gdzie przy Hali Stulecia mieści się jedna z największych i najbardziej spektakularnych fontann w Europie. Setki wodnych strumieni tworzą ekran do wyświetlania animacji pokazów laserowych. Podczas spektakli z udziałem wody, kolorowych świateł i muzyki, Wrocławska Fontanna zamienia się w teatr wodny. Wrocławska Fontanna została uroczyście otwarta 4 czerwca 2009 z okazji dwudziestej rocznicy pierwszych wolnych wyborów w powojennej Polsce.

IMG_20150723_125236

Niestety Ostrów Tumski, reszta krasnali, rejs tramwajem wodnym czy kolejką linową muszą poczekać do września, kiedy kolejny raz mam nadzieję zawitać do Wrocławia, by dalej odkrywać jego piękno.

Będąc jeszcze we Wrocławiu naszła mnie myśl, by w tym roku wybrać się do Gdańska na Jarmark Dominikański. Tegoroczny trwa od 25 lipca do 16 sierpnia. To właśnie wtedy wielu Polaków przyjeżdża tradycyjnie do Gdańska. Legendarne święto kupców z całego świata gdańszczanie omijają jednak szerokim łukiem, a te kilka tygodni na przełomie lipca i sierpnia to dziś raczej powód miejskiej frustracji, a nie czas dobrej zabawy. Bo jarmark od lat zamienia się niestety w wielkie targowisko tandety i drożyzny. W tym roku to już 753 Jarmark i przez większość tego czasu był on dla Gdańska szeroko otwartym oknem na świat. Przez setki lat ściągali na niego kupcy z najodleglejszych zakątków. W czasach szarej komuny był szczególnie atrakcyjny, bo stawał się okazją, by zdobyć coś, o czym przez cały rok można było tylko pomarzyć. Podobnie było przez wiele lat po upadku żelaznej kurtyny. Historia Jarmarku Dominikańskiego jest piękna, ale teraźniejszość już niekoniecznie. Stale rozrastająca się strefa handlowa zalewa wszystko, co najbardziej tandetne. Wystarczy kilka chwil spędzonych na spacerze między setkami straganów, by odnieść dojmujące wrażenie, że Gdańsk na naszych oczach rozmienia na drobne jeden ze swoich najważniejszych atutów. Do walki z kiczem kilka lat temu stanęli dominikanie. Wraz ze świętem handlu organizują kulturalny festiwal „Dusza Jarmarku”. W założeniu miała być to oferta dla tych, którzy na Jarmark Dominikański trafili szukając czegoś więcej niż tanich klapek. Niestety z  roku na rok to oblicze gdańskiej imprezy jednak coraz mocniej zanika.

W tym roku na pierwszy plan wysuwają się tymczasem oscypki, krawaty, noże i rozliczne kosmetyki. Oscypki rzekomo góralskie, świeże i oryginalne. Tylko nie wiadomo, dlaczego dziewczyny, które je sprzedają czasem przyznają szczerze, że gór na oczy nie widziały, a i ich stroje jakby bardziej z gruzińskiego second handu niż Podhala. Krawaty jedwabne, hit jarmarku. Z Chin, więc na pewno żadnej sztuczności. Podobnie chińskie te ceramiczne noże, ale sprzedawca zapewnia, że niezniszczalne.

11836543_1115422448485885_937661602_o

Również nieswojo poczułam się w momencie, gdy chcąc wejść do Bazyliki Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny okazało się, że muszę kupić bilet wstępu. Może i kwota była niewielka, ale jakim cudem wejście do kościoła, który w dalszym ciągu czynnie spełnia funkcję miejsca kultu jest płatne i to w niedzielę?

Prawdziwy klimat jarmarku wciąż czuć jednak w bocznych uliczkach nad Motławą, które tradycyjnie zajmują sprzedawcy staroci tworząc tzw. pchli targ. Unikalne znaczki, militaria, i płyty gramofonowe, których często próżno szukać na aukcjach internetowych. To jest Jarmark Dominikański, który pokolenie moich rodziców pamięta jeszcze z dzieciństwa i wspomnień swoich rodziców, czy dziadków. Jarmark to też ci wszyscy kolorowi ludzie, którzy ściągają na te kilka tygodni nad morze, by nie tylko handlować. Od kapłanów ewangelizujących na swym straganiku, przez licznych kuglarzy i grajków, po starszego mężczyznę, który na jarmarku postanowił wytoczyć prywatna wojnę niemieckiej kanclerz ;)

By odpocząć od zgiełku Jarmarku z przyjemnością zanurzyłam palec stopy w Bałtyku. Tak, tak tylko jeden palec i to na moment, bo temperatura wody jest idealna, tyle tylko, że dla morsów. A na deser cos dla miłośników piękna w pigułce – Chełmno miasto zakochanych i tych poszukujących swojej drugiej połówki. Koniecznie musicie przynajmniej raz zgubić się w jego uliczkach, by poczuć to coś, co w sobie ma niezwykłego, coś co powoduje, że jeśli już raz tam trafisz chcesz tam wracać i wracać i wracać :)

klasztor 2OLYMPUS DIGITAL CAMERA11832072_1115423295152467_378416833_o