Werona – śladami nieszczęśliwej miłości i pięknej płyty

  Do Werony dotrzeć można z Peschiera del Garda pociągiem, bilet kosztuje trochę ponad 3 euro, a odległość tą można pokonać w około 30 minut. Pociągi regionalne jeżdżą bardzo często, co ważne przed wejściem do pociągu należy skasować bilet zakupiony w biletomacie. Oczywiście za pierwszym razem przypomniałam sobie o tym w połowie drogi i przez resztę czasu trzymałam mocno kciuki, by konduktor do nas nie doszedł ;)

Werona to jedyne miasto, o którym wcześniej niewiele czytałam, nie opracowywałam planu na jego zwiedzanie i nie analizowałam mapy. Wysiadłam na stacji Verona Porta Nova z jedną zadrukowaną kartką… tajemniczą kartką… a na kartce miałam ściśle określone wytyczne dotyczące zwiedzania miasta. Chcecie wiedzieć jak to się skończyło? Zapraszam do wspólnej wędrówki po Weronie :)

„Wychodząc ze stacji kieruj się na prawo i idź prosto aż do skrzyżowania. Przejdź na drugą stronę i idź cały czas prosto, mijając Porta Nuova, ul. Via Corso Porta Nuova i dojdziesz do Piazza Bra.”  Proste? Nie do końca – po 20 min marszu doszłam tyle, że do… Zamku Castelvecchio.

DSCN0131DSCN0130

Dziś znajduje się w nim muzeum miejskie i choć samo muzeum było tego dnia nieczynne, to zamek wraz z wyschniętą fosą, zwodzonym mostem i sąsiadującym z nim mostem Ponte Scaligero tworzy bardzo fajną przestrzeń do zapoznania się z średniowieczną historią miasta.

DSCN0134DSCN0162

Z mostu rozciąga się piękna panorama na Adygę i samą Weronę. Liczni turyści chętnie przystawali na nim na dłużej, po to by nacieszyć oczy pięknymi widokami i na własne oczy zobaczyć jak wygląda nagrywanie teledysku na brzegu rzeki. I mimo że most został zniszczony podczas wojny, szybko został odbudowany i dziś wygląda jakby wisiał nad rzeką od stuleci.

Idąc dalej wzdłuż rzeki należy skręcić i wejść w labirynt małych uliczek starego miasta, a nogi same zaprowadzą nas na Piazza dele Erbe. To jeden z głównych placów Werony, który otoczony jest średniowiecznymi kamieniczkami, wśród nich stoi Domus Mercatorum, XIV wieczna wieża Torre del Gardello , a także Casa Mazzanti, którego przepiękne malowidła ścienne najlepiej obejrzeć po zmroku, kiedy są pięknie oświetlone.

DSCN0170

Nad placem góruje 84-metrowa Torre dei Lamberti. Budowa średniowiecznej wieży zegarowej rozpoczęła się w roku 1172. Wśród tych średniowiecznych, zabytkowych budynków codziennie odbywa się targ warzywny, na którym od rana można kupić pyszne owocowe sałatki.

DSCN0178

A jak wiadomo nic nie smakuje lepiej od pysznych, soczystych owoców, które je się, siedząc na fragmentach term z czasów Cesarstwa Rzymskiego, z których zbudowana została fontanna Madonna Verona.

DSCN0179DSCN0181

Polubiłam to miejsce od pierwszego wejrzenia, czułam jakby czas się tam zatrzymał. Mogłabym tak przesiedzieć cały dzień obserwując ludzi wokół mnie. Trzeba było jednak pozwolić miastu, by pokazało mi w pełni swój urok.

DSCN0189

Idąc niespiesznie Via Mazzini w kierunku Piazza Bra nie mogłam nie skorzystać z okazji i zgodnie z wytycznymi na mojej tajnej kartce weszłam na chwile do sklepu marki Benetton, by obejrzeć zachowane tam fragmenty podłogi z czasów Impreium Rzymskiego. I od razu darowałam sobie udawanie bycia potencjalną klientką, bo zorientowałam się, że ów podłoga znajduje się w dziale męskim ;) Muszę przyznać, że to dziwne uczucie widzieć coś tak bardzo starego otoczone wieszakami z ubraniami.

Po chwili dochodzi się do pięknego placu, na którym stoi Werońska Arena. Ten jeden z największych rzymskich amfiteatrów został wybudowany w I w. n.e. , w którym do dziś wystawiane są największe światowe opery i organizowane koncerty największych gwiazd. Właśnie trwała próba do koncertu rockowego. Z zewnątrz Areda di Verona wygląda jak Coloseum. I choć ceny biletów na koncert raczej odstraszają, wszystkie rozchodzą się jak świeże bułeczki.

DSCN0183DSCN0192

Teraz kiedy w końcu dotarłam na Piazza Bra mogłam kontynuować zwiedzanie zgodnie z ustaloną trasą, na której kolejnym punktem był Dom Julii. Casa di Giulietta to chyba najsłynniejszy dom w Weronie. Wchodząc na dziedziniec domu możemy zobaczyć ścianę pełną miłosnych wiadomości, pozostawionych tutaj przez zakochanych turystów z całego świata.

DSCN0201DSCN0211DSCN0205DSCN0216

A sposoby na ich zaakcentowanie bywają przeróżne. Najpopularniejszym lepcem okazuje się tu guma do żucia, którą obklejone są nie tylko ściany ale także całe drzewa. Na dziedzińcu znajduje się posąg Julii zrobiony z brązu. Według przesądu, każdy kto chce mieć szczęście w miłości powinien dotknąć jej piersi. Zwiedzając dom można wejść na balkon, z którego książkowa Julia miała rozmawiać ze swym ukochanym Romeo. Słynny balkon został jednak dobudowany dopiero w 1935 roku. 

Zapewniwszy sobie szczęście w miłości mogłam ruszyć dalej swoim szlakiem, tym razem by posmakować tutejszego jedzenia. Na pierwszy ogień poszły lody :) „ Przechodzisz wzdłuż Piazza Erbe, skręcasz w prawo, idziesz do końca ulicy, aż dojdziesz do kościoła Sant’Anastasia, przed nim skręcasz w lewo i potem w prawo. Idziesz prosto aż dojdziesz do lodziarni Ponte Pietra.” Tak też postąpiłam i najadłam się pysznych lodów, a że widok na rzekę był piękny smakowały jeszcze lepiej.

DSCN0240 DSCN0243DSCN0256

Dostarczywszy organizmowi niezbędnych węglowodanów trzeba było pójść dalej: „ Idziesz dalej tą samą ulicą i dochodzisz do lokalu o nazwie Bar al Ponte, którego drzwi mają piękny czerwony kolor. Tam proszę usiąść na tarasie i zamówić Spritz Aperol.” Prawda, że plan z mojej kartki brzmi coraz lepiej? :) Co prawda tej jeden słynny stolik był zajęty, ale obok niego można też było wygodnie usiąść, wypić Aperola, zjeść orzeszki i czekać na wenę twórczą, w końcu jeden Artysta wybrał już to miejsce na zdjęcie okładkowe swojej płyty ;) Z tarasu rozciągał się przepiękny widok na Castel San Pietro.

DSCN0259 DSCN0274 DSCN0282DSCN0292

Warto przejść mostem Ponte Pietra na drugi brzeg Adygii, by wspiąć się wąskimi schodkami, ukrytymi między dwiema kamienicami na taras punktu widokowego, z którego rozpościera się piękna panorama na miasto i rzekę. Cień rosnących tam drzew i liczne ławeczki zachęcają, by zatrzymać się tam na dłużej z książką w ręku.

DSCN0319

Po uczcie dla ducha trzeba było zadbać o ciało ;) niestety mój punkt żywieniowy z kartki był zamknięty – chyba mój żołądek nie przyzwyczai się do sjesty ;) Jednak San Matteo Church Ristorante Pizzeria przy Porta dei Borsari obejrzałam z ciekawością. Fajny lokal, który funkcjonuje w nieczynnym kościele katolickim. W Polsce jednak taki widok to nadal rzadkość. Przy okazji można sobie obejrzeć Porta dei Borsari, która dawniej pełniła rolę głównej bramy miasta i prowadziła do Via Postumia. Brama ta jest wykonana z białego wapienia, ma dwa łuki, a powyżej podwójny rząd okien. Jej nazwa pochodzi od określenia bursarii, które oznaczało rzymskich funkcjonariuszy pobierających cło przy wwozie towarów do miasta. Na architrawie do dziś widoczny jest napis z ówczesną nazwą miasta: Colonia Augusta Verona.

Głodna już bardzo, chętnie wróciłam na Piazza delle Erbe, gdzie restauracyjne ogródki dawały przyjemny chłód, a zapach dobiegający z lokali dawał gwarancję pysznego jedzenia. Pasta, Aperol i cappuccino to był mój zestaw na ten dzień. Cholera tylko czemu wymyśliłam sobie, że chcę spróbować innego Aperola. Niestety nic nie dorówna tradycyjnemu pomarańczowemu trunkowi z Proseco i wodą gazowaną, bo to coś nowe wyglądało i smakowało jak nasz Ludwik. Bynajmniej nie ten XVI bardziej jak ten do mycia naczyń :P

Tak na poważnie Werona jest piękna. Ma turystom wiele do zaoferowania i mam cichą nadzieję, ze kiedyś jeszcze tam wrócę. Na wszelki wypadek słynna kartka leży dobrze schowana :) To taki Rzym w miniaturce, w którym nie ma pośpiechu, hałasu i tłumów ludzi. Miejsce idealne na kilkudniowy pobyt we Włoszech.

DSCN0342

 

 

 

Firenze, czyli Toskania po mojemu

Środa, godz. 18.15 pociąg zatrzymuje się na stacji Firenze Santa Maria Novella i w tym momencie zaczyna się nasza przygoda w stolicy Toskanii. Bilet na szybki pociąg kosztował nas 9,90 euro, a pokonanie prawie 300 km zajęło około 1,5 godziny. Bilet 90-minutowy na komunikację miejska kosztuje 1,2 euro. Te kilka dni spędziłyśmy w obiekcie A Beautiful Florence B&B, który spokojnie mogę polecić każdemu, kto chciałby spędzić kilka dni we Florencji.

Toskania, ma swoją stolicę we Florencji, charakteryzuje ją wyrazista architektura, malownicze pejzaże i wyśmienite wina chianti. Już w pociągu dostrzec można było zmiany zachodzące w krajobrazie, coraz częściej niziny zastępowane były przez szczyty Apenin, a pola porastały wysmukłe cyprysy.

Florencja to miasto, o którym można mówić długo, o której przepychu i sztuce słyszał chyba każdy, miasto, do którego każdy chciałby przyjechać, by choć na chwilę zobaczyć tą wspaniałą, przepełnioną duchem Renesansu, stolicę włoskiej Toskanii. Są tacy, którzy ją kochają i tacy, którzy uważają, że miasto nie zasługuje na swoją popularność. Jedno jest jednak pewne – by opowiedzieć się po którejś stronie, trzeba najpierw samemu zwiedzić to miasto, które w ilości zabytków nie ma sobie równych.

Firenze nie zawdzięcza swojej popularności tylko pięknym zabytkom, ale również ludziom, którzy je stworzyli, oraz potężnym rodom wywodzącym się właśnie z tego regionu. Kto z nas przecież nie słyszał o Michale Aniele, Dante Alighieri czy rodzinie Medyceuszy, najsławniejszej rodzinie mecenatów sztuki.

Zabytkiem, który jako pierwszy przychodzi na myśl, gdy myślimy o Florencji, jest z pewnością wznosząca się ponad całym miastem Katedra Santa Maria del Fiore.

14433060_1188822617859554_4882341296790516780_n14441138_1188822611192888_8463002425626180945_n14446037_1188823097859506_5587880715384738624_n

Kościół ten był niegdyś największą świątynią chrześcijańską, dzisiaj natomiast zajmuje na tej liście czwarte miejsce (po Bazylice św. Piotra w Rzymie, Katedrze św. Pawła w Londynie oraz katedrze w Mediolanie). Budowa świątyni trwała 150 lat. Swoim wizerunkiem oraz wielkością zapiera dech w piersiach. U szczytu katedry znajduje się ogromna kopuła, na którą można się wspiąć po schodach, by podziwiać piękno całego miasta.

14492331_1188823304526152_9166484967462004005_n

Na placu obok świątyni znajdują się również Dzwonnica Giotta oraz Baptysterium. Zewnętrzny przepych katedry gaśnie odrobinę po wejściu do wnętrza, ponieważ nie zobaczymy tam ani pięknych malowideł, ani rzeźb. Na uwagę zasługują jednak krypty, w których można podziwiać ruiny Reparata. Stał on w miejscu, gdzie teraz znajduje się katedra.

14433091_1188822941192855_4729766571010417977_n14440606_1188823044526178_4552057833439695087_n14484944_1188822924526190_6035217566217677721_n

Jeżeli ktoś interesuje się literaturą, a w szczególności włoską, może go zainteresować Casa di Dante, czyli dom jednego z najbardziej znanych na świecie włoskich pisarzy, autora „Boskiej Komedii” Dante Alighieri. Jest to średniowieczny budynek, w którym prawdopodobnie urodził się Dante. Mieści się tutaj niewielkie muzeum poświęcone życiu oraz twórczości Artysty, a także wystawa związana z historią okolicy, w której żył i tworzył. Ciekawostką jest wyrzeźbiona na bruku przed domem twarz średniowiecznego pisarza, którą można zobaczyć jedynie po polaniu wodą odpowiedniego miejsca.

14463239_1188823747859441_2401310348349142122_n

Kolejnym bardzo ważnym miejscem we Florencji jest Piazza della Signoria. Nad placem góruje symbol miasta, czyli Palazzo Vecchio. Przed pałacem stoi ogromny posąg przedstawiający Dawida autorstwa Michała Anioła. Rzeźba ta to jednak tylko prawie identyczna kopia dzieła włoskiego mistrza, której oryginał możemy podziwiać w muzeum Accademia. Na placu znajdują się także inne rzeźby oraz fontanny, między innymi Herkules wyrzeźbiony przez Bandinellego oraz Fontanna Neptuna, czyli dzieło Ammanatiego. Dziedziniec Palazzo Vecchio został zaprojektowany przez Michała Anioła, a w centralnym jego punkcie możemy podziwiać fontannę z amorkiem trzymającym delfina, którego autorem jest Vasari.

14462841_1188825331192616_6976493263931975765_n

W pobliżu Piazza della Signoria znajduje się Galeria Uffizi, czyli jedno z najbardziej znanych i najbogatszych w zbiory muzeów na świecie. Ciekawostką jest fakt, iż większość obrazów, które możemy podziwiać w muzeum została namalowana dla miejscowych koneserów sztuki, a wiele z nich należało do rodu Medyceuszy. Bilet do muzeum kosztuje 12 euro, ale najlepiej kupić go przez internet, by uniknąć gigantycznych kolejek do kas biletowych. Drugim sensownym wyjściem wydaje się zaplanowanie zwiedzania Uffizi wcześnie rano, gdy kolejki są znacznie mniejsze.

14494674_1188824464526036_2711949905196211694_n

 

Idąc obok galerii w kierunku Arno, dochodzicie do rzeki niedaleko Ponte Vecchio – widok dość niesamowity. Ponte Vecchio to most na Arno, który zbudowany w 1345r. z kamienia, o konstrukcji segmentowych łuków, był na owe czasy osiągnięciem inżynierskim. Na moście znajduje się dwupoziomowa galeria. Na piętrze było przejście łączące pałace Medicich (Pitti z Vecchio), nie musieli się oni mieszać z tłumem i narażać na niebezpieczeństwo… Pod korytarzem są kramy i sklepy. Ponte Vecchio przetrwał wiele powodzi, również tą z 1966r. Jako jedyny most na Arno nie został zniszczony przez Niemców podczas II Wojny Światowej. Niesamowite wrażenie robią przybudówki doklejone do mostu jak jaskółcze gniazda, podparte od dołu drewnianymi belkami. Że też to się jeszcze wszystko kupy trzyma…

Nieco w górę rzeki, za mostem Ponte alle Grazie znajduje się Bazylika Św. Krzyża (Basilica di Santa Croce). Kościół budowany przez Franciszkanów w latach 1294-1442, jest największym kościołem franciszkańskim na świecie. Z zewnątrz nie jest tak okazały jak duomo, ale wewnątrz jest co oglądać. Są tu groby sławnych mieszkańców Florencji:Michała Anioła, Machiavellego, Galileusza, Gioacchina Rossiniego. Ściany pokrywają freski Giotta, jego uczniów i naśladowców. Obok, w części klasztornej można zajrzeć do kaplicy Cappella Pazzi, projektu Brunelleschiego.

14440956_1188823777859438_4926312741425674720_n14495250_1188823934526089_2986139697423809606_n

 

Przechodząc Ponte Vecchio na drugą stronę Arno dochodzi się do Palazzo Pitti, to późniejszy pałac Medicich. Wielki budynek wznosi się koło parku Giardino di Boboli. Ogród Boboli, jako jeden z nielicznych we Włoszech znajduje się na wzgórzu, z którego rozpościera się wspaniały widok na okolicę.

14463002_1188824247859391_2242431707632179965_n

Obiekt jest zaprojektowany we włoskim stylu, mieści w sobie wiele fontann, sadzawek, oczek wodnych, rzeźb, przypominających mityczne postaci (w całym parku znajduje się ich aż 180), a także niespotykanych w całym kraju odmian drzew i krzewów. Pierwotny projekt został stworzony przez Niccolo Tribolo, jednak przy jego aranżacji i dekoracjach pracowali również inni artyści – Bartolomeo Ammanati, Giorgio Vasari i Bernardo Buontalenti.

Decydując się na wycieczkę do Ogrodu Boboli warto zainwestować w wygodne obuwie. Alejek spacerowych jest tam bowiem całe mnóstwo, podobnie jak zakamarków i ciekawych, godnych zobaczenia miejsc. Centralnym miejscem parku, które zdecydowanie warto odwiedzić jest amfiteatr, który powstał na terenach dawnego kamieniołomu. Co ciekawe, surowiec do wzniesienia obiektu został pozyskany właśnie z niego.

Nieopodal amfiteatru znajduje się grota Buontalenti z dziełami m.in. Giambologny, jak również fontanna zwana Bachusikiem, do której modelem był ulubiony karzeł Cosima de Medici.

Oprócz odwiedzenia amfiteatru, koniecznie zwróćcie uwagę na imponującą fontannę Neptuna oraz Ogród Rycerski (Giardino del Cavaliere), ozdobiony żywopłotami i krzewami różanymi. Bilet kosztował 10 euro i upoważniał także do wejscia do Muzeum sreber.

Wracając w stronę centrum warto wybrać raczej boczne uliczki, ale we Florencji ciężko znaleźć miejsce gdzie nie ma turystów. Tak dochodzimy do Piazza della Repubblica, miejsca w której największą atrakcją jest piękna karuzela.

Tak naprawdę Florencja to jeden wielki zabytek, który nie sposób zobaczyć za jednym pobytem w tym mieście. Nam dodatkowo nie sprzyjała pogoda, ale i ona nie była w stanie pokrzyżować nam planów. Jeśli chodzi o jedzenie, to było ono przepyszne, jedna restauracja smaczniejsza od drugiej, a ceny bardzo przystępne, za obiad i Aperola płaciło się w granicach 10 euro. Uwierzcie – tylko raz byłam w stanie dojeść swoją porcję do końca. A lody? Wszystkie obłędne ale nam najlepiej smakowały te kupione w niepozornej lodziarni nieopodal stacji kolejowej. Porcja prawdziwie włoska, cena minimalna a smak… Takiego sorbetu brzoskwiniowego nigdy wcześniej nie jadłam :)

Warto także wspomnieć o targu skórzanym, w końcu Florencja była od zawsze kolebką skórzanego przemysłu. Ostrzegam jednak przed skórzanym zawrotem głowy, bo taki ogrom różnorodnych wyrobów może nam nieźle utrudnić wybór torebki czy portfela ;)

Po kilku dniach w Toskanii, z torbą cięższą o ładnych parę kilogramów ruszyłyśmy na podbój miasta zakochanych – przyszedł czas na Weronę :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Roma – rzymska opowieść polskiej dziewczyny cz.II

7.30 rano, kolejnego dnia w Rzymie. Szybki prysznic, słodkie śniadanie, które było w cenie noclegu i składało się z tostów, francuskich rogalików, bułeczek, domowej pomarańczowej konfitury, twarogu, żółtego sera, owoców, jogurtów i obowiązkowej kawy i herbaty. I po godzinie stanęłam przed Coloseum. Bilety kupiłysmy kilka tygodni wcześniej przez Internet, unikając w ten sposób stania przynajmniej kilkudziesięciu minut w kolejkach do kas biletowych. Nasz dwudniowy bilet upoważniał nas do zwiedzenia Coloseum, Forum Romanum i Palatyn i kosztował 12 euro.

14457503_1188817327860083_4275289792877412369_n14470629_1188817267860089_6394331256939158836_n

Coloseum to prawdziwa wizytówka i symbol Wiecznego Miasta zbudowana za rządów cesarza Wespazjana w latach 72-79. Oparła się katastrofom, wojnom i złodziejom bloków trawertynu, z którego powstała. Koloseum składało się z areny, czyli drewnianej podłogi pokrytej kilkucentymetrową warstwą piasku, która była wyjątkowo duża (86 na 54 metrów) i doskonale widoczna z każdego miejsca amfiteatru. Arena przykrywała skomplikowaną podziemną strukturę nazywaną hypogeum (dosłownie „podziemie”). Niewiele do dzisiejszego dnia zachowało się z oryginalnej areny, jednak hypogeum jest wciąż widoczne. Konstrukcja składała się z dwóch poziomów, poprzeplatanych wieloma tunelami i przejściami. Tam też znajdowały się klatki, w których przetrzymywano gladiatorów oraz zwierzęta, które następnie wypuszczano na arenę specjalnymi wyjściami. Istniały także specjalne platformy (hegmata), które umożliwiały wwiezienie większych zwierząt (np. słonie) na arenę. Całehypogeum przepełnione było wieloma mechanizmami, które umożliwiały transport klatek na poziom gruntu lub nawet błyskawiczne zalanie areny wodą, którą sprowadzono pobliskim akweduktem. Wokół areny było podium (suggestum), na którym mieścił się tron imperatora oraz miejsca dla jego rodziny, senatorów oraz westalek. Siedziska senatorów okrążały boks cesarza i często złożone były z przyniesionych przez senatorów krzeseł. Kolejny poziom (maenianum primum) stanowiony był przez nobilów (nie piastujący funkcji senatora) oraz ekwitów. Następnie w maenianum secundum zasiadali zwykli obywatele Rzymu – Plebejusze. Zorganizowane były także specjalne sektory dla poszczególnych grup społecznych: chłopców z nauczycielami, żołnierzy na przepustkach, zagranicznych oficjeli, skrybów, kapłanów i innych. Marmurowe oraz kamienne siedzenia przeznaczone były dla obywateli i nobilów, którzy prawdopodobnie przynosili ze sobą poduszki. Najbardziej odległe miejsca (ok. 50 metrów nad sceną) zajmowały kobiety, niewolnicy i biedota. W razie deszczu bądź silnego słońca istniała możliwość przykrycia całej widowni specjalnym wielkim wodoodpornym płótnem(velarium), rozpościeranym za pomocą lin. Wielki materiał zasłaniał 2/3 areny, a za jego rozpostarcie odpowiedzialni byli marynarze z Misenum, których tymczasową siedzibą był Castra Misenatium. I mimo, iż nie ma żadnych dowodów na to, by w Koloseum miały odbywać się masowe mordy na chrześcijanach, ponieważ pierwsze informacje o tym fakcie pojawiają się dopiero w XVII wieku, to miałam gęsią skórkę, gdy uświadmoiłam sobie o ilości przelanej tam krwi. Bezsprzecznym natomiast jest fakt, iż w czasie przerw pomiędzy walkami gladiatorów dokonywano egzekucji skazańców, nieraz w wymyślny i krwawy sposób. Koloseum było wykorzystane do organizacji zarówno walk gladiatorów jak i innego rodzaju widowisk oraz wydarzeń. Munera, były zawsze organizowane przez prywatne osobistości. Miały one silny wydźwięk religijny, a miały na celu uświetnienie dobrego imienia rodziny oraz nadanie prestiżu jej członkom.

Innym typem igrzysk było polowanie na dzikiego zwierza – venatio. W czasie tego wydarzenia przez arenę przewijało się wiele najróżniejszych stworzeń, sprowadzanych chociażby z Afryki, Europy Wschodniej czy Bliskiego Wschodu. Handlarze przywozili nosorożce, hipopotamy, słonie, żyrafy, tury, żubry, lwy, pantery, leopardy, niedźwiedzie, tygrysy kaspijskie, krokodyle czy strusie czerwonoskóre.

14479746_1188817547860061_8525598136516806106_n

Z Coloseum udałyśmy się do Forum Romanum, który w wolnym tłumaczeniu oznacza Rynek Rzymski, zwany też Forum Magnum (czyli Wielkim) i jest najstarszym placem w Rzymie i chyba najsławniejszym na świecie. Forum Romanum leży pomiędzy siedmioma wzgórzami Kapitolem, Palatynem, Celiusem, Eskwilinem, Wiminałem i Kwirynałem. W czasach starożytnych był to główny polityczny, religijny i towarzyski punkt miasta. Tutaj miały miejsce najważniejsze uroczystości starożytnego Rzymu.

Historycy twierdzą, że był to teren podmokły, który po osuszeniu stał się miejscem publicznych zgromadzeń. Zbudowano tu potem takie obiekty jak kuria, mównica (Rostra), świątynia Westy i dom westalek, świątynie Saturna, Dioskurów, Zgody, a także budynek Regii – siedzibę najwyższego kapłana oraz archiwum (Tabularium).

Forum Romanum zyskało też Świątynię Boskiego Juliusza (Templum Divii Iulii), Wenus i Romy, Wespazjana, Antoniusza i Faustyny oraz łuk triumfalny cesarza Augusta. Wokół tworzono też inne fora, takie jak Forum Cezara, największe ze wszystkich Forum Trajana, Forum Augusta, Forum Wespazjana oraz Forum Nerwy. Pełniły one funkcje handlowe, rozrywkowe i reprezentacyjne.

Niestety najprawdopodobniej w wyniku trzęsienia ziemi w 851 roku teren uległ zniszczeniu, a późniejsze zaniedbania spowodowały, że teren ten służył za miejsce łatwego pozyskiwania budulca do innych obiektów a później stał się pastwiskiem i targiem bydła.

Ogrom ruin Forum Romanum na początku mnie przytłoczył. Mój mózg nie mógł ogarnąć piękna i potęgi architektury tamtych czasów. Jednak z każdym kolejnym krokiem otwierałam się coraz bardziej na chęć przeniesienia się w czasy Imperium Romanum. Mnogość języków i narodowości osób, które razem z nami spacerowały ścieżkami powodowały, że chciało się być częścią tej multikulturowej społeczności. Również pogoda potęgowała efekt wow – piękne bezchmurne niebo i świecące słońce zachęcały do zapisania tych chwil w przestrzeni zdjęć.

DSCN9332DSCN9350

Na koniec nie ma co ukrywać pięknego, ale trudnego pod względem wysiłku fizycznego zawędrowałyśmy na Wzgórze Palatyńskie, które uznawane jest kolebką cywilizacji rzymskiej. To tutaj zgodnie z tradycją Romulus miał założyć swoją siedzibę i tu rozpoczęła się historia miasta i Cesarstwa Rzymskiego.

Badania archeologiczne potwierdziły, że na Palatynie mieściła się najstarsza osada rzymska zwana Roma quadrata. Według legendy, to tu – w grocie Lupercal – wilczyca miała wykarmić Romulusa i Remusa.

Od nazwy Palatyn, która wywodzi się od imienia bogini pasterzy Pales, bierze się nazwa „pałac”. Miejsce to zyskało sławę siedziby książęcych domostw już za czasów rzymskich. Na wzgórzu znajdowały się m.in. świątynia Wiktorii, świątynia Jowisza Statora, pałac Domicjana, pałac Septimusa Sewera, a także najstarszy pałac Domus Augustiana wraz z jego częścią zwaną Domem Liwii od imienia małżonki Augusta (Casa di Livia). W tym ostatnim znajdują się imponujące malowidła ścienne oraz mozaikowa posadzka. Do dziś budowle otoczone piękną roślinnością tworzą idealne warunki do spacerowania, w dzięki ukształtowaniu terenu miejsce to jest idealnym miejscem widokowym na Antyczną część miasta. Po tak męczącym dniu pizza w jednej z najlepszych pizzerii Rzymu Pizzeria da Bafetto, smakowała jak przysłowiowe niebo w gębie.

Wieczorem wybrałyśmy się pospacerować po mieście i nogi poniosły nas najpierw do czterech fontann, nazywanych Quattro Fontane, a stamtąd do chyba najsłynniejszej fontanny Rzymu – Fontanny di Trevi. Quattro Fontane to cztery oddzielne fontanny znajdujące się na czterech kamienicach znajdujących się na skrzyżowaniu ulicy o tej samem nazwie. Do dziś nie wiadomo, kto zaprojektował posągi, podobno był to Pietro da Cortona, ale nie ma 100% pewności. Szkice były doskonałe, wykonanie dużo gorsze. Fontanny to dwie boginie i dwa bóstwa rzeczne wzorowane na podobnych posągach kapitolińskich.Najdumniejsza jest Junona – symbol siły – bogata kobieta z atrybutami władzy królewskiej: koroną i lwią głową. Odpoczywa sobie pod drzewem palmowym w towarzystwie gęsi, zapewne kapitolińskiej. Po drugiej stronie ulicy pod dębowym drzewem towarzyszy jej rozleniwiony Tyber, który trzyma w ręku róg obfitości pełen owoców. W XXwieku dodano wilczycę, wychodzącą z groty tak, aby łatwiej zidentyfikować Tyber. W kolejnym narożniku smacznie śpi Diana– symbol wierności – towarzyszy jej wierny pies. Trzyma w ręku trzy gruszki (identyfikowane z herbem rodowym Sykstusa V), a we włosach podobno ma ukryty półksiężyc. Czwarta fontanna to Arno – bóstwo uosabiające florencką rzekę, kryje się za nim lew (jest w herbie Florencji) i jest jednym z najbardziej zmęczonych posągów jaki widziałam ;). Niestety skrzyżowanie jest bardzo ruchliwe i trzeba bardzo uważać podczas robienia zdjęć.

DSCN9417DSCN9427

Idąc dalej czułyśmy, że z każdym kolejnym krokiem przybywało turystów, a wszystko za sprawą Fontanny di Trevi, jedno z najbardziej romantycznych miejsc Rzymu.
Fontanna Trevi to jedna z najpiękniejszych i najbardziej imponujących włoskich budowli wodnych. Ten niezwykły, barokowy wodotrysk mieści się na całej jednej ścianie pałacu Poli i ma 20 metrów szerokości oraz 26 metrów wysokości. Miejsce to jest pełne uroku nie tylko dzięki swym rozmiarom, ale także dzięki refleksom słonecznym na falującej tafli wody w niecce basenowej i pięknemu oświetleniu nocą.

DSCN9455

Centralną postacią fontanny jest Neptun zwany też Oceanem; na jego straży, po obu stronach stoją dwa trytony symbolizujące dwa odmienne nastroje morza- sztorm i ciszę morską. Na balustradzie stoją cztery statuy symbolizujące cztery pory roku, natomiast w niszach bocznych znajdujących się na poziomie boga Oceana umieszczono kobiece postaci reprezentujące alegorie Zdrowia i Obfitości. Woda spływa tarasami od wielkiego posągu Neptuna, wypływając przez nozdrza morskich koni do wielkiego basenu otoczonego schodami. Światową sławę Fontanna di Trevi zawdzięcza nie tylko niepowtarzalnemu urokowi i zwyczajowi wrzucania do niej pieniążków (jak wrzucisz jedną monetę zapewnisz sobie powrót do Rzymu, dwie – romans, a trzy – miłość), ale także szwedzkiej aktorce Anicie Ekberg, która w filmie Federica Felliniego La Dolce Vita (Słodkie życie) zażywała w niej nocnej kąpieli. Ta jedna z najsłynniejszych scen w dziejach kina znajduje wciąż wielu naśladowców. Jest to jednak surowo zabronione i karane wysokim mandatem, a przestrzegania tego zakazu pilnuje policjant z gwizdkiem, który upomina każdego, kto odważy się zanurzyć w wodzie choćby dłoń.

Będąc przy Fontannie di Trevi trzeba koniecznie zejść do jej niższego poziomu, bo dopiero tam można zobaczyć te tłumyturystów, które odwiedzają to miejsce. Ludzie siedzą wokół, śmieją się, piją i jedzą :) My również postanowiłyśmy zatrzymać się tam na dłużej, tym bardziej, że następnego dnia czekał nas odpoczynek nad morzem.

Nazajutrz ruszyłyśmy do Osti, która jest jedna z dzielnic Rzymu leżącą nad Morzem Tyreńskim. Ostia to ponad 14 km piaszczystych plaż (jest to szary, wulkaniczny piasek), zarówno publicznych, jak i prywatnych. Praktycznie każda wyposażona jest w bary i restauracje, a także przebieralnie oraz prysznice. Na każdej wypożyczyć również można leżaki oraz parasole. Co ważne, każda plaża w Ostii jest strzeżona przez ratowników.

DSCN9504DSCN9522

Najpopularniejszą plażą publiczną w Ostii jest wydmowa plaża Capocotta. Podzielona jest ona na kilka różnych stref, między innymi na kąpielisko dla rodzin, plażę nudystów i plażę dla miłośników zwierząt. Plaże prywatne w Ostii są jednymi z najdroższych plaż we Włoszech. Ceny za wypożyczenie leżaków i parasola wahają się od 15 EUR do nawet 25 EUR za dzień. Doliczyć do tego należy jeszcze opłatę za sam wstęp na plażę. My byłyśmy tam w połowie września i mimo że korzystałyśmy z plaży prywatnej, nie płaciłyśmy ani za leżaki ani za parasol :)

Mimo, że do plaży z centrum miasta jest około 30 km, odległość tę można bardzo łatwo pokonać korzystając z metra nadziemnego, a co najważniejsze, jeśli posiadamy bilet 72-godzinny, nie musimy kupować innego biletu. Kolejka zatrzymuje się co kilkaset metrów, nieopodal wejścia na plażę. Błogie nic nie robienie było balsamem dla obolałych od zwiedzania stóp, a szum morza pozwalał skutecznie odpocząć od wielkomiejskiego gwaru :) I mimo iż nadal uważam, że Bałtyk jest najpiękniejszym morzem na świecie, Morze Tyreńskie też miało swój urok, zwłaszcza w duecie z bardzo drobnym ciemnoszarym piaskiem, wyglądającym jak popiół, który bardzo chętnie wchodził wszędzie tak, gdzie nie był zapraszany ;)

Na ostatni dzień naszego pobytu w Wiecznym Mieście zostawiłyśmy sobie dwa miejsca: Pantheon i Bazylikę Santa Maria Maggiore.

DSCN9624

Pantheon to najwspanialsza i najsłynniejsza świątynia spośród świątyń poświęconych bogom panteonu rzymskiego na terenie dawnego Cesarstwa Rzymskiego. Ważna jest nie tylko z uwagi na ogrom i śmiałość konstrukcji, lecz także dlatego, że jest to jedyna wielka budowla starorzymska, jaka dotrwała do naszych czasów w całości. Dziś mieszczą się tutaj groby mistrzów renesansu takich jak Rafael, a także pierwszego króla Włoch Emanuela II i jego syna Umberta I.

14359206_1188819924526490_4825026561963935174_n14390623_1188819947859821_8144767431888653375_n

Świątynia poświęcona była siedmiu głównym bóstwom, zarazem ciałom niebieskim. Główną wnękę naprzeciw wejścia zajmował posąg Jowisza (Jupitera), w pozostałych mieścili się: Apollo (Słońce), Diana (Księżyc), Wenus, Merkury, Mars i Saturn. Wewnątrz znajdował się także ceremonialny ołtarz, gdzie zwierzęta były poświęcane i palone. Dym wydobywał się przez otwór w wierzchołku kopuły, zwany „wszystko widzące oko niebios”. Dziś Pantheon jest jednym z najpopolurniejszych miejsc w Rzymie, gdzie zakochani biorą ślub.

14469464_1188817167860099_1753804249350474004_n

Na sam koniec pobytu w Rzymie dotarłyśmy do kościoła Santa Maria Maggiore. Santa Maria Maggiore znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Świątynia jest nazywana również kościołem Matki Boskiej Śnieżnej, co związane jest legendą, według której w sierpniu 352 roku papieżowi Liberiuszowi ukazała się Matka Boska. Maryja nakazała, aby w miejscu, w którym następnego ranka spadnie świeży śnieg wznieść kościół. Legenda głosi, że śnieg znaleziono na jednym z siedmiu wzgórz rzymskich – Wzgórzu Eskwilin. Podobno plan kościoła został dokładnie wyznaczony przez zasięg śniegu. Każdego roku w sierpniu, w kościele Santa Maria Maggiore odbywa się uroczystość, której celem jest odtworzenie owego cudu. Podczas nabożeństwa, na zgromadzonych w kościele wiernych rozsypywane są z góry płatki białych róż.

14441000_1188820071193142_287979976881266717_n

Wnętrze bazyliki składa się z trzech szeroki i wysokich naw, przedzielonych kolumnami. Duże zainteresowanie wzbudza kasetonowy sufit, który pod koniec XV wieku został pokryty złotem z Nowego Świata, które przekazała królowa Izabela Katolicka. Z V wieku pochodzi mozaika nad łukiem tęczowym, która przedstawia sceny ze Starego i Nowego Testamentu. Z dużo późniejszego okresu pochodzi mozaika w absydzie, która ukazuje koronację Matki Boskiej i została wykonana przez Iacopa Torritiego w XIII wieku.
Z późniejszego okresu pochodzą również dwie kaplice znajdujące się po obu stronach transeptu. Po lewej stronie znajduje się kaplica Pawłowa (Capella Paolina), nazywana również kaplicą Borghese, zbudowana na polecenie papieża Pawła V. Pod posadzką znajduje się grobowiec, w którym spoczywają członkowie rodu Borghese, między innymi sam Paweł V i Klemens VIII. W kaplicy znajduje się ikona Salus Populi Romani, otaczana przez wiernych szczególnym kultem. Według tradycji jej autorem miał być sam Łukasz Ewangelista. To właśnie kopię tego obrazu podarował młodzieży Jan Paweł II podczas Światowych Dni Młodzieży i od tego momentu, obraz ten nieustannie wędruje po świecie.

14479660_1188820024526480_2783895101511120524_n

I choć bazylika zachwyca swym pięknem musiałyśmy spieszyć się na pociąg do Florencji, która była naszym kolejnym celem. To właśnie pociąg jest najszybszym i chyba najtańszym środkiem komunikacyjnym po Włoszech. Co ważne włoskie pociągi spóźniają się zdecydowanie mniej od polskich, są czyste i zadbane. My kupowałyśmy bilety z dużym wyprzedzeniem, korzystając z okresowych promocji. Udało się nam nawet raz jechać pierwszą klasą za całe 9 euro za bilet :) A jedzie się szybkimi pociągami typu Pendolino.

Co zapamiętam z rzymskiej przygody? Piękne zabytki, ciepłe morze, przepyszne jedzenie, wieczne gubienie się i sympatycznych mieszkańców, a to wszystko oddalone zaledwie 2 godziny lotu od Wrocławia czy Warszawy :)

Roma – rzymska opowieść polskiej dziewczyny cz.1

Wrzesień ubiegłego roku, gdzieś w Polsce, na trasie między Krakowem a Międzyzdrojami rodzi się pomysł wyjazdu do Włoch. Taki wakacyjny spontan – skoro obecne wojaże po Polsce przyniosły nam tyle radości, zaszalejmy i jedźmy właśnie do Włoch!

Od czego zaczęłam planować swój wyjazd? Odpowiedź jest banalna – od odkładania środków pieniężnych ;) Sama siebie nie podejrzewałam o taki upór w tym temacie. Każda dodatkowo zarobiona złotówka trafiała do skarbonki. I choćby się waliło i paliło nigdy nie sięgnęłam po te pieniądze.

Okres Nowego Roku był przełomowym czasem – czasem kupna biletów lotniczych. Termin padł na połowę września. Wtedy jeszcze byłam przekonana, że dalej będę pracować, a tym samym miałam świadomość, że w okresie wakacyjnym nie mam szans na urlop. Stało się, moje marzenie zaczęło się powoli realizować. Długie zimowe wieczory spędzałam na planowaniu co, gdzie i kiedy chciałabym zobaczyć. W końcu plan nabrał ostatecznego kształtu: Rzym – Florencja – Werona – Peschiera del Garda – Bergamo. Chciałam nie zmarnować czasu, który został do wyjazdu i jak najlepiej poznać kraj, który tak bardzo chciałam zwiedzić.

Podróż zaczęła się nieciekawie – całe szczęście, że wybrałam się do Wrocławia, z którego miałąm lot, dzień wcześniej, ponieważ pociąg miał spore opóźnienie… No cóż skrót PKP w końcu do czegoś zobowiązuje – Pociąg Kiedyś Przyjedzie ;)

W końcu nastała „godzina zero”. Samolot startuje, a moje oczy robią się wilgotne – w końcu spełnia się moje marzenie. Nawet bardzo kiepskie lądowanie nie popsuło mi humoru. Gorzej sprawa wyglądała po dłuższej chwili oczekiwania na walizkę. Okazało się bowiem, że tylko część bagaży z naszego samolotu trafiła do swoich właścicieli. Moja torba odnalazła się wśród bagaży pasażerów z … Barcelony :) Na szczęście na lotnisku Roma Ciampino czekała już na mnie koleżanka, która przyleciała z Dublina chwilę wcześniej. Szybka akcja kupna biletów 72-godzinnych i po chwili siedzimy już w busie, który ma nas zawieźć do centrum miasta do Stazione Termini. I tu pora na pierwszą uwagę techniczną. Warto zaopatrzyć się albo w kartę miejską tzw. Roma Pass, która umożliwia bezpłatne wejście do kilku muzeów plus nieograniczony przejazd środkami komunikacji miejskiej na terenie całego miasta, lub jak to było w naszym przypadku w bilet 72 – godzinny. Nie ukrywam, że pierwszego dnia dużym problemem było opanowanie wszystkich środków transportu publicznego: metro, autobusy, tramwaje, pociągi miejskie i metrobusy. Zwłaszcza te ostatnie były niezłą zagadką. Na terenie całego Rzymu autobusy nie mają tradycyjnego rozkładu jazdy. Na przystankach znajdują się tabliczki z nazwami przystanków poszczególnych linii, ale nie ma podanej godziny odjazdu, ani informacji w jakich godzinach dany autobus jeździ. Również w  autobusach nie wyświetla się nazwa danego przystanku jak również próżno szukać tabliczki z trasą danej linii. Należy założyć że busy jeżdżą średnio co 40 min i uzbroić się w cierpliwość :) W ogóle słowo cierpliwość będzie hasłem dość popularnym.

DSCN9542

Po ponad dwugodzinnym poślizgu czasowym dotarłyśmy w końcu do naszej kwatery na Zatybrzu. Dlaczego właśnie tam? Bo chciałyśmy poczuć klimat prawdziwego Rzymu, z jego rodzimymi mieszkańcami, tradycjami i kulturą. I wiecie co? To był strzał w dziesiątkę. Drzwi otworzyła nam przemiła, uśmiechnięta Włoszka w średnim wieku. Czekał na nas zadbany stylowy pokój z balkonem i gustownie urządzona łazienka.

Mimo zmęczenia podróżą wzięłyśmy szybki prysznic i już godzinę później uzbrojone w plan miasta, który dostałyśmy od naszej włoskiej gospodyni, ruszyłyśmy na podbój Trastevere.

DSCN8379

Ta leżąca nad brzegiem rzeki dzielnica budzi się wraz ze słońcem i nigdy nie zwalnia. W Trastevere, brukowane alejki wiją się pomiędzy porośniętymi bluszczem trattoriami i starymi apartamentowcami, a ocienione markizami kawiarenki sąsiadują wzdłuż ulic z salonami tatuażu i mini-browarami. Tak właśnie wyobrażałam sobie Rzym: wąskie uliczki, małe, stare domy, romantyczne place (nocą skąpane w ciepłym, pomarańczowym blasku latarni), kawiarenki i restauracje, rzymski styl życia – i, rzecz jasna, nieco turystów. To sympatyczna mieszanka „prawdziwego” i „turystycznego” Rzymu, która mnie zachwyciła.

DSCN8357 DSCN8376DSCN8369

Mapa nie była nam już potrzebna, tam trzeba było się zgubić, trzeba było pozwolić ponieść się nogom w nieznane… Będąc na Trastevere musicie koniecznie wypić Aperola, zjeść dobry makaron, posiedzieć przy fontannie, posłuchać ulicznych muzyków i dać się porwać radości życia, z której tak chętnie korzystają Włosi :)

O tym, że moją pierwszą niedzielę we Włoszech spędzę w Watykanie zdecydowałam w trakcie nocnego czuwania z Papieżem Franciszkiem podczas tegorocznych Światowych Dni Młodzieży na Campusie Misericordiae w Brzegach. Papa Francesco ma w sobie to coś, co powoduje, że chce być się blisko niego, dlatego też uznałam, że czas na rewizytę :) By uczestniczyć w niedzielnym spotkaniu z papieżem, nie potrzebujemy żadnej wejściówki, natomiast by wziąć udział w środowej audiencji generalnej, należy w terminie 15-20 dni przed planowanym spotkaniem, zgłosić chęć uczestnictwa  odpowiednim służbom.

DSCN9536 DSCN8426

Watykan to najmniejsze państwo-miasto europejskie. Pierwszą rzeczą jaką widzi się po przekroczeniu spiżowej bramy i przejściu przez kontrolę bezpieczeństwa, która jest obowiązkowa w niedzielę i w środę jest Plac świętego Piotra. Plac ten jest swego rodzaju przedsionkiem Watykanu. Stąd wchodzi się w głąb państwa-miasta, którym włada papież. Do placu, z serca Rzymu, prowadzi Via della Conciliazione. Na jego środku stoi egipski obelisk Amenemhata II ku czci boga słońca – znaleziony w cyrku Nerona. Na szczycie obelisku umieszczono krzyż symbolizujący zwycięstwo chrześcijaństwa nad pogaństwem.

DSCN8470

Sam Plac Świętego Piotra ma formę elipsy otoczonej dwoma rzędami kolumn. Krańce kolumnady zbliżają się do siebie w kierunku Via della Conciliazione. Powoduje to skrócenie perspektywy i optyczne zbliżenie fasady bazyliki. Ponoć istnieje takie miejsce na placu, w którym można stracić z oczu drugi rząd kolumn i zobaczyć jedynie jeden. Cały Plac jak i schody prowadzące do Bazyliki zaprojektował Bernini. A wejścia do świątyni strzegą pomniki św. Pawła i św. Piotra. Na placu znajduje się jedna czerwona płytka chodnikowa – w ten sposób symbolicznie zaznaczono miejsce zamachu na Jana Pawła II.

DSCN8504

Plac z każdą minutą zapełniał się coraz bardziej, wierni z Argentyny tańczyli i śpiewali. Goście z Hiszpanii pozdrawiali Papieża Franciszka na długo przed rozpoczęciem modlitwy Anioł Pański, także naszych rodaków było coraz częściej słychać. Kiedy w oknie pojawił się Papież i pozdrowił wszystkich swoim charakterystycznym „Buongiorno” na placu powiewały dziesiątki flag, a wśród nich także ta z logo ŚDM. Poczułam, że moje życie zatoczyło koło, że pokonałam bardzo długą drogę, by stanąć pod tym właśnie OKNEM. A droga ta prowadziła przez mój ukochany Kraków :)

DSCN8478

Po skończonym spotkaniu z Papieżem Franciszkiem dałyśmy się porwać ludzkiej rzece i trafiłyśmy do Bazyli św. Piotra, która jest najważniejszym kościołem chrześcijańskiego świata i jedną z najbardziej monumentalnych budowli na świecie. Po przejściu przez ogromne drzwi, skierowałyśmy się w prawą stronę by obejrzeć Pietę Michała Anioła oraz grób Jana Pawła II. Tu przy miejscu wiecznego spoczynku naszego Papieża zaintrygowała nas jedna kobieta. Starsza pani modliła się w ciszy a z jej oczu nieustannie płynęły łzy… Czy było to nieme podziękowanie za łaski, może za uzdrowienie, za cud? Czy właśnie modlitwa błagalna, by ten cud mógł się dokonać? Nigdy się tego nie dowiemy, ale obraz tej kobiety zawsze będzie towarzyszył wspomnieniom tamtego dnia.

DSCN8530

Bazylice przytłacza swym pięknem i bogactwem tego miejsca. To obowiązkowy punkt na mapie Włoch dla ludzi wierzących. Artyści tak współtworzyli wnętrze świątyni, by modlący się tutaj mogli faktycznie poczuć majestat Boga. I wyszło im to kapitalnie. Modlitwa w jednej z tutejszych kaplic jest doświadczeniem wyjątkowym. Poza tym do bazyliki powinni zajrzeć wszyscy amatorzy dzieł sztuki. Wygląd bazyliki zawdzięczamy wspaniałym artystom takim jak: Bramant, Rafael, Peruzzi, konstruktor głównej kopuły Michał Anioł, a także Giacomo della Porta i Bernini.

DSCN8442DSCN8545

Centralnym miejscem Bazyliki jest Baldachim wykonany w całości z brązu pochodzącego z Panteonu, pod którym znajduje się papieski ołtarz, przy którym msze święte może sprawować tylko następca św. Piotra. Wbrew pozorom nie jest on głównym ołtarzem Bazyliki, bo ten znajduje się na końcu nawy głównej i nazywany jest Tronem św. Piotra. Warto również zejść do podziemi, by pomodlić się przy grobach zmarłych papieży czy tez wspiąć się na kopułę Bazyliki, by z niej podziwiać piękno Rzymu. Można także skorzystać z usług poczty watykańskiej i wysłać bliskim kartkę z oryginalną watykańską pieczęcią.

DSCN8546DSCN8548DSCN8618

My po doznaniach duchowych postanowiłyśmy ruszyć dalej Via della Conciliazione, by dotrzeć do Zamku św. Anioła, a stamtąd do Ogrodów Borghese. Zamek Anioła jest najbardziej charakterystyczną budowlą na nabrzeżach Tybru. My jednak ograniczyłyśmy się do obejrzenia go z zewnątrz. Dzisiejsza twierdza była w swej pierwotnej wersji monumentalnym mauzoleum – grobowcem cesarza Hadriana i jego następców.  

       DSCN9410DSCN9405    

W średniowieczu zamieniono go w fortecę, która przez setki lat pozostawała najpotężniejszym punktem obronnym Rzymu – ten kto posiadał klucze do zamku był faktycznym władcą miasta. W czasach renesansu, w dolnej części budowli mieściły się więzienia i pomieszczenia gospodarcze, a w górnej luksusowy apartament papieski oraz archiwum i skarbiec Państwa Kościelnego (do dziś można tam zobaczyć potężny kufer-sejf). Papież Juliusz II, który w zamku chętnie przebywał, zlecił urządzenie w górnej części budynku specjalnej loży błogosławieństw wychodzącej w kierunku rzeki i mostu.

Od IX wieku Zamek Anioła jest połączony z Watykanem murem obronnym, mającym chronić bazylikę i całą dzielnicę Borgo Vaticano. W 1277 roku powstał w nim ukryty korytarz (passetto), który zapewniał papieżom możliwość ucieczki do fortecy. Skorzystał z niego Klemens VII w czasie słynnego „Sacco di Roma” w 1527 roku, kiedy to luterańskie oddziały katolickiego cesarza Karola V zdobyły Rzym.

Idąc dalej brzegiem Tybru dojść można do pięknego parku jakim są Ogrody Borghese. Park ten został założony już na początku XVII wieku na terenach dawnych winnic. Jego fundatorem był włoski kardynał Scipione Borghese, bratanek papieża Pawła V.

DSCN8820DSCN8823

Park jest jednym z ulubionych spacerowych miejsc rzymskich mieszkańców oraz turystów szukających ochłodzenia wśród cieni tutejszych, licznych drzew. Villa Borghese to jednak nie tylko malownicze ścieżki, zbiorniki wodne, piękne fontanny i rzeźby.

DSCN8859DSCN8843

Na terenie parku znajdują się placówki muzealne i odbywają się w nim przeróżne wydarzenia kulturalne. Można tu także zdecydować się na rejs łódką po niewielkim jeziorze czy na wycieczkę rowerową. Stąd też rozciąga się przepiękna panorama na Bazylikę św. Piotra, która podczas zachodu słońca zapiera dech w piersiach :)

DSCN8879DSCN8911

moje ŚDM…

 Swoją decyzję o wzięciu udziału w Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie podjęłam trzy lata temu, kiedy to Papież Franciszek ogłosił w Brazylii decyzję o przyznaniu nam organizacji kolejnych ŚDM. W tamtej chwili nie zastanawiałam się co będę robić za trzy lata, w którym momencie życia będę, wiedziałam jedno – muszę tam być. Tak naprawdę wtedy nie chodziło o to, że będę mogła wziąć udział w spotkaniu z Papieżem, czy przeżyć coś w wielokulturowej wspólnocie – chciałam po prostu tam być. Tam, czyli w Krakowie. W miejscu gdzie dla mnie dzieją się magiczne rzeczy…

Czas płyną, moje życie także się zmieniało. Nie raz i nie dwa coś mi mówiło, że decyzja, którą podjęłam była pochopna, że przecież nie dostanę urlopu, że nikt z znajomych ze mną nie pojedzie, że jestem za stara na takie „atrakcje”. Realne obawy zaczęły mnie dopadać po licznych zamachach terrorystycznych w Europie. Niby myślę pozytywnie, ale takie skupisko ludzi to idealna okazja na pokazanie swojej siły przez terrorystów. Z drugiej strony strach to coś, z czym trzeba walczyć. Nie wolno pozwolić na to, by to on rządził naszym życiem i naszymi decyzjami. Poza tym jechałam do Krakowa jako osoba odpowiedzialna za grupę młodych osób i to właśnie ten fakt spowodował, że się nie wycofałam. Czy żałuję? Nie! Mimo, iż nie ukrywam, że było ciężko.

Piątkowy wieczór, godzina 19.30 ruszamy pociągiem z Mogilna do Krakowa. Elfy są bardzo estetyczne, wszystko pachnie nowością, ale niestety zupełnie nie funkcjonalne na tak długą podróż. Nie ma możliwości się zdrzemnąć. Nagle światełko w tunelu – dostrzegam kawałek wolnej podłogi :) Tak oto zaczęła się moja przygoda bycia przez trzy dni osobą bezdomną i to dosłownie. Kawałek karimaty i kurtka i śpi się jak w gwiazdkowym hotelu. Około 3.30 docieramy do celu – Kraków Bieżanów. Wysiadamy z pociągu w środku nocy na odludziu, bez wiedzy gdzie dokładnie mamy iść dalej. Krążąc docieramy do jednej z parafii, która umożliwiła nam odprawienie Mszy Św. Dziwna to była Msza, bo taka pomiędzy Pasterką a Rezurekcją. Chwilami zmęczenie brało górę… A przed nami była jeszcze 6-cio kilometrowa droga na Pola Miłosierdzia w Brzegach. Wraz ze świtem ruszyliśmy w trasę. Tuż przed godziną 7.00 rano dotarliśmy na miejsce. Właściwie prawie na miejsce i w tym wypadku to „prawie” robiło naprawdę kolosalną różnicę. Ochrona zatrzymała nas tuż przed bramą wejściową na Campus Misericordiae. Okazało się bowiem, że pola nie są jeszcze przygotowane na przyjęcie pielgrzymów… Po za tym poinformowano nas, że do chwili kiedy nie odbierzemy tzw. pakietów pielgrzyma nie zostaniemy wpuszczeni. Zmęczeni nieprzespaną nocą koczowaliśmy kilka godzin na skarpie w coraz większym upale. Tak naprawdę nie do końca wiedzieliśmy, co się dzieje. Nie docierały do nas żadne informacje. Wiele grup zostało odesłanych do drugiej śluzy znajdującej się po przeciwnej stronie 200 hektarowego pola. W końcu kierowników grup poproszono o udanie się w wyznaczone miejsce po pakiety. I co? Okazało się, że wolontariusze odpowiedzialni za wydawanie pakietów – czytaj wydawanie wejściówek na Pola – zaspali. Dotarli na miejsce z półtoragodzinnym opóźnieniem, a co za tym idzie nie byli w stanie obsłużyć w kilka osób kilkadziesiąt tysięcy pielgrzymów, którzy przez ten czas dotarli do bram Campusu. Najdziwniejsze było to, ze organizatorzy jakby tego nie chcieli zauważyć. Wszystkim puszczały nerwy. Zmęczenie, upał, dezorientacja chwilami brały górę. Po małej awanturze dotarli kolejni wolontariusze i bardzo wolno, z naciskiem na bardzo zaczęto wydawać pakiety. W Końcu po kilku godzinach koczowania udało się nam dostać do swojego sektora.

Sektor jak sektor, ani blisko, ani daleko od miejsca celebry. Najbardziej na początku przeszkadzała nam wysoko trawa, która spokojnie mogła być skoszona jeszcze raz przed ŚDM. Każdy sektor został zaopatrzony w namioty po dach wypełnione butelkowaną wodą mineralną i toalety. Tak naprawdę najbardziej w kość dał nam się żar lejący się z nieba. Nie było skrawka cienia, w którym można by przetrwać najgorętszą część dnia. Średnio pomagały parasole czy folie termiczne. Upał i zmęczenie powodowały dość niebezpieczne mieszanki dla zdrowia, jednak pod względem medycznym ŚDM były przygotowany perfekcyjnie. Wzdłuż sektorów parkowały dziesiątki karetek pogotowia, między sektorami poruszali się ratownicy za pomocą quadów z „saniami” na nosze, zaś w samych sektorach spacerowali ratownicy obserwując, czy ktoś nie poczuł się źle. Również pod względem bezpieczeństwa nie czuło się zagrożenia. Sam pociąg, którym jechaliśmy był bardzo szczegółowo sprawdzony przed podróżą przez Straż Ochrony Kolei i policjantów z psami. Jedyne co napawało pewnym niepokojem to odczuwalny wszędzie brak jakichkolwiek informacji. Czuło się, że organizatorów w pewnym momencie sytuacja lekko przerosła. A wystarczyło chociażby przy toaletach ustawić kilak przebieralni, choćby takich, jakie stoją na naszych plażach, co spowodowałoby, że ludzie nie musieliby rano w niedzielę stać po 2-3 godziny w kolejce do toalety, tylko po to, by po nocy spędzonej pod gołym niebem zmienić ubranie. Czy też zorganizować w każdym sektorze choć po jednym punkcie, gdzie można by kupić coś ciepłego do zjedzenia czy napić się gorącej kawy czy herbaty.

To wszystko było jednak nieważne, kiedy do Brzegów dotarł Papież Franciszek na wieczorne czuwanie modlitewne. To właśnie prostota przekazu Franciszka spowodowała, że Pola Miłosierdzia co chwilę wypełniały się gromkimi brawami. To także jego fenomen powodował, że w chwili adoracji Campus trwał w ciszy, skupieniu i modlitwie. W naszym sektorze zabawa trwała jeszcze długo w nocy po wyjeździe Papieża, a to wszystko za sprawą młodych z Włoch i Hiszpanii. Trzeba przyznać, że na lepszych współlokatorów trafić nie mogliśmy ;)

Ostatni dzień spotkania rozpoczął się wraz ze świtem, kiedy to wierni spokojnie zaczęli przygotowywania do udziału w Mszy Świętej z Papieżem. I mimo że spaliśmy na ziemi, bez dachu nad głową, dawno nie spałam tak dobrze, jak tamtej nocy, bo cóż może być piękniejszego jak zasypiać mając przed oczami rozgwieżdżone niebo…

Franciszek powiedział: Sądzimy, że abyśmy byli szczęśliwi, potrzebujemy dobrej kanapy. Kanapy, która pomoże nam żyć wygodnie, spokojnie, całkiem bezpiecznie. Kanapa na wszelkie typy bólu i strachu”. Papież, ostrzegał, że również taka postawa paraliżuje i odbiera nam wolność. “Kochani młodzi, nie przyszliśmy na świat, aby «wegetować», aby wygodnie spędzić życie, żeby uczynić z życia kanapę, która nas uśpi; przeciwnie, przyszliśmy z innego powodu, aby zostawić ślad”.Dlatego warto, było zamienić na te kilka dni kanapę na karimatę…

Droga powrotna na Dworzec Kolejowy to była prawdziwie ekstremalna wyprawa. Ponad dwumilionowy tłum ruszył do domów. Wszystkie drogi zostały zalane morzem ludzi, a pogoda nie ułatwiała zadania, ponieważ przechodzące burze nie tylko moczyły nas bardzo, ale także powodowały, że drogi zamieniały się w rwące potoki. Tym radośniej doszliśmy do celu i nikomu nie przeszkadzał fakt, że do odjazdu pociągu mieliśmy jeszcze ponad 3 godziny. Tak naprawdę cała ta wyprawa to było ciągłe czekanie na coś… Uczyliśmy się cierpliwości, a przy okazji docieraliśmy się jako grupa, próbując poznać siebie nawzajem.

Tym razem również dane nam było poczuć ogromną gościnność i dobroć serca Krakowian. Trzynaście lat temu podczas obozu Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia w Krakowie, spotykałam się z życzliwością mieszkańców miasta na każdym kroku i jedno jest pewne – w tym temacie nic się nie zmieniło. Ledwo zdążyliśmy rozłożyć karimaty przed blokiem nieopodal Dworca, a starsza Pani już krzyczała z okna z pytaniem, kto ma chęć na kawę albo herbatę. Za chwilę cała rodzina pojawiła się z talerzami pełnymi kanapek, dzbankami ciepłych napojów i kubkami gorącej zupy. Podczas ulewy przechowano nas na klatkach schodowych, otwierano przed nami mieszkania, by skorzystać z toalety i umyć się w ciepłej wodzie. Po co Ci ludzie to robili? Przecież nic z tego nie mieli oprócz zlanych schodów, od wody, która ściekała z naszych przemoczonych płaszczy, zadeptanych trawników i zapewne potwornego zmęczenia… Mam na to tylko jedną odpowiedź – postąpili tak, bo właśnie tego uczy Papież Franciszek. Miłosierdzie w stosunku do drugiego człowieka, to podstawa funkcjonowania dzisiejszego społeczeństwa, bo jeśli o nim zapomnimy sami doprowadzimy do własnej zagłady. Żądza pieniądza pozbawi nas człowieczeństwa, a mieszkańcy Krakowa, doskonale pamiętają, co działo się w pobliskim Oświęcimiu podczas wojny, gdy jeden naród postanowił decydować kto na to człowieczeństwo zasługuje, a kogo jego pozbawić. Tej Rodzinie dziękuję za to, że w Krakowie kolejny raz działy się magiczne rzeczy…

Czy dziś wypoczęta po trudach tych kilku ostatnich dni podjęłabym taką samą decyzję i pojechała na ŚDM? Tak, gdyby cofnięto czas, ponownie pozałatwiałabym wszystkie swoje sprawy, porozmawiałabym z przyjaciółmi, pożegnała z rodziną i pojechałabym z realną obawą, że jednak nie wszystko da się przewidzieć, że jednak może nas tam ktoś zaatakować, że mogę nie wrócić… Ale wiem, że moim życiem nie może kierować strach… trzeba ufać i iść przed siebie, a obawy zostawić na „kanapie”

Klucz do szczęścia – Sekret – prawo przyciągania

Tak, moja zmiana zaczęła zachodzić od obejrzenia Sekretu (film powstał na podstawie książki Rhondy Byrne o tym samym tytule). I choć nigdy nie wierzyłam w tego typu literaturę czy filmy, stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia i warto spróbować, bo gorzej chyba i tak już nie może być. W czasie w którym obejrzałam sekret, dużo się działo w moim życiu, i psychicznie nie miałam siły stawić tym zmianom czoła i wykorzystać ich jako szanse na pozytywna zmianę. Było wręcz przeciwnie, nic mi się nie chciało, a moje myśli kołowały 100km na godzinę zadając mi te same bezsensowne pytania. Te same pytania i przygnębiające myśli krążyły po mojej głowie…i im bardziej miałam ich dosyć z tym większą silą wracały. I choć wiedziałam jak bezsensowne jest takie myślenie…nie mogłam się ich pozbyć…jakby zadręczanie siebie samej było nieuniknione.

Miałam ich tak szczerze dosyć… więc gdy dwie osoby które się nie znają w jednym tygodniu kazały mi obejrzeć Sekret (to znak od siły wyższej!) postanowiłam sprawdzić czy mi pomoże!

sekret

Sekret, opowiada o prawie przyciągania (the law of attraction). Według tego prawa nasze myśli to fale które wibrują na różnych częstotliwościach i to co nam się przytrafia, czy osoby które spotykamy na naszej drodze są odpowiedzią na te wibracje. Wibracje wokół nas dostosowują się do naszych myśli, wiec jeśli myślimy negatywne myśli, takie tez rzeczy przyciągamy do siebie. Np., Jeśli jesteśmy niezadowoleni ze swojej pracy często w naszej głowie przeżywamy te negatywne chwile, wmawiamy sobie jak nienawidzimy swojej pracy – takim myśleniem wysyłamy te negatywne wibracje i w rezultacie przyciągamy jeszcze więcej negatywnych wydarzeń do naszego życia. Według Sekretu, w takim momencie musimy przestać myśleć czego nie chcemy i wyobrazić sobie to czego pragniemy i jaką prace byśmy chcieli mieć, a wtedy pewnego dnia to się stanie. W pierwszej chwili, po usłyszeniu tej teorii pomyślałam jakie to głupie… przecież to nie takie proste… ale postanowiłam oglądać dalej.

W skrócie ujmując sekretem Sekretu i prawa przyciągania jest to, że przez myślenie pozytywnie i wizualizowanie tego czego naprawdę chcemy otwieramy się na nowe możliwości i wiemy do czego dążymy nie tracąc czasu i energii na to co nas dołuje i zniechęca do działania. Ale żeby Sekret zadziałał, nie możemy tylko siedzieć i myśleć pozytywnie, musimy tez działać w zgodzie z tymi myślami a wtedy sami zdziwimy się ile jest możliwe! Jeśli mi nie wierzycie, spróbujcie tej teorii w praktyce, przez tydzień i zobaczcie czy coś się zmieniło.

Patrząc 8 miesięcy wstecz, widzę dziewczynę, której niedługo stuknie 30ka a musi zacząć nowe życie… sama, z dala od rodziny, która nie ma pracy już tyle lat po studiach, która straciła co wydawało się być jej miłością życia; która wydała fortunę, i to jeszcze nie swoją na następne studia które wygląda na to nic nie zmienią bo jak tu skończyć pisać pracę magisterską gdy nawet niema się siły wstać z łóżka…

Patrząc 3 miesiące wstecz, widzę dziewczynę która choć nie pewna co przyniesie jutro („tak, mamo za chwilę kończę praktyki.. nie, nie wiem co z pracą…”) patrzy w przyszłość z nadzieją i nie zamartwia się niepotrzebnie o ‘a co będzie jutro’; Dziewczynę, która choć nienawidzi pisać, przed snem wmawia sobie „Napiszę tą prace ze spokojem, na czas i na dobrą ocenę!”  i dziewczynę, która choć nieśmiało, zaczyna wierzyć, że najlepsze jeszcze przed nią.

Patrząc na nią teraz, widzę dziewczynę w najlepszym okresie jej życia, nadal młoda ale już wie czego chce, i zna swoją wartość. Dziewczynę, która nie potrzebuje pierwszego lepszego faceta, który się nią zainteresuje żeby się czuła pełnowartościowa. Dziewczynę, która jest szczęściarą bo ma dwa domy (niektórzy nie mają żadnego miejsca na ziemi!), ten jej nowy tutaj, i rodzinny w Polsce. Dziewczynę która skończyła studia (tak! Napisała tą prace na czas i na dobrą ocenę), ma stała i dobrze płatna pracę (i to bez wysłania nawet jednego CV i przejścia rozmowy kwalifikacyjnej), plany na wakacje (rozmóki włoskie już kupione… uno due tre…) i wiele pomysłów na przyszłość. Dziewczynę która z wiarą patrzy w przyszłość bo WIE że najlepsze jeszcze przed nią.

Obejrzenie sekretu było dla mnie tylko początkiem, impulsem by zacząć myśleć inaczej. I nie zrozumcie mnie źle, Sekret to nie magiczna pigułka którą połkniesz i marzenia zaczną się spełniać. By prawo przyciągania działało w praktyce potrzebna jest ciężka praca w każdej chwili w której twoja świadomość jest przytomna. Ja ciągle się uczę jak myśleć pozytywnie, i jak pozbyć się negatywnych myśli… i tutaj raz jeszcze, w odpowiednim momencie odkryłam coś co pomaga mi codziennie toczyć tą walkę moich myśli… ale o tym następnym razem ;)

magnatKA

 

 

Dziś krótko, zwięźle i na temat: jak nie lubię jak ludzie nie odpisują mi na czas! Dziwne to czasy, że pomimo dostępu do sieci, telefonów komórkowych i całej reszty nowej technologii tak ciężko jest się z niektórymi osobnikami skontaktować. A jeszcze bardziej irytujące jest to, że i bez szklanej kuli wiem, że później będziemy wszyscy żałować , że wiadomość nie została odczytana na czas.

Ok wylałam swoją frustrację i mogę iść spać :)

Każdy dzień to walka cd – Wszystko powstaje w naszej głowie.

Ostatni rok nauczył mnie inaczej patrzeć na to co nam się przytrafia. Gdy na naszej drodze pojawiają się trudności, coś nam nie wyjdzie, pierwsze co nam pojawia się w głowie to złość i żal; „czemu to akurat mi się przytrafia? Dlaczego ja?” itp. Wszystko odbieramy bardzo osobiście, a często zachowanie innych, które nas tak rani, jest tylko przypadkowe i nie ma nic wspólnego z nami. Każdy przeżywa własne życie i widzi wszystko z innej perspektywy, i  często te raniące nas zachowania są zupełnie nieświadome … Ale o tym też nie dzisiaj.

Jeszcze parę miesięcy temu, wszystko musiałam mieć zaplanowane, przynajmniej na kilka kroków na przód, a każdy dzień bez takiej czystej wizji co stanie się następne napawało mnie niepokojem. Podstawówka, Gimnazjum, Liceum, później studia, jakieś praktyki i praca, trochę odłożyć, ślub, dzieci… W końcu o to chodzi w życiu, prawda? Żeby zakładać rodzinę i harować do wieczora żeby ją utrzymać. Ale gdy ten genialny plan utknął w miejscu, niewiedza co się stanie z moim życiem wpływała nie tylko na moja psychikę i poziom stresu ale i moje ciało. Mięśnie się spinały a brzuch protestował. To że nie możemy zmienić co nam się przytrafia nie miało znaczenia… tylko pogrążało moją bezsilność. Do tego zmartwione głosy rodziców „a co teraz zrobisz? Gdzie będziesz mieszkać? Jak się utrzymasz? Przynajmniej do tej pory ktoś ci pomagał, a teraz? Jesteś tam zupełnie sama!” wcale nie dodawały mi otuchy. Ale pewnego dnia, ktoś powiedział mi: ”może nie możesz kontrolować co ci się przytrafia, ale możesz zadecydować jak na to zareagujesz” i podesłał mi kilka linków do obejrzenia na YouTubie. I choć sceptycznie do nich podeszłam, stwierdziłam, ze warto je obejrzeć. Tym bardziej, że w ciągu tygodnia następna osoba poleciła mi obejrzeć ten sam film. I od tego momentu zaczęła się walka w mojej głowie.  Że też mogę zacząć inaczej spoglądać na rzeczywistość i zostawić za sobą żal, złość, smutek, niepokój i stres. Minęło już ponad pół roku, i wiem że nadal się uczę takiego spostrzegania świata ale już widzę efekty w samej sobie… a co więcej dostrzegam jak inni są pełni negatywnych myśli. Nauczyłam się, że paradoksalnie coś może boleć czy doprowadzać mnie do łez, ale jednocześnie czuję, że tak jest lepiej.  Nie wszystko jest czarne czy białe, pozytywne czy negatywne. Wszystko nas czegoś uczy, i to od nas zależy co z tego wyniesiemy.

Po zakończeniu wieloletniego związku, nie raz słyszałam od innych ze ‘zmarnowałam najlepsze lata’, ale ja wcale tak nie myślę. Przeżyliśmy wiele pięknych chwil razem i do póki nie dotknie mnie skleroza, nikt mi ich nie odbierze. Co więcej, teraz też wiem, czego chcę, i co sama muszę u siebie naprawić, nad czym popracować. Więc przynajmniej jak spotkam „Mr. Right” to będę wiedzieć jak tego nie spieprzyć;) Oczywiście, były dni że smutek i zazdrość brały górę i przesiedziałam cały weekend smarkając… Aż w pewnym momencie zrozumiałam, że nie ma o co płakać czy być zazdrosną. Bo po głębszym zastanowieniu, wiem, że to o co czułam teraz zazdrość wcale wtedy mnie nie uszczęśliwiało, wcale nie chciałam tam być, i tylko z przyzwyczajenia moje ciało kazało mi płakać nad ‘utraconym’.  To, że on teraz trzyma nie moją rękę, wcale nie znaczy że bym chciała żeby  trzymał właśnie moja.  I choć czasami mi tęskno, i  oczy mi się zaszklą to nie ze smutku lecz tylko tak po prostu, bo życie nie jest czarno-białe, smutne lub wesołe. Raz jeszcze paradoks się ujawnia we mnie, i sobie popłacze ale jednocześnie wiem, że jest ok, ale co ważniejsze, że lepsze jest jeszcze przede mną. Teraz  wierze, ze wszystko dzieje się po coś, by dać nam szansę żebyśmy przejrzeli na oczy i nauczyli się o co to chodzi.

Moja walka myśli nadal trwa, ale teraz umiem już wyłapać chwile słabości i reagować zawczasu. Gdy dopada mnie przysłowiowy dół, chwytam po książkę czy słucham wykładu na YouTube. Ale co się z nich nauczyłam, może zostawię już na następny raz…

Każdy dzień to walka…

Każdy dzień to walka a bój jest zaciekły i toczy się non stop. Jedyne chwile wytchnienia przynosi mi sen. A czasem nawet i we śnie prowadzę tę walkę… walkę moich myśli… Miniony rok był niewątpliwie rokiem zmian. Co by było gdyby te zmiany się nie dokonały? Jakby wyglądało moje życie gdybym nadal budziła się rano i widziała jego twarz a nie biel nowej ściany? Czasami łapie siebie samą trwoniącą czas na takim rozmyślaniu… bo co to da, takie zastanawianie się? Raczej nic dobrego. Nic to nie zmieni a tylko wprowadza mnie w ten dziwny melancholiczny nastrój…

Paradoks… paradoks to chyba najlepsze słowo na opisanie roku 2015 i rzeczywistości, przynajmniej mojej, tej obecnej i mojego świata. Bo jak to możliwe, że można kogoś kochać tak szczerze ale czuć jakąś wewnętrzną ulgę słysząc, że nie będziemy już razem…? Takich paradoksów ostatnio doświadczam non stop, ale dzisiaj nie o nich… Zostanie singielka po tak długim czasie, to nie była największa zmiana jaka się wydarzyła w zeszłym roku. Największa zmiana zaszła w mojej głowie… a raczej zachodzi… bo nadal nie jestem pewna czy pojęłam o co tu tak naprawdę chodzi… po co to wszystko, po co się staramy i toczymy walkę każdego dnia… i dlatego, że dla mnie to nadal walka, widzę że chyba nadal nie do końca dotarłam gdzie mam być… ciągle odkrywam, szukam ale czuję, że te zmiany które ostatnio zaszły w moim życiu, i w mojej głowie, naprowadzają mnie na odpowiedni szlak. Że

pewnego dnia obudzę się i nie będzie już gonitwy myśli… nie będzie walki w mojej głowie i po prostu będzie jak ma być, dobrze… szczęśliwie… będę spełniona, pełna pasji  i miłości…

Rok 2015, a przynajmniej jego druga połowa, była dla mnie ważną lekcją… ale lekcją która nadal trwa.  W końcu zrozumiałam, że żeby mieć chociaż najmniejsza szansę na szczęście trzeba być szczęśliwym z samym sobą… i póki nie uwierzę w siebie i nie nauczę się przysłowiowego „kochać, lubić i szanować” samej siebie, nie znajdę szczęścia i nikt inny mnie też nie uszczęśliwi… a co najważniejsze, nie mogę oczekiwać, że bycie z kimś odwali ze mnie brudna robotę i jak na romantycznym filmie będę najszczęśliwszą kobietą na planecie trzymając jego rękę i patrząc mu w oczy 24h na dobę…  Jasne, nie ma nic bardziej uszczęśliwiającego niż bycie zakochanym…( w wzajemnością oczywiście) ale zakochanie przemija, a ludzka złożona istota na dłuższą metę potrzebuje czegoś innego, czegoś więcej… Teraz już, a w sumie dopiero teraz, to wiem.  Więc mam plan… w roku 2016 muszę się zakochać ale w samej sobie… Ale jak to zrobić? Jak mam odkryć samą siebie i wygrać tą bitwę moich myśli stojąc samotnie im naprzeciw..? Może jakiś paradoks pomoże mi to odkryć…

CDN

czas cudów

Boże Narodzenie ubiegłego roku…

wieczór….

Tak bardzo mi źle…

nie widzę Bożej Dzieciny narodzonej w stajence, nie czuję radości bijącej z Betlejem, nie mam nadziei na lepsze jutro…

Wszystko straciłam, mój świat runął, a fundamenty mojego życia mocno się zachwiały. Nie mam pracy, pieniędzy, nikt nie docenia tego, jak bardzo chcę pracować, bo to praca daje mi poczucie wartości. Tylko praca mi została, trzymałam się jej kurczowo jak rozbitek tratwy na rozhulanym sztormem morzu, a w końcu także jej zostałam pozbawiona.

Kiedyś znałam swoją wartość, pomimo licznych kompleksów czułam, że coś sobą reprezentuję, że mogę dać coś z siebie innym.

On wszystko mi zabrał: radość życia, przyjaciół, pewność siebie i moją wartość. Jego słowa raniły jak sztylet, Jego zachowanie powodowało, że zamykałam się w sobie z każdym dniem coraz bardziej. Budowałam misterną skorupkę, w której chowałam się coraz głębiej…

Nie czuję już nic, leżę z wzrokiem wbitym sufit, zastanawiając się czy ktokolwiek by zauważył gdybym nagle zniknęła… Może prościej dla wszystkich byłoby, gdyby mnie nie było… Nie próbuję tego sprawdzić tylko dlatego, że jestem tchórzem by to sprawdzić. Nawet tego nie potrafię … Skończyć z sobą…

W tej chwili beznadziei, w dniu gdy narodził się Bóg głoszący dobrą Nowinę, dociera do mojej świadomości dźwięk dzwoniącego telefonu. Ostatkiem sił odnajduję komórkę i odruchowo odbieram połączenie. Nie padło żadne słowo przywitania… Jednak do moich otępiałych zmysłów docierają słowa kolędy, którą zacząłeś śpiewać:

Cicha noc, święta noc
Pokój niesie ludziom wszem,
A u żłóbka Matka święta
Czuwa sama, uśmiechnięta,
Nad Dzieciątka snem,
Nad Dzieciątka snem…

Nie umiem wytłumaczyć, co się wtedy stało. Dlaczego właśnie w tym momencie zadzwoniłeś, ale wiem jedno. Ten jeden telefon odmienił całe moje życie. W tej chwili zrozumiałam jedno: Muszę żyć!Chcę żyć! I chciałabym, żebyś wiedział, ze to dzięki Tobie!

Dziś z perspektywy czasu wiem, że Boże Narodzenie to magiczny czas cudów. Dziś jestem szczęśliwa, spełniam marzenia, osiągam sukcesy, żyję pełnią życia!

Za kilka dni znów będzie ten magiczny czas, z radością go oczekuję :)